środa, 31 grudnia 2014

Stephen King "Sklepik z marzeniami"




Autor: Stephen King
Tytuł: "Sklepik z marzeniami"
Tytuł oryginału: "Needful things"
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 671



"Widzisz ten dom po drugiej stronie głównej ulicy? Trzy domy za pustą parcelą, gdzie kiedyś stało Emporium Galorium? Ten z zieloną markizą, tak, właśnie ten. Okna ma zamalowane, interes jeszcze nie ruszył. Szyld głosi: Sklepik z marzeniami - do diabła, co to właściwie ma znaczyć? Nie, ja też nie wiem, ale stąd płyną moje złe przeczucia."
Wyobraź sobie, że ktoś ofiarowuje ci jakąś rzecz - tylko jedną, być może dla innych kompletnie bezwartościową, ale dla ciebie będącą spełnieniem marzeń. Oczywiście, nie otrzymasz tego za darmo. Jednak czy niewielka suma pieniędzy i obietnica spłatania komuś niewinnego figla to zbyt wysoka cena za twoje marzenia?

W Castle Rock otwarto nowy sklep. Jego właściciel, pan Leland Gaunt, oferuje mieszkańcom miasteczka wszystko, czego zapragną. Przedmioty, które sprzedaje, wydają się mieć magiczną moc. Klienci są zachwyceni i zaborczo chronią nowe nabytki. Większość mieszkańców Castle Rock chętnie odwiedza pana Gaunta i ma do niego duże zaufanie. Jednak kiedy przychodzi czas zapłaty okazuje się, że z pozoru niewinne żarty wywołują w miasteczku prawdziwy chaos. Sytuację może opanować chyba tylko szeryf Pangborn, któremu do tej pory jakoś nie po drodze było do "Sklepiku z marzeniami" i którego duszy pan Gaunt nie zdołał jeszcze zagarnąć.


Pomysł jest świetny. W końcu każdy z nas ma jakieś pragnienia, za spełnienie których potrafiłby oddać prawie wszystko. Można się jedynie zastanowić, czy byłoby warto. A w każdym razie pamiętać, że nie od wszystkich można przyjmować podobne "prezenty"...
"Jakaś część jego duszy, do tej pory śpiąca, przebudziła się i zaczęła wrzeszczeć, żeby tego nie robił, że popełnia błąd, nie miało to jednak najmniejszego znaczenia, bo Eddie nagle przestał być sobą. Zmienił się w ducha, wiszącego nad swym własnym ramieniem, przyglądającego się temu, co się dzieje. Kontrolę nad nim przejął upiór."
Jak zwykle Stephen King doskonale poradził sobie z przedstawieniem atmosfery małego miasteczka i narastających w nim konfliktów. Tyle że ten zabieg o wiele bardziej podobał mi się w powieści "Pod kopułą" (już nie wspominając o klaustrofobicznej atmosferze tamtejszego miasta).

W książce znajdują się liczne odniesienia do poprzednich prac Stephena Kinga, takich jak "Cujo" czy "Martwa strefa". Miło, tym bardziej że to nie pierwsza jego powieść rozgrywająca się w Castle Rock. Sam pomysł na fabułę jest z kolei interesującą wersją opowieści o pakcie z diabłem. W końcu kim innym może być pan Gaunt, zawierający podejrzane transakcje z mieszkańcami miasteczka? Czy nie przypomina Wam też pewnej konkretnej postaci wymyślonej przez Kinga, a pojawiającej się w "Bastionie" czy cyklu "Mroczna wieża"?

Powieść była dobra, ale nie rewelacyjna. I nie do końca wiem, z czego to wynika. Gawędziarski styl Kinga mi nie przeszkadza, wręcz go lubię. Już dawno nie bałam się przy lekturze jego książek, więc to też nie jest poważny zarzut. Może oczekiwałam, że cała fabuła rozwinie się trochę inaczej, a finał będzie bardziej wstrząsający (chociaż pozornie wszystko było w porządku). Naprawdę nie wiem... powieść nie wywołała we mnie takich emocji, jakich oczekiwałam. Ale będę ją polecać. Może Wam spodoba się bardziej?

Moja ocena: 4,5/6

TynipicTynipicTynipic
___________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/173726/sklepik-z-marzeniami
2. http://2.bp.blogspot.com/-VaXEH9FD_rM/UPAonjCKuJI/AAAAAAAAGYc/QNVeVSq9N-U/s1600/Needful+Things.jpg

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Ponure Poniedziałki: Bill Crider "Jak zostałem nastoletnim wampirem"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Krwawe powroty" (Fabryka Słów, 2009).

"Bycie wampirem nie jest aż takie fajne, jak może wam się wydawać. Pewnie wyobrażacie sobie, że wszystko polega na pelerynach, błyszczących kłach i dobrej zabawie po zmierzchu. Jeśli tak nie myślicie, to dobrze. Ale ja tak uważałem i okazało się, że byłem w błędzie. Niejako śmiertelnym błędzie, według wampirzego poczucia humoru"
Siostra narratora opowiadania, Kate, organizuje przyjęcie z okazji swoich osiemnastych urodzin. Impreza ma się odbyć w Halloween. Dziewczyna, miłośniczka horrorów, wymyśliła sobie, że wspaniałą atrakcją dla gości i jej samej będzie zaproszenie na tę uroczystość prawdziwego wampira. To zadanie powierza bratu, którego kolega podobno zna odpowiednią osobę. Szalone? Być może. Ale czego się nie robi dla dobrej zabawy...

Tekst znajduje się w zbiorze "Krwawe powroty", który jest antologią łączącą opowiadania zawierające dwa wspólne elementy: wampiry i wątek urodzin. Pomysł ciekawy, zwłaszcza że każdy z autorów podszedł do tematu w inny sposób.

Nastolatki i wampiry? Takie mam skojarzenie.

"Jak zostałem nastoletnim wampirem" od początku przypominało mi sposobem narracji i samą atmosferą książki z serii "Szkoła przy cmentarzu" - jedne z moich ulubionych w dzieciństwie. Miło było powrócić do tych klimatów i do tego rodzaju historii.
Fabuła jest prosta - od początku wiemy, że główny bohater już jest wampirem i że zaraz odkryjemy, jak do tego doszło. Zagadka nie jest zbyt skomplikowana i czytelnik choć trochę znający się na temacie nie będzie miał problemów z jej rozgryzieniem. Za to zakończenie jest już trochę poważniejsze i - jak dla mnie - smutne. Życie wampira, przynajmniej według tej wersji, naprawdę nie jest ekscytujące.

Czytało się przyjemnie. Wprawdzie autor nie wysilił się zbytnio i wykorzystał dobrze znane schematy oraz stworzył bardzo prostą historię, jednak w tego rodzaju opowieści - mam wrażenie, że skierowanej głównie do nastolatków - to wystarczyło. Miły przerywnik między poważniejszymi (albo straszniejszymi) lekturami.

Moja ocena: 4/6

TynipicTynipicTynipic
____________________
Źródło zdjęcia: http://www.pinterest.com/pin/420523683930304180/

niedziela, 21 grudnia 2014

Wojciech Cejrowski "Podróżnik WC. Wydanie II poprawione"




Autor: Wojciech Cejrowski
Tytuł: "Podróżnik WC. Wydanie II poprawione"
Wydawnictwo: Bernardinum
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 251




"Próbowałem tę książkę ignorować.
Próbowałem lekceważyć.
Próbowałem jej nie wznawiać. Ale...
...Twój życiorys zawsze cię kiedyś dogania. UPS!
Oto historie i przygody, których już nie opowiadam.
Posłuchajcie..."
Ta książka ukazała się po raz pierwszy w 1997 roku. Miała być początkiem serii, jednak nic z tego wtedy nie wyszło. Po latach zadecydowano o jej wznowieniu - Wojciech Cejrowski lekko ją podrasował i... jest.

Podobnie jak w przypadku innych książek tego autora, to zbiór opowieści i refleksji z jego podróży. Historie z Meksyku, Kolumbii... Napad w metrze, zdobywanie Ciudad Perdida, szalona jazda z podejrzanie wyglądającymi handlarzami sprzętem AGD... Dużo anegdot, trochę rad dotyczących podróżowania. Wszystko podane w charakterystycznym dla autora stylu i z dużą dozą pewności siebie. Ale i autoironii. Bo o niektórych sytuacjach (vide: ponury autobus z ludźmi w sombrerach) nie da się opowiedzieć inaczej. Do tego piękne zdjęcia i ogólnie samo wydanie - książki z serii "Poznaj świat" prezentują pod tym względem wysoki poziom.

Aparat, kilka ubrań na zmianę...i można ruszać w świat.

Sam autor zaznacza, żeby nie porównywać tej książki do "Gringo wśród dzikich plemion", że teraz pisze lepiej niż kiedyś. Nie będę więc porównywać. Zamiast tego napiszę krótko: to duża dawka dobrego humoru, interesujących historii i ładnych zdjęć. Polecam.
A teraz oddam głos Wojciechowi Cejrowskiemu:
"Tam, gdzie [Niemcy] porozwieszali swoje hamaki, bez przerwy słychać było kotłowaninę, przekleństwa i brzęczenie stada moskitów. Bardzo dziwne, bo moskity na tej wysokości występują rzadko i pojedynczo, a nie w chmarach. A u Niemiaszków była chmara. [...] Niewiarygodne. Jakaś super dziwna anomalia. No i mnie nie gryzą, chociaż się niczym nie popsikałem. A przed pójściem spać sam widziałem, jak oni smarowali się jakimś amerykańskim wojskowym specyfikiem na moskity.
Trudno było nie zwrócić na to uwagi, bo ich angielszczyzna składała się tylko z kilku słów, które podłapali przypadkiem z filmów. [...]
No więc biedzili się na całe gardło nad butelką ze środkiem na moskity, próbując zrozumieć, jak się go stosuje. W końcu nasi geniusze z Reichu wpadli na odkrywczy pomysł, że należy się wysmarować. [...]
Dopiero rano odkryłem całą prawdę. [...] Mój wzrok padł na porzucone byle gdzie opakowanie po tym ich wojskowym środku na moskity. Na puszce stało napisane jak wół: ATRAKTANT - wabi skutecznie komary, moskity i osy. Sposób użycia: ustawić 100 stóp od obozowiska!"
Moja ocena: 4,5/6 

TynipicTynipicTynipic
____________________
Źródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/82047/podroznik-wc-wydanie-ii-poprawione
2. unsplash.com

środa, 17 grudnia 2014

Camilla Lackberg "Zamieć śnieżna i woń migdałów"



Autor: Camilla Lackberg
Tytuł: "Zamieć śnieżna i woń migdałów"
Tytuł oryginału: "Snostorm och mandeldoft"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 142



Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Policjant Martin Mohlin zostaje zaproszony na zjazd rodzinny dziewczyny, z którą się spotyka. Impreza ma się odbyć w pensjonacie na wyspie. Kiedy wszyscy są już na miejscu, burza śnieżna odcina im drogę powrotu i zrywa linie telefoniczne. Jednocześnie podczas kolacji umiera senior rodu. Woń migdałów, unosząca się z jego szklanki z wodą, wskazuje na to, że ktoś postanowił zamordować Rubena przy użyciu cyjanku. Martin, jako chwilowo jedyny przedstawiciel policji na wyspie, postanawia przeprowadzić śledztwo i odnaleźć zabójcę.

Przede wszystkim - nie czytajcie opisu na okładce. Jest mocno przesadzony i niedokładny. Ktoś nie zadbał o jego zgodność z tekstem książki. A jeśli już mowa o kwestiach technicznych, korekta również zawiodła. 

Pomysł był bardzo dobry, choć nie oryginalny: grupa ludzi w miejscu odciętym od świata i morderca, którym może być każdy z nich. Jednak, jeśli czytaliście już np. "Morderstwo w Orient Expressie" czy "Dziesięciu Murzynków", "Zamieć śnieżna..." nie wywrze na Was żadnego wrażenia.


Wydaje mi się, że Camilli Lackberg nie udało się w przekonujący sposób oddać przytłaczającej atmosfery, która siłą rzeczy musiała zapanować na wyspie Valo po zabiciu Rubena. Stworzyła też postać wyjątkowo nieudolnego (i przez to irytującego) policjanta, który nie potrafił sobie poradzić z zaistniałą sytuacją. Wiem, że miał on trudne zadanie. Ale nawet ja, bez żadnego doświadczenia, za to po lekturze dużej liczby kryminałów, wiedziałabym lepiej od Martina jakie pytania zadawać podczas przesłuchania i na co zwrócić uwagę. O ile ciekawiej byłoby, gdyby na miejscu Mohlina znalazł się Poirot... ale to nie ta powieść.

Ta książka (a raczej książeczka) to wyjątkowo słaby kryminał. Szkoda zmarnowanego potencjału. Szkoda miejsca poświęconego na opisywanie rozterek policjanta dotyczących prowadzonego "śledztwa" (tak było nieudolne) i jego "dziewczyny" (to nawet nie był związek), a także różnych problemów rodzinnych, które tak naprawdę nie wnosiły nic nowego do fabuły. 

Mam nadzieję, że Camilla Lackberg potrafi pisać o wiele lepiej i że udowadnia to w innych swoich powieściach. "Zamieć śnieżna i woń migdałów" może spodobać się miłośnikom autorki, ale nikomu innemu bym tej książki nie poleciła. 

Moja ocena: 3/6


TynipicTynipicTynipic
_________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/159190/zamiec-sniezna-i-won-migdalow
2. unsplash.com

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Ponure Poniedziałki: edycja specjalna. Świąteczny horror.

Dziś będzie krótko. Ze względu na pracę (którą, swoją drogą, uwielbiam) mam znacznie mniej czasu na pisanie niż kiedyś. A z powodu kłopotów ze zdrowiem nie mam nawet na pisanie ochoty. 

Opowiadanie, które dzisiaj Wam proponuję, nosi tytuł "Six little children". Można je przeczytać TUTAJ


To bardzo krótki i konkretny tekst. Co strasznego może być w babci, która w wigilijny wieczór postanawia opowiedzieć wnukom historię na dobranoc? Co może przerazić w samej opowieści, która okazuje się nie być tylko czyimś wymysłem ale - według słów starszej kobiety - czystą prawdą? 
Całość przywodzi mi na myśl "Dziesięciu małych Murzynków" Agathy Christie. Koncepcja podobna. Tyle że tutaj tekst jest nie tylko nieporównanie krótszy, ale też zawiera niezbędne świąteczne akcenty. Czy straszy? Nie wiem. Ale jest klimatycznie. I o to też chodzi.
Usiądźcie w kręgu. Posłuchajcie wigilijnej opowieści babci...


Wiem, że "recenzja" czy też "analiza" jest niezwykle krótka. Ale czy może być dłuższa niż sam tekst?
Za tydzień nie będzie PP. Ten przedświąteczny okres nie powinien być ponury;) A i ja potrzebuję odpocząć, żeby szybko powrócić z nowymi tekstami. W końcu tyle książek i opowiadań czeka na przeczytanie... Najchętniej codziennie przynosiłabym z pracy nową lekturę;) 
Wybaczcie tę prywatę. I lećcie przeczytać opowiadanie;)

TynipicTynipicTynipic
_________________________
Źródło zdjęcia: http://www.pinterest.com/pin/483574078713871849/

sobota, 13 grudnia 2014

Trzynaście linków #4

Nie mam dla Was żadnych linków związanych z nadchodzącymi Świętami. Za to, żeby wprowadzić nieco świątecznej atmosfery, postarałam się o odpowiedni dobór zdjęć. Zapraszam!



Bardzo dobry tekst analizujący postać pani Danvers. Ale UWAGA: to jeden wielki spoiler do "Rebeki" Daphne du Maurier. Dlatego, jeśli jeszcze nie czytaliście tej powieści, może sięgniecie po inny artykuł z serii "Baddies in books"?

Czyli nawiązania do książek Arthura Conan Doyle'a, obecne w serialu BBC. Mogliście je przeoczyć, a szkoda. Bardzo podoba mi się taka dbałość o szczegóły;)

"Be yourself. Everyone else is already taken". Serio?


Też tak macie?

Niesamowity zbiór krótkich historii ludzi, którym konkretne książki pomogły w trudnej sytuacji. Teraz wiem, że czasem nawet niezbyt mądra, mało wartościowa lektura może mieć dla kogoś duże znaczenie. 

Autorka blogu My little reflections nie tylko pisze o książkach, muzyce i filmie, ale też tworzy naprawdę piękne stylizacje. Tutaj ucharakteryzowana na Elizabeth Bennet. A gdzie pan Darcy?;)


Galeria wybranych zdjęć ze strony Humans of New York. Oczywiście wszystkie związane z książkami. 

Po co czytasz???

Bez czego nie możecie zacząć lektury? Jak się okazuje, niektórzy mają bardzo konkretną listę wymagań;)

Ostatnie zdjęcie...;)


Jeśli dobrze sprawdziłam, żadna z tych książek nie została do tej pory wydana w Polsce (oprócz "The future of us", która otrzymała fascynujący tytuł "Ty, ja i fejs"). W każdym razie - czy pomysły autorów nie są przerażające i takie... prawdopodobne?

Czy dziwne imiona bohaterów przeszkadzają Wam podczas lektury? Jesteście skłonni porzucić jakąś książkę właśnie dlatego, że irytują Was trudne do wymówienia czy wręcz śmieszne i bezsensowne imiona? Może jakieś przykłady?

Macie swoje metody? Lista ulubionych autorów, wyliczanka, losowanie...?

Na koniec, żebyście jeszcze bardziej poczuli świąteczny klimat, krótki film. Właściwie piosenka. Tak, tego pana znają już niektórzy moi znajomi, którym każę oglądać jego produkcje:P



TynipicTynipicTynipic
____________________
Źródła zdjęć:
1. http://www.pinterest.com/pin/486811040944358373/
2. http://www.pinterest.com/pin/458945018248311475/
3. http://www.pinterest.com/pin/499195939919513792/
4. http://www.pinterest.com/pin/548594798331208987/

środa, 10 grudnia 2014

Przemek Kossakowski "Na granicy zmysłów"




Autor: Przemek Kossakowski
Tytuł: "Na granicy zmysłów"
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 402




"W uśmiechu Wiktora nie ma śladu triumfu. Wiktor jest szczęśliwy. Szaman jest szczęśliwy, a uszczęśliwia go myśl, że zaraz mnie zakopie. Zrobi to, żeby mi pomóc, żeby mnie wyleczyć. Chociaż ja go wcale o to nie prosiłem."
Przemysława Kossakowskiego "znam" od dawna. Chociaż nigdy nie spotkałam go osobiście. A szkoda. Oglądałam za to większość odcinków programu "Szósty zmysł", który prowadził. Z fascynacją patrzyłam, jak poddawał się różnych - często dziwnym, czasem śmiesznym, chwilami niebezpiecznym - zabiegom, przeprowadzanym przez różnego rodzaju uzdrowicieli, szamanów, ekstrasensów.  Trochę mu zazdrościłam szansy poznania takich ludzi i zyskania takich doświadczeń. A trochę się cieszyłam, że siedzę bezpiecznie w krakowskim mieszkaniu i oglądam to wszystko tylko na ekranie komputera. W każdym razie polubiłam Przemka Kossakowskiego. Kiedy więc dowiedziałam się, że napisał książkę opowiadającą o tym, co zdarzyło się w czasie kręcenia programu, wiedziałam że muszę ją mieć.

To reportaż. Dowiadujemy się z niego jak to się stało, że Kossakowski dostał pracę w telewizji i nie protestował, kiedy ktoś nazywał go "panem redaktorem". A mało brakowało... i pewnie do dzisiaj pan Przemysław siedziałby w swoim starym samochodzie i gapił się przez dziurę w podwoziu. Jeden telefon i jedna decyzja zmieniły wszystko. Ale nie chodzi tylko o fakt, że Kossakowski dostał pracę. Ważne jest też to, że Kossakowski mógł na własnej skórze przekonać się czy istnieje coś poza naszym racjonalnym światem.


Pan Mieczysław, który stwierdził że służbowy samochód Kossakowskiego jest opętany. Nina, Świeczkowa Babcia. Szeptunka Paraskiewa. Szalony Grigorij Kowbasko. Cyganka Natalia. Matwiej i buriacki rytuał żen. Szaman Wiktor i tak zwany "pogrzeb wojownika". Czy ktoś z nich - a może jeszcze ktoś inny, bo to nie wszystkie osoby, z którymi spotkał się Kossakowski - doprowadził autora książki na granicę zmysłów?

Przemysław Kossakowski pisze dobrze. Bardzo dobrze. Pisze tak, że chociaż już widziałam jego program, a teraz o nim czytałam, mam ochotę zapoznać się z nim raz jeszcze. Ze wszystkimi odcinkami. Ale nie jest tak, że reportaż jedynie powiela to, co już raz pokazała kamera. Owszem, jest głównie o tych zdarzeniach. Tyle że z programu nie zawsze dowiemy się, co Kossakowski myślał podczas poddawania go dziwnym zabiegom. Co chodziło mu po głowie, kiedy leżał gdzieś w lesie nieopodal Moskwy, przysypany ziemią, nie mogąc się ruszyć, z trudem oddychając przy pomocy starej maski gazowej... Te wydarzenia można zobaczyć w programie "Szósty zmysł". Ale lepiej się to zrozumie, kiedy przeczyta się reportaż. To i o wiele więcej, bo kamera nie zawsze była włączona...

Przemysława Kossakowskiego "znam" od dawna. Chociaż nigdy nie spotkałam go osobiście. A szkoda. Zapytałabym go, jak to możliwe, że po tylu dziwnych i niebezpiecznych doświadczeniach jeszcze żyje.

TynipicTynipicTynipic

______________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/234463/na-granicy-zmyslow
2. http://player.pl/programy-online/kossakowski-szosty-zmysl-ukraina-odcinki,1228/odcinek-11,kto-rzucil-na-niego-klatwe,S00E11,21639.html

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Ponure Poniedziałki: Oscar Wilde "Zbrodnia lorda Artura Savile'a"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Nowele" (Vita Nuova, 1922). Można je przeczytać za darmo w Polskiej Bibliotece Internetowej.

"Wiele osób zdawało się lękać badawczego wzroku dziwacznego tego małego człowieczka, z jego stereotypowym uśmiechem, złotemi okularami, i jasnemi, okrągłemi jak perełki oczami. A kiedy wypalił lady Fermor prosto z mostu, wobec wszystkich, że ją muzyka nic a nic nie obchodzi, ale nadzwyczajnie lubi muzyków, wszyscy poczuli, że chiromancja jest wielce niebezpieczną nauką, której nie należałoby popierać"
Podczas przyjęcia u lady Windermere, kiedy było już późno, a gospodyni chciała zabawić swoich gości w szczególny sposób, przedstawiono wszystkim jej osobistego chiromantę. Pan Podgers chętnie przyglądał się dłoniom poszczególnych osób i objaśniał zgromadzonym, jakie cechy charakteru, przeszłość oraz przyszłość potrafi wyczytać z ich kształtu. Tak było, dopóki nie przyjrzał się ręce lorda Artura Savile'a. Wtedy zbladł gwałtownie i rzucił kilka zdawkowych uwag. Po czym "seans" został zakończony. Zdziwiony lord Artur zdołał później wydobyć z nieszczęsnego chiromanty informację, że jego przeznaczeniem jest dokonanie morderstwa. Savile nie był głupi (przynajmniej tak myślał) i wiedział, że przed przeznaczeniem nie ucieknie. Dlatego, zamiast czekać i pozwolić, żeby jego przyszłe szczęście małżeńskie (termin ślubu się zbliżał) zostało wkrótce zburzone, postanowił działać i zabić kogoś jak najszybciej. Oczywiście utrzymując całą sprawę w tajemnicy. Tylko kogo miał zabić? I w jaki sposób?

Black Lotus - Jason Engle

Ach, jak Oscar Wilde pięknie pisał! Z jaką ironią odniósł się do tego - bądź co bądź niezbyt przyjemnego - tematu. W jaki sposób wyśmiał głupotę i obłudę współczesnych mu ludzi. I jak zabawił się wątkiem obecnym już w antycznych tragediach - strasznej przepowiedni i próby ucieczki przed przeznaczeniem.
Główny bohater opowiadania Wilde'a wcale nie stara się uniknąć tego, co według chiromanty i tak miało go spotkać. Bierze za to sprawy w swoje ręce. Chociaż trzeba przyznać, że jego działania są bardziej śmieszne niż straszne.

Mimo wszystko "Zbrodnia lorda..." nie jest tylko i wyłącznie tekstem humorystycznym. Jeśli zastanowimy się nad nim głębiej... właśnie, co odkryjemy? Czy zawsze należy wierzyć w przepowiednie? Czy złe uczynki można usprawiedliwiać "koniecznością" ich wykonania, bo "przecież i tak mnie to spotka, więc zrobię to od razu i będzie po wszystkim"? Może lepiej było choćby spróbować oszukać przeznaczenie, z nadzieją, że wyjdzie się na tym lepiej niż Lajos czy bohaterowie całej serii filmowych horrorów?

Zakończenie nie jest szczególnie straszne, ale skłania do zastanowienia. Nie chcę wrzucać tutaj spoilerów, więc powstrzymam się od dalszych uwag. I tak w tym odcinku nie pisałam zbyt dużo o grozie, za to pokusiłam się o wyartykułowanie kilku refleksji... nie wiem czy to dobrze.

Wersja super-krótka: dobrze napisany, ironiczny tekst o człowieku, który biedził się nad popełnieniem zbrodni. Czy słusznie? I czy spotkała go za to kara? Przeczytajcie już sami.

Moja ocena: 5/6

TynipicTynipicTynipic
_______________
Źródło zdjęcia: http://www.reddit.com/r/ImaginaryHorrors/comments/2n64t3/black_lotus_by_jason_engle/

piątek, 5 grudnia 2014

Joy Fielding "Zabójcze piękno"




Autor: Joy Fielding
Tytuł: "Zabójcze piękno"
Tytuł oryginału: "Heartstopper"
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 396



Torrance, małe miasteczko gdzieś na Florydzie. To było dosyć spokojne miejsce. Przynajmniej do czasu, kiedy ktoś uprowadził Lianę Martin, jedną z najpopularniejszych i najpiękniejszych uczennic lokalnego liceum. Kilka dni później zostały znalezione jej zwłoki. Czy cała sprawa ma coś wspólnego z zaginięciem innej młodej dziewczyny, zgłoszonym parę miesięcy wcześniej? I czy to koniec zbrodni? A może morderca dopiero się rozkręca?

Najpierw plusy. Czytało się dobrze, z niecierpliwością przerzucałam kolejne strony, żeby dowiedzieć się, co było dalej. Obraz niewielkiej społeczności - z naciskiem na kilkoro głównych bohaterów - został sprawnie wykreowany. Opisy ich problemów i codziennego życia ciekawiły i skłaniały do refleksji. I raz - ale tylko raz - prawie roześmiałam się na głos. Ale to było w pracy (pamiętajcie dzieci, w pracy się nie czyta) i zdołałam jakoś zdusić śmiech, ukrywając się jednocześnie za ekranem komputera.


Teraz przejdę do wad powieści, których niestety też nie brakuje. Po pierwsze, rozdziały pisane z perspektywy zabójcy wydają mi się dosyć pretensjonalne. Tak, jakby autorka na siłę chciała przekazać, jak mroczną osobowość ma morderca. I jaki jest mroczny. Wspominałam już o mroku?
Również cała koncepcja "zabójczego piękna", mająca polegać na mordowaniu dziewcząt o olśniewającej urodzie, nie do końca mnie przekonała. Pomysł był ciekawy, ale rozmył się gdzieś w trakcie realizacji - ofiar nie było dużo, nie wszystkie pasowały do wzoru, a motywy zabójcy ostatecznie okazały się bardziej złożone.
I w ten sposób dochodzimy do trzeciej wady - tożsamość mordercy. Do końca nie byłam na 100% przekonana czy wytypowałam właściwą osobę (moja koncepcja była dosyć szalona, a autorka mimo wszystko próbowała zmylić czytelnika), ale ostatecznie okazało się, że podejrzenia powzięte już po lekturze pierwszych rozdziałów okazały się słuszne. Czyli - zagadka była za słaba.
Zastanawiam się też czy Fielding nie skupiła się zbytnio na warstwie obyczajowej powieści. Tyle, że to niekoniecznie musi być wadą. Zależy, czego oczekuje czytelnik.

Chociaż wiele rzeczy mi się nie podobało, jeszcze raz powtórzę, że lektura była całkiem przyjemna. To chyba dzięki stylowi autorki. Bo sama historia, balansująca na granicy thrillera i powieści obyczajowej (a może tylko dla mnie, lubiącej "mocniejsze" teksty?) mogła być o wiele lepsza.

Moja ocena: 4/6

TynipicTynipicTynipic
______________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/236634/zabojcze-piekno
2. http://picjumbo.com/girl-looking-at-landscape-nature/

środa, 3 grudnia 2014

Kiera Cass "Rywalki"




Autor: Kiera Cass
Tytuł: "Rywalki"
Tytuł oryginału: "Selection"
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 332



America Singer mieszka w Illei - państwie powstałym na miejscu dawnego USA. Państwie, w którym obywatele podzieleni są na kasty, a każda z nich ma określony status społeczny i zawody, które może wykonywać. Najwyżej są oczywiście Jedynki. Główna bohaterka jest Piątką, co oznacza że jest stosunkowo biedna, a dozwolone dla niej zawody są związane z działalnością artystyczną. 
W kraju zostają właśnie ogłoszone Eliminacje - poszukiwania żony dla księcia. Może się do nich zgłosić każda dziewczyna w wieku od 16 do 20 lat. Do pałacu zostanie zaproszonych 35 z nich i to one będą mogły poznać osobiście Maxona, syna pary królewskiej. To wielka szansa na lepsze życie - i nie dotyczy to tylko tej jednej, która wygra. America jednak nie chce się zgłaszać. Kocha Aspena, Szóstkę, jednak musi ukrywać ten związek przed rodziną ze względu na dzielące zakochanych różnice społeczne. Ale oczywiście ostatecznie wypełnia formularz, trafia do pałacu i szybko przyciąga uwagę księcia. Czego się spodziewaliście?

Denerwowała mnie ta książka. Jeszcze zanim ją przeczytałam. Określałam ją mianem "głupszych Igrzysk śmierci" I po lekturze mogę stwierdzić, że miałam rację. Chociaż plusy też były. Ale wiadomo, od czego zacznę...

Tipsy są? Fryzury zrobione? Rozpoczynamy Eliminacje!

Rodzina Ami podobno ledwo wiąże koniec z końcem. Są biedni, niedojadają... ale kurczak na obiad i popcorn podczas oglądania telewizji nie są niczym dziwnym.
Bohaterka dopiero MOŻE zgłosić się do Eliminacji (nie jest to obowiązkiem!), ale już z góry zakłada, że zajdzie daleko i cały kraj będzie ją obserwował. W ogóle America przeczy sama sobie. Nie chce brać udziału, ale cały czas się zastanawia, jakby to było być żoną księcia. Ma chłopaka, którego (podobno) kocha, ale... Kiedy już znajduje się w pałacu, najpierw oferuje Maxonowi przyjaźń, potem zaczyna czuć do niego coś więcej, później twierdzi, że kocha Aspena, ale nadal nie rezygnuje z księcia... Rozumiem, że można nie być pewnym swoich uczuć. Szczególnie w dosyć skomplikowanej sytuacji życiowej, w jakiej znalazła się America. Ale czy to nie był właśnie dobry czas, żeby się pod tym względem ogarnąć?

W "Igrzyskach śmierci" trójkąt miłosny (jeśli można to tak nazwać) był zepchnięty na dalszy plan. Tutaj jest to główny "problem". Sytuacja społeczna niby jest poważna, ale wszystko przedstawione jest bardzo powierzchownie. Mamy również rebeliantów, ale właściwie nie wiadomo kim dokładnie są i czego żądają. Opis ataku, w trakcie którego rebelianci obrzucili okna pałacu cegłami i zgniłym jedzeniem, był po prostu śmieszny. Poza tym... czy opisywanie stroju, w który przebrała się America i fryzury, jaką sobie zrobiła, było najwłaściwszą rzeczą - jeśli mieliśmy do czynienia z wydarzeniami następującymi bezpośrednio po (groźniejszym już) kolejnym ataku?

Ogólnie kolejność wydarzeń jest "ściągnięta" z "Igrzysk śmierci". Również poszczególne postaci mają tu swoich odpowiedników - na przykład Caesar Flickerman - Gavrila Fadaye'a. A po przeczytaniu sceny, w której America przed pierwszym publicznym występem założyła otrzymany od ojca wisiorek ze słowikiem (pamiętacie broszkę z kosogłosem?) facepalm był chyba najwłaściwszą reakcją.

Serio, co jest z tymi tipsami? Według mnie są okropne.

Teraz plusy. Wprawdzie zdarzyło się kilka "kwiatków", ale ogólnie autorka nie pisze bardzo źle. Kiedy przestałam się denerwować podobieństwami do powieści Suzanne Collins i trochę się odprężyłam, "Rywalki" okazały się całkiem przyjemną lekturą pozwalającą choć na chwilę oderwać się od codziennych problemów. Koniec plusów.

Podsumowując, "Rywalki" kojarzą mi się z opowiadaniami analizowanymi na Przyczajonej logice, ukrytym słowniku. Chociaż książka jest zdecydowanie lepiej napisana i jej czytanie może sprawić przyjemność, to jednak infantylność niektórych wydarzeń, nieprzywiązywanie zbytniej uwagi do naprawdę istotnych kwestii (rebelianci, problemy społeczne, zdrowy rozsądek...), bardzo wyraźne "pożyczenie" pomysłu z "Igrzysk śmierci" i główna bohaterka - modelowa Mary Sue - sprawiły, że nie mogę ocenić jej zbyt dobrze. Być może jestem już za stara na takie lektury. Bo to książka skierowana do nieco młodszych czytelniczek, którym z pewnością może przypaść do gustu. Ja jednak napiszę, posługując się terminologią stworzoną przez Kierę Cass: "Igrzyska śmierci" to Jedynka lub Dwójka, podczas gdy "Rywalki" to - niestety - tylko Szóstka.

Moja ocena: 3/6

TynipicTynipicTynipic
_________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/198949/rywalki
2 i 3. http://picjumbo.com/