Ponure Poniedziałki: William Austin "Peter Rugg, zaginiony"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Upiorny narzeczony i inne opowieści z dreszczykiem" (Iskry, 1967).


Jedno nieopatrznie wypowiedziane zdanie może ściągnąć na Ciebie klątwę.
Peter Rugg był zwykłym mieszkańcem Bostonu. Może tylko trochę zbyt nerwowym. Pewnego dnia wybrał się wraz z córką na przejażdżkę. Kiedy pod wieczór chciał wracać do domu, rozpętała się burza. Zatrzymywany przez znajomego, z którym spotkał się po drodze, Rugg wykrzyknął: "Choćby burza ta miała trwać wiecznie, dojadę dziś wieczór do domu, albo mogę go więcej nie oglądać!". Naprawdę, powiedział to w złą godzinę...
"Spotykałem go bardzo często i tyle już razy pytał mnie o drogę do Bostonu, nawet wtedy, gdy podróżował w kierunku wręcz przeciwnym, że ostatnio nie chcę mu już wcale odpowiadać"
William Austin, amerykański prawnik i pisarz, żył w latach 1778-1841. Najbardziej znany jest ze stworzenia cyklu opowieści o Peterze Ruggu. To Austin wymyślił postać upartego mężczyzny, który zagubił się w czasie burzy i od tej pory krąży po świecie, szukając drogi do domu. Historia, napisana w formie listu, wprowadziła w błąd czytelników "The New England Magazine", na którego łamach została opublikowana po raz pierwszy. Myśleli oni, że Rugg istniał naprawdę i żądali dalszych informacji o jego losach. Dlatego powstały dwa kolejne teksty. 
Czasem historię Petera Rugga uznaje się za lokalną legendę i zapomina o jej prawdziwym autorze. Dlatego jeszcze raz podkreślam: wszystko wymyślił Austin. 


Warto przeczytać tę opowieść choćby ze względu na wpływ, jaki miała ona na współczesnych. Nie tylko na wspomnianych już czytelników "The New England Magazine", ale też na Nathaniela Hawthorne'a, który poznał ją jeszcze jako student. 
Sam tekst nie jest przerażający, ale z pewnością ma w sobie coś upiornego - tak, jak każda historia wiecznego wędrowca, skazanego na tułaczkę za jakiś niecny postępek. "Peter Rugg, zaginiony" to wprawdzie mniej wstrząsająca opowieść niż na przykład ta o Latającym Holendrze, jednak i w tym przypadku czytelnikowi nie jest do śmiechu. Jak długo jeszcze mężczyzna i jego córka będą błąkać się po świecie, nie mogąc trafić do domu? Ilu ludzi spotkają na swojej drodze? Czy kiedykolwiek odzyskają spokój? 

Przeczytajcie. I uważajcie, co mówicie, bo... to może się spełnić.

Moja ocena: 4/6


TynipicTynipicTynipic
_________________
Źródło zdjęcia: unsplash.com

Emily Giffin "Coś pożyczonego"




Autor: Emily Giffin
Tytuł: "Coś pożyczonego"
Tytuł oryginału: "Something borrowed"
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 400



Darcy i Rachel są najlepszymi przyjaciółkami "od zawsze". Ale w tym związku tylko jedna strona może czuć się uprzywilejowana. Jest nią Darcy. To ona jest piękna, popularna, ma świetną pracę i wymarzonego faceta. Nawet nie przejdzie jej przez myśl, że niepozorna i zahukana Rachel może pewnego dnia przespać się z jej narzeczonym. A jednak do tego doszło. Jak zwykle, to był dopiero początek kłopotów.

Zazwyczaj, kiedy czytamy podobną historię, jesteśmy po stronie zdradzonej kobiety. Tutaj nie było to takie oczywiste. To Rachel jest narratorką i dzięki temu zabiegowi czytelnik ma okazję poznać wszystkie jej emocje, wspomnienia i myśli. Szybko dowiaduje się, że Darcy to tak naprawdę niezbyt sympatyczna osoba: samolubna, zawsze chcąca być w centrum uwagi, potrafiąca "ukraść" Rachel najlepsze chwile z życia i zawsze podporządkowująca wszystkich swoim zachciankom. Można więc poczuć, że Rachel "słusznie" należy się romans z Deksem.
"Zdarza się... zwłaszcza kiedy ma się taką przyjaciółkę jak ty, przyjaciółkę, która zakłada, że ma prawo do tego, co najlepsze, przyjaciółkę, która tak niezmordowanie próbuje cię przyćmić, że sama zaczynasz wątpić w swoją wartość i obniżasz sobie poprzeczkę. To twoja wina, Darcy"
Jednak im dłużej czytałam "Coś pożyczonego", tym bardziej irytowała mnie sama Rachel. Głównie za sprawą odwlekania decydującej rozmowy z Deksem. Cóż, zdrada nigdy nie jest dobra. Ale stało się, i oboje powinni coś z tym zrobić. Tym bardziej, że wielkimi krokami zbliża się ślub Darcy i Deksa. Ale Rachel unikała poruszania tego tematu i liczyła, że wszystko samo się ułoży. W ogóle kobieta miała tendencję do użalania się nad sobą i nad tym, jak to Darcy ją przyćmiewa. Nie zrobiła jednak wiele, żeby poczuć się szczęśliwą. Wcześniej tkwiła w nieudanych związkach, żeby tylko nie być sama. Kurczowo trzymała się też swojej pracy, z której wcale nie była zadowolona.


Zastanawiam się też, jak można było określić relację Rachel i Darcy mianem przyjaźni. Wprawdzie Darcy bywała miła i potrafiła bronić koleżanki w trudnych sytuacjach, jednak i tak szybko kierowała uwagę z powrotem na siebie. To był jakiś toksyczny związek, a nie przyjaźń. Pewnie po prostu Rachel nie miała dość odwagi, żeby porzucić "przyjaciółkę" i znaleźć kogoś, kto będzie ją lubił i szanował.

Mimo wszystkich wad tej książki muszę stwierdzić, że czytało mi się ja dosyć przyjemnie i z zaciekawieniem śledziłam losy bohaterów. Szkoda, że zakończenie było dosyć naciągane. 

Podsumowując: do zalet powieści mogę zaliczyć pomysł ukazania zdrady z perspektywy tej zdradzającej osoby. Styl autorki jest dosyć dobry i potrafi ona zainteresować czytelnika. Ale mało wiarygodne postacie i niezbyt błyskotliwa fabuła sprawiły, że mogę zaliczyć "Coś pożyczonego" jedynie do książek-czytadeł na jeden wieczór, a nie do pięknych opowieści o miłości.

Moja ocena: 3,5/6


TynipicTynipicTynipic
_________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/93134/cos-pozyczonego
2. unsplash.com
KONKURS Mons Kallentoft "Zło budzi się wiosną"

KONKURS Mons Kallentoft "Zło budzi się wiosną"

Jak w tytule postu - zapraszam na konkurs!

1. Zabawa trwa od 24 września do 15 października. Wyniki zostaną opublikowane na blogu prawdopodobnie 16.10., a zwycięzca zostanie dodatkowo powiadomiony mailowo.

2. W konkursie może wziąć udział każdy. Nie jest konieczne posiadanie bloga, polubienie mojej strony na fb, dodanie jej do obserwowanych, zamieszczenie gdzieś "banneru" konkursowego czy tez inne formy promocji (Chociaż oczywiście można to zrobić, będzie mi bardzo miło. Tyle, że nie będzie to miało żadnego wpływu na wyniki, taka jestem złośliwa;)

3. Do wygrania jest powieść Monsa Kallentofta "Zło budzi się wiosną" (twarda oprawa, stan bardzo dobry) Uwaga, to nie jest pierwszy tom z serii! Wprawdzie czytanie cyklu po kolei nie jest konieczne, ale dla niektórych może to być ważna informacja.


4. Co zrobić, żeby wziąć udział w konkursie? Wystarczy w komentarzu pod tym postem zostawić swój adres e-mail i odpowiedzieć na pytanie:

Zło budzi się wiosną. A co budzi się jesienią?

Wygrywa wypowiedź, która najbardziej mi się spodoba. Tak wrednie, subiektywnie. Być może w wyborze zwycięzcy pomoże mi jakaś bliska osoba (o guście zbliżonym do mojego, więc nie łudźcie się: normalna odpowiedź nie wygra)

Powodzenia!

TynipicTynipicTynipic

Ponure Poniedziałki: Robert Bloch "A Toy For Juliette" ("Zabawka dla Juliette")

Opowiadanie jest dostępne TUTAJ (po polsku) lub TUTAJ (w oryginale). 
Można je także przeczytać w antologii "Niebezpieczne wizje" (Solaris, 2002).

"Juliette entered her bedroom, smiling, and a thousand Juliettes smiled back at her"
Julietta, żyjąca w odległej przyszłości dziewczyna, która imię otrzymała po głównej bohaterce powieści markiza de Sade, ma fantastycznego dziadka. Dziadek od czasu do czasu podróżuje do przeszłości (w urządzeniu niepokojąco przypominającym tardis - a przynajmniej takie mam skojarzenie, jako osoba nieoglądająca "Doktora Who"). Z tych wycieczek przywozi wnuczce prezenty. Zabawki, jak oboje je nazywają. Jeśli w tym momencie pomyśleliście o lalkach to... no cóż, jesteście w błędzie. 
"Juliette killed her first toy when she was eleven"
Opowiadaniu Roberta Blocha bliżej do science fiction niż do horroru. Chociaż jego elementy również są obecne, szczególnie w zakończeniu. Mogłabym napisać więcej o tym, w jakich okolicznościach powstał ten tekst. Wtedy jednak zdradziłabym Wam jedną - bardzo ważną - informację i popsułabym niespodziankę. Może lepiej przed przeczytaniem "Zabawki dla Julietty" pozostawać w pełnej nieświadomości. Aha, tytuł opowiadania w nagłówku oraz cytaty są w języku angielskim, ponieważ postanowiłam przeczytać całość w oryginale. Chyba będę robić tak częściej, nie zapominając jednocześnie o podaniu linku do polskiej wersji.


"Zabawka dla Juliette" to krótki tekst, jednak o wiele lepszy od licznych powieści. Dlaczego? Po pierwsze, ze względu na pomysł. Początkowo wydaje się, że opowiadanie będzie dotyczyć jakiejś przerażającej zabawki (coś w stylu laleczki Chucky). Szybko jednak orientujemy się, że to Julietta jest osobą, której trzeba się bać. Natomiast finał... cóż, zaskakuje. W końcu kto spodziewałby się takiego, dosyć "egzotycznego" połączenia strasznych motywów?

Robert Bloch nie współczuje swoim bohaterom. On po prostu opisuje ich czyny. I to mi się podoba. Usprawiedliwianie ich, wdawanie się w rozważania natury filozoficznej... wszystko to jest tutaj niepotrzebne. Czysty horror, można powiedzieć. Oczywiście z dużą domieszką science-fiction.

Nie wiem, co jeszcze mogę napisać o tym krótkim, lecz jakże dosadnym tekście. Nie bez powodu znalazł się on w antologii "Niebezpieczne wizje", o której sam redaktor, Harlan Ellison, powiedział: "Jej celem było wywołanie wstrząsu". 
A czy Was ten tekst szokuje?

Moja ocena: 5/6

PS. Autor to oczywiście TEN Robert Bloch, twórca "Psychozy".


TynipicTynipicTynipic
 ________________________
Źródło zdjęcia: unsplash.com

Marek Krajewski "Dżuma w Breslau"




Autor: Marek Krajewski
Tytuł: "Dżuma w Breslau"
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 258




Wrocław - a raczej Breslau - 1923 rok. Dwie prostytutki zostają brutalnie zamordowane. O pomoc w ustaleniu ich tożsamości zostaje poproszony nadwachmistrz Eberhard Mock, pracujący w decernacie obyczajowym policji. Mężczyzna angażuje się w śledztwo, mając jednocześnie nadzieję na przeniesienie do policji kryminalnej. Tymczasem w sprawie następuje przełom: udaje się ustalić, do kogo należą odciski palców znalezione na narzędziu zbrodni. Okazuje się, że podejrzanym jest sam Mock...

"Dżuma w Breslau" to piąta część serii, jeśli weźmiemy pod uwagę kolejność wydawania książek. Chronologicznie jest za to druga. Nie pytajcie, dlaczego znowu poznaję jakąś historię nie po kolei...

Jestem pod wrażeniem pracy Marka Krajewskiego. Jego staranności w budowaniu fabuły, zwracania uwagi na wszystkie, nawet najdrobniejsze szczegóły. Oraz samych pomysłów. Wszystkie wydarzenia znajdują - w swoim czasie - wyjaśnienie, a cała intryga jest przemyślana. 
Eberhard Mock to bohater, którego z pozoru nie da się polubić. Jest wulgarny, ma swoje nałogi - alkohol i słabość do kobiet, która czasem utrudnia mu jasne myślenie... Jest też za to bardzo inteligentny, dobrze wykształcony i zna się na swojej pracy. Czuję do niego sympatię. Chociaż jestem świadoma wszystkich jego wad.

Wrocław, ok. 1890-1900 roku (czyli mniej więcej 20 lat przed czasem akcji "Dżumy w Breslau")

Nie znam Wrocławia, nigdy tam nie byłam. Nie mogę więc porównać tego dawnego Breslau, opisanego przez autora, do współczesnego miasta. Trochę szkoda, zwłaszcza że z tyłu książki znajduje się indeks nazw topograficznych, porównujący dawne nazwy ulic i miejsc z dzisiejszymi. 
Za to już sam czas akcji był wystarczającym argumentem, aby sięgnąć po tę książkę. Dwudziestolecie międzywojenne to szalenie interesujący czas (jakkolwiek nie szukałam w "Dżumie..." informacji ściśle historycznych, ma się rozumieć)

Polubiłam Mocka, polubiłam Breslau. Co z tego, że Marek Krajewski opisuje same brudne (dosłownie i w przenośni) sprawy? Co z tego, że atmosfera powieści jest wybitnie ponura? To tylko składa się na jedną, dobrze przemyślaną historię. I na znakomity mroczny kryminał.

Przyznaję, że rozwiązanie zagadki morderstwa dwóch kobiet (i wszystkich towarzyszących tej sprawie okoliczności) było zaskakujące. Wprawdzie nie do końca przekonał mnie ten pomysł, ale za to był on naprawdę oryginalny i działający na wyobraźnię. 

Wygląda na to, że zyskałam nowego ulubionego autora. Szkoda tylko, że tak późno;) 

Moja ocena: 5/6



TynipicTynipicTynipic
____________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/27651/dzuma-w-breslau
2. http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/65/Breslau_Ring_Ostseite_(1890-1900).jpg

Ponure Poniedziałki: Milwaukee Meg "List"

Opowiadanie pochodzi z blogu internautki posługującej się pseudonimem Milwaukee Meg. Udało mi się ustalić jej prawdziwe imię i nazwisko (co nie było zbyt trudne), ale mogłaby sobie nie życzyć, żebym je tutaj ujawniała. Niestety nie mam z Nią kontaktu i nie mogłam o to zapytać.
Nie przedłużając: tekst dostępny jest TUTAJ.

"On łowi ludzi, którzy w niego uwierzą; takich, którzy są tak głupi lub tak mądrzy, żeby nie zadowalać się krótkim E, takie rzeczy nie istnieją "
Słyszeliście o Slendermanie? "Smukłym mężczyźnie"? Bardzo wysokiej i bardzo chudej postaci o nieproporcjonalnie długich rękach, ubranej w garnitur i nieposiadającej twarzy? Podobno hipnotyzuje swoje ofiary. Podobno mieszka w gęstych lasach spowitych mgłą. Podobno porywa dzieci...a może poluje i na dorosłych?


"List" to wiadomość od osoby, która usłyszała kiedyś o Slendermanie. Zamiast uznać, że to bajka, zaczęła gorączkowo szukać o nim informacji. Aż w końcu on sam ją odwiedził. I bynajmniej nie miał przyjaznych zamiarów. A może... bo kto tak naprawdę wie, co myśli Slenderman?

Dlaczego wybrałam akurat to opowiadanie? Chciałam napisać coś o miejskiej legendzie, która naprawdę mnie fascynuje. I o której szukam informacji. Poza tym przeczuwałam, że to będzie dobry tekst (piszę o "Liście"). Co mówicie? Że skoro interesuję się Slendermanem, to zgodnie z teorią z opowiadania powinien on teraz stać za moimi plecami albo przechadzać się po lesie, który mam za oknem (jak na złość, jakaś mgła dzisiaj...) ? Być może. Ale nie zamierzam się odwracać. I Wam radzę to samo.


Opowiadanie rzeczywiście jest dobre. Autorce udało się oddać klimat paranoi i zagrożenia, a także uchwycić zmiany, które następowały w zachowaniu bohaterki. Muszę przyznać, że wstawki w rodzaju niezrozumiałych zbitek literowych, kilku (lub kilkunastu) wyrazów pisanych bez spacji i w jednej linijce, liczb czy dziwnych znaczków były świetnym i naprawdę niepokojącym pomysłem (trochę w stylu Kinga). Podkreślały, że z dziewczyną piszącą list naprawdę dzieje się coś złego. W tekście nie zabrakło też opisów spotkań ze Slendermanem i jego wpływu na umysły różnych osób, co tylko "podkręcało" i tak już złowieszczą atmosferę.


W pewnym momencie miałam już jednak wrażenie, że tego "straszenia" było trochę za dużo. Myślałam: kiedy wreszcie przyjdzie Slender i coś jej zrobi? Ale to ja, zauważcie.
Minusem były też drobne literówki i błędy interpunkcyjne (przypuszczam, że akurat te błędy nie pojawiły się w tekście celowo).

Podobało mi się to opowiadanie i jego pełen grozy klimat. Nawet pomimo kilku niedociągnięć. Zdecydowanie coś w tym jest.


Taka lektura w nocy, kiedy cały dom już śpi, może wywołać gęsią skórkę...

Moja ocena: 4,5/6

Przed lekturą "Listu" dobrze zapoznać się, chociaż w skrócie, z historią Slendermana. Możecie o nim przeczytać chociażby u Milwaukee Meg KLIK albo w serwisie BBC NEWS KLIK


TynipicTynipicTynipic
___________________
Źródła zdjęć:
1. http://www.pinterest.com/pin/501307002242275608/
2. http://www.pinterest.com/pin/573434965024474777/
3. http://www.pinterest.com/pin/548735535818821256/
4. http://www.pinterest.com/pin/148900331404598335/

Trzynaście linków #1

Postanowiłam rozpocząć na blogu nowy cykl pod jakże inteligentnym tytułem "Trzynaście linków". To znane z innych stron zestawienie polecanych artykułów/postów/filmów/zdjęć dostępnych w internecie. W książkowej blogosferze podobne posty pojawiają się już od dłuższego czasu na blogach Papierowy Azyl i Książkoville.
Moje zasady są proste. Trzynastego dnia każdego miesiąca pojawi się tutaj trzynaście linków. Mogą to być odnośniki do stosunkowo nowych treści lub też do takich, które już (prawie) wszyscy widzieli. Wszystkie będą w jakiś sposób związane z książkami, bibliotekami i czytelnictwem. 

Przygotujcie sobie dobrą kawę/herbatę/kakao i... zaczynamy.


Tekst o czytaniu w sklepach sieci Empik. Zdarza Wam się usiąść gdzieś w ustronnym kąciku i czytać? Czujecie wtedy na sobie zły wzrok obsługi i klientów? Jesteście przeganiani? A może nie czytacie "na miejscu", za to często potykacie się o ludzi rozłożonych gdzieś przy półkach i pogrążonych w lekturze?

Bardzo dobry tekst Asi o Agacie Christie i jej powieściach. Lektura wskazana głównie dla tych, którzy jeszcze nie mieli przyjemności czytać książek królowej kryminału.

O tym, jakie niezwykłe rzeczy można znaleźć w starych książkach...

...i jeszcze raz o tym samym, tym razem w polskim wydaniu.


Zwierz pisze o scenach z filmów i seriali, którymi może się zachwycić większość książkoholików. Jakie produkcje dodalibyście do tej listy?

Świetna recenzja powieści Zygmunta Miłoszewskiego "Domofon", popełniona przez Ann RK. Ech, teraz tym bardziej mam ochotę sięgnąć po tę książkę;)

Jeśli ktoś zna blog Moniki to wie, że ten post jest dobry. Jeśli ktoś nie zna... to co jeszcze tu robi?

Dziwne. Nie czytam YA, a mówię wiele z tych rzeczy...

Zbliża się premiera kolejnego filmu będącego ekranizacją dzieła Stephena Kinga. Tym razem będzie to "Dobre małżeństwo", na podstawie opowiadania ze zbioru "Czarna bezgwiezdna noc". W linku zwiastun.

Na premierę czeka również nowa książka Stephena Kinga. Na razie możemy obejrzeć oficjalną polską okładkę.

Głównie dla ludzi, którzy (tak jak ja) czytali wszystkie trzy części "Igrzysk śmierci" i są nimi zachwyceni. Nie wszystkie żarty są na poziomie (powiedzmy sobie szczerze: większość jest niezbyt mądra) ale czy dla fanów ma to jakieś znaczenie?

To chyba link dla osób lepiej radzących sobie z językiem angielskim... ale muszę przyznać, że współczesne piosenki "przerobione" na sonety Szekspira prezentują się zadziwiająco dobrze!

Pamiętacie filmy z serii "Bibliotekarz..."? Ok, może nie były na najwyższym poziomie, za to uroczy główny bohater i sam sposób przedstawienia biblioteki jako miejsca pełnego skarbów sprawiły, że ja i wielu moich znajomych ze studiów po prostu je polubiliśmy. W końcu to miłe, kiedy ktoś docenia twój zawód;) Dlatego ucieszyłam się na wieść, że ma powstać serial o całej ekipie szukających przygód bibliotekarzy, również z Noahem Wyle w roli głównej. W linku zwiastun.


Dziękuję za uwagę;)


TynipicTynipicTynipic
_____________________
Źródła zdjęć:
1. http://www.pinterest.com/pin/483574078713220976/
2. http://www.pinterest.com/pin/275986283385142903/
3. http://www.pinterest.com/pin/483574078712506722/
4. http://www.pinterest.com/pin/483574078708909295/
Wydawnictwo M - spotkania autorskie

Wydawnictwo M - spotkania autorskie

Wydawnictwo M zaprasza na spotkania autorskie!

14 września od godziny 13:00 w kinie ARS - Krakowska premiera książki "Jego oczami", wzbogacona o spotkanie z Szymonem J. Wróblem i Markiem Barańskim



16 września o godzinie 17:30 w Klubie Dziennikarzy pod Gruszką - spotkanie z Krzysztofem Ziemcem


Jeśli ktoś z Was jest aktualnie w Krakowie/mieszka w pobliżu, polecam;)

Vanessa Greene "Klub porcelanowej filiżanki"




Autor: Vanessa Greene
Tytuł: "Klub porcelanowej filiżanki"
Tytuł oryginału: "The Vintage Teacup Club"
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 320



Allison, Jenny i Maggie poznały się na targu staroci. Znajomość mogła rozpocząć się od kłótni, ponieważ każda z kobiet niemal w tej samej chwili wypatrzyła piękny, zabytkowy serwis do herbaty. Ostatecznie panie podeszły do sprawy rozsądnie: wspólnie zakupiły filiżanki i umówiły się, że każda będzie mogła skorzystać z nich w określonym czasie. Najpierw Jenny poda w nich herbatę gościom na swoim ślubie. Następnie zestaw przejmie Maggie i wykorzysta go na eleganckim weselu, które będzie organizować. Na koniec filiżankami zaopiekuje się Allison i zamieni je w piękne, dekoracyjne świece. To spotkanie, a także wspólne poszukiwania kolejnych filiżanek, połączą kobiety, które odtąd staną się dobrymi przyjaciółkami. 

Historia z filiżankami była tylko pretekstem do opisania losów trzech kobiet. To o wiele ciekawszy zabieg, niż skupienie się na tylko jednej głównej bohaterce. 


Każdy z wątków jest inny, bo i Allison, Maggie i Jenny różniły się od siebie wiekiem, stanem cywilnym i ogólnym pomysłem na życie. Najbardziej polubiłam Allison - na co dzień zajmującą się rękodziełem i starającą się opanować swoją rodzinę: dwie nastolatki, męża, który właśnie stracił pracę i niesfornego psa George'a. Mam wrażenie, że u niej w domu poczułabym się swobodnie i chętnie wpadłabym tam na filiżankę dobrej herbaty i ciasto (byle tylko przemknąć się chyłkiem do drzwi i uniknąć wzroku niezbyt miłej sąsiadki).
Postać Jenny niezbyt mnie zainteresowała. Wprawdzie wyróżniała ją nietypowa sytuacja rodzinna (matka zostawiła ją, jej brata i ojca, kiedy Jenny była jeszcze mała) i talent do rysowania, ale...nie potrafiłam poczuć do niej większej sympatii.
Natomiast w ogóle nie polubiłam Maggie - z pozoru dojrzałej (36 lat) kobiety, rozsądnej businesswomen, prowadzącej własną kwiaciarnię. W pewnych momentach zachowywała się jak niezbyt rozgarnięta nastolatka. Dokładnie wtedy, kiedy w grę wchodzili mężczyźni. Poza tym jej wątek był najbardziej przewidywalny. 
I... czy wszystkie bohaterki naprawdę musiały pić wino przy (prawie) każdej okazji?

Cała powieść nie poraża oryginalnością, ale urzekł mnie pomysł "klubu filiżanki". Poza tym ostatnio mam słabość do tego rodzaju historii. Wprawdzie autorka powinna jeszcze popracować nad stylem - zdecydowanie mogłoby być lepiej, chociaż i tak czytało się dobrze - ale spędziłam z tą powieścią kilka przyjemnych godzin.

Nie jest wybitnie. Jest dobrze. "Klub porcelanowej filiżanki" ma swój urok. Jest książką, która potrafi poprawić humor i w której wszystko dobrze się kończy.
A do lektury idealnie pasuje filiżanka gorącej herbaty;)

Moja ocena: 4/6



TynipicTynipicTynipic
_______________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/198605/klub-porcelanowej-filizanki
2. unsplash.com

Ponure Poniedziałki: Washington Irving "Upiorny narzeczony"

Opowiadanie znajduje się w antologii "Upiorny narzeczony i inne opowieści z dreszczykiem" (Iskry, 1967).
Jest także dostępne online, w Polskiej Bibliotece Internetowej.
W oryginale można je przeczytać tutaj.


W ponurym zamku gdzieś wśród niemieckich lasów mieszkał baron von Landshort. Miał on tylko jedno dziecko, córkę, rozpieszczaną i podziwianą przez wszystkich. Nic więc dziwnego, że chciał znaleźć dla niej dobrego męża. Wybór padł na hrabiego von Altenburg, zacnego młodzieńca. Do pierwszego spotkania kochanków miało dojść w rodzinnym zamku panny młodej. Mężczyzna jednak się spóźniał... Okazało się, że po drodze spotkał swojego znajomego i podróż przez lasy upływała im na miłej rozmowie. A w lasach, jak to w dawnych czasach bywało, czaili się zbójcy. Napadli też na dwóch młodych ludzi i śmiertelnie ranili hrabiego. Umierający młodzieniec kazał przyrzec towarzyszowi, że powiadomi jego niedoszłą żonę o całym zdarzeniu. Powiedział też, że dopóki obietnica nie zostanie spełniona, on nie zazna spokoju w grobie. 
I rzeczywiście - jeszcze tego samego wieczoru na zamku barona von Landshort zjawił się upiór...

Washington Irving (1783-1859) był amerykańskim pisarzem, historykiem i dyplomatą. Do jego najbardziej znanych dzieł zalicza się m.in. "Legendę o Sennej Kotlinie", czyli "The Legend of Sleepy Hollow", z którym to opowiadaniem na pewno jeszcze się w Ponurych Poniedziałkach spotkacie. Tekst na dziś to napisany w roku 1819 "Upiorny narzeczony" (brawa za sam tytuł). 

Prawda, że urocza okładka?
Żałujcie, że nie widzieliście mojego uśmiechu podczas lektury (znowu!). To opowiadanie wydaje się być dobrym przykładem ghotic story. Mamy tutaj ponure zamczysko, straszne lasy (z przerażającymi zbójcami) i w końcu upiornego, powracającego zza grobu kochanka.
Jednak... po przeczytaniu całego tekstu uświadamiamy sobie, że autor bawi się z czytelnikiem, stwarzając tylko pozory "gotyckości". Jest to zresztą widoczne już od pierwszej strony - narrator nie ukrywa swojego ironicznego podejścia do bohaterów i całej historii, nie szczędzi też kpiących uwag pod adresem protagonistki (która powinna być raczej idealizowana) oraz innych postaci, na przykład: "Poczyniła nawet godne uwagi postępy w pisaniu; potrafiła podpisać się nie opuszczając ani jednej literki, a przy tym tak wyraźnie, że jej ciotki nie potrzebowały okularów, by odczytać ten podpis". 

"Upiorny narzeczony" to piękne opowiadanie. Nie tylko pod względem językowym (choć i ten aspekt trzeba docenić!) Washington Irving wykorzystał znany z opowieści ludowych motyw upiornego kochanka i świetnie zabawił się konwencją romansu gotyckiego. Jednocześnie nie zapomniał o stworzeniu odpowiedniego klimatu który sprawia, że nawet zakończenie (dla jednych zaskakujące, dla innych przewidywalne) nie "psuje" atmosfery grozy i tajemniczości. Podziwiam. I polecam.

Moja ocena: 5,5/6


TynipicTynipicTynipic
____________________
Źródło zdjęcia: http://www.pinterest.com/pin/532972937122479984/

Chris Carter "Krucyfiks"




Autor: Chris Carter
Tytuł: "Krucyfiks"
Tytuł oryginału: "The Crucifix Killer"
Wydawnictwo: Sonia Draga
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 424



W Los Angeles grasował morderca zwany Krucyfiksem. Uśmiercał swoje ofiary w niezwykle okrutny sposób chcąc, żeby cierpiały do samego końca. I nigdy nie zostawiał dowodów - odcisków palców, włosów, śladów DNA. Więc kiedy w końcu udało się go zatrzymać - w samochodzie wypchanym po dach obciążającymi go dowodami - wszyscy odetchnęli z ulgą. Może oprócz prowadzącego śledztwo Roberta Huntera, który widział, że coś jest nie tak. Mężczyzna przyznał się jednak do winy, skazano go, a następnie stracono. Jednak 1,5 roku później w chacie położonej w głębi lasu odnaleziono ciało bestialsko zamordowanej dziewczyny. Była długo torturowana. Morderca pozbawił ją skóry na twarzy, a następnie zostawił na pewną śmierć - z szoku, bólu i wycieńczenia. Ofiara miała na karku wycięty charakterystyczny symbol - podwójny krzyż. Ten sam, którym oznaczał swoje ofiary Krucyfiks. I o którym wiedzieli tylko on i policja... 
"Mamy tu robotę prawdziwego popaprańca"

Musicie przyznać, że opis fabuły brzmi intrygująco. A i sam autor postarał się, żeby od początku wciągnąć czytelnika w akcję i nie pozwolić mu oderwać się od lektury. Wykreował również ciekawego głównego bohatera. Detektyw Robert Hunter to niezwykle inteligentny pracownik wydziału zabójstw. Doskonale zna się na ludzkiej psychice i potrafi przeanalizować zachowanie morderców. Oczywiście, jak typowy policjant - bohater kryminałów, często nadużywa alkoholu i ma problemy ze snem. Ale nic dziwnego, w końcu na co dzień ma do czynienia z naprawdę koszmarnymi zdarzeniami.

Chris Carter nie oszczędza czytelnika i serwuje coraz to nowe opisy makabrycznych zbrodni. To one, w połączeniu z szybkim tempem akcji i postacią Roberta Huntera stanowią najmocniejsze strony powieści. 
Niestety, książce jeszcze daleko do utworów Jeffery'ego Deavera (od których podobno miała być lepsza) Moje podejrzenia co do tożsamości mordercy potwierdziły się w 100%. Uważam to za duży minus, bo nie jestem osobą, którą bardzo trudno zaskoczyć. Za to nie odgadłam motywów Krucyfiksa. Autor dobrze je uzasadnił, ale nie ukrywam, że oczekiwałam czegoś zupełnie innego. Może bardziej mrocznego, nawet nieco bezsensownego (w końcu to zabójca musi widzieć związek pomiędzy ofiarami, dla innych często pozostaje on tajemnicą) Tutaj rozwiązanie było takie...oczywiste. I chociaż Chris Carter bardzo się starał, wprowadzając nieoczekiwane zwroty akcji i myląc tropy, zakończenie nieco mnie zawiodło i czułam, że wyraźnie czegoś mu brakowało. 
Mam też wrażenie, że autor zbytnio skupił się na samych opisach zbrodni, nie dopracowując do końca wszystkich wątków. 

Było dobrze. Mrocznie i krwawo. I naprawdę polubiłam Roberta Huntera. Wiem już też, że autor wiele potrafi. Chociaż jego debiutowi jeszcze trochę brakuje do tego, żebym mogła nazwać go świetną i porywającą powieścią. Ale i tak polecam. I czekam na więcej.

Moja ocena: 4,5/6



TynipicTynipicTynipic
______________________
Źródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/60003/krucyfiks
2. http://www.pinterest.com/pin/153615037261854195/
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger