Robert R. McCammon "Widmo"

Robert R. McCammon "Widmo"




Autor: Robert R. McCammon
Tytuł: "Widmo"
Tytuł oryginału: "The night boat"
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 1995
Liczba stron: 223



" - Przecież oni nie żyją... - przekonywał się. - NIE ŻYJĄ!
Echo rozniosło te słowa po doku. Słowa dziwne, straszne.
I nieprawdziwe."
Mężczyzna nurkujący u wybrzeży Coquiny, małej karaibskiej wysepki, odkrywa wrak statku podwodnego i wydobywa go na powierzchnię. Łódź pochodzi z czasów II wojny światowej,ale wydaje się być w doskonałym stanie. Wkrótce okazuje się, że załoga U-Boota nadal znajduje się na pokładzie. I w dalszym ciągu stanowi zagrożenie...

Nawiedzone okręty to znany motyw. Tutaj jednak mamy do czynienia z jego małą modyfikacją: U-Bootem widmo i zombie-załogą na pokładzie. Dorzućmy do tego szczyptę voodoo, "klasyczną" konstrukcję samej historii (wszystko zgodnie z regułami horroru), dokładne opisy poszczególnych scen i otrzymamy dobry materiał na film. Mam wrażenie, że powieść McCammona całkiem nieźle sprawdziłaby się na srebrnym ekranie.

Gustowna okładka, według mnie znacznie lepsza
niż ta w polskim wydaniu
Nie przeszkadzała mi przewidywalność tej powieści, wręcz przeciwnie: czytając najpierw o zatonięciu statku, później o jego "niespodziewanym" wynurzeniu się, następnie widząc oczami wyobraźni dramatyczną scenę, w której U-Boot taranuje samotnego rybaka w łódce, dobrze się bawiłam (Bo wiedziałam, że to tylko fikcja. A fabuła była rodem z kinowych horrorów z lat 80., co uznałam za urocze) Kiedy jeszcze pojawił się groźny kaznodzieja (voodoo, ale zawsze), wieszczący zagładę, jeśli wyspiarze nie pozbędą się łodzi, nie mogłam przestać się uśmiechać.

Niestety, drugą połowę powieści czytało mi się już gorzej. Może po prostu poczułam się zmęczona tym schematem i dziwnym sposobem narracji ("Zanim Cheyne zdążył odezwać się, dziewczyna stanęła przed nim tak blisko, aż musiał cofnąć się"). Nie ukrywam też, że kiedy jeszcze nie wiedziałam dokładnie kto (lub co) czai się w U-Boocie, książka była o wiele ciekawsza. Potem z łodzi podwodnej wyskoczyli zombie-naziści, czytelnik mógł poznać ich całą historię i atmosfera tajemniczości zniknęła. Ale przyznaję, że cały pomysł ma w sobie coś przerażającego. Autorowi należy się również plus za finał powieści, w którym nie oszczędza swoich bohaterów. Nie wszystkich czeka cukierkowy happy-end.

Mam wrażenie, że od "Widma" do "Łabędziego śpiewu" Robert McCammon przebył długą drogę. I znacznie poprawił swój styl (wprawdzie nie czytałam tej drugiej powieści ale podejrzewam, że zachwyty nad nią są chociaż w pewnej mierze uzasadnione). Mimo wszystko, "Widmo" może spodobać się miłośnikom horroru, którzy chcą poczuć klimat produkcji grozy powstałych w latach 80. (książkę wydano po raz pierwszy w 1980 roku). 
Jest w tej historii coś strasznego (i nie piszę tylko o strasznej - chwilami - konstrukcji zdań). Są tez dobrze znane fanom gatunku motywy i konwencje. Wszystko razem chwilami wywołuje uśmiech politowania. A chwilami sprawia, że z zapałem śledzimy akcję powieści. Chociaż i tak domyślamy się, co będzie dalej.

Moja ocena: 3,5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru"


TynipicTynipicTynipic

Stworzyłam nową wersję strony "O mnie" i... tym akcentem kończę zmiany i porządki na blogu. Przynajmniej na razie;)
________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/62724/widmo
2. http://www.pinterest.com/pin/102808803967268370/

Rachel Hauck "Suknia ślubna"




Autor: Rachel Hauck
Tytuł: "Suknia ślubna"
Tytuł oryginału: "Wedding dress"
Wydawnictwo: Święty Wojciech
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 378



"Wszystkie panny młode chciały wyglądać tak samo. Charlotte nigdy tego nie rozumiała [...] Uważała to za swoją osobistą misję, wręcz powołanie - ubierać panny młode naprawdę wyjątkowo. I jeśli panna młoda otrzymywała suknię idealnie do niej pasującą, dusza Charlotte pławiła się w czystej satysfakcji"
Charlotte prowadzi salon z sukniami ślubnymi. Kocha tę pracę, uwielbia pomagać przyszłym pannom młodym. Jednak nie ekscytuje się zbytnio przygotowaniami do swojego ślubu. Ostatecznie narzeczony z nią zrywa, a kobieta zostaje z... suknią ślubną, znalezioną w starym kufrze kupionym na aukcji antyków. Podobno ubranie ma ponad sto lat i naprawdę niezwykłą historię. Charlotte chce dowiedzieć się, do kogo suknia należała wcześniej. Rozpoczyna poszukiwania, które doprowadzą do odkrycia niezwykłych faktów, również dotyczących jej życia...

Zaliczyłabym tę książkę do kategorii "lekkie, łatwe i przyjemne". Nie jest to jednak typowy romans, coś w stylu harlequinów (na szczęście!) Historia tajemniczej sukni ślubnej jest wciągająca - czytelnik, a raczej czytelniczka, chce dowiedzieć się, czy ktokolwiek miał ją na sobie, zanim została zamknięta w kufrze i skazana na zapomnienie. Narracja prowadzona jest na kilku poziomach. Naprzemiennie poznajemy wydarzenia rozgrywające się w czasach współczesnych oraz w przeszłości. We wszystkich tych historiach napięcie jest umiejętnie stopniowane, a same opowieści łączą się ze sobą tak, że pod koniec książki otrzymujemy jedną, spójną całość.

Zdjęcie mało związane z treścią książki, ale za to ładne;)

Podobało mi się poruszenie przez autorkę kwestii wiary. Bohaterowie w większości są religijni, a więź z Bogiem jest dla nich czymś naturalnym. Także sama fabuła przypadła mi do gustu. Dodatkowo autorka ma lekkie pióro co sprawiło, że książkę czytało się szybko i przyjemnie. Szkoda tylko, że pisarka nie popracowała nad swoim stylem - zdarzały się powtórzenia, których z łatwością można było uniknąć. Miałam też wrażenie, że w całej historii istnieje kilka słabych punktów... ale nie zagłębiałam się w to zbytnio. 

Ciężko mi ocenić "Suknię ślubną", ponieważ zazwyczaj nie czytam tego rodzaju powieści. Z jednej strony to interesująca i wciągająca historia z przesłaniem. Z drugiej - chyba trochę zbyt idealna i nieco niedopracowana książka. Ale trzeba przyznać, że takie lektury też mają swój urok i potrafią podnieść czytelnika na duchu. Jeśli tylko sięgnie się po nie w odpowiednim momencie.

Moja ocena: 4,5/6



TynipicTynipicTynipic
___________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/181346/suknia-slubna
2. unsplash.com

Ponure Poniedziałki: Joe Hill "Usłyszysz śpiew szarańczy"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Upiory XX wieku"

"Francis Kay przebudził się ze snów, które wcale nie były przykre, lecz pełne radości, po czym przekonał się, że jest owadem. Wcale go to nie zdziwiło; sądził, że pewnego dnia może się to zdarzyć"
Francis był osiemnastolatkiem mieszkającym w małym miasteczku. Spośród rówieśników wyróżniał się jedynie fascynacją owadami. Niezdrową fascynacją, trzeba dodać. To ona, w połączeniu z dziwnymi eksperymentami prowadzonymi przez armię w pobliżu jego miejsca zamieszkania, doprowadziła do przemiany chłopaka w ogromnego owada. 
"Naukowcy na pustyni robili dziury w niebie i ziemi, może nawet samej tkance wszechświata"
Kto nie spanikowałby na widok monstrualnej wielkości owada? Nawet, jeśli stworzenie na pozór nie ma wrogich zamiarów? Może i Francis nie chciał nikogo atakować. Ale w końcu musiał coś jeść...

Nie, ta okładka nie ma nic wspólnego z treścią "Usłyszysz śpiew szarańczy".
Nawiązuje za to do innego opowiadania z "Upiorów XX wieku"

Pamiętacie Vincenta Price'a w filmie "Mucha"? Lubicie oglądać stare, teraz już śmieszne, filmy o zmutowanych potworach? To opowiadanie jest dla Was. Joe Hill, podobnie jak w całym zbiorze, także i w tym tekście bawi się motywami charakterystycznymi dla XX-wiecznego horroru i fantastyki naukowej. I robi to w mistrzowski sposób.
Opowiadanie spodoba się również osobom, których nie odstraszają klimaty gore. Bo trzeba przyznać, że obrzydliwych opisów w tekście nie brakuje.

Co może przeszkadzać? Otwarte zakończenie. Chociaż, moim zdaniem, końcowa scena doskonale wpasowuje się w ponurą atmosferę tej opowieści.

Tekst mi się podobał, o ile taka mroczna, surrealistyczna i momentami ciężka w odbiorze opowieść może wzbudzać pozytywne uczucia. Ale zawsze doceniam dobry, dopracowany styl autora i bawienie się znanymi motywami. Trzeba przyznać, że Joe Hill odziedziczył sporą część talentu swojego ojca.

Moja ocena; 4,5/6

Pisałam też o:
Innym opowiadaniu Hilla, "Najlepszy nowy horror"
Tekście stworzonym razem z ojcem, Stephenem Kingiem: "W wysokiej trawie"
Powieści Hilla, która doczekała się ekranizacji: "Rogi"


TynipicTynipicTynipic
___________________
Źródło zdjęcia: http://www.pinterest.com/pin/378302437419900870/ 

Kelly Creagh "Nevermore. Kruk"




Autor: Kelly Creagh
Tytuł: "Nevermore. Kruk"
Tytuł oryginału: "Nevermore"
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 456


Quoth the raven, 'Nevermore'
Cheerleaderka i goth. Nie można chyba wyobrazić sobie bardziej skrajnego przeciwieństwa, przynajmniej jeśli weźmiemy pod uwagę realia amerykańskiej szkoły średniej. A jednak to właśnie ta para stanowi główny duet powieści "Nevermore".
Jeden z bohaterów powieści
Isobel to ucieleśnienie stereotypu: piękna cheerleaderka, uwielbiająca różowy kolor, niezbyt inteligentna, za to umawiająca się z przystojnym futbolistą. Varen to goth - nierozumiany i nielubiany przez szkolną "elitę". Ta dwójka ma wykonać razem projekt na zajęcia z angielskiego. Będą się zajmować życiem i twórczością Edgara Allana Poe. Varen jest nim zafascynowany. Isobel wie o pisarzu tyle, że ożenił się ze swoją kuzynką. Tymczasem przyjaciele dziewczyny odwracają się od niej, ponieważ zadaje się ona z gothem. A w jej najbliższym otoczeniu zaczynają dziać się bardzo dziwne rzeczy...

Powieść Kelly Creagh określana jest mianem paranormal romance. Ale nie jestem pewna czy to odpowiednia nazwa. Varen nie jest upadłym aniołem, wampirem czy wilkołakiem. To nieszczęśliwy i zagubiony nastolatek, który odnajduje wejście do krainy snów. A raczej koszmarów...

Nie do końca wiem, co myśleć o tej książce. Z jednej strony jest pełna stereotypów i dziwnych zachowań bohaterów. Szczególnie irytująca jest Isobel, ze swoją małą wiedzą i niechęcią do czytania (a przecież w dziełach Poego, które pożyczył jej Varen, mogłaby odnaleźć wyjaśnienie niektórych tajemniczych wydarzeń, które ją spotykały). Dodatkowo dziewczyna często zachowuje się tak, jakby ktoś uderzył ją w głowę i nie mogła zebrać myśli. Najpierw nie zadaje żadnych pytań, a potem, kiedy robi się niebezpiecznie i naprawdę pora działać, zaczyna zbierać informacje. Tyle, że wtedy jest trochę za późno. No cóż, szesnastolatka ma prawo nie wiedzieć wszystkiego i może zachowywać się irracjonalnie. Ale czekam z niecierpliwością, aż Isobel dojrzeje. Za to Varen zasłużył na moje uznanie.
Dziwne było też to, że "przyjaciele" cheerleaderki porzucili ją tylko dlatego, że musiała zrobić projekt z Varenem (nauczyciel podzielił wszystkich na pary). O co tu się obrażać? Ale, być może, amerykańskie liceum rządzi się swoimi prawami.

Varen i Isobel
Za to wątek fantastyczny jest naprawdę interesujący. Tym bardziej, że w dużej mierze opiera się na twórczości Poego. Scena balu na zamku księcia Prospero oraz tańca Isobel z Pinfeathersem jest naprawdę bardzo dobrze napisana i należy do najlepszych w całej powieści.
Dodatkowo poczucie humoru autorki sprawia, że całość czyta się z przyjemnością. Kilka razy naprawdę szczerze się uśmiechnęłam (tak, to komplement)

To dobra książka, chociaż chyba już wyrosłam z takich opowieści. Pewne rzeczy naprawdę mnie irytowały, inne zadziwiały. Niekoniecznie pozytywnie. 
Mało było w "Nevermore" romansu. Bo chociaż Isobel i Varena w końcu połączyło uczucie, to na pierwszy plan wysuwały się wydarzenia związane z otwarciem przejścia do niebezpiecznej krainy demonów i snów. Ale to dobrze. Inaczej otrzymalibyśmy cukierkową powieść o miłości. 

Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne tomy okażą się lepsze. I że będę mogła napisać o nich bardziej składną opinię;)

Aha, najważniejsze. Nie polecam czytać tej książki, jeśli nie znacie twórczości Edgara Allana Poe. Przed lekturą zapoznajcie się przynajmniej z wierszem "Kruk" i opowiadaniem "Maska Śmierci Szkarłatnej" (pisałam już o nim w Ponurych Poniedziałkach)
Czytajcie. Nie bądźcie jak Isobel;)

Moja ocena: 4/6


TynipicTynipicTynipic


Jak może zauważyliście, na blogu pojawiła się nowa czcionka. Mam nadzieję, że wszystko wyświetla się poprawnie, a strona ładuje się szybko. Proszę o wiadomość, jeśli pojawią się jakieś problemy.
_____________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/90828/kruk
2 i 3. http://blog.kellycreagh.com/quoth-the-raven/

Ponure Poniedziałki: Aleksander Puszkin "Trumniarz"

Tydzień temu całkiem przypadkowo natknęłam się na jednym z blogów na cykl bliźniaczo podobny do Ponurych Poniedziałków. Tematyka jest dokładnie ta sama (recenzje opowiadań-horrorów). Nazwa łudząco podobna (Bezsenne Środy). Całość powstała w kwietniu tego roku, ok. 6 miesięcy po rozpoczęciu przeze mnie pisania Ponurych Poniedziałków. Autorka twierdzi, że o mojej stronie nigdy wcześniej nie słyszała. 
Nie do końca wiem, co o tym myśleć. W każdym razie zrobiło mi się bardzo przykro, kiedy to zobaczyłam. Szczególnie podczas czytania komentarzy wychwalających "świetny pomysł" autorki Bezsennych Śród.


Przejdźmy jednak do tekstu Aleksandra Puszkina.
Opowiadanie dostępne jest za darmo w formie elektronicznej w Polskiej Bibliotece Internetowej
oraz
w formie podcastu na stronie Tchnienie Grozy (odcinek pierwszy)


Adrian Prochorow, trumniarz, właśnie się przeprowadził. Już pierwszego dnia odwiedził go bardzo miły sąsiad, szewc, i zaprosił do siebie na świętowanie rocznicy ślubu. Prochorow przyjął zaproszenie i nazajutrz udał się wraz z córkami do pana Schultza. Bawił się świetnie do chwili, kiedy lekko już wstawione towarzystwo zaczęło wznosić toasty. Najpierw za zdrowie małżonki gospodarza. Potem za zdrowie gości. Następnie "za zdrowie tych, dla których pracujemy" - czyli klientów szewca, piekarza, krawca... ktoś zasugerował, żeby trumniarz też wypił "zdrowie swoich nieboszczyków". Mężczyzna poczuł się urażony:
"Czy trumniarz to jakiś pajac? Chciałem ich zaprosić na świętowanie mojego nowego mieszkania, zgotować im królewską ucztę: nic z tego nie będzie! Zaproszę tych, dla których pracuję: prawosławnych nieboszczyków"
Jak powiedział, tak zrobił. A zmarli, oczywiście, przyjęli zaproszenie...

Uważajcie, kogo zapraszacie do domu... Od dawna wiadomo, że wampiry nie mogą wejść do czyjegoś miejsca zamieszkania bez zaproszenia. Z umarłymi sprawa przedstawia się nieco inaczej, ale zawsze można liczyć na to, że akurat do Was nie zajrzą. Chyba, że specjalnie ich do tego zachęcicie... 

Skoro już jesteśmy w temacie...ktoś poznaje tego pana? Można powiedzieć,
że to kolega po fachu głównego bohatera dzisiejszego opowiadania.
Tak, opowiadanie napisał TEN Aleksander Puszkin. I jak tu oceniać tekst tak wybitnego autora? No cóż, można go wychwalać pod niebiosa, bo przecież "jak to nie zachwyca"? Można też być alternatywnym i powiedzieć, że twórczość Puszkina wcale nie fascynuje czytelnika.
Ja napiszę: konstrukcja opowiadania jest prosta, ale - jednocześnie - przemyślana. Język również zasługuje na uznanie. Tylko... podczas lektury w ogóle nie odczuwa się strachu. To jedyny minus. A może innych ten tekst przeraża? Wywołuje chociaż gęsią skórkę?

Podsumowując: "Trumniarza" warto przeczytać dla samej radości zapoznania się z dobrze napisanym tekstem. Być może ta lektura będzie stanowić (dosyć niekonwencjonalny) wstęp do poznania przez Was twórczości Aleksandra Puszkina?
Jednak jeśli chcecie się bać, sięgnijcie raczej po dzieło innego pisarza.

Moja ocena: 4/6
_________________
Źródło zdjęcia: http://www.pinterest.com/pin/414190496949493067/

Lucy Maud Montgomery "Błękitny zamek"




Autor: Lucy Maud Montgomery
Tytuł: "Błękitny zamek"
Tytuł oryginału: "Blue castle"
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 279




29-letnia Valancy jest bardzo nieszczęśliwa. Stłamszona przez rodzinę, niezamężna, boi się zbuntować i zacząć żyć tak, jakby tego chciała. Do czasu, aż otrzymuje list od swojego lekarza, który w prostych słowach powiadamia Valancy, że z powodu choroby serca został jej zaledwie rok życia. Wtedy kobieta, która do tej pory radość znajdowała jedynie w wymyślonym przez siebie błękitnym zamku - miejscu, gdzie mogła zachowywać się swobodnie i gdzie zdarzały się same dobre rzeczy - postanawia zacząć żyć naprawdę, nie licząc się z tym, co powiedzą inni i co "wypada", a czego "nie wypada" robić.

Po długim, długim czasie postanowiłam powrócić do książki jednej z moich ulubionych autorek. Teraz z uśmiechem mogę stwierdzić, że ponowna lektura "Błękitnego zamku" była jak najbardziej udana. Jeszcze trochę boję się sięgnąć po mój ukochany cykl o Ani - bo co będzie, jeśli nie spodoba mi się tak, jak kiedyś? 

Ale wróćmy do książki o Valancy. To przewidywalna opowieść. Można powiedzieć, że stanowi doskonały materiał na komedię romantyczną (jeśli piszę to ja, można takie stwierdzenie potraktować jak obelgę) Ale... ta historia posiada niezaprzeczalny urok i przypomina czytelnikowi o tym, żeby w każdej chwili żyć pełnią życia. 

Błękitny zamek z marzeń nie zawsze musi się okazać wspaniałą rezydencją w rzeczywistości. Ale nie znaczy to,
że jest gorszy;)

Główna bohaterka jest bardzo sympatyczna i można ją polubić już od pierwszych stron książki (jednocześnie czując nienawiść do głupiej i ograniczonej rodziny Valancy) Styl pisania Lucy Maud Montgomery, jej poczucie humoru, ironia i - po prostu - talent sprawiły, że całość czyta się bardzo szybko i z niezwykłą przyjemnością. W końcu jeśli z pozoru prosta historia jest przedstawiona w atrakcyjnej formie, jej wartość wzrasta.

W obecnych czasach możemy przeczytać wiele książek poruszających tematykę zmiany życia, "chwytania dnia", itp. Ale to Lucy Maud Montgomery (poprawcie mnie proszę, jeśli się mylę) jako jedna z pierwszych napisała taką właśnie powieść dla kobiet. I zrobiła to w świetnym stylu i z humorem. "Błękitny zamek" jest o wiele lepszą lekturą niż całe stosy książek o kobietach, które postanawiają zmienić swoje życie, wyjeżdżają na wieś i spotykają tam wielką miłość. Valancy ma o wiele lepszy powód, żeby nareszcie poczuć się szczęśliwą, chociaż przez chwilę. Nie musi jechać daleko, a i tak znajduje swój błękitny zamek, tym razem rzeczywisty. A miłość? Ona też powinna się pojawić. Nie wiadomo tylko czy zdąży...

Zarzuty? Jeden: przewidywalność. Cała historia już podczas pierwszej lektury nie była dla mnie zaskoczeniem. Ale, z drugiej strony - czy mogła skończyć się inaczej?

Moja ocena: 4,5/6

PS. To wydanie ma tragiczną okładkę. To nie jest Valancy, to zupełnie do niej nie pasuje! Niestety, ktoś odpowiedzialny za grafikę chyba nie zapoznał się z całą historią (a to jest czasem wskazane, żeby dobrać okładkę pasującą do treści;)
____________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/189446/blekitny-zamek
2. unsplash.com

Thomas Harris "Hannibal. Po drugiej stronie maski"

Z uwagi na krótki wakacyjny wyjazd oraz natłok zajęć, nie zdążyłam przygotować kolejnej recenzji do Ponurych Poniedziałków (chociaż przeczytałam kilka opowiadań - żadne jednak nie wydało mi się godne uwagi) W zastępstwie wrzucam recenzję powieści jak najbardziej ponurej, pasującej klimatem do tego cyklu.


Autor: Thomas Harris
Tytuł: "Hannibal. Po drugiej stronie maski"
Tytuł oryginału: "Hannibal rising"
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 255





"Hannibal umarł w czterdziestym piątym. Tam, wśród śniegów, próbując ratować siostrę. Jego serce umarło wraz z Miszą. Kim teraz jest? Jeszcze nie wymyślono na to słowa. Z braku lepszego nazwiemy go potworem"
Po przeczytaniu trzech poprzednich ksiązek Thomasa Harrisa, obejrzeniu "Milczenia owiec" i dwóch sezonów serialu Bryana Fullera, nadszedł czas na poznanie przeszłości Hannibala. Co doprowadziło tego niezwykle inteligentnego mężczyznę do popełnienia tylu okrutnych zbrodni? Skąd wzięło się jego zamiłowanie do manipulowania ludźmi? Czy cokolwiek może go usprawiedliwić?

Tak, Mads. Nie mogłam
się powstrzymać;)
"Hannibal. Po drugiej stronie maski" to opowieść o dzieciństwie i młodości Lectera. Tragiczne wydarzenia, które rozegrały się w jego domu podczas II wojny światowej oraz to, co stało się z jego rodziną - szczególnie z siostrą - sprawiły, że ten mądry i dobry chłopiec stał się prawdziwym potworem. 

To, co zrobiono z rodziną Hannibala, było straszne. Podobnie jak to, co on sam zrobił później z oprawcami Miszy. Z tej powieści możemy się dowiedzieć, skąd wzięło się zamiłowanie Lectera do muzyki klasycznej, pięknych przedmiotów i wykwintnego jedzenia. Oraz skąd w serialu Bryana Fullera pojawił się motyw jelenia prześladującego Willa Grahama (zresztą, porównanie książek i serialu to temat na osobny post). Było to niezwykle interesujące - z perspektywy kogoś, kto jest zafascynowany tym seryjnym mordercą. Czyli mnie. Jednocześnie ta moja fascynacja jest wysoce niepokojąca. 

Jestem daleka od usprawiedliwiania czynów Hannibala. Nie wiem też, czy to, co się z nim stało jest wiarygodne z psychologicznego punktu widzenia (tutaj muszę zasięgnąć porady mojego eksperta;) Ale... podobała mi się ta powieść. Jej język, chwilami wręcz poetyckie opisy, kontrastujące z przerażającymi czynami bohaterów. Jej fabuła - wyjaśniająca wszystko, co stało się z Hannibalem. 

Zabrakło mi tylko dokładniejszego opisu osobowości Lectera oraz większej ilości szczegółów z jego życia. Może było to wystarczające wprowadzenie do historii Hannibala...ale ja chętnie przeczytałabym więcej. 

Teraz czekam na kolejny sezon "Hannibala". I podziwiam Madsa Mikkelsena, dzięki któremu zaczęłam oglądać ten serial. To on jest w dużej mierze winien mojej fascynacji Lecterem.

Moja ocena: 4,5/6

Pozostałe książki o Hannibalu:
___________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/100591/hannibal-po-drugiej-stronie-maski
2. http://www.pinterest.com/pin/483574078711688219/

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak "Upalne lato Marianny"




Autor: Katarzyna Zyskowska-Ignaciak
Tytuł: "Upalne lato Marianny"
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 255





Lato 1939 roku. Wojna jest już blisko, ale jeszcze nie wszyscy w to wierzą. Dla osiemnastoletniej Marianny te wakacje okażą się najważniejszymi w życiu i to wcale nie ze względu na sytuację polityczną kraju. Myśli dziewczyny zaprzątają studia, na które właśnie się dostała i pewien przystojny mężczyzna przypadkowo spotkany w Warszawie. Mariannę nudzi spokojne życie na mazowieckiej wsi i z utęsknieniem wyczekuje rozpoczęcia roku akademickiego. Tymczasem jednak musi spędzić lato w rodzinnym dworze. Na szczęście (lub nieszczęście) okazuje się, że tajemniczy młody człowiek z Warszawy wkrótce pojawia się w sąsiedztwie. Tak, to będzie pamiętne lato...

Na początku troszkę śmieszył mnie styl autorki - taka pretensjonalność, egzaltacja... Ale potem do niego przywykłam. I muszę przyznać, że sposób narracji bardzo pasował do opowieści o wchodzącej w dorosłość młodej dziewczynie. 

Marianna była chwilami niesamowicie irytująca. Uważała się za dojrzałą kobietę, ale była jeszcze dziecinna i o wielu sprawach nie miała pojęcia. Była też bardzo zapatrzona w siebie, przejmowała się tylko swoimi problemami i pragnieniami. Groźba wybuchu wojny? Problemy ojca? Nieszczęścia spotykające znajomych dziewczyny? To wszystko nieważne. Liczyły się tylko Marianna i jej uczucie. I tylko powodzenie albo klęska tej miłości będą mogły odmienić dziewczynę. 

Wiem, za współcześnie. Ale lato się zgadza;)

Autorka wiele miejsca poświęciła opisowi budzącej się seksualności młodych kobiet i ich niewiedzy - nikt z nimi na takie tematy nie rozmawiał, o sprawach intymnych po prostu nie wypadało mówić. Powieść przedstawia również sytuację kobiet w II Rzeczypospolitej. Czy były równe mężczyznom czy też, pomimo takich samych praw wyborczych, dzieliły ich jeszcze zbyt duże różnice kulturowe i społeczne?

Książka nie jest, wbrew temu, co mi się początkowo wydawało, jedynie banalnym opisem pierwszej miłości młodej dziewczyny. Zakończenie mną wstrząsnęło, muszę przyznać, że takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Podobało mi się również osadzenie akcji w przededniu II wojny światowej. Myślę, że autorce doskonale udało się oddać klimat tamtych czasów (chociaż nie mam pewności - moja wiedza historyczna nadal wymaga uzupełnienia). Dodatkowo Katarzyna Zyskowska-Ignaciak w przekonujący sposób opisała uczucia towarzyszące Mariannie. Klimat powieści był niepowtarzalny, a piękne wydanie tylko powiększało przyjemność płynącą z lektury. 

To była historia warta poznania. I cieszę się, że druga część: "Upalne lato Kaliny" jest dostępna w mojej bibliotece. Postaram się wypożyczyć ją jak najszybciej.

Moja ocena: 5/6
_________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/140176/upalne-lato-marianny
2. unsplash.com
Wyniki konkursu

Wyniki konkursu

Nadszedł czas na ogłoszenie wyników książkowego konkursu fotograficznego. Jak napisałam, nagrody będą dwie. A oto zwycięzcy:

"Recenzję" Deana Koontza otrzymuje ArmAlKoLit (czyli Ola;) za widoczną poniżej fotografię. Jak napisała: "Zdjęcie, które zrobiłam nawiązuje zarówno do tytułu jak i treści książki. Do tytułu, ponieważ każdy autor, gdy przeczyta negatywną recenzję swojego dzieła, ma ochotę sięgnąć po przedmiot widoczny na fotografii. Do treści zaś, gdyż, jak zrozumiałam czytając recenzje "Recenzji", mają w niej miejsce liczne akty przemocy"





"Single" Meredith Goldstein pojadą do nieidentycznej, która jako komentarz do zrobionego przez siebie zdjęcia napisała: "tytuł w sposób naturalny skojarzył mi się z osobami, które mimo że otaczane zewsząd przez pary, wybrały życie w pojedynkę. Stąd też moje zdjęcie symbolizujące właśnie singla w otoczeniu licznych, szczęśliwych i zakochanych [kolor czerwony kojarzy się przecież z miłością] par."


Z dziewczynami skontaktuję się mailowo. A teraz idę myśleć nad nagrodami do następnego konkursu (i kolejnym dziwnym zadaniem;)

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Rower stacjonarny"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Po zachodzie słońca" (Wydawnictwo Albatros, 2009).


Nudziliście się kiedyś podczas ćwiczeń na siłowni lub w domu? Próbowaliście zająć czymś swój umysł, wymyślając w tym czasie różne dziwne historie? Właśnie z takiej nudy i z nienawiści do tego rodzaju wysiłku fizycznego wziął się pomysł na to opowiadanie.


Richard Sifkitz to niespełna czterdziestoletni mężczyzna, który ma drobny problem ze zdrowiem - nadwagę i podwyższony cholesterol. Za namową lekarza postanawia o siebie zadbać. Kupuje rower stacjonarny, który umieszcza w piwnicy i rozpoczyna regularne ćwiczenia. Na ścianie na wprost roweru maluje obraz przedstawiający drogę, a obok wiesza mapę, na której zaznacza swoją "trasę". 
Początkowo wszystko jest normalne. Jednak Richardowi zaczyna się wydawać, że w czasie ćwiczeń naprawdę przenosi się na leśną drogę. Dodatkowo obraz na ścianie się zmienia - pojawiają się nowe szczegóły, a słońce zachodzi coraz bardziej. Aż w końcu...
"Przekonywał sam siebie, że wrażenie, iż ktoś za nim jedzie, jest złudzeniem. Przez krótki okres nawet w to wierzył, choć w gruncie rzeczy wiedział, że to nieprawda."
Na początku w opowiadaniu niewiele się dzieje. Później, kiedy przejażdżki na rowerze stacjonarnym przestają być zwykłymi ćwiczeniami, napięcie wzrasta - i bardzo dobrze. 
Momenty, w których Richard maluje, mogą trochę przypominać te z "Ręki mistrza" (takie mam skojarzenie, ale przyznaję, że powinnam odświeżyć sobie lekturę tej powieści). Czyżby natchnienie zawsze miało pochodzić z jakiegoś tajemniczego źródła i być czymś w rodzaju transu? A może chodzi o to, że zarówno opowiadanie, jak i powieść, powstały mniej więcej w tym samym czasie?

Zakończenie trochę mnie zaskoczyło i rozczarowało. Jak napisał sam autor, jest ono "niezupełnie takie, jakiego się wszyscy spodziewają". Ale czy tego rodzaju opowiadania zawsze muszą się kończyć krwawą masakrą? Uważam, że nie. Chociaż... trochę szkoda. 

Moja ocena: 4,5/6
_____________________
Źródło zdjęcia: unsplash.com 
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger