Regina Brett "Bóg nigdy nie mruga"

Regina Brett "Bóg nigdy nie mruga"




Autor: Regina Brett
Tytuł: "Bóg nigdy nie mruga. 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu"
Tytuł oryginału: "God Never Blinks. 50 Lessons for Life's Little Detours"
Wydawnictwo: Insignis
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 309




"Wszystko może się zmienić, zanim zdążysz mrugnąć. Ale nie martw się, Bóg nigdy nie mruga"
Jak głosi tytuł, książka zawiera 50 lekcji - wskazówek w formie felietonów - które mogą się przydać, kiedy przeżywamy ciężkie chwile. Pomyślałam, że akurat tego mi potrzeba;) Czy teksty Reginy Brett mi pomogły? Częściowo. W każdym razie nie jestem nimi zawiedziona.

Felietony dotyczą różnych spraw. Autorka porusza tematykę starości, miłości, nadmiernego gromadzenia różnych przedmiotów, wiary, dzieciństwa, pozytywnego nastawienia do życia, płaczu, radości... Nie są tylko zbiorem przemyśleń Reginy Brett. Zawierają inspirujące cytaty, poruszające historie z życia, listy rzeczy do zrobienia w konkretnej sytuacji... Z pewnością lektura nie jest nudna.
"Gdy płaczesz sam, wylewasz bez końca te same łzy. Gdy płaczesz z kimś, twoje łzy mogą uzdrowić cię raz na zawsze"
Znaczna część lekcji nie odkrywa przed nami nowej rzeczywistości, nie zmienią one od razu naszego życia. Wiele stwierdzeń jest oczywistych i niektórzy mogą je uznać za niewarte uwagi. Ale często zapominamy o takich prostych rzeczach. I wtedy potrzebujemy kogoś, kto będzie nam o tym przypominał. Jeśli trzeba - każdego dnia od nowa. 

Na czym polega fenomen tej książki? Może chodzi o to, że autorka jest bardzo wiarygodna - opisuje sytuacje, które naprawdę ją spotkały (a nie wszystkie należały do przyjemnych) i potrafi zarażać swoim pozytywnym nastawieniem do życia. Jednocześnie wprost przyznaje się do błędów, które zdarzyło się jej popełnić. Nie udaje, że wie wszystko. Czytelnik może się z nią identyfikować.


Niektórym może przeszkadzać to, że nie wszystkie lekcje są odkrywcze. Innych może razić "amerykański" styl autorki, jej zbytni optymizm. Ale chyba większość osób zgodzi się z głównym przesłaniem książki, które głosi że wiele rzeczy w życiu zależy od nas - od naszego uporu w dążeniu do celu i miłości okazywanej innym oraz podejścia do wszystkiego, co nas spotyka. Felietony przypominają również, że nie jesteśmy sami - w końcu Bóg nigdy nie mruga.
"Niebo codziennie się do nas uśmiecha. Tylko czasami jest to uśmiech przez łzy"
Moja ocena: 5/6
____________________
Źródła zdjęć: 
1. Moje
2. unsplash.com 
Gaston Leroux "Upiór opery"

Gaston Leroux "Upiór opery"




Autor: Gaston Leroux
Tytuł: "Upiór opery"
Tytuł oryginału: "Le fantome de l'Opera"
Wydawnictwo: ALFA
Rok wydania: 1990 (Pierwszy raz książka została wydana w 1910 r.)
Liczba stron: 190


"(...) jest muzyka tak straszna, że pochłania tych, którzy się do niej zbliżają" 
W paryskiej Operze dzieją się tajemnicze i przerażające rzeczy. Po korytarzach snuje się dziwna postać w czarnym fraku (i nie jest to żaden z muzyków!), niektórzy widzieli też "głowę ognistą pozbawioną reszty ciała". Czasem ktoś słyszy głos, którego właściciela nigdzie nie widać... Wśród pracowników szybko rozchodzi się plotka o upiorze nawiedzającym to miejsce. Jednak duchy są zwykle nieszkodliwe. Tymczasem dochodzi do morderstwa... Wkrótce upiór ujawni swoją prawdziwą postać, a to nie będzie przyjemne dla nikogo. Szczególnie dla Krystyny Daae, która do tej pory słyszała tylko jego piękny głos i myślała, że jest on Aniołem Muzyki ze starej legendy opowiadanej jej przez ojca. Krystyna i zakochany w niej wicehrabia Raoul de Chagny będą musieli stawić czoła szalenie niebezpiecznemu przeciwnikowi.


Tak, znacie tę historię. Może oglądaliście którąś z ekranizacji lub widzieliście musical? A może słyszeliście tylko jedną z piosenek (na czele z najbardziej znanym motywem "Phantom of the Opera") i macie jedynie niejasne pojęcie, O CZYM TO JEST? Jakkolwiek by było, warto przeczytać książkę, od której wszystko się zaczęło.


Fabuła powieści różni się od tego, co znamy z ekranizacji. Sama oglądałam tylko film z 2004 r. i do niego mogę się odnieść. W filmie poznajemy nieco upiększoną historię, pozbawioną niektórych wątków. Książkowy upiór jest brzydszy i bardziej nikczemny. Posiada też nie tylko talent muzyczny - jest geniuszem także w innych dziedzinach i bez skrupułów to wykorzystuje. Przeważnie do złych celów. Z drugiej strony - Erik jest bardzo nieszczęśliwy. To jego wygląd sprawia, że nikt nie chce go znać, że wszyscy boją się nawet na niego spojrzeć. Tymczasem chce żyć tak, jak inni ludzie. Tyle że to pragnienie doprowadzi do tragedii.
"Żeby być dobrym, brakowało mi dotąd tylko czyjejś miłości!" 

Powieść czytałoby się o wiele lepiej, gdyby nie styl autora. Gaston Leroux miał fenomenalny pomysł i częściowo udało mu się go zrealizować. Jednak napięcie nie towarzyszy czytelnikom przez cały czas lektury, a patetyczne dialogi, duża liczba wykrzykników i wielokropków oraz część zdań pisanych kursywą - w celu podkreślenia atmosfery grozy - mogą wywoływać uśmiech. Taka jest jednak specyfika tej książki.


Autor mógł też zadbać o lepszą kreację postaci. Krystyna jest bezbarwna - to piękna, utalentowana i nieszczęśliwa dziewczyna, której jednak brakuje charakteru. Raoul jest nierozważnym, zakochanym młodzieńcem, który po prostu mnie denerwował. Postaci drugoplanowe w zasadzie się nie wyróżniają - może oprócz pani Giri. Najbardziej interesujący jest Erik, czyli tytułowy upiór.

"Upiór opery" to powieść gotycka, klasyka horroru. Historia Erika praktycznie od początku zafascynowała czytelników. Szybko zyskała też uznanie reżyserów. Opowieść o pięknej dziewczynie i zakochanym w niej potworze nie jest może szczególnie oryginalna, ale osadzona w paryskich realiach i tak mocno związana z muzyką zdecydowanie zyskuje na wartości. Pomimo wad - gorąco polecam. Szczególnie miłośnikom ekranizacji.

Moja ocena: 4,5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru"



___________________
Źródła zdjęć:
1. http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/97000/97986/155x220.jpg
2. http://media-cache-ak0.pinimg.com/736x/be/ae/35/beae35772dadccee7061b44b73cbd881.jpg
3. http://1.fwcdn.pl/ph/64/61/106461/137974.1.jpg

Ponure Poniedziałki: Johann Wolfgang Goethe "Historia neapolitańskiej śpiewaczki"

Opowiadanie jest częścią zbioru "Rozmowy niemieckich uchodźców" (Goethe, 1795). Można też znaleźć je w antologii "Czarny pająk. Opowieści niesamowite z literatury niemieckojęzycznej" (Wydawnictwo Dolnośląskie, 1988).


Tekst przedstawia historię, która przydarzyła się Antonelli, śpiewaczce z Neapolu. Narratorem jest znajomy artystki. Opowiada on o pewnym genueńczyku, któremu bardzo zależało na zdobyciu serca pięknej śpiewaczki. Jednak dziewczyna widziała w nim raczej przyjaciela. Nie potrafiła też całkowicie zerwać ze swoimi wielbicielami i znajomymi - czego domagał się od niej adorator. W pewnym momencie stał się on dla niej tak uciążliwy, że zakończyła znajomość. Nie uległa nawet, kiedy mężczyzna był bliski śmierci i bardzo chciał się z nią zobaczyć. Za niespełnienie tego ostatniego życzenia spotkała ją kara...

Goethe i opowiadanie-horror? Gdybym więcej czytała, takie połączenie byłoby dla mnie oczywiste... Nie jest to wprawdzie sztandarowe dzieło autora, ale wiedziałabym, że nie unikał i tej formy literackiej. Wspomniane powyżej "Rozmowy niemieckich uchodźców" zawierają (między innymi?) właśnie tego typu teksty. Goethe podobno nie pochwalał wiary w duchy, z drugiej strony włożył w usta jednego z bohaterów "Rozmów..." słowa: "ona [opisywana historia] musi być prawdziwa, jeżeli ma być interesująca; gdyż jako wymyślona historia byłaby bez znaczenia". A opisywane w "Historii neapolitańskiej śpiewaczki" wydarzenia dotyczyły prawdopodobnie paryskiej aktorki Hippolyte Clairon.
Tyle faktów historycznych i literaturoznawczych. Żałuję, że nie wiem na ten temat więcej i nie mogę ręczyć za dokładność wszystkich wiadomości - wymagałoby to dłuższych poszukiwań, na które obecnie nie mam czasu:/ Być może z tego powodu nie powinnam teraz publikować tego tekstu...


Jeżeli chodzi o sam tekst - historia nie jest szczególnie odkrywcza. Zakładając jednak, że Goethe spisał po prostu opowieść, którą usłyszał od innej osoby, trudno zarzucać autorowi brak oryginalności. Opowiadanie jest suchą relacją, a Goethe nie starał się szczególnie budować klimatu grozy. Brakuje też spektakularnego zakończenia, które mogłoby wywołać u czytelnika dreszcze. Wszystko to nie było jednak zamiarem pisarza. W efekcie tekst budzi co najwyżej lekki niepokój. 

Mimo wszystko, warto poznać "Historię neapolitańskiej śpiewaczki" - dla pięknego języka, jakim jest napisana i dla samego autora. To opowiadanie można określić słowem "banalne". Nie znaczy to jednak, że w ogóle nie zasługuje na uwagę.

Moja ocena: 4/6
_______________________
Źródło zdjęcia: www.gratisography.com

Cormac McCarthy "W ciemność"




Autor: Cormac McCarthy
Tytuł: "W ciemność"
Tytuł oryginału: "Outer Dark"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 268




"Kwiaty przed domem zwinęły płatki i zamknęły się, jak gdyby otrute ciemnością, a gdzieś w pobliżu czekał już przedrzeźniacz, gotów opowiedzieć wszystko, co wie o nocy" /s. 232/
Dawno, dawno temu, w ubogiej chacie na skraju lasu mieszkało rodzeństwo - Rinthy i Holme. Żyli biednie, ale przynajmniej mieli siebie. Oraz dziecko, którego spodziewała się dziewczyna... Kiedy Rinthy urodziła, Holme zabrał noworodka i porzucił go gdzieś w lesie. Siostrze powiedział, że chłopczyk nie przeżył. Zrozpaczona dziewczyna nie uwierzyła w to. I miała rację, ponieważ w międzyczasie ktoś znalazł jej dziecko i zabrał je ze sobą. Rinthy uciekła z domu i wyruszyła na poszukiwanie syna.

To pięknie napisana historia, która wcale nie opowiada o pięknych rzeczach. W świecie opisanym przez McCarthy'ego wszystko jest zgniłe i zepsute - zwłaszcza ludzkie dusze. Może tylko Rinthy zachowała swoją niewinność. Pomimo wszystko.


"W ciemność" kojarzyło mi się z baśnią, w której wszystko jest na opak. Nie ma tu dobrych wróżek ani przystojnych książąt, a główna bohaterka wydaje się być karykaturą księżniczki z bajek Disney'a.
"Wymizerowana i owiewana wiatrem targającym jej łachmany, co chwila mrużyła oczy - wyglądała jak istota, którą jakimś ponurym cudem wyrwano z objęć grobu, by następnie w strzępach ubrania i w tej ułomnej postaci wystawić ją na mękę w świetle słońca. W drodze towarzyszyły jej motyle, a kąpiące się w piasku ptaki nie odlatywały, gdy przechodziła obok. Nuciła pod nosem jakąś dziecięcą piosenkę z minionych, umarłych dawno czasów" /s. 107/
Ponura baśń, osadzona w realiach przypominających dziki zachód, z elementami powieści gotyckiej. Brzmi dosyć dziwnie, ale jest to naprawdę dobra i przemyślana historia. Jednocześnie nie znajdziemy w tej książce żadnego pocieszenia, żadnej nadziei.

Powieść wciąga, pomimo mrocznej atmosfery (a może właśnie dzięki niej?) Nie jest to lekka i przyjemna lektura, ale dla nietypowej historii, unikalnego klimatu i pięknego, literackiego języka - warto przeczytać.

Moja ocena: 4,5/6
____________________
Źródła zdjęć:
1. http://www.wydawnictwoliterackie.pl/resources/2/8516-n-a.jpg
2. unsplash.com 
Paweł Lisicki "Tajemnica Marii Magdaleny. Fakty i mity"

Paweł Lisicki "Tajemnica Marii Magdaleny. Fakty i mity"





Autor: Paweł Lisicki
Tytuł: "Tajemnica Marii Magdaleny. Fakty i mity"
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 212








Maria Magdalena to postać dobrze znana z Nowego Testamentu. Jednak wokół jej osoby narosło wiele legend i niekoniecznie prawdziwych teorii. Czy Maria z Magdali, Maria - siostra Łazarza i jawnogrzesznica były tą samą Marią, czy trzema różnymi kobietami? Czy Maria Magdalena była tak naprawdę jedną z apostołów i przywódców Kościoła, a zazdrośni mężczyźni usunęli te fakty z Ewangelii? A co z twierdzeniem o związku łączącym Jezusa i Marię Magdalenę? Wszystko to stara się wyjaśnić Paweł Lisicki.

Szczerze przyznam, że obawiałam się tej książki. Tematyka jest interesująca, ale nie wiedziałam czy język, jakim została napisana, będzie dla mnie zrozumiały. Obawy były jednak niepotrzebne. Paweł Lisicki pisze w bardzo przystępny sposób. Jego opowieść wciąga i sprawia, że rozważania dotyczące Biblii oraz postaci znanych z jej kart i świadectw historycznych stają się fascynujące. 

Autor odwołuje się nie tylko do tekstów biblijnych. Bierze też pod uwagę odnalezione w XX wieku apokryfy oraz wypowiedzi osób takich jak np. Józef Flawiusz, znany żydowski historyk żyjący w I wieku n.e. Analizuje też piśmiennictwo współczesnych teologów i badaczy, zwłaszcza tych stawiających bardzo śmiałe - i czasami wręcz śmieszne - tezy. Tezy mimo wszystko znajdujące zwolenników. Paweł Lisicki odważnie z nimi polemizuje. 


W książce przeszkadzały mi powtórzenia, które pojawiały się stosunkowo często - szczególnie na początku. Autorowi zdarzało się cytować ten sam fragment tekstu kilka razy, w krótkich odstępach. To nie było potrzebne. 

Paweł Lisicki wie, jak skutecznie bronić swoich racji - oraz faktów w oczywisty sposób wynikających z tekstów biblijnych. Potrafi je interpretować i przystępnie wyjaśniać różne historyczne zawiłości. Czasami jest przy tym po prostu złośliwy - i chociaż doskonale go rozumiem (jak wspomniałam wcześniej, część tez lansowanych przez współczesnych, poważnych badaczy jest absurdalna) jest to mało profesjonalne zachowanie. Za to książka staje się ciekawsza;)

Podsumowując: nie jest to nudna praca naukowa, tylko interesująca książka rozprawiająca się z faktami i mitami dotyczącymi Marii Magdaleny. Może być ona ciekawa również dla osób pozornie nie zainteresowanych tematem - a to ze względu na język, jakim posługuje się autor. Cieszę się, że mogłam się dowiedzieć, kim naprawdę była Maria z Magdali. Okazało się przy tym, że przed lekturą wiedziałam o niej naprawdę bardzo mało...

Moja ocena: 5/6

Za książkę dziękuję Wydawnictwu M
__________________________
Źródła zdjęć:
1. Produkcja własna
2. unsplash.com

Ponure Poniedziałki: Edgar Allan Poe "Portret owalny"

Opowiadanie jest dostępne za darmo, w różnych formatach, w serwisie WolneLektury.pl

Pewien mężczyzna, będący jednocześnie narratorem opowieści, zatrzymuje się na noc w opuszczonym zamku. Trafia do komnaty na wieży, wypełnionej ogromną ilością obrazów. Znajduje w niej również książkę, w której opisano wszystkie zawieszone na ścianach malowidła. Podróżnik, zamiast pogrążyć się we śnie, spędza czas na przyglądaniu się obrazom. Około północy zauważa coś, co wcześniej umknęło jego uwadze - portret pięknej młodej dziewczyny. Zafascynowany, wpatruje się w niego przez długi czas. W końcu postanawia odszukać jego opis w przeglądanej wcześniej książce. Tym sposobem poznaje tragiczną historię kryjącą się za powstaniem niezwykłego, "pełnego życia", wizerunku.

To jedno z najkrótszych opowiadań Edgara Allana Poe. Po raz pierwszy zostało opublikowane w 1842 r. Tak naprawdę zawiera dwie historie - mężczyzny, którego nie poznajemy nawet z imienia i dziewczyny sportretowanej na niezwykłym obrazie.

Tak wyglądał podpis autora
Inspiracją do napisania tego tekstu była między innymi książka "Tajemnice zamku Udolpho" autorstwa Ann Radcliffe - prekursorki powieści gotyckiej. Natomiast opowiadanie Poego miało częściowy wpływ na powstanie "Portretu Doriana Graya" Oscara Wilde'a. Interesująca sieć zależności.

"Portret owalny" to krótki tekst o przemyślanej kompozycji i niezwykłej sile oddziaływania. Uważa się, że autor chciał za jego pomocą przedstawić relacje między sztuką i życiem. Relacje, które mogą okazać się toksyczne, jeśli ktoś bez reszty poświęci się swojej pasji. Ponieważ za pomocą sztuki można nie tylko tworzyć. Można też niszczyć. Destrukcji ulegają źle zamalowane płótna, kartki z nieudanymi wierszami, a nawet czyjeś życie.

Opowiadanie, oprócz pięknego języka jakim zostało napisane (dodatkowo zyskującego na wartości w tłumaczeniu Bolesława Leśmiana), ma też inną zaletę - atmosferę grozy, tak charakterystyczną dla dzieł Edgara Allana Poe. "Portret owalny" to mroczna historia autorstwa pisarza, który uważał śmierć pięknej kobiety za najbardziej poetycki temat na świecie... 

Moja ocena: 5/6
_______________________
Źródło zdjęcia:
Jeffery Deaver "Pod napięciem"

Jeffery Deaver "Pod napięciem"


























Autor: Jeffery Deaver
Tytuł: "Pod napięciem"
Tytuł oryginału: "The burning wire"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 461
"Można zatrzymać prąd elektryczny, można go skierować inną drogą. Nie można go jednak oszukać. Gdy powstanie, będzie instynktownie robił wszystko, aby wrócić do ziemi, a jeżeli na drodze stanie mu człowiek, zabije go błyskawicznie - w dosłownym znaczeniu.
Prąd nie ma sumienia, nie ma poczucia winy." /s. 160/
Lincoln Rhyme i Amelia Sachs po raz kolejny muszą zmierzyć się z bezwzględnym mordercą. Tym razem zadanie jest szczególnie niebezpieczne, ponieważ mają do czynienia z kimś, kto do zabijania używa...prądu. Potrafi włamać się do każdej sieci i skierować napięcie tak, żeby porażeni zostali przypadkowi ludzie - wystarczy dotknąć czegoś, co przewodzi prąd. Lincoln i jego zespół muszą więc nie tylko skupić się na zbieraniu dowodów, ale też na poszerzeniu swojej wiedzy na temat elektryczności. Bez tego ciężko będzie uniknąć przykrych niespodzianek. Dodatkowo kryminalistyk po raz kolejny zajmuje się sprawą Zegarmistrza - przestępcy, którego ściga od lat. Pracy w tych trudnych warunkach nie ułatwia mu też pogarszający się stan zdrowia...

Jeffery Deaver trzyma poziom. Nadal potrafi stworzyć zajmującą historię, nadal zwodzi czytelnika na każdym kroku. Trzeba przyznać, że morderca zastawiający pułapki na ludzi gdzieś w przestrzeni miejskiej - i używający do tego elektryczności - to nowość (Przynajmniej dla mnie. Ktoś zna inne, podobne przypadki?) Nietypowy dla książek o Lincolnie jest również pomysł ścigania dwóch groźnych przestępców równocześnie. Oraz tak duże problemy kryminalistyka ze zdrowiem. 

Wszędzie kable. A schody są metalowe. Uciekniesz? Nie wydaje mi się...

Mimo wszystko zabrakło mi w tej powieści tytułowego napięcia. Owszem, było ono obecne, jednak po przeczytaniu wielu książek Deavera znam już ogólny schemat, jakim posługuje się ten pisarz. Czytałam więc z lekkim znudzeniem o zbrodni-chodzeniu po siatce-kolejnej zbrodni-kolejnym chodzeniu po siatce...
Nie mogę jednak powiedzieć, że autor zupełnie mnie nie zaskoczył. Przemyślał dokładnie całą fabułę i kilka razy naprawdę wprowadził mnie w błąd (szczególnie na samym końcu powieści). Jednak nie bawiłam się podczas lektury tak dobrze jak wtedy, gdy dopiero zaczynałam przygodę z jego książkami. Spodziewałam się, że będę zaskakiwana - i tak się stało. Trochę paradoks, wiem. Ale gdzie tu prawdziwy element niespodzianki?

"Pod napięciem" to bardzo dobra lektura. Odebrałam ją w opisany wyżej sposób, bo znam już autora i stosowane przez niego sztuczki. Ostatecznie jednak cieszyłam się tą książką - to było jak ponowne spotkanie ze starymi znajomymi. Polecam tę powieść miłośnikom twórczości Deavera. Tym, którzy jeszcze nie znają tego pisarza, radzę zacząć od czegoś innego. Najlepiej od "Kolekcjonera kości", czyli od początku serii z Lincolnem. 

Moja ocena: 4,5/6

Uwaga - weryfikacja obrazkowa w komentarzach.
________________
Źródła zdjęć:
1. Własne
2. unsplash.com
Ray Bradbury "451 stopni Fahrenheita"

Ray Bradbury "451 stopni Fahrenheita"


























Autor: Ray Bradbury
Tytuł: "451 stopni Fahrenheita"
Tytuł oryginału: "Fahrenheit 451"
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1960
Liczba stron: 180
"451 stopni Fahrenheita - to temperatura, w której papier zaczyna się tlić i płonie..."
Guy Montag jest strażakiem. Jednak w jego świecie - w USA w bliżej nieokreślonej przyszłości - strażacy nie gaszą pożarów. Oni je wzniecają. A co podpalają? Książki.
W rzeczywistości, w której ludzie przestali samodzielnie myśleć, w której od rozmowy z przyjaciółmi lepsze jest obcowanie z interaktywną, telewizyjną "rodzinką", czytanie stało się czymś niebezpiecznym. Książki są złe, ponieważ czynią ludzi mądrzejszymi, sprawiają, że obywatele mają własne zdanie. A to jest niedopuszczalne!
"W poniedziałek spal Ednę Millay, we wtorek Whitmana, w środę Faulknera, spal ich na popiół, a potem spal popioły. To nasze oficjalne hasło"
Guy nie kwestionuje świata, w którym żyje. Do czasu, gdy spotkana przypadkowo dziewczyna zada mu jedno proste pytanie: czy jest pan szczęśliwy? To prowokuje mężczyznę do myślenia. I do sięgnięcia po książkę ocaloną z jednego z pożarów. Wtedy robi się naprawdę niebezpiecznie. W końcu za czytanie grozi śmierć...

Ray Bradbury napisał swoją powieść w 1953 r. Ale jest ona niepokojąco aktualna również dzisiaj. Z własnej woli porzucamy książki, przestajemy zastanawiać się nad otaczającym nas światem i rozmawiać "na żywo" z ludźmi. Zamiast tego wolimy bezmyślnie wgapiać się w telewizor lub ekran komputera. Szczerze - to przerażające.


Pomysł na fabułę bardzo mi się spodobał - ale i przestraszył. Główny bohater był z kolei trochę irytujący. Jego nierozważne zachowania nieco mnie drażniły. Z drugiej strony - ciężko mu się dziwić. Człowiek, którego całe życie odzwyczajano od myślenia, nagle odkrył wartość książek i okrucieństwo systemu. To mogłoby niejednego doprowadzić do szaleństwa. 

Z podobnymi motywami spotkałam się już wcześniej. Tytuły, które przychodziły mi do głowy podczas lektury, to:
- "Rok 1984" George'a Orwella (wyd. 1949)
- "Nowy wspaniały świat" Aldousa Huxleya (wyd. 1932)
- "Uciekinier" Stephena Kinga (wyd. 1979)
- "Equilibrium" (2002) - film inspirowany powieścią Bradbury'ego, przedstawiający bezduszny świat przyszłości. Tutaj unicestwieniu podlegają wszystkie dzieła sztuki.
- "154 stopnie Kwarenheita" - tak, tak, komiks z Kaczorem Donaldem w roli głównej (Komiks Gigant, 02/1998). Wiecie, że te komiksy są (lub były - obecnie ich nie czytam, a szkoda;) bardzo inteligentne? Ten wspomniany przeze mnie to parodia "451 stopni...". Ukazuje świat przyszłości, w którym zakazana jest wszelka muzyka.

Czy warto przeczytać "451 stopni Fahrenheita"? Myślę, że to pytanie retoryczne. Czytajcie, póki możecie...

Moja ocena: 5/6
_________________
Źródła zdjęć:
1. Produkcja własna
2. unsplash.com 

Ponure Poniedziałki: Ambrose Bierce "Przy moście nad Sowim Potokiem"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Jeździec na niebie i inne opowiadania" (Czytelnik, 1960)

Ambrose Bierce (1842-1914) - Amerykanin, uczestnik wojny secesyjnej, dziennikarz, satyryk, nowelista. Określany mianem prekursora "czarnej literatury XX wieku", był jednym z najwybitniejszych twórców wczesnej powieści grozy
Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Ambrose_Bierce


Nieznany czytelnikowi mężczyzna stoi na moście nad Sowim Potokiem. Wykręcone do tyłu ręce ma związane sznurem, kolejny powróz oplata jego szyję. Obok znajdują się żołnierze - jedni mają dokonać egzekucji, inni pilnują wejścia na most, jeszcze inni po prostu przyszli popatrzeć. O czym myśli człowiek na chwilę przed śmiercią? A może - niezwykłym zrządzeniem losu - uda mu się uciec? Wystarczy, że podczas upadku sznur się urwie, a on sam wpadnie do wody. Może, niesiony prądem, zdoła odpłynąć wystarczająco daleko? Może nie trafią go kule z karabinów żołnierzy? Może, może...
"W myśl o najbliższych wdzierał się jakiś natrętny i niepojęty dźwięk - ostry, wyraźny, metaliczny jak odgłos młota na kowadle. Zastanawiał się, co to tak dzwoni i skąd nadchodzi ów dźwięk - z daleka czy z bliska? Odgłos powtarzał się regularnie, ale w tak powolnym rytmie jak żałobny dzwon. Na każde uderzenie czekał z niecierpliwością i - sam nie wiedział dlaczego - z obawą. Coraz to dłuższe pauzy doprowadzały go do szału. Każdy dźwięk był jak dźgnięcie nożem. Bał się, że zacznie krzyczeć. To tykotał jego zegarek"
Długo miałam wrażenie, że opowiadanie, choć dobre, ma niewiele wspólnego z literaturą grozy. Pomyliłam się. A uświadomiło mi to bardzo dobitnie zakończenie. Z jednej strony, można było się go domyślać. Z drugiej - nie kombinowałam podczas lektury, po prostu pozwoliłam autorowi opowiedzieć całą historię bez kwestionowania jej z mojej strony. Nie dziwię się więc, że finał mnie zaskoczył. To chyba dobrze, w końcu między innymi o to chodzi w czytaniu. Nie można zawsze być mądrzejszym od pisarza.


Tekst Ambrose Bierce'a mnie nie przeraził. Ale nie szkodzi. Niestety, rzadko się boję czytając horrory, więc nie jest to dużym zarzutem w stosunku do autora. 
Opowiadanie jest sprawnie napisane. Podobało mi się częściowe zaburzenie chronologii - w celu przedstawienia wydarzeń, które rozegrały się nieco wcześniej. Opisanie wszystkiego po kolei byłoby zwyczajnie nudne. 
Mój ulubiony fragment tekstu? Ten zacytowany powyżej. Zachwycił mnie, głównie ze względu na ostatnie zdanie. Nie znam dobrze twórczości Bierce'a (szczerze: nie znam jej prawie wcale) ale już wydaje mi się, że był on świetny w tworzeniu takich właśnie zaskakujących zakończeń - czy to ciągów myśli, czy całych opowiadań. 

Krótko mówiąc - polecam. Może odkryjecie inne teksty autora, godne uwagi (i napiszecie mi o tym) ? Przygotujcie się jednak na spotkanie ze światem, w którym nie ma litości. Jak napisał Jan Prokop w posłowiu do innego zbioru opowiadań Bierce'a Czy to się mogło zdarzyć?: "Nie jest to autor, który przynosi czytelnikom pokrzepienie serc".

Moja ocena: 5/6

Może facebook?
______________________
Źródło zdjęcia: unsplash.com

Mo Hayder "Ptasznik"



Autor: Mo Hayder
Tytuł: "Ptasznik"
Tytuł oryginału: "Birdman"
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2003
Liczba stron: 383




Zainteresowałam się tą powieścią po przeczytaniu recenzji na blogu Ann RK. Powiem krótko: było warto. Chociaż "Ptasznik" nie do końca trafił w mój gust.

Jack Caffery to detektyw pracujący w londyńskiej policji. Na co dzień zmaga się z problemami natury osobistej - sprawą zaginięcia swojego brata Ewana oraz z koniecznością zakończenia związku z Veroniką, co jednak nie jest takie proste. Teraz jednak będzie musiał zmierzyć się z czymś o wiele gorszym. W północnym Greenwich odnaleziono pięć ciał młodych kobiet. Są w różnych stadiach rozkładu, jednak każda z nich ma mocny, doskonale widoczny nawet po długim czasie makijaż. Każdej też nieznany sprawca zaszył w piersi ptaka. Który w momencie wykonywania "operacji" był jeszcze żywy... Rozpoczyna się pościg za mordercą nazwanym przez policję Ptasznikiem.



To brutalna książka. Autorka nie unika drastycznych opisów, które mogą być szczególnie nieprzyjemne dla wrażliwych osób. Myślę, że do takich nie należę. Nie doceniam jednak epatowania ohydnymi scenami. Wolę, kiedy autor tworzy mroczny klimat i wywołuje w czytelniku niepokój za pomocą innych środków - a jest to o wiele trudniejsze. 
Nie można jednak odmówić Mo Hayder stworzenia interesującej i trzymającej w napięciu historii. Kilkakrotnie serwuje czytelnikom niespodziewane zwroty akcji. A wymyślona przez nią intryga jest po prostu przerażająca. 

"Ptasznik" zabierze Was w niezbyt przyjazne rejony Londynu, których na pewno nie chcielibyście odwiedzić z własnej woli. Opowie Wam historię groźnego mordercy-sadysty, jakiej do tej pory nie słyszeliście. Musicie być przygotowani na twardą, brutalną prozę. To nie jest książka dla ludzi o słabych nerwach.

Moja ocena: 4,5/6
_______________________
Źródła zdjęć:
1. http://merlin.pl/Ptasznik_Mo-Hayder,images_big,4,83-7311-932-9.jpg
2. http://www.thefoxisblack.com/2012/10/22/the-halloween-wallpaper-project-featuring-noah-macmillan/

Ponure Poniedziałki: Piter Murphy "O jedną noc za dużo"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "31.10. Wioska przeklętych", który można pobrać za darmo tutaj. Wszystkie utwory w antologii łączy tytułowa wioska - położone gdzieś na południu Polski tajemnicze Strzyżewo.


Trzy studentki - Anna, Renata i Jola - postanawiają wybrać się na wycieczkę do Strzyżewa. Nie słyszały o tym miejscu niczego dobrego, wręcz przeciwnie. Jednak nie jest to przeszkodą. To ma być "babski wyjazd", podczas którego być może wydarzy się coś niezwykłego i przerażającego. Na tyle jednak nieszkodliwego, że będą mogły później opowiadać o tym znajomym. W końcu, kto nie chwaliłby się pobytem w nawiedzanym i prawdopodobnie przeklętym miejscu?
Jak to zwykle bywa w horrorach, szybko okazuje się, że nie był to dobry pomysł...

Nadal cierpię na brak czasu spowodowany przygotowaniami do sesji. Dlatego, żeby nie szukać zbyt daleko, postanowiłam przeczytać jedno z opowiadań ze wspominanej już wcześniej w tym cyklu "Wioski przeklętych". Zachęcona recenzją na portalu horrorreviews.pl odszukałam tekst zatytułowany "O jedną noc za dużo". Miała to być przerażająca historia, mogąca posłużyć za fabułę mrocznego slashera. Niestety, w tym opowiadaniu fabuła była najmniej przerażająca. Straszyły za to liczne błędy oraz chaos i niedopracowanie. 


O ile brak polskich znaków czy zwykłe literówki można wybaczyć (choć nie powinno ich być tak dużo), to różnych nieścisłości, złej składni i błędów logicznych nie można już traktować z takim pobłażaniem. Kilka przykładów: 

Nikłe światło księżyca wpadające przez przybrudzoną szybę rzucało cień na środek izdebki - światło rzucało cień? 

- Dziewczyny. Duchów nie ma, rozumiecie? Powtarzam... NIE MA!!! Ale macie dobre chipsy - powiedziała Jolka pakując kilka zwiniętych chipsów do ust.
- A ty niby skąd wiesz?
- Skąd wiem? Gdyby istniały, dawno by mnie straszyły Wyobraziłam sobie chipsy straszące Jolkę...

Godzinę potem obrażone na siebie z nosami przylepionymi do brudnej szyby podążali na południe

Godzinę później weszły do domku podobnego do tego, w którym mieszkała staruszka z synem. Był dokładnie taki sam Podobny czy taki sam? To jednak pewna różnica...

Nie chodzi mi o to, żeby wyśmiewać się z autora i szydzić z błędów w opowiadaniu. Chciałam raczej zwrócić na nie uwagę. Gdyby ktoś zadał sobie trud dokonania korekty tego tekstu, moglibyśmy otrzymać ciekawy horror, rzeczywiście mający zadatki na dobry slasher. Pozostałby jeszcze problem wyjaśnienia dziwnych rzeczy dziejących się w Strzyżewie... ponieważ uzasadnienie zaserwowane przez autora w ogóle mnie nie satysfakcjonuje. 

Mam wrażenie, że Piter Murphy po prostu nie przemyślał fabuły tego opowiadania i nie dopracował tekstu. A szkoda. Z tego pomysłu - choć niezwykle chaotycznego - można było wycisnąć dużo więcej. 
Nie polecam. Chociaż...możecie sami przeczytać "O jedną noc za dużo" i powiedzieć mi, dlaczego nie mam racji oceniając to opowiadanie tak nisko.

Moja ocena: 1/6
____________________
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger