J.D. Bujak "Spadek"




Autor: J.D. Bujak
Tytuł: "Spadek"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 455





Przyznajcie się, na czyim blogu przeczytałam pochlebną recenzję tej książki?

Główną bohaterką powieści jest Małgorzata (zwana Megi), młoda lekarka mieszkająca w Gdańsku. Pewnego dnia kobieta dowiaduje się, że zmarła jej daleka krewna, a ona sama otrzymała w spadku kamienicę w centrum Krakowa. Małgorzata szybko przeprowadza się do nowego domu, jednak pewne niepokojące zjawiska nie pozwalają jej cieszyć się tym miejscem zamieszkania. Czyżby kamienica była nawiedzona?

Zapowiada się dobrze, prawda? Niestety, rewelacyjny (chociaż mało odkrywczy) pomysł na powieść nie został w pełni wykorzystany. Dodatkowo lekturę utrudniały mi różne niezbyt mądre wątki, refleksje i wydarzenia, wprowadzane przez autorkę. Podczas czytania stworzyłam całą ich listę. Powiedzcie, proszę, czy tylko ja czepiam się szczegółów (i mogłabym to sobie odpuścić) czy też książka jest po prostu niedopracowana:

- Jedna z pierwszych scen: pogrzeb ciotki Małgorzaty. Bohaterka rozpacza, ale: "Zdrowy rozsądek podpowiadał jej, że nie powinna płakać. Przecież prawie nie znała ciotki. Podobnie zresztą jak tych wszystkich zmarłych, których obecność podświadomie wyczuwała [...] Nie pasowała tutaj. Była inna. Żywa". Zmarli na cmentarzu...serio? I dlaczego nie wypada płakać na pogrzebie krewnej, nawet takiej, której się nie znało?

- Małgorzata jest dorosłą kobietą, lekarzem, ale zachowuje się jak nastolatka. Jest po prostu głupia, bezmyślna (Nie, nie uważam, żeby wszystkie nastolatki takie były! W poprzednim zdaniu chodziło mi raczej o niedojrzałość głównej bohaterki), nie kojarzy prostych faktów, rumieni się na każdą wzmiankę o facecie, który się jej podoba... 
Zresztą, jako lekarz też się nie sprawdza. Często nie udziela nawet pierwszej pomocy rannym (a duchy były złośliwe i kilka osób uszkodziły), tylko od razu dzwoni po karetkę. 
Po wypadku samochodowym nabywa umiejętność wyczuwania, kiedy ktoś jest chory. Informuje pielęgniarkę w szpitalu, w którym leży, że coś jest nie w porządku z jej brzuchem. Okazuje się, że dziewczyna ma guza na jajniku. Małgorzata jest zaniepokojona tylko tym, że to ONA ma jakieś dziwne przeczucia, co nie jest normalne. Chorą pielęgniarką się nie przejmuje. 
Dodatkowo bohaterka, pomimo licznych dowodów (głosy, dziwne wizje, ataki duchów, zjawy pojawiające się na zdjęciach) nie wierzy w istnienie zjawisk paranormalnych. Widzi, słyszy (i odczuwa na własnej skórze) obecność duchów, ale... przecież jest RACJONALISTKĄ.
Ech... Małgorzata to po prostu - przepraszam za wyrażenie - idiotka. Ale z jakiegoś powodu wszyscy ją lubią, opiekują się nią i jeszcze znajduje faceta swoich marzeń. Aha, posiada też niezwykłe zdolności, które czynią ją wyjątkową. No tak, przecież jest główną bohaterką...


- Autorka nie do końca poradziła sobie z opisywaniem realiów życia w Krakowie (i w ogóle w Polsce). W jej świecie rezonans magnetyczny można wykonać od ręki, na krakowski Rynek (nie w jego pobliże) najwyraźniej dojeżdża się tramwajem, osoba mająca niespełna 60 lat opisywana jest jako "starsza kobieta", w centrum Krakowa nie ma żadnej herbaciarni z prawdziwego zdarzenia (dopiero jeden z bohaterów taką otworzył), wszyscy pacjenci szpitala mają swoje prywatne pokoje (zatłoczone sale? zapomnijcie), zaparowane po prysznicu lustro jest dziwnym zjawiskiem, tak samo jak chłód we wnętrzu starej kamienicy z grubymi murami...

- W książce występują dziwne przeskoki czasowe. Na przykład Małgorzata wychodzi ze szpitala po nocnej zmianie, od razu jedzie do domu, rozmawia chwilę ze znajomym i... już jest godzina 16. 
Albo: jedna z bohaterek dowiaduje się w sierpniu, że jest w ciąży. Następnie narratorka pokrótce opisuje wydarzenia rozgrywające się od sierpnia do grudnia. Potem mamy rozdział zatytułowany "7 miesięcy później". Ta sama bohaterka nadal jest w ciąży ze swoim pierwszym dzieckiem.

- W powieści można natrafić na dosyć dziwne wyrażenia i niezbyt zgrabnie skonstruowane zdania. Na przykład: "Ruchem ręki starła z twarzy resztkę snu", "Nad ogródkiem zawisła gęsta, biała mgła, skutecznie odcinając ciekawskim widok na ogródek", "Granicki ostatni przekroczył wysoki próg strychu, zerkając po raz ostatni do ciemnego i dusznego wnętrza". Na szczęście takich "kwiatków" nie ma zbyt dużo, ale jednak od czasu do czasu się pojawiają.

Moja lista zarzutów jest dłuższa, ale wypisywanie tutaj wszystkiego chyba nie ma sensu. 

Podsumowując: pomysł był dobry, początek powieści zapowiadał się nawet obiecująco, a autorka potrafi pisać i przykuć uwagę czytelnika, ale... książka jest bardzo niedopracowana. Miałam wrażenie, jakbym czytała opowiadanie publikowane przez jakąś nastolatkę na blogu: "cudowna" główna bohaterka (Mary Sue?), brak logiki, zaczerpnięcie motywu niezwykłego mężczyzny (ukochanego bohaterki) ze "Zmierzchu" i przekombinowane zakończenie. A wystarczyłoby poprawić błędy logiczne i zbyt "udziwnione" wyrażenia, wprowadzić nieco więcej realizmu w opisy codziennego życia (co tym wyraźniej kontrastowałoby z przedstawianymi paranormalnymi zjawiskami) i nie idealizować tak głównej bohaterki. Przecież autorka jest w stanie stworzyć naprawdę dobrą powieść... potrzeba tylko więcej pracy.

Dlaczego przeczytałam tę książkę, skoro tak mi się nie podobała? Początkowo byłam po prostu zaciekawiona. A potem... postanowiłam, że poznam historię Małgorzaty do końca - ostatecznie lektura nie zajęła mi dużo czasu. Ale i tak... to nie był dobra decyzja. Czytanie i analizowanie takich historii jest raczej odpowiednim zadaniem dla ekipy z "Przyczajonej logiki, ukrytego słownika".
Mam nadzieję, że pozostałe książki autorki są lepsze. Jednak nie zamierzam już po nie sięgać.

Moja ocena: 2/6
_____________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/110924/spadek
2. unsplash.com

Ponure Poniedziałki: Ambrose Bierce "Człowiek i wąż"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Jeździec na niebie" (Czytelnik, 1978)

"Żaden tedy człek rozumny a uczony nie poważy się zadać temu kłam, albowiem godne wiary relacye tudzież mnogie świadków potwierdzenia dowodzą, iż żmija w ślepiach swoich posiada moc magnetyczną: ktokolwiek popadnie w jej krąg, mimo woli swej przyciągany będzie i zginie marnie od ukąszenia onej"
Tym zdaniem, pochodzącym z książki czytanej właśnie przez głównego bohatera, rozpoczyna się opowiadanie Ambrose'a Bierce'a. Wspomniany bohater to Harker Brayton - mężczyzna przebywający właśnie w gościnie u przyjaciela, "doktora Druringa, wybitnego zoologa". Harker nie wierzył w to, że węże mogą posiadać opisywane powyżej niezwykłe moce. Uznał, że to bzdury. Szybko miał okazję zweryfikować ten pogląd - od razu po przeczytaniu cytowanego zdania Brayton zauważył pod łóżkiem dwa małe, świecące punkciki. Oczy węża.
"Jeśli nawet gad był nieszkodliwy, to w każdym razie sama jego obecność stawała się uwłaczająca. Znalazł się tu prawem kaduka, był "nie na miejscu", dopuścił się impertynencji [...] Co więcej - o, nieznośna myśli! - wyziewy tego potwora zanieczyszczały powietrze, którym sam Brayton oddychał" 
Wspominałam już kiedyś w Ponurych Poniedziałkach o autorze tego opowiadania. Było to przy okazji recenzji jego innej pracy: "Przy moście nad Sowim Potokiem". Ten tekst jest utrzymany w zupełnie innym klimacie. Nie odwołuje się do wojny secesyjnej, za to cechują go ironia i poczucie humoru - czego nie znalazłam w poznanych dotychczas opowiadaniach Bierce'a o tematyce wojennej (nic dziwnego).

Wiem, to nie jest oko węża. Nie znalazłam odpowiedniego zdjęcia:/

Mogłoby się wydawać, że opowiadanie jest banalne. Przewidywalne. Ale trzeba zauważyć dwie rzeczy: to, jak autor żartuje i wykorzystuje znane konwencje (wiadomo, że pod łóżkiem rzeczywiście znajdzie się wąż i że w takiej sytuacji bohater musi zostać zahipnotyzowany - bo przed chwilą o tym przeczytał); oraz to, w jaki sposób Bierce zakończył swój tekst. Ostatnie zdanie wprawia czytelnika w zdumienie i jest idealnym podsumowaniem całego pomysłu. To zresztą charakterystyczne dla tego autora - zakończenia innych jego prac często są równie zaskakujące i szokujące, podkreślając przy tym mroczny charakter opisywanych historii. 

"Człowiek i wąż" to krótkie opowiadanie, które nie jest zbyt straszne. Autorowi udało się jednak, na zaledwie kilkunastu stronach, przyciągnąć uwagę czytelnika, rozśmieszyć go, sprawić, aby pomyślał że historia jest banalna i zaskoczyć go zakończeniem. Taki niepozorny tekst, a tyle emocji podczas lektury...

Moja ocena: 4,5/6

Chciałam tylko przypomnieć... KONKURS!
________________
Źródło zdjęcia: http://www.imcreator.com/free/nature/animals/an-eye

Tim Rob Smith "Ofiara 44"




Autor: Tim Rob Smith
Tytuł: "Ofiara 44"
Tytuł oryginału: "Child 44"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 421



"Przestępstwo nie istnieje"
Morderstwo? Takie rzeczy zdarzają się tylko na zgniłym, kapitalistycznym Zachodzie. Dlatego kiedy Lew Demidow, funkcjonariusz MGB, otrzymuje zadanie przekonania rodziny małego Arkadego, że chłopiec zginął w wyniku nieszczęśliwego wypadku, nie zgłasza żadnych zastrzeżeń i bezwzględnie wykonuje swoją misję. Wątpliwości pojawiają się później, kiedy Lew wpada na trop kolejnych morderstw. Ale w Związku Radzieckim takie zbrodnie się nie zdarzają. Każdego, kto twierdzi inaczej, czeka... śmierć.

Jestem pod wrażeniem. Autor zadał sobie wiele trudu, żeby odtworzyć realia życia w ZSRR lat 50., gdzie nikomu nie można było ufać. Każdy mógł być współpracownikiem służb bezpieczeństwa, każdy mógł kogoś zadenuncjować... I nieważne, że dany człowiek był niewinny. Jak powiedział Andriej Wyszyński: "Dajcie mi człowieka, a paragraf sam się znajdzie".
"Praca śledczego polegała na tym, aby dopóty zdzierać warstwę niewinności, dopóki nie odsłoni winy. Jeśli nie udało mu się dowieść winy podejrzanego, oznaczało to, że zdarł za mało"
Już sam początek powieści, odwołujący się do Wielkiego Głodu na Ukrainie, zniszczył mnie psychicznie. Ale to było tylko zachętą, żeby czytać dalej. Następujące później opisy funkcjonowania ZSRR pod władzą Stalina z jednej strony oraz zbrodni popełnianych na dzieciach z drugiej, mogą odstraszyć co wrażliwsze osoby.


Nie myślcie sobie, że główny bohater (Lew) szybko przekonał się do konieczności poprowadzenia śledztwa. O nie. To wymagało czasu. Lew musiał przestać wierzyć w system, któremu wcześniej bezkrytycznie ufał. Musiała go spotkać osobista tragedia. Kiedy partia, państwo, praca, miłość - wszystko, w co wierzył - okazało się kłamstwem, zostało mu tylko to śledztwo i pragnienie, żeby chociaż w jednej sprawie okazać się naprawdę wartościowym człowiekiem. 

Tim Rob Smith czerpał inspirację z historii Andrieja Czikatiły - rosyjskiego seryjnego mordercy, zwanego "rzeźnikiem z Rostowa". Wykorzystał jego historię (która już sama w sobie jest przerażająca), dodał kilka wątków... i otrzymał powieść osadzoną w radzieckich realiach, z typowym "amerykańskim" zakończeniem. Naprawdę, nie mogłam się nie uśmiechnąć, czytając ostatnie strony.

Książka jest bardzo dobrze napisana. Wciąga. Zadziwia. Przeraża. Tym bardziej, że duża część opisanych historii wydarzyła się naprawdę. Za pracę, jaką wykonał Tim Rob Smith, należą mu się słowa uznania. Można jednak mieć wrażenie, że wewnętrzna przemiana głównego bohatera była mało wiarygodna. I to zakończenie... Rozumiem, że autor chciał dać czytelnikom iskierkę nadziei (tak bardzo brakowało jej w całej książce). Ale chyba trochę przesadził. 

Mimo wszystko, polecam - szczególnie osobom interesującym się historią Rosji XX wieku. I lubiącym mocne wrażenia. 

Moja ocena: 4,5/6

Przypominam o KONKURSIE;)
________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/29204/ofiara-44
2. Gratisography.com 

Ponure Poniedziałki: Stefan Grabiński "Sygnały"

Opowiadanie jest dostępne w serwisie WolneLektury.
Można go też posłuchać na stronie Tchnienie Grozy (odcinek 13)
Tekst pochodzi ze zbioru "Demon ruchu".


Chyba z większością środków transportu związane są różne legendy i straszne opowieści. Przeklęte statki, niebezpieczne samoloty, ożywające samochody i ciężarówki o morderczych zamiarach... "Wdzięcznym" tematem są również pociągi i wszystko, co z nimi związane.

W opowiadaniu Stefana Grabińskiego poznajemy grupę odpoczywających po pracy kolejarzy. Siedzą w starym, dawno nieużywanym wagonie pocztowym i opowiadają sobie straszne historie. Wiadomo, że najbardziej przerażające są te, które wydarzyły się naprawdę. Do nich należy opowieść o sygnałach alarmowych odbieranych przez jedną ze stacji. Kolejarze sprawdzili, że nigdzie w okolicy nie doszło do awarii oraz, że żaden z ich kolegów nie wysyła tych sygnałów. Tymczasem komunikaty wciąż nadchodziły, w takiej samej kolejności. Najpierw sygnał "wozy odbiegły", oznaczający że wagony samoistnie odczepiły się od lokomotywy. Następny przekaz brzmiał: "wszystkie wozy zatrzymać". Kolejny: "przysłać lokomotywę z robotnikami". Ostatni, już rozpaczliwy: "przysłać maszynę z robotnikami i lekarzem". Wszystkie razem świadczyły o katastrofie. Pytanie tylko: czy to były żarty? Czy rzeczywiście gdzieś miał miejsce wypadek (chociaż sprawdzono okoliczne trasy i wszędzie panował spokój) ? I kto nadawał sygnały, skoro nie pochodziły z żadnej z pobliskich stacji?


Stefan Grabiński żył w latach 1887-1936. Był pisarzem, związanym z literaturą grozy. Określany jest jako "twórca horroru kolejowego", "polski Poe", "polski Lovecraft". Dlaczego obecnie tak mało osób o nim pamięta?

Jak miło przeczytać dobrze napisane opowiadanie: z godnym uwagi pomysłem, umiejętnie stopniowanym napięciem i świetnym (choć niezbyt zaskakującym) zakończeniem. Dodatkowym atutem jest język - nieco poetycki, połączony jednak z realistycznym sposobem narracji i wprowadzeniem fachowego słownictwa, związanego z koleją. 

Podczas lektury można odnieść wrażenie, że siedzimy razem z kolejarzami w ich "kasynie" i przysłuchujemy się strasznym opowieściom. Może i historia tytułowych sygnałów nie wstrząśnie czytelnikiem... ale jest w stanie wywołać dreszcz niepokoju. I następnym razem, kiedy najdzie Was ochota na zwiedzenie opuszczonej stacji kolejowej albo zorganizowanie sesji zdjęciowej na torach, zastanowicie się dwa razy...

Moja ocena: 5/6


Od dwóch tygodni jestem magistrem;) Może pamiętacie, że jakiś czas temu zamieszczałam tutaj posty związane z tematem mojej pracy. Zastanawiałam się nad udostępnieniem całości, ale... podejrzewam, że kilka osób, których blogi analizowałam pod względem poprawności językowej, mogłoby się poczuć urażonych - nie wszyscy, z różnych powodów, piszą poprawnie, na co zwracałam szczególną uwagę. Na niektóre blogi reaguję teraz wręcz alergicznie (to chyba normalna reakcja po przebrnięciu przez pokaźną liczbę źle napisanych postów). No cóż, jeszcze się nad tym zastanowię...

Przypominam o konkursie;)
_______________
Źródło zdjęcia: unsplash.com
Książkowy konkurs fotograficzny

Książkowy konkurs fotograficzny

Ponieważ zebrałam pokaźny stosik książek "do oddania", postanowiłam się w końcu nimi podzielić. Na początek wytypowałam cztery powieści, z którymi jestem w stanie się rozstać (i nie zakończy się to płaczem;) Zapraszam więc na konkurs!


Regulamin:

1. Organizatorką konkursu jest właścicielka blogu Miros de carti. Książki przeznaczone na nagrody są moją prywatną własnością.

2. Zabawa trwa od 16 lipca do 6 sierpnia. Ogłoszenie wyników - prawdopodobnie 7 sierpnia. W razie zmian w terminach zamieszczę odpowiednią informację na blogu. 

3. Do wygrania są książki widoczne na zdjęciu poniżej, czyli:
Haruki Murakami "Norwegian wood" (wydanie kieszonkowe)
Sarah Jio "Marcowe fiołki" (wydanie kieszonkowe)
Meredith Goldstein "Single"
Dean Koontz "Recenzja"


Jedna osoba może wygrać jedną, wybraną przez siebie powieść.

4. Zadanie konkursowe: zrób zdjęcie, które będzie nawiązywało do tytułu lub treści książki, którą chcesz wygrać. Mogą to być bardzo luźne skojarzenia - wystarczy je tylko odpowiednio uargumentować. 
Fotografię (wraz z ewentualnym uzasadnieniem, w jaki sposób jest związana z powieścią) oraz - dla pewności - tytuł interesującej Was książki, proszę wysłać na adres azumi.90@hotmail.com w tytule maila wpisując "konkurs".

5. Wygrywają dwie osoby, a wybór zwycięzców będzie subiektywny. Bardziej niż zdolności artystyczne liczy się pomysł (chociaż estetyczne i po prostu ładne zdjęcia są mile widziane;)

6. O wygranej poinformuję na blogu oraz w mailach wysłanych do zwycięzców.

7. NIE TRZEBA:
- lubić mojej strony na facebooku
- dodawać się do obserwatorów
- zamieszczać banneru konkursowego na swoim blogu.
Chociaż, oczywiście, podobne działania (oprócz tego z bannerem - bo po prostu go nie ma) będą mile widziane. 

MOŻNA:
- poinformować o konkursie swoich znajomych, którzy chcieliby dostać w swoje ręce jedną z wyżej wymienionych książek.

Zapraszam do udziału i... powodzenia!

Ponure Poniedziałki: Magdalena Godlewska i Łukasz Kiełbasa "Kościół"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Horror na Roztoczu"

"Ale głupki! Jak w jakimś tanim horrorze. To oczywiste, że samemu nie chodzi się wieczorami w nawiedzone, odludne miejsca. To przecież ograny motyw! Nie wiedziałem, że ludzie na żywo zachowują się tak samo głupio jak ci na filmach"
Wbrew pozorom autor tych słów, czternastoletni Franek, sam postąpił jak "głupki" z horrorów. Namówiony przez najlepszego przyjaciela, Maksa, wybrał się z nim na wycieczkę. Celem był stary kościół w Szurze - podobno nawiedzone miejsce, z powodu którego część mieszkańców wsi już dawno opuściła swoje domy. Chłopcy, uzbrojeni w osikowe kołki, wodę święconą, czosnek i latarki, chcieli zwiedzić tajemnicze podziemia świątyni. Nie muszę chyba dodawać, że wakacyjna wycieczka nie zakończyła się najlepiej... 

"Horror na Roztoczu" to bardzo ciekawy projekt. 17 opowiadań, wszystkie na podstawie koszmarnych snów Łukasza Kiełbasy. Akcja każdego z nich rozgrywa się na Roztoczu lub w okolicach. Pomysłodawca zaprosił do współpracy pisarzy, którzy na podstawie jego notatek stworzyli opowiadania. Na pomoc przybyli również graficy, którzy zilustrowali publikację. Muszę przyznać, że cała inicjatywa bardzo mi się spodobała!

Wyjedź na wieś, mówili. Będzie fajnie, mówili...

Wróćmy jednak do "Kościoła"! To opowieść o nastolatkach myślących, że odkrywanie nawiedzonych miejsc jest znakomitą zabawą. To młodzieżowy horror z dobrze (biorąc pod uwagę małą objętość tekstu) skonstruowanymi bohaterami. Nieliczne (ale jednak obecne) błędy i przewidywalność całej historii rekompensuje styl Magdaleny Godlewskiej - akcja jest sprawnie poprowadzona, opowiadanie pozbawione jest zbędnych dłużyzn, czyta się je bardzo szybko. A uczucie niemocy, które towarzyszyło bohaterom... kto z nas nie zna go ze swoich snów? Próbujemy biec, ale stoimy w miejscu albo poruszamy się jak muchy w smole. Góra, na którą się wspinamy, jest coraz wyższa... Ciekawe czy te odczucia pojawiały się w snach pana Łukasza, czy też ich wprowadzenie do tekstu było pomysłem autorki opowiadania.

Podsumowując: Nie czułam przerażenia ani niepokoju. Nie było "fajerwerków". Za to wydaje mi się, że jest to po prostu dobre opowiadanie - w pełnym znaczeniu tego słowa. 
I chyba zacznę myśleć o stworzeniu kilku tekstów na podstawie moich koszmarów;) Kilka tygodni temu śniło mi się, że wilki zjadły mojego (byłego) ukochanego. A w piątek nawiedził mnie koszmar o tym, jak to przechowywałam czyjeś poćwiartowane zwłoki w pobliskim lesie. Czyje? Naprawdę nie pamiętam...

Moja ocena: 4/6

Zapraszam do dyskusji o opowiadaniu, "Horrorze na Roztoczu" i Waszych koszmarach (oby jak najmniej takich snów!) - w komentarzach oraz na facebooku.
______________
Źródło zdjęcia: gratisography.com

Mariusz Czubaj, Marek Krajewski "Aleja samobójców"



Autorzy: Mariusz Czubaj, Marek Krajewski
Tytuł: "Aleja samobójców"
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 282





"Pamięta pan, graliśmy trzy tygodnie temu niedaleko hotelu "Grand". Potem usłyszałem od kolegi prawnika, że to miejsce z tradycjami. Przed wojną te piękne secesyjne wnętrza były jaskinią hazardu. Ale najciekawsze jest to, że obok "Grandu", w kierunku Wejherowa, ciągnęła się aleja samobójców. Wieszali się niemieccy rybacy, polscy inżynierowie, żydowscy sklepikarze i rosyjscy arystokraci, którzy przegrywali tu majątki. Podobno nad ranem właściciel hotelu miał zwyczaj, że przychodził do kasyna, wskazywał głową w stronę alei i pytał: "Ilu?". "Dwóch" odpowiadał krupier. Wspaniała historia, nieprawdaż?"
W domu spokojnej starości "Eden" został zamordowany jeden z pensjonariuszy. Mężczyznę dodatkowo oskalpowano. Jednocześnie inny mieszkaniec placówki, znany profesor i specjalista od ran symbolicznych (między innymi skalpowania) zostaje uznany za zaginionego. Przybyłego na miejsce zdarzenia nadkomisarza Jarosława Patra bardzo ta sprawa zaintrygowała. Nie dawała mu ona spokoju do tego stopnia, że kiedy śledztwo zostało przejęte przez ABW (czyli prawie od razu), policjant zaczął prowadzić dochodzenie na własną rękę, ryzykując przy tym nawet utratę posady. 

Wiem, to nie jest plaża w Polsce...

"Aleja samobójców" to moje pierwsze spotkanie zarówno z Markiem Krajewskim, jak i Mariuszem Czubajem. Spotkanie udane, wbrew temu co zapowiadały liczne negatywne recenzje opublikowane na Lubimy Czytać.
Wiele osób pisało, że Jarosław Pater (zwany przez kolegów z komendy antypaterem) to wyjątkowo antypatyczna postać. A ja polubiłam tego policjanta w średnim wieku, z problemami (jakie to typowe), aspołecznego, mającego obsesję na punkcie posługiwania się poprawną polszczyzną i pragnącego za wszelką cenę dowiedzieć się, kto zabił. Chociaż muszę przyznać, że ta ostatnia cecha nadkomisarza wydała mi się nieco dziwna. Paradoksalnie, ponieważ łapanie morderców należy do obowiązków policji. Jednak aż takie zaangażowanie w sprawę zdarza się rzadko. Tyle, że u Patra dowiedzenie się, kto zabił, nie zawsze jest równoznaczne z ujęciem przestępcy. 
"Bo wie pan co? Bo ja jestem głupi. I zawsze chcę wiedzieć, kto zabił. Nic mnie więcej nie obchodzi [...] Ja po prostu nie mogę zasnąć, nie dowiedziawszy się, kto zabił"  
Główny wątek był interesujący, chociaż kwestia ran symbolicznych mogła być jeszcze bardziej rozwinięta. Atmosfera gorącego, dusznego Gdańska, dodatkowo przytłoczonego strajkiem śmieciarzy (a wiecie, co dzieje się ze śmieciami zostawionymi na pełnym słońcu...) została doskonale wykreowana.  

Zastrzeżenia? Oczywiście;) Wydawało mi się, że powieść nie została dopracowana pod względem stylistycznym. Część zdań miała dziwną konstrukcję i aż miałam ochotę siąść z ołówkiem i przystąpić do korekty tekstu.
Odniesienia do mundialu w Niemczech (który rozgrywał się równolegle z akcją powieści - czerwiec/lipiec 2006 r.) były ciekawe, chociaż czasami wtrącane nieco na siłę.

Uważam, że "Aleja samobójców" to dobry kryminał. Na pewno autorów stać na więcej (postaram się o tym szybko przekonać, sięgając po ich inne książki), ale w moim przypadku ta powieść świetnie sprawdziła się jako (prawie) wakacyjna lektura. I naprawdę polubiłam Jarosława Patra. Może dlatego, że sama jestem równie aspołeczna.

Moja ocena: 4/6
____________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/27646/aleja-samobojcow
2. unsplash.com

Ponure Poniedziałki: Friedrich Gerstacker "Germelshausen"

Opowiadanie można znaleźć w zbiorze "Czarny pająk. Opowieści niesamowite z literatury niemieckojęzycznej" (Wydawnictwo Dolnośląskie, 1988)
Oryginalny tekst jest dostępny TUTAJ
Wersję angielską można znaleźć TUTAJ


Znacie opowieści o przeklętych miastach/miasteczkach/wsiach? To jedna z nich. Nie pierwsza i nie ostatnia. Jest jednak na tyle stara (napisano ją w XIX wieku) i znana (była inspiracją do stworzenia musicalu "Brigadoon"), że warto o niej wspomnieć.

Głównym bohaterem opowiadania jest Arnold, młody malarz. Podróżuje on w poszukiwaniu widoków wartych uwiecznienia. W pewnym momencie zbacza ze znanej sobie drogi (a to, jak wiadomo, nigdy nie kończy się dobrze). Spotyka piękną dziewczynę, Gertrudę, która mówi mu że mieszka w pobliskiej wsi - Germelshausen. Zaprasza go też na zabawę, mającą odbyć się wieczorem w miejscowej karczmie. Zauroczony Arnold zgadza się bez wahania. Jest tak wpatrzony w Gertrudę, że nie zwraca uwagi na dziwny, starodawny wygląd domów, ponurych mieszkańców wioski oraz ogólnie mroczną atmosferę panującą w miejscowości. Czytelnik już wie, że z Germelshausen jest coś nie tak. A Arnold? On dopiero się przekona...

Czy to zdjęcie jest wystarczająco mroczne?

Historia jest dosyć prosta i przewidywalna, a jednak nie czułam zniechęcenia podczas lektury - jak często bywa w takich przypadkach. A to za sprawą języka, jakim została napisana i emocji, jakie wywołuje. Jak to określono w wikipedii (wiem, nie najlepsze źródło informacji): "Germelshausen is noteworthy for the affecting nature of the story". Zakochany młodzieniec, nieświadomy tego, co dzieje się dookoła, piękna i wrażliwa dziewczyna, która jest częścią (Dlaczego? Za co?) przeklętego miejsca... To, jak również chęć poznania odpowiedzi na pytanie "co się stało z Germelshausen?" (oprócz tego, że ma okropną, niemiecką nazwę) sprawia, że czytamy dalej. Chociaż tak naprawdę dobrze wiemy, o co chodzi w całej historii.

Jeżeli tak jak ja jesteście miłośnikami horrorowego motywu przeklętych miasteczek, powinniście zapoznać się z tym opowiadaniem. Chociażby po to, żeby wiedzieć, z czego czerpali inspirację późniejsi twórcy.

Moja ocena: 4,5/6
____________________
Źródło zdjęcia:
unsplash.com

Leena Lander "Niech się rozpęta burza"



Autor: Leena Lander
Tytuł: "Niech się rozpęta burza"
Tytuł oryginału: "Tulkoon myrsky"
Wydawnictwo: Słowo/obraz terytoria
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 350




Życie dziennikarki Iiris drastycznie się zmienia, kiedy kobieta dowiaduje się o zdradzie męża. Załamana, chce ułożyć sobie życie na nowo. Najpierw jednak musi uzyskać rozwód. Tymczasem wyjeżdża do Olkikumpu - małej miejscowości, położonej przy rosyjskiej granicy, gdzie znajduje się rodzinny dom jej ojca. Ma napisać artykuł o powstającym w okolicy składowisku odpadów radioaktywnych. Na miejscu spotyka swoją dawno niewidzianą ciotkę i dowiaduje się o pewnej rodzinnej tajemnicy, która do tej pory nie została wyjaśniona. Staruszka prosi Iiris o pomoc w tej sprawie i od tego momentu kobieta zaczyna śledzić fascynujące losy swoich dziadków, żyjących w Finlandii w trudnych latach 30. XX wieku...

Zawsze, kiedy stykam się z literaturą skandynawską (oprócz kryminałów) mam wrażenie, że przenoszę się do innego świata. Sposób narracji jest odmienny od tego, do którego się przyzwyczaiłam. Poruszane sprawy mogą być bardzo ważne lub zupełnie błahe, ale pisarze zawsze traktują je z całkowitą powagą. Mentalność opisywanych ludzi również jest inna od tej, z jaką spotykam się na co dzień. Może po prostu trafiam na takie książki, a może jest to charakterystyczne dla twórczości Skandynawów? Mamy na pokładzie eksperta?

Opisywana powieść jest bardzo specyficzna. Poznajemy naprzemiennie wydarzenia z lat trzydziestych i z czasów współczesnych. Przyglądamy się życiu Iiris oraz jej dziadków - Eero i Vidy. Próbujemy nadążyć za ich tokiem myślenia, poznać ich losy, emocje, motywacje... Czy Vida rzeczywiście zdradziła swojego męża? I to z Irlandczykiem, który pracował w pobliskiej kopalni (tej samej, co Eero), ale podobno w rzeczywistości był zagranicznym szpiegiem? Co tak naprawdę stało się z małą Aino, córką Eero i Vidy, która rzekomo utopiła się w strumieniu, chociaż woda była na to zdecydowanie za płytka? Jak pokieruje swoim życiem Iiris?


Kilka różnych wątków i nagłe przeskoki w czasie mogły męczyć czytelnika i wprowadzać wrażenie chaosu. Postać Iiris, jej przemyślenia i poglądy na życie, były irytujące. Życie jej nie rozpieszczało i teoretycznie powinnam kobiecie współczuć, ale tylko mnie denerwowała. A wyjaśnienie zagadki śmierci sześcioletniej Aino okazało się nadzwyczaj banalne.

Dlaczego więc, mimo wszystko, jestem zadowolona z lektury? Konstrukcja powieści nie przeszkadzała mi w odbiorze. A historia dziadków Iiris była fascynująca (chociaż jej poznanie utrudniało mi zerowe pojęcie o historii Finlandii). Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby autorka poświęciła temu wątkowi więcej miejsca - a może i całą książkę.

Czy nazwałabym powieść Leeny Lander thrillerem psychologicznym (zgodnie ze słowami na okładce)? Z całą pewnością nie. To raczej smutna historia rodzinna, przedstawiająca przy okazji realia życia w Finlandii w latach 30. XX wieku, kiedy społeczeństwo było podzielone na zwolenników "białych" i "czerwonych" KLIK. To też opowieść o miłości do ludzi i do kamieni. A ze skał można wyczytać więcej, niż się Wam wydaje...

Moja ocena: 4/6
_______________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/
2. unsplash.com
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger