Sławomir Koper "Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej"

Sławomir Koper "Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej"


Autor: Sławomir Koper
Tytuł: "Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej"
Wydawnictwo: Bellona, Oficyna Wydawnicza RYTM
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 320


Bolesław Wieniawa-Długoszowski, Józef Piłsudski, Ignacy Paderewski, Edward Śmigły-Rydz, Stanisław Wojciechowski, Ignacy Mościcki, Walery Sławek - wszyscy należeli do grona najważniejszych osób Drugiej Rzeczypospolitej. O ich osiągnięciach politycznych i wojskowych uczyliśmy się na lekcjach historii. A co z życiem prywatnym? Śluby, rozwody, romanse, polowania i bale, a nawet zbrodnie... między innymi o nich można przeczytać w tym opracowaniu.

Tytuł nie jest do końca adekwatny do treści. Autor w pierwszym rozdziale w ogólny sposób charakteryzuje życie towarzyskie w dwudziestoleciu międzywojennym. Natomiast każdy kolejny rozdział poświęcony jest jednej z osób wymienionych przeze mnie na początku postu. Mowa jest więc o elicie politycznej kraju, a nie o szeroko pojmowanych "wyższych sferach" czy inteligencji.

Trzeba jednak przyznać, że połączenie faktów dotyczących polityki oraz życia prywatnego poszczególnych osób jest interesujące. Szczególnie fragment książki odnoszący się do Wieniawy-Długoszowskiego - człowieka o fascynującej (według mnie) osobowości. Z jednej strony był on miłośnikiem dobrej zabawy i bujnego życia towarzyskiego, a o jego kontrowersyjnych zachowaniach często plotkowała cała Warszawa. Jednocześnie Wieniawa-Długoszowski był ulubieńcem Marszałka i znakomitym żołnierzem, niepozbawionym również talentów artystycznych. 

Czasy II RP należą do moich ulubionych okresów historycznych. Jednak z przykrością przyznaję, że nie posiadam wystarczającej wiedzy, aby ocenić "Życie prywatne..." pod względem merytorycznym. Autorowi można zarzucić opisywanie najbardziej kontrowersyjnych szczegółów z życia znanych osobistości - ale poniekąd taki był cel tej książki. Możemy w niej też znaleźć, oprócz opisów życia uczuciowego osób rządzących państwem, opowieści o ludziach honorowych, niepozbawionych zasad, zachowujących się w sposób, który dzisiaj już tak ciężko zaobserwować...
"Pewnego wieczoru na dancingu w "Adrii" był [Wieniawa-Długoszowski] świadkiem brutalnego zajścia - jeden z gości silą przyciągnął do swojego stolika miejscową tancerkę. Kelnerzy nie reagowali na wydarzenia (klient miał do zapłacenia wysoki rachunek), nie chcąc stracić okazji do zarobku. Przed napastnikiem pojawił się Wieniawa i bez słowa uderzył awanturnika. Kiedy ten upadł na podłogę, Bolesław, stojąc na baczność przed ofiarą napaści, powiedział po rycersku: "piękna pani, przejście wolne". Goście nagrodzili ułana owacją, a historia stała się głośna w całej Warszawie." /s. 76-77/
Mimo wszystko, ciężko jest jednoznacznie ocenić poszczególne osoby, którym Stanisław Koper poświęcił miejsce w swojej książce. Składają się na to różnorodne fakty z ich życia prywatnego oraz zawodowego. Nie znaczy to jednak, że nie chciałoby się poznać ich osobiście i na własne oczy przekonać się, na czym polegała ich legenda.



Na poprawę humoru - II RP oczami Kabaretu Moralnego Niepokoju;)

_________________________
Źródło zdjęcia:
Produkcja własna 
Andriej Diakow "Do światła"

Andriej Diakow "Do światła"


Autor: Andriej Diakow
Tytuł:"Do światła"
Tytuł oryginału: "К свету"
Wydawnictwo: Insignis
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 325

Uniwersum Metro 2033. Minęło dwadzieścia lat od jednej z największych katastrof w dziejach ludzkości. Nieliczni ocalali kryją się w metrze, gdzie nie dochodzi promieniowanie. Tym razem nie mamy jednak do czynienia z metrem moskiewskim (jak u Glukhovskiego) lecz petersburskim. 
Wyprawiający się na powierzchnię stalkerzy donoszą o tajemniczym świetle, którego źródło znajduje się prawdopodobnie w Kronsztadzie - oddalonym od Petersburga o około 30 kilometrów. Czy to inni ludzie, dający znaki o swojej obecności? Aby to sprawdzić, z metra wyrusza specjalna ekspedycja pod wodzą doświadczonego Tarana. Za udział w wyprawie nie zażądał on zwyczajowej zapłaty - nabojów, lekarstw czy jedzenia. Nie, Taran chciał w zamian móc zabrać ze sobą Gleba, nieznanego mu wcześniej chłopaka z Moskiewskiej. Skąd taka decyzja? Po co ryzykować życie dwunastolatka, kiedy nawet dorośli stalkerzy nie czują się pewnie na powierzchni? Jak zakończy się ich wspólna wędrówka?

W "Do światła" nie znajdziemy klaustrofobicznej atmosfery, tak charakterystycznej dla książek Dymitra Glukhovskiego. Nie powinno to jednak dziwić - w końcu większa część akcji rozgrywa się na powierzchni. Nie mamy więc zbyt wielu okazji, aby porównać warunki życia w Sankt Petersburgu do tych w moskiewskim metrze. Za to autor nie pozwala nam zapomnieć o katastrofie, którą niegdyś wywołali ludzie, oraz o jej skutkach. Trzeba również zaznaczyć, że praktycznie wszystkie zdarzenia, nawet te wydawałoby się niepozorne, mają w tej powieści swoje konsekwencje w przyszłości. Widać, że Andriej Diakow dokładnie przemyślał całą fabułę.

Jak to zwykle bywa, nie obyło się bez kilku rzeczy, które mi się nie podobały. Stalkerzy, którzy wyruszyli na wyprawę z Taranem i Glebem (oraz z wyznawcą kultu wielkiego Exodusu, który znalazł się tam "na doczepkę") nie przypominali Huntera czy Młynarza z "Metra 2033". Miałam wrażenie, że nie bardzo wiedzą jak powinni zachować się na powierzchni. Często zdarzało im się postępować nierozważnie, czym przyciągali uwagę czających się w okolicy mutantów. Tylko na Taranie można było naprawdę polegać.
Kolejny zarzut dotyczy sposobu prowadzenia narracji - czasami na początku rozdziałów pojawiały się króciutkie teksty o zabarwieniu filozoficznym, dotyczące np. nadziei. Były one związane z treścią dalszej części książki, jednak ich sporadyczne występowanie w tekście uznaję za pewną niekonsekwencję. 

"Do światła" to dobra, choć niestety dosyć krótka (jak na moje standardy) książka. Jednak na jej kartach wiele się dzieje, a czytelnik może, wraz z bohaterami, przechodzić różne stany emocjonalne - od wspomnianej już nadziei do rozpaczy. Powieść Diakowa to dosyć przerażająca wizja tego, kim (czym?) mogą stać się ludzie, jeśli przyjdzie im żyć w nieludzkich warunkach. Na pewno sięgnę po pozostałe części tej trylogii. Uniwersum Metro zawładnęło moją wyobraźnią już jakiś czas temu. I nie chce mnie wypuścić.
"(...) w porównaniu ze światem na powierzchni metro to najprawdziwszy raj. Chodzić bez maski przeciwgazowej, nie bać się ataków głodnych drapieżników, pić choćby niezbyt czystą, ale jednak bezpieczną wodę... Czy to nie ziemia obiecana? Czy warto szukać czegoś więcej?" /s. 265/
Moja ocena: 4,5/6


Jeszcze mały bonus, czyli fragmenty mojej internetowej rozmowy z Natalią (współlokatorką, z którą niestety nie mogłam się widzieć przez większość grudnia) na temat "Do światła". Uwaga, zawiera spoilery!

N: "Stalkerzy byli głupi (...) No i fakty się nie zgadzają, trochę to dziwne że Gleb tak ot chodzi w dzień po powierzchni i oczy mu wytrzymują tak intensywne światło. Mimo wszystko - książka jest naprawdę dobra, jestem nią pozytywnie zaskoczona. Taran jest świetny, mam tylko nadzieję że nie zrobi się jeszcze bardziej rozmowny bo straci swój urok. Lubię też Gleba, jest strasznie fajnym dzieciakiem. No i przede wszystkim ciągle jest jakaś akcja, cały czas coś się dzieje... swoją drogą - tyle mi naopowiadałaś o Weganach a to ludożercy są tam najgorsi (ludożerka chce cukierka!) - wszystkich wielebnych bym powystrzelała, są obrzydliwi i straszni jednocześnie. Nie wiem czy coś takiego faktycznie stałoby się z człowiekiem (przy Metrze i Korzeniach Niebios jakoś bardziej przemawiała do mnie psychologia dziwnych postaci), ale na pewno był to zacny pomysł. Aaaach, ciekawe co będzie dalej!"
B: "O weganach były chyba tylko dwie wzmianki w całej książce, ale bardzo mnie to rozbawiło. A o ludożercach nie chciałam mówić, żeby nie psuć Ci niespodzianki. To całe bieganie po powierzchni średnio mnie przekonuje (po tym, jak naczytałam się Glukhovskiego), a moją opinię o stalkerach znasz. Taran wymiata, reszta won. Mimo wszystko książka zacna, chociaż oczekiwałam czegoś więcej. Po przeczytaniu zakończenia stwierdzam, że przypomina mi trochę książki przygodowe, które czytałam w dzieciństwie (jest niebezpiecznie, jest fajnie, mamy przygody, możemy zostać w bezpiecznym miejscu ale idziemy dalej, bo nas nosi). Nie, to nie jest zarzut, to tylko taka luźna uwaga;)"

Ach, my i nasza błyskotliwa analiza dzieła literackiego!
___________________
Źródła zdjęć:
Produkcja własna 
Michael H. Brown "Po drugiej stronie"

Michael H. Brown "Po drugiej stronie"


Autor: Michael H. Brown
Tytuł: "Po drugiej stronie"
Tytuł oryginału: "The Other Side"
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 252

Michael H. Brown, dziennikarz śledczy, katolik, postanowił zebrać w jednej książce świadectwa osób które przeżyły śmierć kliniczną, aby w ten sposób stworzyć w miarę spójny obraz zaświatów, jaki wyłania się z tych wizji. Interesowały go wspomnienia osób w różnym wieku, różnych wyznań, żyjących współcześnie oraz przed wielu laty. 

Śmierć kliniczna to bardzo interesujące zjawisko - niezależnie od tego, czy uważamy ją za reakcję organizmu wywołaną lekami, czy też za prawdziwe doświadczenie. Jest to tym bardziej ciekawe, że relacje wielu osób bardzo często zgadzają się ze sobą, również co do szczegółów. Tunel, światło w tunelu, cudowne krajobrazy, niebiańska muzyka, zmarli krewni wychodzący na spotkanie, rzeczy, które nawet ciężko opisać posługując się ludzkim językiem... Czytałam o tym wszystkim z fascynacją, a niekiedy z lekkim niedowierzaniem. 


Przed lekturą trzeba wziąć pod uwagę fakt, że autor jest katolikiem i na wszystkie zgromadzone relacje patrzy właśnie z perspektywy chrześcijanina. Początkowo myślałam, że książka będzie po prostu zbiorem opowieści osób, które przeżyły śmierć kliniczną. Jest jednak nieco inaczej - tego typu świadectwa przeplatane są opiniami Michaela H. Browna, które niejednokrotnie wysuwają się na pierwszy plan. Entuzjastyczne komentarze autora, zachwyconego wizjami nieba, mogą czasem trochę przeszkadzać. Z drugiej strony - czy można pisać o raju, nie wykazując przy tym choćby odrobiny entuzjazmu?

Książka jest dobra, z pewnością będzie cennym źródłem informacji dla osób zainteresowanych tematem. Możliwe, że w pewne opisane w niej rzeczy ciężko jest uwierzyć. Nie można się jednak nie zgodzić z jej ogólnym przesłaniem (wynikającym również z wizji, jakie mają ludzie przenoszący się na chwilę w zaświaty) - im lepsi będziemy teraz, im więcej będziemy kochać, tym cudowniejsze rzeczy czekają nas po śmierci.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa M

Wszystkim osobom odwiedzającym ten blog chciałabym życzyć naprawdę radosnych, pełnych miłości Świąt Bożego Narodzenia. I, oczywiście, dużej liczby dobrych książek znalezionych pod choinką;)

 
______________________________
Źródła zdjęć:
1. Produkcja własna
Magdalena Kordel "Sezon na cuda"

Magdalena Kordel "Sezon na cuda"


Autor: Magdalena Kordel
Tytuł: "Sezon na cuda"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 318

"Sezon na cuda" to kontynuacja powieści "Uroczysko". Główną bohaterką, podobnie jak poprzednio, jest Marta - kobieta, którą opuścił mąż i która po tym wydarzeniu zamieszkała w niewielkiej miejscowości w Sudetach. Od wydarzeń opisanych w "Uroczysku" minęło pół roku. Maja dalej uczy w miejscowej szkole, nadal też prowadzi pensjonat. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia i kobieta zobowiązuje się do zorganizowania w Uroczysku Wigilii dla wszystkich samotnych osób z miasteczka. Nie będzie to jednak proste. Jak pogodzić tyle różnych charakterów, pomysłów na potrawy...jak ogarnąć całe to zamieszanie? Tym bardziej, że trzeba jeszcze poradzić sobie z uciążliwymi gośćmi - a raczej gościem - pensjonatu, dziwnym zachowaniem Marysie i tysiącem innych spraw...

Ta powieść to udana kontynuacja. Według mnie jest nawet lepsza niż "Uroczysko". Wszystko dlatego, że główna bohaterka jest trochę mniej irytująca. Chociaż nadal jej zdolność kojarzenia prostych faktów jest zadziwiająco mała (jestem złośliwa, wiem...)

"Sezon na cuda" to optymistyczna powieść, którą czyta się z przyjemnością (jeśli nie przeszkadza Wam, że często z góry wiecie, co się wydarzy). Jeżeli jesteście miłośnikami tego typu książek obyczajowych, powinniście być zadowoleni. Oczywiście lepiej będzie zacząć od "Uroczyska".

Moja ocena: 4,5/6
____________________
Źródło zdjęcia: 
1. Produkcja własna
Michael Laimo "Głębia ciemności"

Michael Laimo "Głębia ciemności"




Autor: Michael Laimo
Tytuł: "Głębia ciemności"
Tytuł oryginału: "Deep in the Darkness"
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 213




Michael Caine przeprowadza się wraz z rodziną (żoną Christine, córką Jessicą i psem) z Manhattanu do małego miasteczka Ashborough. Podejmuje tam praktykę lekarską po tragicznie zmarłym doktorze Harrisie. Idylla? Niekoniecznie. Od samego początku rodzinie Caine'ów towarzyszą niepokojące wydarzenia. Tak, jakby ktoś chciał ich ostrzec przed osiedleniem się właśnie w tym miejscu. Czy ma to jakiś związek z pojawiającymi się w lesie wokół domu tajemniczymi żółtymi światełkami? No cóż, na pewno nie są to świetliki...

Początkowo "Głębia ciemności" bardzo przypominała mi "Cmętarz zwieżąt" - rodzina przeprowadza się do małej miejscowości, w lesie otaczającym ich dom dzieją się różne dziwne rzeczy, których częściowego wyjaśnienia (i opowiedzenia lokalnych legend) podejmuje się uczynny sąsiad... Znacie ten scenariusz, prawda? Później akcja biegnie już jednak w innym kierunku. Zamiast indiańskiego cmentarza mamy tajemniczych Izolantów, którzy zagrażają mieszkańcom Ashborough. 

Michael Laimo napisał dosyć przeciętny horror. Mało oryginalny pomysł to pierwszy minus, jaki chciałabym wymienić. Oczywiście, pisarze często wykorzystują ograne już motywy. Jednak niektórzy potrafią wyciągnąć z nich to, co najlepsze, dodać kilka własnych elementów i stworzyć bardzo dobrą historię. W "Głębi ciemności" zdecydowanie się to nie udało. Książka, zamiast przerażać, budziła niekiedy moje obrzydzenie (epatowanie makabrycznymi bądź po prostu niezbyt przyjemnymi opisami, nie jest według mnie niezbędnym elementem horroru). Bohaterowie często wykazują się niezwykłym brakiem rozsądku - jak np. w sytuacji, kiedy Michael z żoną decydują się otwarcie porozmawiać o koszmarze, który ich spotkał. Zatrzymują przy sobie swoją pięcioletnią córeczkę, która ma słuchać ich rozmowy i podsuwać swoje pomysły na wyjście z sytuacji. Tak, jakby biedne dziecko nie było już wystarczająco przerażone...

Książka po prostu mnie znudziła. Gdyby nie fakt, że była naprawdę krótka, raczej nie doczytałabym jej do końca. Autorowi udało się wprawdzie stworzyć mroczny klimat, to jednak zdecydowanie za mało. Myślę, że "Głębia ciemności" może spodobać się mniej wymagającym czytelnikom, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z gatunkiem. Tym, którzy przeczytali już wiele dobrych horrorów, mogę odradzić lekturę.

PS. Czy tylko mnie powieści z tej serii wydawnictwa Amber tak bardzo rozczarowały?

Moja ocena: 3,5/6
_______________________
Źródła zdjęć:
1. http://s.lubimyczytac.pl//upload/books/30000/30644/155x220.jpg
2. http:/31.media.tumblr.com/261c2c8c1dd0a69740da72b2f95b1468/tumblr_mrran4OzSm1st5lhmo1_1280.jpg; 

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Mają tu kapelę jak wszyscy diabli"


Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Marzenia i koszmary" (Warszawa: Albatros, 2003)
"Perspektywa wyprawy w nieznane budziła w niej miły dreszczyk emocji. Zapomniała, że takie wyprawy robione pod wpływem chwilowego impulsu często kończą się zagubieniem w plątaninie bocznych, lokalnych dróg, po których później błądzi się bez końca pośród głuszy"
Mary i jej mąż Clark postanowili wybrać się na wycieczkę i lepiej poznać Oregon, w którym chwilowo mieszkali w związku z praca wykonywaną przez mężczyznę. To miała być wspaniała przygoda. I była, dopóki Clark nie zdecydował się użyć skrótu, żeby szybciej dotrzeć do miejscowości Toketee Falls. Po drodze coś poszło nie tak i ostatecznie Mary i Clark zgubili się gdzieś pośród wąskich leśnych dróg. Kiedy zobaczyli drogowskaz informujący, że zbliżają się do jakiegoś miasteczka, odetchnęli z ulgą. Ale nie na długo...
"Witajcie
w Niebie Rock and Rolla, Oregon.
U NAS ZABAWA NA STO DWA!
PRZEKONACIE SIĘ SAMI!"
Nie od dziś wiadomo, że urokliwe małe miasteczka mogą kryć przerażające tajemnice. Tak też było w przypadku Nieba Rock and Rolla. Jest to jednocześnie jeden z ulubionych motywów Stephena Kinga. Pomyślcie chociażby o Castle Rock.
"(...) nie sądzę, żeby historia ta naprawdę wbiła się w pamięć, powodowała gęsią skórkę; może dopiero na ostatnich sześciu czy ośmiu stronach" Stephen King
Opowiadanie rzeczywiście nie przeraża, ale może wywołać w czytelniku niepokój. Może też sprawić, że zastanowicie się dwa razy, zanim zdecydujecie się na użycie skrótu, zwłaszcza jeśli droga prowadzi przez las. A na widok urokliwego małego miasteczka, żywcem wyjętego z obrazów Normana Rockwella, poczujecie dreszcz strachu....

Moja ocena: 5/6


PS. Opowiadanie zostało zekranizowane - kilka lat temu powstał serial "Marzenia i koszmary Stephena Kinga", w którym każdy z odcinków (niestety jest ich tylko 8) poświęcony został innej historii z tego zbioru.
____________________
Źródła zdjęć:
1. http://media-cache-ak0.pinimg.com/736x/9c/46/06/9c4606d192b142fcf1499f0584d79866.jpg 
2. http://media-cache-ec0.pinimg.com/736x/fe/b5/d2/feb5d250c9e9a8e42ace2abcd877a770.jpg
Dean R. Koontz "Zmrok"

Dean R. Koontz "Zmrok"

     
Biedna, zniszczona książka.
A może się jej należało?


Autor: Dean R. Koontz
Tytuł: "Zmrok"
Tytuł oryginału: "Darkfall"
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 1997
Liczba stron: 302








W Nowym Jorku dochodzi do serii bardzo brutalnych morderstw. Nikt nie potrafi wyjaśnić, w jaki sposób zabójcy przedostają się do pilnie strzeżonych miejsc, w których zazwyczaj przebywają ofiary - wszystkie związane z mafią i handlem narkotykami. Zajmujący się sprawą policjant Jack Dawson natrafia na trop, w który jednak ciężko uwierzyć. Bo czy morderstwa mogą być dziełem czarownika voodoo? 

Narkotyki, mafia, morderstwa i voodoo - takie połączenie mógł wymyślić chyba tylko Dean Koontz. I tylko jemu mogła z tego wyjść całkiem niezła powieść.

"Zmrok" należy do horrorów napisanych przez Koontza w latach 80. (dokładniej w 1984 r.) Wydaje mi się, że powieść pasuje stylistyką do filmów grozy, które powstawały w tamtym okresie - specyficzny klimat, duża liczba ofiar, powiązanie ze zjawiskami paranormalnymi... i to poczucie, że nie wiadomo czy śmiać się z absurdalności całej historii, czy może dać się w nią wciągnąć i nawet dobrze się bawić. 

Dean Koontz zaserwował czytelnikom historię złożoną z dosyć zaskakujących elementów, coś, w co zupełnie nie chce się uwierzyć. Dodatkowo, co chyba charakterystyczne dla tego autora, mamy schematyczne postaci, albo dobre albo złe, oraz romans dwójki głównych bohaterów (szczególnie zdenerwowała mnie scena łóżkowa pomiędzy Jackiem i Rachael oraz ich patetyczna rozmowa o miłości, podczas gdy w tym samym czasie policjant powinien być ze swoimi dziećmi, którym groziło śmiertelne niebezpieczeństwo). 
Trzeba jednak przyznać, że fabuła jest dosyć dynamiczna (wszystko rozgrywa się w ciągu 24 godzin), a lektura - potraktowana z przymrużeniem oka - może być zaskakująco przyjemna.

"Zmrok" ma wady. Całkiem sporo wad. Jednak miłośnikom gatunku (zwłaszcza ceniącym horrory z lat 80.) może się spodobać. Nie polecam za to tej powieści na pierwsze spotkanie z autorem. 

Moja ocena: 4/6

Przypominam o konkursie na facebooku (do 13 grudnia) - do wygrania powieść Richarda Paula Evansa "Szukając Noel" KLIK
_________________
Źródła zdjęć:
1. Przecież widać, że to ja robiłam to zdjęcie...
2. http://media-cache-ec0.pinimg.com/736x/aa/a0/8a/aaa08ae8feed705895dbf71b9d51b2d5.jpg
Ponure Poniedziałki: Michał Stonawski "Wioska przeklętych"

Ponure Poniedziałki: Michał Stonawski "Wioska przeklętych"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "31.10 Wioska przeklętych", który można ściągnąć za darmo tutaj. Wszystkie utwory w antologii łączy tytułowa wioska - położone gdzieś na południu Polski tajemnicze Strzyżewo.


Robert i Agnieszka, nękani problemami które pojawiły się w ich małżeństwie, postanowili wybrać się na wakacje i wszystko spokojnie przemyśleć. Ich celem było Strzyżewo - malutka wioska, której nawet nie można znaleźć na mapach. Podróż nie była łatwa, a kiedy w końcu Robert i Agnieszka dotarli do celu, spotkała ich nie lada niespodzianka...

Początek "Wioski przeklętych" bardzo przypominał mi pierwsze sceny opowiadania Stephena Kinga "Mają tu kapelę jak wszyscy diabli" - małżeństwo podróżujące przez praktycznie nie uczęszczane drogi, wypatrujące na horyzoncie jakiegoś miasteczka... Na tym jednak podobieństwa się kończyły. Bo w "Wiosce przeklętych" chodzi o coś zupełnie innego.

Całość czytałoby się bardzo dobrze, gdyby nie liczne błędy. Naprawdę, opowiadaniu przydałaby się porządna korekta. Zbyt duża ilość przecinków, zła konstrukcja niektórych zdań, błędy w pisowni... Wyjątkowo nie będę złośliwa (w tym momencie wszyscy moi znajomi, którzy czytają ten blog, przecierają zapewne oczy ze zdumienia) i nie wymienię tych najbardziej rażących. Mimo wszystko szkoda, że korekta nie była bardziej staranna - opowiadanie dużo na tym straciło.

Wróćmy jednak do fabuły. Początkowo nie byłam przekonana co do całego pomysłu, jednak po przeczytaniu całości i przemyśleniu sprawy zmieniłam zdanie. Jest pomysł (motyw przeklętego małego miasteczka/małej wioski wiecznie żywy), jest klimat, a za scenę dotarcia małżeństwa do Strzyżewa i zapłatę za przejazd (piękne odwołanie do mitologii greckiej) mogę tylko wyrazić swoje uznanie. 

Podsumowując: jeden z moich ulubionych motywów w horrorach - jest; mroczny klimat - obecny; dobre zakończenie - jak najbardziej; błędy - niestety, są. I to dużo. Naprawdę nad tym ubolewam. 
Mimo wszystko, polecam wycieczkę do Strzyżewa. Tylko, wiecie...nie wszyscy stamtąd wracają...

Moja ocena: 4/6
_______________________
Źródło zdjęcia: 
http://all-free-download.com/free-photos/scary_dark_forest_210274.html
Richard Paul Evans "Szukając Noel" + KONKURS

Richard Paul Evans "Szukając Noel" + KONKURS


Autor: Richard Paul Evans
Tytuł: "Szukając Noel"
Tytuł oryginału: "Finding Noel"
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 288
"Są takie opowieści, świąteczne opowieści, które trzyma się zamknięte w pudełkach razem z bombkami i lampkami na choinkę i które wyjmuje się każdego roku, by się nimi cieszyć. Sądzę, że moja historia jest właśnie z nich." /s. 288/
Głównym bohaterem i zarazem narratorem powieści jest Mark - chłopak, którego życie zdecydowanie nie rozpieszcza. Kiedy, zrezygnowany, postanawia popełnić samobójstwo, przypadkowo spotyka Macy - dziewczynę, która sprawia że znowu chce mu się żyć. Jednak to nie koniec historii, a dopiero jej początek. Każdy z bohaterów tej książki ma za sobą ciężkie przeżycia, każdy z nich boi się zaufać drugiej osobie. No i jest jeszcze tytułowa Noel, którą muszą odnaleźć. Kim ona jest? I czy same jej poszukiwania są w stanie odmienić życie Marka i Macy?
"Szedłem z powrotem do mieszkania, niosąc w piersi serce rozbite na tysiąc kawałków." /s. 129/
Dla niektórych "Szukając Noel" będzie tylko kolejną cukierkową opowieścią o miłości, osadzoną w świątecznej atmosferze. Trzeba jednak powiedzieć, że życie bohaterów wcale nie jest takie różowe, a od rozwijającego się między nimi uczucia chwilami zdecydowanie ważniejsza jest ich bolesna przeszłość, z którą muszą się zmierzyć. W końcu trzeba uporządkować swoje sprawy zanim rozpocznie się nowy etap w życiu...

To nie jest idealna książka. Sama historia Marka i Macy jest bardzo wzruszająca, ale podczas lektury nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że bohaterowie zbyt często wypowiadają się w dosyć pretensjonalny sposób. Ich słowa były piękne, ale...ludzie w prawdziwym życiu tak nie mówią. Poza tym - czy w USA to normalne, że choinki oraz inne ozdoby świąteczne stoją w domach już w listopadzie? Jeszcze przed Świętem Dziękczynienia? Z powieści wynika, że tak (i bardzo możliwe, że jest tak naprawdę. Co jednak nie znaczy, że mi się to podoba).


Podsumowując: historia opowiedziana w "Szukając Noel" nie jest lekka, łatwa i przyjemna. Jest za to poruszająca i może skłonić nas do rozmyślań o miłości i o naszych relacjach z bliskimi. Trzeba jednak przyznać, że autor zrobił dużo aby osłodzić nam trudy czytania o nieszczęściach spotykających Marka i Macy - wkładając w usta bohaterów (zbyt) piękne słowa i umieszczając całą akcję w cukierkowej atmosferze Świąt Bożego Narodzenia (już w listopadzie!). Mimo wszystko, jeżeli ktoś ma ochotę na ładną, wzruszającą historię dwojga ludzi, serdecznie polecam.
"(...) staraj się czerpać jak najwięcej z każdej upływającej chwili życia, którą cię pobłogosławiono. Kochaj. Cierp. Śmiej się. Płacz. Tańcz. Gub kroki. I pij mnóstwo gorącej czekolady." /s. 277/
Moja ocena: 4/6

Jeżeli chcecie przeczytać "Szukając Noel", możecie wziąć udział w moim konkursie zorganizowanym na facebooku. Polubienie strony "Miros de carti" NIE jest konieczne.
________________________
1. Produkcja własna.
2. http://images.all-free-download.com/images/graphiclarge/christmas_lamp_187448.jpg

Ponure Poniedziałki: Edgar Allan Poe "Maska śmierci szkarłatnej"

Edgar Allan Poe
Opowiadanie jest dostępne za darmo, w różnych formatach, w serwisie WolneLektury.pl

Bal maskowy kojarzy się zazwyczaj z radosnym wydarzeniem i okazją do dobrej zabawy (chyba, że pojawi się na nim upiór z opery...ale to już inna historia). Jednak ten zorganizowany przez księcia Prospero stał się początkiem końca. Ale po kolei. Kiedy w kraju zaczęła panoszyć się śmierć szkarłatna, czyli epidemia dżumy, książę "zwołał tysiące dzielnych, chwackiego przyrodzenia druhów płci obojej, wybranych spośród rycerzy i dwórek jego świty, i wraz z nimi usunął się od świata w ustronną samotnię jednego ze swych warownych opactw". Całe towarzystwo bynajmniej nie oddawało się tam kontemplacji i nie rozmyślało o śmierci, która szalała za murami. Wręcz przeciwnie, wszyscy świetnie się bawili (Przypomina mi się "Dekameron". Ale nie, tutaj raczej nikt nie snuł opowieści). Pewnego dnia książę zorganizował wspomniany już bal maskowy. Co się na nim zdarzyło - przeczytajcie już sami...


Co za opowieść... Opis niezwykłego zamku i siedmiu komnat (każdej w innym kolorze, łącznie z czarnym) oraz zegara, który wybijając kolejne godziny przerywał wesołą zabawę całego towarzystwa, wywołując jego niepokój, tylko potęgują napięcie. Nie potrzeba skomplikowanej historii i krwi lejącej się strumieniami, żeby przestraszyć czytelnika. A jeśli połączymy warsztat literacki Edgara Allana Poe z pięknym przekładem Bolesława Leśmiana, otrzymamy prawdziwą literacką ucztę. 

"Maskę śmierci szkarłatnej" możemy potraktować jak bajkę. Dla dużych dzieci. W końcu kto powiedział, że wszystkie bajki dobrze się kończą?

Moja ocena: 5,5/6
_______________
Źródła zdjęć:
1. http://images.all-free-download.com/images/graphiclarge/portrait_edgar_allan_poe_1848_238631.jpg
2. http://images.all-free-download.com/images/graphiclarge/phantom_nowhere_mysterious_strange_definition_picture_168024.jpg
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger