Jestę autorę, czyli kilka uwag na temat relacji pisarzy z blogerami

Poniższy tekst jest artykułem napisanym przeze mnie do studenckiego magazynu IBINACJA. To wynik badań przeprowadzanych w trakcie pisania pracy magisterskiej (dotyczącej blogów z recenzjami książek). Nie ma na celu obrażenia kogokolwiek - blogerów czy też pisarzy - a jedynie zaprezentowanie pewnych postaw. Nie twierdzę, że opisane sytuacje są normą oraz że wymienione autorki są złe. 
Jeżeli zainteresowała Was ta tematyka, możecie zajrzeć tutaj - i przeczytać mój kolejny artykuł, będący częścią pracy magisterskiej i przygotowywany właśnie do opublikowania w roczniku "Debiuty Bibliologiczno-Informatologiczne". Opisałam tam więcej przykładów różnych zachowań (również tych pozytywnych!), a wszystko opatrzone jest odpowiednimi przypisami. Dlatego warto się z nim zapoznać, jeżeli chcecie rozpocząć dyskusję.

EDIT: Otrzymałam dzisiaj recenzję artykułu do "Debiutów..." i... trzeba bardzo dużo zmienić. Można powiedzieć, że teraz sama zmagam się z krytyką;) Ale uwagi są słuszne i zgadzam się z nimi. Muszę bardzo poprawić ten tekst, żeby stworzyć spójny artykuł. (jednak zawarte w nim przykłady pozostają nadal aktualne)


Nadwrażliwe...

Wszyscy artyści są szczególnie wrażliwi na punkcie swojej twórczości. Taka postawa nie dziwi. Kiedy ktoś wkłada dużo wysiłku w stworzenie określonego dzieła, nie życzy sobie żeby inni krytykowali jego pracę. Jednak pewne "wytwory" artystów w pełni zasługują na szczerą i surową krytykę. Recenzenci, a szczególnie blogerzy, którzy zajmują się recenzowaniem książek, muszą liczyć się z tym, że stworzony przez nich tekst nie spotka się z uznaniem pisarzy, których oceniają. Mogą oni nawet stać się celem ataków ze strony literatów. Przodują w tym niektóre polskie pisarki. Ich zachowania mogą czasem spotykać się ze zrozumieniem, czasem dziwić, a czasem - z różnych względów - przerażać...

Katarzyna Michalak jest w środowisku nieprzychylnych jej blogerów szczególnie znana z powodu agresywnych reakcji na krytykę. Usuwa wszelkie negatywne opinie ze swojej strony internetowej. Świadczy o tym między innymi komentarz osoby podpisującej się nickiem Shishu, opublikowany na blogu Czarne owce literatury czyli analizy ZŁYCH książek. Pisze ona tak: Pani Michalak skromnością nie grzeszy. Weszłam z ciekawości na jej bloga. [...] Okazuje się, że pani Michalak krytyki absolutnie nie akceptuje, w dziale "Recenzje" wolno zgłaszać jedynie pozytywne opinie, negatywnych nie ma, chociaż wiem, że byli już recenzenci, którzy grzecznie się tam podpisywali. Przeprowadzona przeze mnie analiza strony pisarki potwierdza prawdziwość tych słów. Dodatkowo autorka często komentuje w dosyć przykry sposób nawet uzasadnioną krytykę. Jednak tego rodzaju komentarze lub posty na blogu Katarzyny Michalak są równie często przez nią usuwane. Zdarza się też, że podczas spotkań autorskich osoby niepochlebnie wyrażające się o jej twórczości bywają ignorowane lub traktowane z lekceważeniem.

Swoją opinię na temat recenzentów pani Michalak wyraziła nawet w jednej z powieści, wkładając w usta bohatera takie oto słowa: Jak myślisz, kto pisze recenzje? Czy pisarz, prawdziwy, wydawany pisarz, ma czas i chęci obrzucać błotem innego pisarza? Odpowiadam: nie ma. Bo pisze następny bestseller albo ma spotkanie z czytelnikami w Empiku, albo akurat skończył pracę nad książką i ledwo zipie. I nie może patrzeć na Worda. Grafoman natomiast ma czas na wszystko. Na pseudoliteracki bełkot, który rozumie tylko on sam, i na wylewanie pomyj na tych, którym się udało [...] To niedoszli pisarze, którzy nienawidzą książek i ich autorów, szczególnie tych, którym się udało. Ten fragment jest idealnym podsumowaniem poglądów pisarki, wyrażanych przez nią otwarcie w Internecie.

Źródło zdjęcia: http://www.pinterest.com/pin/483574078712290995/

Zdarza się jednak, że pisarze atakują krytycznego blogera. Znamienne jest to, że w trakcie wymiany zdań nikt nie broni surowo ocenianej powieści. Większość wypowiedzi dotyczy za to niekompetencji recenzenta. Pojawiają się nawet stwierdzenia, że tego rodzaju ludzie powinni mieć zakaz czytania.

Przykłady takiego zachowania odnalazłam na stronie blogerki posługującej się nickiem Elenoir. Napisała ona długą i rzetelną recenzję powieści zatytułowanej Zakręty losu. Wytknęła autorce wiele błędów logicznych, a także brak konsekwencji, przewidywalność fabuły oraz fatalny styl. Swoje zarzuty uzupełniła wieloma cytatami. Zaproponowała również kilka zmian. Blogerka wystrzegała się nadmiernej złośliwości i umiejętnie broniła swojego zdania. Wpis wywołał jednak zażartą dyskusję. Wzięła w niej udział również autorka książki, Agnieszka Lingas-Łoniewska, która napisała między innymi: Czy Pani recenzja jest dla mnie wskazówką? Nie wiem, cały czas się zastanawiam, czego mogłabym się z niej nauczyć, bądź co może być wskazówką na przyszłość. Na pewno to, aby nie czytać pozycji z musu, albo w celu nie do końca dla mnie zrozumiałym. Zdawała się ona nie zauważać rzeczowych argumentów blogerki, wytkniętych przez nią błędów i zaproponowanych sposobów ich naprawienia.

Ta sama pisarka "zemściła się" na jednym z użytkowników serwisu Biblionetka.net, który w ironiczny sposób skrytykował serię jej powieści dla kobiet. Internauta, ukrywający się pod nickiem misiak297, w niepozbawiony humoru - ale jednocześnie przykry dla autorki sposób - wytknął jej liczne błędy. Obrażona autorka wybrała interesującą literacką formę odpowiedzi na krytykę. Zauważył to sam internauta. Przy okazji opisywania kolejnej części trylogii, Misiak zanotował: I tu ciekawostka: pojawia się kolejny bohater, trochę przygłupawy, brutalny, taki, którego chciałoby się rozszarpać na strzępy. To nie kto inny jak znany nam z poprzedniej części trylogii Fazi. Tyle że ten mało sympatyczny gość w "Braterstwie krwi" dorabia się wdzięcznego nazwiska Misiak... Zaraz, zaraz, coś mi to mówi...

Internet roi się od przykładów podobnych zachowań, z którymi zetknęłam się przy okazji prowadzenia badań nad twórczością współczesnych polskich pisarek. Myślę jednak, że zaprezentowanie dwóch najbardziej "ekstremalnych" przykładów wystarczy. Na obronę autorek trzeba przyznać, że nie wszystkie reagują w ten sposób. Często mają one bardzo dobry kontakt z krytycznymi blogerami - recenzentami swoich powieści. Nie da się jednak ukryć, że czasami bywają po prostu nadwrażliwe...

***

Jeszcze raz zaznaczam, że moim celem nie było obrażanie kogokolwiek. Chodziło o zwrócenie uwagi na pewne postawy, a także zaprezentowanie wyników mojej pracy. Nie podobają mi się niektóre zachowania blogerów oraz pisarzy - jednak daleka jestem od krytykowania poszczególnych osób "bo tak" albo "bo ich nie lubię". 
Co myślicie o kontaktach pisarzy z blogerami? Jak reagują autorzy na Wasze recenzje? Moje doświadczenia  w tym względzie są bardzo pozytywne. 

Zapraszam do dyskusji w komentarzach, ewentualnie do pisania zażaleń na adres mailowy (dostępny w zakładce "O mnie") lub na facebooku.
Zachęcam też do przeczytania wcześniejszego postu Jestę recenzentę 
Robert Bloch "Psychoza II"

Robert Bloch "Psychoza II"





Autor: Robert Bloch
Tytuł: "Psychoza II"
Tytuł oryginału: "Psycho II"
Wydawnictwo: Phantom Press
Rok wydania: 1993
Liczba stron: 231







"Niech pan śpi spokojnie. Tu jest bezpiecznie. Proszę pamiętać, to nie motel Batesa"
Od wydarzeń opisanych w pierwszej części minęło już dużo czasu. Norman Bates przebywa w szpitalu psychiatrycznym i wydaje się, że odzyskał równowagę psychiczną. Ale to tylko pozory. Przy pierwszej nadarzającej się okazji Bates ucieka. Jego tropem rusza doktor Adam Claiborne, który jako jedyny jest przekonany, że Norman uniknął śmierci w wypadku, który sam zaaranżował krótko po swojej ucieczce. Wszystko wskazuje na to, że Bates zmierza do Hollywood, gdzie właśnie rozpoczynają się prace nad filmem opartym na jego historii...

Zdaję sobie sprawę z tego, że opis fabuły brzmi dosyć śmiesznie. Początkowo nie byłam przekonana do kontynuacji "Psychozy", w dodatku napisanej ponad 20 lat po pierwszej części. Ale muszę przyznać, że okazała się ona zaskakująco dobra. 

Robert Bloch po raz kolejny bawi się z czytelnikiem. Początek powieści jest bardzo przewidywalny, autor stosuje schematy typowe dla historii o niebezpiecznym mordercy, który ucieka z więzienia. Jednak później akcja się komplikuje, a wątek Normana Batesa schodzi na drugi plan. A może Batesa wcale już nie ma? Albo jest, ukryty tak dobrze, że nikt go nie poznaje?

Zastrzeżenia? Może takie, że zbyt dużo w tej książce postaci z problemami psychicznymi;) 
Zakończenia nie przewidziałam, chociaż nie wiem czy wszystko nie rozegrało się zbyt szybko. Kilka wątków mogło być bardziej dopracowanych lub całkowicie wyciętych.

Autor z pewnością dobrze się bawił podczas pisania tej powieści. Szczególnie wprowadzając wątek filmu, który miał powstać na podstawie historii Normana. Właśnie - "Psychoza II" nie ma nic wspólnego z drugą częścią filmu-"Psychozy". Raczej nie zawiera też odniesień do produkcji Hitchcocka. To alternatywna historia (a właściwie za takie można uznać filmowe kontynuacje).

"Psychoza II" okazała się dobrą rozrywką. A ja się zastanawiałam czy w ogóle zaczynać lekturę...

Moja ocena: 5/6

Robert Bloch napisał również trzecią część, "Psycho House". Chyba nie została ona wydana w Polsce. Czy ktoś wie coś na ten temat?

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Klasyka horroru"

_______________
Źródła zdjęć:
1. Moje
2. http://www.pinterest.com/pin/400961173045444039/
Antonia Fraser "Miłość i Ludwik XIV"

Antonia Fraser "Miłość i Ludwik XIV"




Autor: Antonia Fraser
Tytuł: "Miłość i Ludwik XIV"
Tytuł oryginału: "Love and Louis XIV"
Wydawnictwo: REBIS
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 415








"Myślę, że historie, jakie pisać się będzie o tym dworze, kiedy nas wszystkich nie będzie już na świecie, okażą się lepsze i bardziej zajmujące niż jakakolwiek powieść, i obawiam się, że ci, którzy przyjdą po nas, nie będą mogli uwierzyć w nie i wezmą je za zwykłe bajki"
Markiza de Sevigne
Natrafiłam na tę książkę przypadkiem. Czekała na mnie na jednej z bibliotecznych półek. I chociaż miałam już kilka innych książek, wzięłam i ją. Wystarczyło spojrzeć na tytuł.

Marie Mancini
To opowieść o najbardziej znanym francuskim królu - Ludwiku XIV - i jego relacjach z kobietami. Książka jest starannie opracowana, zawiera drzewa genealogiczne rodziny królewskiej, kalendarium najważniejszych wydarzeń politycznych, słownik postaci historycznych, liczne ilustracje i obszerną bibliografię. Tekst główny napisany jest natomiast w taki sposób, że całość czyta się z przyjemnością. Chociaż czasem byłam nieco zagubiona - w związku z dużą liczbą opisywanych postaci, które w dodatku miały podobne imiona. Autorka niestety nie uniknęła drobnych pomyłek, takich jak np. mylenie dat. Na szczęście zdarzały się one rzadko.

Ludwik XIV był w młodości przystojnym, pełnym uroku mężczyzną. Czy jakakolwiek kobieta, na którą zwrócił uwagę, mogła mu odmówić? Jego pierwszą miłością była Marie Mancini, siostrzenica kardynała Mazariniego. Zainteresowana malarstwem i muzyką, kochająca literaturę, inteligentna i bardziej błyskotliwa niż większość otaczających króla kobiet. Nie była jednak pięknością. Złośliwie mówiono, że rzuciła na Ludwika miłosne zaklęcie. Ostatecznie nie dopuszczono do ich małżeństwa, ponieważ nie była to odpowiednia partia. Ślub z miłości ze "zwykłą" szlachcianką? To było nie do pomyślenia. Pożegnalne słowa Marie brzmiały: "Kochasz mnie, jesteś królem, więc odchodzę". 
Louise de La Valliere

Inne, ważne dla króla kobiety, to oczywiście jego matka - Anna Austriaczka, żona, Maria Teresa, bratowa Henrietta Anna, kochanki: Luise de La Valliere i Atheais de Rochechouart de Mortemart, żona jego wnuka Maria Adelajda i - w końcu - Francoise de Maintenon, jego druga (nieoficjalna) żona. Oczywiście dokładna lista byłaby o wiele dłuższa...

Muszę przyznać, że opowieść o życiu na francuskim dworze była dla mnie fascynująca. Jednocześnie była to dobra okazja, aby nieco odświeżyć wiedzę historyczną dotyczącą XVII w. 
Jaki był Król Słońce? Co było najpopularniejszą rozrywką w Wersalu (i kiedy go zbudowano?) Jaką szansę na szczęśliwe małżeństwo miały szlachetnie urodzone kobiety?
Jeśli interesują Was powyższe kwestie, zapraszam do lektury!

Moja ocena: 5/6
______________
Źródła zdjęć:
1. Moje
2. http://www.pinterest.com/pin/81416705735656587/
3. http://www.pinterest.com/pin/274015958548733446/
4. http://www.pinterest.com/pin/534309943262601925/

Robert Bloch "Psychoza"

Robert Bloch "Psychoza"




Autor: Robert Bloch
Tytuł: "Psychoza"
Tytuł oryginału: "Psycho"
Wydawnictwo: Phantom Press
Rok wydania: 1993
Liczba stron: 137








"Czasem sobie myślę, że każdego z nas chwilami ogarnia szaleństwo"
Mały motel na odludziu, daleko od autostrady, wydaje się być zacisznym i bezpiecznym miejscem. Nic bardziej mylnego. W końcu prowadzi go Norman Bates - niepozorny, otyły mężczyzna w średnim wieku, terroryzowany przez matkę. Mary Crane, która trafia do motelu przez przypadek, nie spodziewa się, że swoim przybyciem zaburzy kruchą równowagę psychiczną jego właścicieli...
"Mary głośno krzyknęła. W tym momencie zasłona rozsunęła się szerzej, a w kłębach pary pojawiła się dłoń trzymająca rzeźnicki nóż"
Oglądaliście "Psychozę" Hitchcocka? A wiedzieliście, że to film na motywach powieści Roberta Blocha (a pomysł na powieść wziął się z prawdziwej historii mordercy, o której autor przeczytał w gazecie)? Hitchcock uznał, że ta historia świetnie nadaje się do przeniesienia na ekran. Nie przejął się brakiem zainteresowania sponsorów. Zaryzykował bardzo dużo. I wygrał.

Anthony Perkins jako Norman Bates
Film różni się od książkowego pierwowzoru, jednak główny wątek został zachowany. 
Powieść Roberta Blocha jest kompletną całością. Na niespełna 140 stronach udało mu się zmieścić przerażającą historię, napisaną w spójny i przekonujący sposób. Tak, to książka, która może przestraszyć.

Jednak mnie nie przestraszyła. Może dlatego, że wcześniej widziałam film i wiedziałam, jak wszystko się zakończy. A może po prostu jestem nieczuła... W każdym razie powieść pozwala dobrze poznać psychikę Normana Batesa i śledzić jego poczynania - kiedy miota się pomiędzy miłością do matki, a chęcią wyrwania się spod jej wpływu. Nie można też powiedzieć, że w "Psychozie" brakuje napięcia. Chociaż nie rozpoczyna się, jak chciałby tego Hitchcock, trzęsieniem ziemi...

"Psychoza" to pozycja obowiązkowa dla miłośników horroru. Nawet, jeśli już widzieliście film. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby spotkać się z Normanem Batesem jeszcze raz...

Moja ocena: 5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru"
________________
Źródła zdjęć: 
1. Moje własne
2. http://www.pinterest.com/pin/313422455289515769/ 
Irena Matuszkiewicz "Agencja Złamanych Serc"

Irena Matuszkiewicz "Agencja Złamanych Serc"




Autor: Irena Matuszkiewicz
Tytuł: "Agencja Złamanych Serc"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2000
Liczba stron: 343





Zdradzone, oszukane kobiety są gotowe zrobić wiele, aby zemścić się na swoich byłych partnerach. Porzucona przez męża Kasia. Paulina, którą narzeczony oddał za długi (a dokładniej - przegrał ją w karty...). Agata, samotnie wychowująca synka. I Marta, która właśnie przyłapała narzeczonego z inną kobietą. Czwórka przyjaciółek zakłada Agencję Złamanych Serc, aby "uczyć rozumu niewiernych drani". Przy okazji dziewczyny wplątują się w aferę kryminalną. Trup ściele się gęsto. Ironiczne rozmowy pomiędzy bohaterami wywołują uśmiech na twarzy. A problemy przyjaciółek wydają się nie mieć końca.

To dowcipna, lekko napisana powieść. Trochę w stylu Joanny Chmielewskiej. Tyle, że tutaj autorka bardziej skupia się na wątku obyczajowym. Czytało się dobrze (i szybko). Było zabawnie i zaskakująco.

Z drugiej strony, zbyt dużo w tej powieści dziwnych zbiegów okoliczności. Nie przeszkadzało mi to zbytnio, jednak jeśli ktoś liczy na całkowity realizm, może być zawiedziony.
Zastanawiający jest również charakter głównej bohaterki, Marty. A dokładniej jej relacje z mężczyznami. Nie napiszę więcej, żeby uniknąć spoilerów. Ale jej wybory były... zaskakujące. Wyczuwam brak konsekwencji.

Podsumowując: "Agencja Złamanych Serc" to przyjemna, lekka lektura. W sam raz na chwilę relaksu. Czegoś takiego potrzebowałam, żeby oderwać się od pisania pracy magisterskiej. I się nie zawiodłam.

Moja ocena: 4/6
_______________
Źródło zdjęcia: moje własne.

Jestę recenzentę, czyli kilka uwag na temat blogów książkowych

Ostatnio rzadziej odwiedzam Wasze blogi. Jestem (prawie) cały czas zmęczona. Za kubek kawy mogłabym oddać królestwo (gdybym tylko jakieś miała). Tak jest, kończę pisać pracę magisterską. Ale ja nie o tym. A przynajmniej tym razem nie chodzi mi o to, żeby na ten fakt narzekać.

Temat mojej pracy to "Recenzje książek na łamach polskich blogów". Może część z Was kojarzy, że jakiś rok temu męczyłam blogosferę prośbami o wypełnienie ankiety. Wyniki już dawno zebrane i opracowane. Ostatnio pracowałam nad rozdziałem dotyczącym treści recenzji na blogach książkowych. Przeprowadziłam analizę wybranych stron. Oto kilka wniosków, do jakich doszłam (od razu uprzedzam - będzie bez nazwisk i adresów blogów).

Zacznijmy od tego, czy na "blogach z recenzjami książek" rzeczywiście przeważają recenzje.
Otóż nie zawsze. Wprawdzie bywały blogi, na których stosunek recenzji do innych tekstów prezentował się bardzo dobrze (82% recenzji, 18% innych), ale na pozostałych stronach wyglądało to nieco inaczej. Na przykład 52-48%. I ekstremalny przypadek - 18% recenzji, 82% innych wpisów. 
Pisząc "inne", mam na myśli posty w większości związane z książkami i szeroko pojętą kulturą. Blogerzy, dumnie nazywający się recenzentami, recenzują coraz mniej. To dobrze?

Kolejna kwestia - błędy. Stylistyczne, składniowe, fleksyjne, interpunkcyjne... no i literówki. Brakuje tylko ortograficznych, ale tutaj pomaga autokorekta. Nie będę nikogo cytować, bo nie chodzi o to, żeby wyśmiewać się z konkretnych blogerów. Nie jest też tak, że wszystkie teksty na blogach upstrzone są błędami, że w ogóle nie potrafimy pisać, że powinno się nas wysłać z powrotem do podstawówki... Faktem jest, że część recenzji czyta się z przyjemnością - piękny język, dobra składnia, staranność w wykonaniu... Ale przy niektórych blogach męczyłam się straszliwie. I chyba nikt nie zwraca tym osobom uwagi, że pewnych tekstów po prostu nie da się czytać. Wręcz przeciwnie - entuzjastyczne komentarze świadczą o tym, że nikomu (a przynajmniej tej grupie odbiorców) nie przeszkadza kiepska jakość recenzji. 
Ok, teraz możecie wytknąć błędy, które sama popełniam. Ale poważnie, nie chodzi o to, żeby od razu wszystkich krytykować. Tylko... jeśli napiszę zły tekst, niech nikt nie ośmiela się go pochwalić!


Za to słownictwo oceniające używane przez blogerów jest bardzo zróżnicowane. Książki mogą być: ciekawe, interesujące, poruszające, intrygujące, ekscytujące, przezabawne, elektryzujące, genialne, klimatyczne, ale także nieciekawe, toporne, nijakie, powtarzalne, zniechęcające... Mogłabym wyliczać tak dalej, ale biorąc pod uwagę, że zgromadziłam łącznie ponad 200 określeń - trwałoby to zbyt długo.

Wiem, to nie jest dokładny opis przeprowadzonej przeze mnie analizy. To tylko kilka faktów i trochę hejtu. I pewnie parę błędów, na dodatek. 
Wniosek z tego postu jest dla mnie prosty: ważne, żeby pisać o książkach (nieważne, w jakiej formie) i żeby robić to z pasją. Jeżeli przy okazji będziemy dbać o poprawność językową... będzie naprawdę dobrze. 

Jeśli chcecie skrytykować ten post, weźcie pod uwagę wypowiedź tego pana:


A poważnie, wszelkie konstruktywne komentarze będą mile widziane. 
________________
Źródła zdjęć:
http://www.pinterest.com/pin/483574078710321749/
http://www.pinterest.com/pin/189010515583083683/
http://www.pinterest.com/pin/554857616561597689/

Simon Beckett "Zapisane w kościach"




Autor: Simon Beckett
Tytuł: "Zapisane w kościach"
Tytuł oryginału: "Written in Bones"
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 277



"Człowiek, którego miałem kiedyś za przyjaciela, powiedział mi, że lepiej rozumiem zmarłych niż żywych, i chyba miał rację. Zmarli przynajmniej nie kłamią ani nie zdradzają.
I zawsze dochowują tajemnicy, chyba że wie się, jak ją z nich wydobyć"
Kolejna powieść o Davidzie Hunterze. Tak, można ją czytać, nie znając pierwszej. Ale i tak proponuję zacząć od "Chemii śmierci".

Tym razem Hunter trafia na Runę, malutką wysepkę na Hebrydach Zewnętrznych. Znaleziono tam spalone ludzkie szczątki, ukryte w opuszczonej chacie na obrzeżach miasteczka. W związku z tym policja potrzebuje pomocy antropologa sądowego, który ma stwierdzić, czy na Runie dokonano morderstwa, czy też był to zwykły wypadek. Hunter przybywa na wyspę w towarzystwie dwóch mundurowych. Na miejscu dołącza do nich emerytowany inspektor, który odnalazł ciało. Rozpoczyna się śledztwo, w czasie którego okazuje się, że życie innych mieszkańców wyspy też jest zagrożone. Tymczasem nad Runę nadciąga potężny sztorm, który wkrótce odetnie to miejsce od świata...

Wyspa położona gdzieś na odludziu, morderca ukrywający się wśród mieszkańców i ogień, którego ofiarą w każdej chwili może stać się kolejna osoba. Simon Beckett po raz kolejny stworzył mroczną, wciągającą powieść. Chociaż mam wrażenie, że jeśli doktor Hunter odniesie jeszcze jakieś obrażenia podczas śledztwa, bardzo źle się to dla niego skończy...


Próbowałam się zastanawiać, czy "Zapisane w kościach" to książka lepsza od "Chemii śmierci". I nic nie wymyśliłam. Może po prostu obie powieści są dla mnie tak samo dobre. Chociaż... chyba atmosfera odciętej od świata wysepki bardziej do mnie przemawia.

Nie mam zastrzeżeń do stylu Becketta. Tym razem teksty zapowiadające, że sytuacja jest zła, ale wkrótce będzie jeszcze gorsza, od początku wzbudzały tylko mój uśmiech. Chyba uznam je za znak rozpoznawczy tego pisarza.
Kilka wątków mogło zostać bardziej dopracowanych, jednak główna historia jest napisana w przemyślany sposób. Kolejny raz moje podejrzenia co do tożsamości mordercy częściowo się sprawdziły.

Cóż więcej mogę napisać... książka jest dobra, czytało się przyjemnie (nie wiem, czy to jest odpowiednie określenie w tym przypadku), a ja już wkrótce będę rozglądać się w bibliotece za kolejną częścią. Miłośnikom thrillerów powinno się podobać.

Moja ocena: 5/6
____________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/26503/zapisane-w-kosciach
2. unsplash.com 
Dean Koontz "Recenzja"

Dean Koontz "Recenzja"





Autor: Dean Koontz
Tytuł: "Recenzja"
Tytuł oryginału: "Relentless"
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 413







"- Przecież znam pisarzy - mruknął. - Możesz z nimi pogrywać, jak chcesz. Nigdy się nie odgryzą"
Cullen Greenwich jest autorem sześciu książek, które odniosły duży sukces. Ostatnia z nich, niedawno wydana, zbiera same pozytywne recenzje - oprócz jednej, napisanej przez znanego krytyka Shearmana Waxxa. Cullen chce dowiedzieć się czegoś o mężczyźnie, który w obraźliwych słowach wyraził swoje zdanie o jego powieści. Do konfrontacji dochodzi przypadkowo, a Waxx, który czuje się obrażony przez Greenwicha, wypowiada podczas całego zajścia tylko jedno słowo: "zguba". Od tego momentu Greenwich i jego rodzina stają się celem psychopaty. Waxx chce ich zabić. I to w wyjątkowo brutalny sposób...
"Zacząłem żałować, że przez ostatnie dziesięć lat nie pisałem thrillerów, bo być może wtedy wiedziałbym coś pożytecznego o nadajnikach, inwigilacji elektronicznej, podsłuchach i sposobach ucieczki, gdy człowiekowi depcze po piętach psychopatyczny krytyk literacki"
 Witajcie w świecie Deana Koontza, gdzie miłość między dwojgiem głównych bohaterów jest najważniejsza, psy są niezwykle inteligentne, ci źli ścigają tych dobrych 24h na dobę i nie wszystko jest racjonalnie wyjaśnione, a niektóre pomysły wydają się wzięte z kosmosu, ale... kto by się tym przejmował?
Ok, uogólniam. Ale takie mam doświadczenia z powieściami tego autora. Nie znaczy to, że żadna z nich mi się nie podobała.


Bardzo spodobał mi się sam pomysł. Psychopatyczny krytyk ścigający pisarzy, których powieści nie przypadły mu do gustu? Przyznajcie, że to kusząca wizja... A tak poważnie, to dobry materiał na thriller. Wydaje mi się, że Dean Koontz wykorzystał go tylko w połowie.
Początek był obiecujący. Jednak właściwie wszystkie późniejsze rozdziały zawierają opis pościgu Waxxa i jego kompanów za Cullenem i jego rodziną. W pewnym momencie stało się to trochę męczące. Zakończenie natomiast było takie, jak gdyby autorowi zabrakło pomysłów i postanowił rozwiązać wszystko w jak najprostszy sposób. Nie jest to bardzo złe. Ale oczekiwałam czegoś innego.
Wydaje mi się też, że niepotrzebnie został wprowadzony wątek tragicznych wydarzeń, które spotkały w dzieciństwie głównego bohatera. Nie wniósł on nic nowego.
Na plus mogę zaliczyć poczucie humoru i ironię Koontza oraz - jak już wspomniałam - niesamowicie intrygujący mnie pomysł.

Czytało się przyjemnie, chociaż liczyłam na o wiele lepszą lekturę. Tym razem trafiłam na średnią książkę, ale wiem, że autora stać na więcej - i już moja w tym głowa, żeby znaleźć jego najlepsze powieści. Tymczasem zostawiam Was z wizją krytyków ścigających nielubianych pisarzy...
"- Wygląda na to, że nawet nie przeczytał mojej książki - stwierdziłem.
- To nieistotne. Przecież to tylko recenzja"
Moja ocena: 4/6
_________________
Źródła zdjęć:
1. Produkcja własna
2. unsplash.com
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger