Richard Paul Evans "Obietnica pod jemiołą"



Autor: Richard Paul Evans
Tytuł: "Obietnica pod jemiołą"
Tytuł oryginału: "The mistletoe promise"
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 224



"W nieskończoność karzemy innych za ten sam błąd. Wobec siebie postępujemy identycznie. To nie jest właściwe, mimo to nadal to robimy"
Elise i Nicolas. Dwoje ludzi, których pozornie łączy tylko praca w tym samym biurowcu. W rzeczywistości jednak mają ze sobą więcej wspólnego, niż może się wydawać. Ale nie uprzedzajmy faktów. 
Kiedy podczas przerwy na lunch Nicolas odważa się podejść do Elise i zaproponować jej bardzo nietypową umowę, kobieta jest totalnie zaskoczona. Nie zna tego przystojnego, bogatego prawnika, a on mimo to chce zawrzeć z nią osobliwy układ. I spisać go w formie umowy, tak żeby obie strony nie miały żadnych wątpliwości co do tego, jak ich wzajemna relacja trwająca od Święta Dziękczynienia do Wigilii powinna wyglądać.
Jeśli w tym momencie pomyśleliście o Grey'u... to muszę Wam powiedzieć, że byłam dokładnie na tym samym tropie. Który oczywiście okazał się mylny. W końcu to Evans, nie E.L. James. I bardzo dobrze!

Umowa, a w zasadzie: obietnica pod jemiołą polega na tym, że Elise i James będą przez wspomniany wyżej okres udawać parę. Oboje są samotni i nie mają z kim wychodzić na imprezy firmowe czy koncerty, a taka niezobowiązująca relacja może im pomóc uniknąć odpowiedzi na mnóstwo kłopotliwych pytań ("dlaczego dalej nie znalazłeś sobie dziewczyny?" "znowu przyszłaś sama, jak co roku?"). Przynajmniej do czasu jej zakończenia. O tym jednak nasi bohaterowie będą myśleć później. 


Nie jest to może szalenie oryginalny pomysł. Sama fabuła też nie jest specjalnie wiarygodna. Ale nie o to tutaj chodzi. Evans w "Obietnicy pod jemiołą" porusza bardzo ważny temat, aktualny szczególnie w okresie świątecznym: przebaczenie. Szybko okazuje się bowiem, że przeszłość Elise zdecydowanie nie należy do przyjemnych. Kobieta nie tylko ma za sobą niezbyt przyjemne dzieciństwo. Prześladuje ją też pamięć o okropnym błędzie, który kiedyś popełniła. Nie potrafi sobie wybaczyć i nie wierzy, że w ogóle zasługuje na przebaczenie. Czy relacja z Nicolasem zmieni coś w jej życiu? A może, kiedy tylko mężczyzna dowie się o jej przeszłości, zerwie umowę i czym prędzej ucieknie?

Nie będzie chyba zaskoczeniem jeśli zdradzę, że ta powieść dobrze się kończy - jak to u Evansa. Nie mogę jednak nazwać jej całkowicie lekką i przyjemną lekturą: życie Elise nie było łatwe i kiedy już czytelnik dowiaduje się, co kobieta kiedyś zrobiła, nie może uwolnić się od myśli o tym zdarzeniu. Ale to dobrze. Dzięki temu można dodatkowo "przepracować" temat poruszony przez autora. Tak. Pod tym względem to bardzo dobra książka. I jest czymś więcej niż tylko kolejną banalną opowieścią o miłości, osadzoną w świątecznym klimacie.  

Książka ma niewiele stron i jej lektura nie zajmuje dużo czasu. Może więc warto sięgnąć po tę opowieść gdzieś między robieniem świątecznych zakupów, a sprzątaniem całego domu? Wydaje mi się, że to odpowiednia powieść na Boże Narodzenie. Niektórzy mogą uznać ją za zbyt banalną - mimo wszystko - i niedostatecznie eksploatującą temat. Ale od czegoś trzeba zacząć, a grube, poważne tomy można zostawić na inną okazję;)

Moja ocena: 4,5/6
_______________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/263810/obietnica-pod-jemiola
2. http://kaboompics.com/one_foto/792#

David Lagercrantz "Co nas nie zabije"


Autor: David Lagercrantz
Tytuł: "Co nas nie zabije"
Tytuł oryginału: "Det som inte dodar oss"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 504




"Nikt nie wyjawia nic poufnego, jeśli nie ma z tego korzyści. Czasami pobudki są szlachetne, jak na przykład poczucie sprawiedliwości, chęć ujawnienia korupcji czy nadużyć. Najczęściej jednak w grę wchodzi walka o władzę - chęć pogrążenia przeciwnika i wzmocnienia własnej pozycji."
Mikael Blomkvist znowu ma kłopoty. Chociaż o wiele bardziej niż nagonką na swoją osobę, przejmuje się kłopotami "Millennium". Gazecie grozi, że będzie zmuszona zamienić się w coś w rodzaju magazynu plotkarskiego o gwiazdach. Wszystko przez to, że pozwolono przejąć część udziałów nieodpowiedniemu koncernowi. Trzeba znaleźć wyjście z tej sytuacji. Oraz jakiś chwytliwy temat, który po raz kolejny pozwoli "Millennium" zaistnieć. I właśnie w tym momencie do Mikaela zgłasza się osoba, która twierdzi że jest w posiadaniu sensacyjnych informacji...
Tymczasem Lisbeth Salander bierze udział w ataku hakerskim na NSA. Po co? Przecież nigdy nie robiła takich rzeczy wyłącznie dla zabawy. Musi mieć w tym jakiś cel.
Wkrótce okaże się,że ścieżki tej dwójki znowu się skrzyżują. Tak to jest, kiedy jest się zamieszanym w tę samą sprawę...

W "Co nas nie zabije" znajdziemy właściwie wszystkie elementy, które pojawiały się w poprzednich częściach "Millennium", jeszcze autorstwa Stiega Larssona: te same postaci, wartką akcję, reporterskie śledztwo, wiążące się z dużym ryzykiem, a nawet podobny styl pisania. Trzeba przyznać, że David Lagercrantz doskonale przygotował się do zadania. I całkiem nieźle sobie z nim poradził. 

W tej powieści wykorzystał wątki związane z NSA, sztuczną inteligencją oraz... autyzmem. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że Larsson również mógłby umieścić je w swojej książce. Tyle tylko, że u niego akcja byłaby jeszcze bardziej zagmatwana. 


Nie mogę jednak narzekać. "Co nas nie zabije" okazało się naprawdę dobrą powieścią. Powieścią, która wprawdzie w porównaniu z poprzednimi częściami wypada trochę blado, ale mimo wszystko stara się utrzymać poziom. Odnoszę wrażenie, że gdyby Lagercrantz zdecydował się na napisanie w całości własnej historii (wiem, wątki były jego, ale wykorzystane postaci wymyślił ktoś inny) ostateczna ocena byłaby jeszcze lepsza. Osiągnięcie poziomu Larssona wydaje mi się jednak niemożliwe. 
Jak już wspomniałam, fabuła jest naprawdę dobrze wymyślona. Chociaż mogłaby być jeszcze bardziej skomplikowana. Jednak przyznaję duży plus za wplecenie w akcję książki tak wielu postaci znanych z poprzednich części, sam wybór tematyki, a także słodko-gorzkie zakończenie (gdyby ostatnia scena wyglądała nieco inaczej, byłabym na pana Lagercrantza bardzo zła). Świetnym pomysłem było też wprowadzenie postaci, która wcześniej znana była wyłącznie z opowiadań i drobnych wzmianek. Teraz mogliśmy mieć z nią do czynienia osobiście. Może okazała się zbyt...złowieszcza? Ale bardzo dobrze, że wreszcie się pojawiła. 
Mam kilka zastrzeżeń do postaci Lisbeth. Niby ta sama, a jednak... tutaj chwilami wydaje się być jakąś superwoman. Wiem, Lisbeth wiele potrafi. Dodatkowo "oryginalne" powieści czytałam zbyt dawno, żeby teraz móc w pełni wiarygodnie je porównać. Mimo wszystko to nie do końca była dla mnie ta Lisbeth, którą znam. 

Ostatecznie jednak byłam zadowolona z lektury. Książka mnie wciągnęła, dodatkowo miło było ponownie spotkać się z postaciami, które zdążyłam już poznać i polubić. Dlatego myślę, że sięgnę po kolejne części, które - zgodnie z zapowiedziami - mają się pojawić.

Moja ocena: 4,5/6
________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/256915/co-nas-nie-zabije
2. http://negativespace.co/photos/coding/
Ponure Poniedziałki: edycja specjalna. "Copy protection" Kevin Church, Paul Horn

Ponure Poniedziałki: edycja specjalna. "Copy protection" Kevin Church, Paul Horn



Jestem chora. Niedobrze. To bardzo nieodpowiedni czas na chorowanie.
Dlatego dzisiaj edycja specjalna i komiks, który powinien straszyć... ale nie bardzo mu to wychodzi. Panie i panowie, poznajcie "Copy protection".

Gry komputerowe to wspaniała rozrywka. Jednak nie każdego na nią stać - nowe produkcje oraz dodatki do nich potrafią być dosyć drogie. Czasem dobrym wyjściem wydaje się być ściągnięcie pirackiej kopii. Ale trzeba pamiętać, że związane są z tym pewne nieprzyjemne konsekwencje. Nie tylko natury prawnej...
Kiedy grupa znajomych spotyka się, aby pograć w piracką wersję nowej gry Abyssal Chaotica, żadnemu z nich nawet nie przychodzi do głowy, że wieczór zakończy się tragicznie. 
Chociaż początkowo nic na to nie wskazuje. Tylko... dlaczego wyłącznie jeden z nich widzi dosyć niepokojące napisy, pojawiające się w trakcie rozgrywki na ekranie?

O tym będzie za chwilę.
Pomysł był świetny. Finał okazał się jednak zbyt prosty. Zbyt oczywisty. Zabraklo mi czegoś więcej oraz jakiegoś dodatkowego wyjaśnienia. Być może chodzi o to, że cały komiks jest zbyt krotki, co nie pozwalało na lepsze rozwinięcie akcji. Nazwałabym tę historię zaledwie zaczątkiem dobrego pomysłu. Bo mimo wszystko trzeba przyznać, że coś w tym jest. 

Kreska jest bardzo prosta i wydaje mi się, że nie ma sensu zachwycać się tutaj wartościami artystycznymi. Nieskomplikowana historia - jasny przekaz. To nawet pasuje. Ale po tej króciutkiej lekturze czuję zdecydowany niedosyt.

Znacie jakieś książki/komiksy/filmy/opowiadania dotyczące strasznych historii związanych z grami komputerowymi? W tym momencie przychodzi mi do głowy jedynie "Stay alive" - dosyć przeciętny horror, który oglądałam kilka lat temu. Ale chętnie zgłębię tę tematykę;) 
___________________
Źródło zdjęcia: https://www.pinterest.com/pin/261279215851956797/
Ponure Poniedziałki: Stephen King "Magiel"

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Magiel"


Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Nocna zmiana".

"Prasowarko-składarka automatyczna Hadley-Watson Model-6. Długa i niezręczna nazwa. Pracujący tu w upale i wilgoci ludzie ochrzcili ją krótkim, nieco staroświeckim mianem: magiel"
Właśnie ta - zdawałoby się - niewinna maszyna była przyczyną makabrycznego wypadku. Na początku dowiadujemy się tylko, że stało się coś strasznego i że zginęła kobieta. Nikt jednak nie chce powiedzieć policjantowi Huntonowi, który własnie przybył na miejsce zdarzenia i razem z którym poznajemy wszystkie fakty, co dokładnie się wydarzyło. Hunton musi to zobaczyć sam. Ale nawet wtedy czytelnik nie dostaje pełnej informacji na temat tego, co stało się z kobietą. Ta przyjdzie dopiero za chwilę, kiedy policjant będzie opowiadał całe zdarzenie swojemu przyjacielowi. I wystarczy, żeby zmrozić nam krew w żyłach. Jednak naprawdę przerażające wydarzenia dopiero przed czytelnikiem...
"Nie podoba mi się ta maszyna. Wydaje się... wydaje się, że z nas kpi. W ciągu ostatnich pięciu lat badałem z tuzin takich magli. Niektóre znajdowały się w tak opłakanym stanie technicznym, że nie zostawiłbym przy nich bez smyczy najbardziej parszywego kundla [...] Ale to wszystko były zwykłe maszyny. A ta... ta jest upiorem"
To może wydawać się śmieszne. Magiel, który został opętany? Serio? I rzeczywiście, jest w tym coś groteskowego. Tyle tylko, że w interpretacji innego pisarza ten pomysł pozostałby absurdalny do samego końca. A Stephen King zrobił z niego coś, co owszem - śmieszy - ale też jednocześnie niesamowicie niepokoi. 

"It has a crush on you"? Serio...?
Mistrzowskim zabiegiem było stopniowanie informacji o wypadku. Nie dostajemy od razu krwawego opisu miejsca zdarzenia. Wszyscy o tym mówią, ale nikt nie podaje istotnych szczegółów. To wzmaga napięcie. I ciekawość czytelnika. Później akcja nabiera tempa - wiadomości o kolejnych incydentach, śledztwo prowadzone przez policjanta i jego znajomego, oryginalne wnioski, do których dotarli... aż w końcu scena (prawie) finałowa. I znowu: możemy się śmiać, bo przecież to wszystko jest takie bezsensowne i nie do pomyślenia. Ale sposób, w jaki zostało opisane... Totalnie mnie przekonuje. 
Wiecie, jeżeli chodzi o Stephena Kinga, jestem w stanie zaakceptować (prawie) wszystko. 
"Zupełnie jakby maszyna poznała smak krwi i bardzo go polubiła"
Moja ocena: 5/6
_____________
Źródło zdjęcia: https://pl.pinterest.com/pin/415034921881887517/
Co ja czytam? Czyli o kilku książkach i o tym, co u mnie.

Co ja czytam? Czyli o kilku książkach i o tym, co u mnie.

Dzień dobry! Czasem bywa tak, że ciężko zabrać się do tego, co jest naszą pasją i sprawia nam przyjemność. Zaniedbanie tego jest okropną sprawą. Ale co zrobić gdy - jak w przypadku pisania - nie ma czasu, chęci, weny...? Ktoś ma na to jakiś pomysł?

Może i nie piszę zbyt dużo, ale przynajmniej czytam. Ostatnio połknęłam m.in.:

John Green, "Gwiazd naszych wina". To już tak znana książka, że chyba nie ma sensu opisywanie samej historii. Miłość, choroba, książki, Amsterdam. Piękna powieść, chociaż - mam takie wrażenie - chwilami nieco przeintelektualizowana. A może po prostu John Green ma taki styl. Nie zaprzeczę jednak, że warto przeczytać. Pewnie warto również obejrzeć film (którego jeszcze nie miałam okazji poznać). Oraz posłuchać tej piosenki (Eda zawsze warto posłuchać;) :


Katarzyna Kwiatkowska, "Zbrodnia w szkarłacie". Całkiem przyjemny kryminał retro, utrzymany w stylu Agathy Christie. Mamy tu poszukiwania skarbu dziadka, przygotowania do ślubu, pannę młodą która wcale nie chce wyjść za mąż, niezwykle obrotnego służącego, wprowadzającego element humorystyczny... oraz oczywiście trupa znalezionego w szkarłatnym pokoju. I całą masę osób które miały motyw, żeby zabić. Polecam w ramach relaksu.





Anna Moczulska, "Bajki, które zdarzyły się naprawdę". Szalenie interesująca książka. Autorka pisze o postaciach historycznych w sposób, który nie może znudzić, dodatkowo porównując losy słynnych kobiet do życia postaci z bajek. Niestety nie zawsze szczęśliwego. Zachwycił mnie już pierwszy rozdział o brzydkiej księżniczce, która mimo swojej podobno niezbyt miłej powierzchowności znalazła miłość życia. Chcecie wiedzieć, kto to taki? I o kim jeszcze pisze Anna Moczulska? Sięgnijcie po tę książkę. Mój jedyny zarzut: autorka chwilami używa zbyt potocznego - jak dla mnie - języka, co nie zawsze brzmi dobrze. Ale potrafi zaciekawić historią i zwraca uwagę na losy kobiet - a to zawsze jest w cenie.

Jo Nesbo, "Człowiek nietoperz". Ciężko mi się to czytało, wiecie? Może dlatego, że nie lubię Australii i książek/filmów z akcją w tym właśnie miejscu. Przynajmniej zazwyczaj. Bo sam Nesbo pisze dobrze, już się o tym przekonałam podczas lektury "Czerwonego gardła". I nie oszczędza swoich bohaterów. Oj, nie oszczędza...






Ostatnio przeczytałam też "Co nas nie zabije" Davida Lagercrantza (czyli nową część Millennium) i "Okupację od kuchni" Aleksandry Zaprutko-Janickiej. Ale opinie o tych książkach powinny pojawić się w oddzielnych postach. 
Och, nie można też zapomnieć o "Dyrygencie".

Co u mnie, poza tym? Mniej więcej tak to wygląda:


Poza tym dzielę czas między pracę w Autorskiej, czytanie kolejnych książek, picie kawy i granie w Hearthstone'a. Ach, no i mam nowy kubek:


I jaram się tym, że Dmitrij Glukhovsky polubił moje zdjęcie na instagramie;)


I to chyba tyle;) Miło znowu tutaj pisać;)
____________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/225665/gwiazd-naszych-wina
2. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/253505/zbrodnia-w-szkarlacie
3. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/259212/bajki-ktore-zdarzyly-sie-naprawde-historie-slynnych-kobiet
4. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/240128/czlowiek-nietoperz
5. https://scontent-fra3-1.xx.fbcdn.net/hphotos-xfp1/v/t1.0-9/11935113_1004377446261627_9210137701356262958_n.jpg?oh=0f046d478e80d339204cfc392a8f6a4d&oe=5696414E
6 i 7. Moje własne.

Sarah Quigley "Dyrygent"





Autor: Sarah Quigley
Tytuł: "Dyrygent"
Tytuł oryginału: "The Conductor"
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 379







Kiedy muzyka przejmuje władzę nad całym Twoim życiem... możesz stać się albo geniuszem, albo szaleńcem. 

Rosja, Leningrad. Wiosna 1941 roku. Trwa II wojna światowa. Na razie Niemcy i Rosjanie nie walczą ze sobą, ale wkrótce sytuacja ulegnie zmianie. A wtedy mieszkańcy miasta znajdą się w pułapce. 
Karl Iljicz Eliasberg jest dyrygentem "podrzędnej" Orkiestry Radiowej. Nie może się ona równać z orkiestrą Filharmonii Leningradzkiej prowadzoną przez Jewgienija Mrawińskiego. To ci drudzy współpracują z samym genialnym Dmitrijem Szostakowiczem i mogą wykonywać jego utwory. Jednak dzięki wojnie Eliasberg i jego muzycy otrzymają niezwykłą szansę. Bo kiedy dochodzi do oblężenia Leningradu, odmawiający ewakuacji Szostakowicz komponuje swoją niezwykłą VII Symfonię. I to właśnie Orkiestra Radiowa będzie mogła wykonać ją na żywo przed mieszkańcami miasta oraz wieloma słuchaczami zza granicy - koncert ma być bowiem transmitowany przez radio. Nie będzie to jednak takie proste. Jak myśleć o muzyce, kiedy człowiek przymiera głodem, gdy umierają bliscy, znani ludzie, a niemieckie wojska są coraz bliżej? A może w takich momentach to właśnie muzyka jest jednym z czynników, mogących podtrzymać na duchu zrozpaczonych mieszkańców Leningradu i dać im nowe siły?
"Dyrygent" to opowieść o Dmitriju Szostakowiczu oraz o tym, jak powstawała jego VII Symfonia. Ale przede wszystkim - przynajmniej dla mnie - jest to historia Karla Iljicza Eliasberga, zakompleksionego kompozytora, który chociaż raz w życiu mógł pokazać, na co go stać. Szkoda, że później współcześni o nim zapomnieli.


Na samym wstępie autorka zaznacza, że mimo iż powieść jest oparta na wydarzeniach autentycznych, większość bohaterów książki i jej fabuła to fikcja literacka. Sarah Quigley przyznaje, że w przypadku kilku osób - jeżeli zachowało się na ich temat niewiele informacji - ich charaktery i przeżycia są wyłącznie jej wymysłem. Trzeba też pamiętać, że interpretacje VII Symfonii mogą być różne, a na potrzeby powieści pisarka wybrała tylko jedną z nich. Mimo wszystko... Nawet, jeśli Sarah Quigley zbytnio upiększyła okoliczności powstania tego utworu oraz obdarzyła postaci historyczne niepasującym do ich rzeczywistych cech charakterem, trzeba przyznać że tą powieścią oddaje im wszystkim hołd. Nie jest to przecież historia o tych, którzy wydawali rozkazy. To opowieść o ludziach - bardzo różnych, trzeba przyznać - którym przyszło żyć w ciężkich czasach. Oraz o tym, jak muzyka potrafi zmienić życie człowieka. 

Zakompleksiony, niepewny siebie Karl Iljicz Eliasberg, który jednak podejmuje się wręcz niemożliwego zadania dyrygowania orkiestrą skrajnie wycieńczonych muzyków w oblężonym mieście. Piękna tancerka baletu Nina Bronnikowa, która po jednym z bombardowań już nigdy nie będzie mogła tańczyć. Genialny Dmitrij Szostakowicz, komponujący nawet wtedy, kiedy reszta jego rodziny ukrywa się w piwnicy podczas nalotów. Mała, ambitna, początkująca wiolonczelistka Sonia, rozdzielona z rodziną. Ta powieść ma wielu bohaterów, których losy są fascynujące. Ale wiecie, co zaintrygowało mnie najbardziej - oprócz historii Eliasberga, któremu szczerze współczułam? To, jak Sarah Quigley opisała sam proces powstawania VII Symfonii. Szostakowicz słyszał muzykę we wszystkim - rozmowach sąsiadów, huku spadających bomb, krokach maszerujących żołnierzy... i ta muzyka domagała się natychmiastowego utrwalenia. Musiała być zapisana już, teraz, inaczej znikała, rozpływała się i była nie do uchwycenia. Przez to kompozytor zaniedbywał swoją rodzinę, przed którą często zamykał się w osobnym pokoju, żeby móc pracować. Wtedy wszystko było na głowie jego żony. A nie brakowało jej zmartwień w tych trudnych czasach, z dwójką małych dzieci. Mimo wszystko trwała przy nim. Rozumiała, że muzyka wymaga poświęceń. 

Wybrałam tę książkę ze względu na tematykę. Połączenie historii i muzyki to coś, co z pewnych osobistych względów bardzo mi ostatnio odpowiada. Dodatkowo okazało się, że Sarah Quigley urzekła mnie swoim stylem pisania. I chociaż trzeba pamiętać, że w rzeczywistości opisani ludzie mogli mieć zupełnie inne charaktery, a powstawanie VII Symfonii mogło wyglądać zupełnie inaczej, zdecydowanie warto przeczytać "Dyrygenta". Sama książka kończy się w odpowiednim momencie. Nie jest to chwila tuż po koncercie z oblężonego miasta, chwila triumfu Eliasberga czy radości Szostakowicza. To scena tuż przed rozpoczęciem koncertu, mistrzowsko opisana. Aż czuje się te emocje. I o to właśnie chodzi. 

Moja ocena: 5/6

***

Słuchałam VII Symfonii podczas pisania tej recenzji. Nie mogę uwierzyć, jak grupa wycieńczonych muzyków, ledwo trzymających się na nogach, była w stanie wykonać ten utwór z odpowiednią siłą i determinacją. Zwłaszcza sam finał. A jednak... Niesamowite.
_______________
Źródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/235865/dyrygent
2. http://splitshire.com/wp-content/uploads/2014/06/SplitShire_IMG_7630.jpg
Ponure Poniedziałki: Aleksy K. Tołstoj "Rodzina wilkołaka"

Ponure Poniedziałki: Aleksy K. Tołstoj "Rodzina wilkołaka"


Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Opowieści niesamowite. Groza i niesamowitość w prozie rosyjskiej XIX i początku XX wieku" (PIW, 1990).


Jedną z ulubionych rozrywek ludzkości jest opowiadanie strasznych historii. Czy to przy ognisku czy przy kominku, w słoneczny dzień lub w księżycową noc... W opowiadaniu Aleksego Tołstoja mamy do czynienia z podobną sytuacją. Otóż grupa szlachetnie urodzonych osób, goszcząca u księżny Schwarzenberg, wieczorami zabawiała się opowiadaniem przerażających historyjek. Jako że towarzystwo pochodziło z różnych krajów, każdy starał się przedstawić pozostałym ludowe podania z ojczystych stron. Jednak dopiero stary markiz d'Urfe zauważył, że nikt z obecnych nie przeżył na własnej skórze tego, o czym z tak wielkim zapałem mówi. Dopiero on, jako jedyny, może opowiedzieć niezwykłe i wstrząsające wydarzenia z własnej przeszłości. Z czasów, gdy udał się w charakterze posła z misją dyplomatyczną do hospodara mołdawskiego...

Młody d'Urfe, podróżując przez Serbię, zatrzymał się w gościnie w pewnej wsi. Mieszkańcy domu, w którym miał nocować, byli z jakiegoś powodu ogromnie przygnębieni, co wydało się gościowi bardzo dziwne. Zaraz jednak wyjaśniono mu, że cała rodzina martwi się o dziadka, który wraz z innymi ludźmi z okolicy wyruszył na wyprawę przeciwko groźnemu zbójnikowi terroryzującemu okolicę. Na odchodnym starzec zapowiedział, że jeśli nie wróci przed upływem dziesięciu dni, będzie to oznaczało że zginął. Jeśli jednak pojawi się po tym terminie... zaklinam was, abyście dla swego dobra do domu mnie nie wpuszczali. Gdyby tak się stało - nakazuję wam - zapomnijcie, żem był wam ojcem i wbijcie mi kołek osinowy w piersi, choćbym nie wiem, co robił i mówił. Oznaczać to będzie, żem się w przeklętego wilkołaka przemienił i przyszedł krew waszą wyssać
Właśnie mijał dziesiąty dzień...


Trzeba jeszcze dodać, podając za Aleksym Tołstojem (bo jak to, ten wilkołak jakoś zbytnio podobny do wampira!) następujące wyjaśnienie: wilkołaki, jak nazywają u ludów słowiańskich wampiry, to według wyobrażeń tubylców nic innego jak nieboszczycy, którzy wychodzą z grobów, aby wyssać krew z żyjących. Mają analogiczne przyzwyczajenia, co i wszystkie pozostałe wampiry, lecz pewna cecha szczególna czyni je jeszcze bardziej niebezpiecznymi, wilkołaki, łaskawe panie, wysysają przeważnie krew z najbliższych swych krewnych i najwierniejszych swych przyjaciół, a ci zaś, kiedy umrą, również przemieniają się w wampiry.
Widać wyraźnie, że opisane wilkołaki nie mają wiele wspólnego z likantropią... Ale nie o to chodzi. Najważniejsze jest to, że mogą być śmiertelnie niebezpieczne.

Opowiadanie jest genialne. Aleksy Tołstoj stworzył tak zajmującą opowieść i przedstawił ją tak umiejętnie stopniując napięcie, że nie mogłam się oderwać od lektury.
Właściwie nie mamy wątpliwości, że stary Gorcza jest już wilkołakiem, choć wrócił do domu w takim momencie, że jego rodzina nie jest pewna czy minęło już "przepisowe" dziesięć dni. Jego dziwne zachowanie zdaje się wiele wyjaśniać. Wychodzenie z domu w środku nocy, próby wywabienia wnuków na zewnątrz (czyżby w celu zabicia ich?), czuwanie najstarszego syna, który zawczasu przygotował sobie osinowy kołek, aby użyć go w razie potrzeby... Mimo wszystko do pewnego momentu nikt z rodziny nie decyduje się na radykalny krok. A Gorcza staje się coraz groźniejszy, co z przerażeniem obserwuje d'Urfe, którego zła pogoda zmusiła do korzystania z gościnności nieszczęsnej rodziny dłużej, niż to było przewidziane. Wszystko jest tym bardziej przerażające, że potencjalny wilkołak wydaje się polować na swoje własne dzieci i wnuki. Na najbliższych.

W całym tekście nie brakuje scen wywołujących dreszcz zgrozy. Nagłe pojawienie się starego, wracającego z wyprawy, i szalone ujadanie psa, który przecież bardzo dobrze go znał. Zły sen markiza i zobaczona po przebudzeniu twarz starego, wpatrującego się w gościa przez okno. Piękna Zdenka i zmiana, jaka w niej zaszła, pod wpływem nieszczęść które dotknęły jej rodzinę... Gdyby ktoś zdecydował się stworzyć wierną adaptację tego opowiadania, miałby wielkie pole do popisu. 

Zachwycam się całym opowiadaniem. jedynie samo zakończenie, ostatnie zdanie, budzi moje wątpliwości. Czy nie byłoby lepiej, gdyby na koniec swojej opowieści markiz d'Urfe uśmiechnął się diabolicznie, odsłaniając jednocześnie niezwykłej długości kły? I tutaj opowieść mogłaby się urwać... Nie będę jednak sugerować, że jestem lepsza w snuciu opowieści od Aleksego Tołstoja. O nie.
A "Rodzinę wilkołaka" gorąco polecam. Najlepiej w nocy, czytaną/opowiadaną przy kominku lub ognisku. Lub przy samym świetle Księżyca. Koniecznie w pełni.

Moja ocena: 5,5/6
_____________________
Źródło zdjęcia: https://www.pinterest.com/pin/375417318908595686/
Ponure Poniedziałki: Włodzimierz Odojewski "Bajka o ciele martwym nie wiadomo do kogo przynależącym"

Ponure Poniedziałki: Włodzimierz Odojewski "Bajka o ciele martwym nie wiadomo do kogo przynależącym"


Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Opowieści niesamowite. Groza i niesamowitość w prozie rosyjskiej XIX i początku XX wieku" (PIW, 1990).


W powiecie rieżeńskim znaleziono ciało. Nie wiadomo, czyje. Pomimo wywieszonego ogłoszenia, w którym dość szczegółowo opisano wygląd zmarłego, nie zgłaszał się nikt kto mógłby go rozpoznać. Po trzech tygodniach bezowocnych poszukiwań, kiedy zajmujący się sprawą urzędnik sądowy Sewastianycz siedział samotnie w chacie i raczył się nalewką domowej roboty, ktoś złożył mu wizytę... Ktoś podający się za właściciela ciała. 
"- A ten nieboszczyk to kim był dla pana, pański poddany?...
- Nie, Iwanie Sewastianyczu, gdzie tam poddany, to jest moje własne ciało."
Być może pewnym wyjaśnieniem będzie fakt, że kiedy urzędnik podniósł w końcu głowę znad papierów i dokładnie się rozejrzał, nie zobaczył w chacie nikogo... a jednak ktoś do niego mówił. I uparcie domagał się wydania ciała. Swojego ciała. Sewastianycz jednak nie stracił rezonu.
"- Rad bym panu pomóc, szanowny panie, ale doprawdy nic nie pojmuję z pańskich słów... Czy ma pan podanie?...
- Na litość Boską, jakie podanie? Jak mógłbym bez ciała napisać?"
 Jak możecie zauważyć, tekst ma raczej groteskowy i ironiczny charakter. Owszem, jest trup. I coś/ktoś w rodzaju ducha, kto bardzo chce odzyskać władzę nad swoim ciałem. Jednak ciało dostało się w ręce rosyjskich urzędników. I spróbujcie z nimi wygrać...

Może i ilustracja nie ma związku z treścią... ale jest niezwykle klimatyczna.
I też odnosi się do pewnej rosyjskiej opowieści.

W notce dotyczącej Włodzimierza Odojewskiego, zamieszczonej w wyżej wymienionym zbiorze, można właśnie przeczytać: opowiadanie to znakomicie prezentuje właśnie Odojewskiego - mistrza satyry i groteski, świetnego obserwatora anomalii współczesnego życia. Natomiast we wstępie autorstwa Rene Śliwowskiego znajdujemy szerszy opis tego, jak postępowano w dawnej Rosji w przypadku znalezienia niezidentyfikowanych zwłok (swoją drogą, jest jakaś rosyjska wersja Johna Doe?;) Otóż: sam fakt znalezienia na terenie jakiejś wioski nieboszczyka - a zdarzało się to często - zatem wszczęcia śledztwa w gminie, oznaczał ruinę jej członków. Okupienie się przybyłym urzędnikom sądowym nie było sprawą prostą: łupili wszak ze znawstwem, do ostatniej koszuli. Śliwowski cytuje też fragment wspomnień Aleksandra Hercena: Jeśli isprawnik i naczelnik policji ziemskiej natrafią na jakieś zwłoki, korzystając z mrozu wożą je przez dwa tygodnie po wsiach wotiackich i w każdej wsi oświadczają, że je dopiero co znaleźli i że śledztwo i sąd ma się odbyć w ich wsi. Wotiacy wykupują się.

Jasne jest więc, że w przypadku tego opowiadania ostrze satyry wymierzone było właśnie w rosyjskich urzędników. Nie zapominajmy jednak o trupie. I samym właścicielu ciała. Oraz o Księżycu... Jeśli chcecie poczytać więcej o tym ostatnim, oraz o powiązaniach między twórczością Odojewskiego i Gogola, odsyłam Was do artykułu Joanny Łaszcz "O dwóch bajkach z Księżycem w tle". Chociaż już teraz mogę wspomnieć, że tekst Odojewskiego i opowiadanie Gogola zatytułowane "Nos" dużo ze sobą łączy;)

Czy warto przeczytać "Bajkę..."? Owszem. Ale bardziej dla wielokrotnie wspomnianej już groteski, niż dla atmosfery grozy - która akurat w tym przypadku praktycznie nie występuje. Osobiście wolę rosyjskie opowieści niesamowite o nieco innym charakterze (patrz: "Wij"). I takich będę szukać. W końcu jeszcze cały zbiór opowiadań przede mną;)

Moja ocena: 4/6
___________________
Źródło zdjęcia: https://www.pinterest.com/pin/179299628887208566/

Maurice Druon "Królowie przeklęci" Tom I





Autor: Maurice Druon
Tytuł: "Królowie przeklęci" Tom I
Tytuł oryginału: "Les Rois maudits"
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 717







Dawno, dawno temu żył sobie król o tak niezwykłej urodzie, że wszyscy nazywali go Filipem Pięknym. Miał on trzech synów: Ludwika, Filipa i Karola. Każdy z nich poślubił piękną dziewczynę i wydawało się, że wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Jednak na ród Filipa Pięknego rzucono klątwę... Jakub de Molay, wielki mistrz zakonu templariuszy, który to zakon zlikwidowano z rozkazu króla, miał - płonąc na stosie, skazany na śmierć przez Filipa - przekląć samego władcę, a także jego ministra policji oraz papieża. Przed upływem roku wszyscy mieli umrzeć. Tak też się stało...
Również synów nieszczęsnego króla spotkało nieszczęście, a to za sprawą ich własnych żon. Dwie z księżniczek zdradzały swoich mężów, natomiast trzecia umożliwiała pozostałym schadzki z kochankami. Kiedy ujawniono ich poczynania, wybuchł skandal. Skazano je na spędzenie reszty ich dni w odosobnieniu i uwięziono. A to dopiero początek tej opowieści... Brzmi jak bajka? Nie do końca. To wydarzenia znane z historii Francji.

Filip Piękny
Fakt, autor nie zawsze trzymał się ściśle tylko tego, co wiadomo z badań historycznych. Choć wnikliwie studiował materiały źródłowe i wiele rzeczy opisywał bardzo dokładnie. W pewnych momentach musiał jednak odwoływać się do swojej wyobraźni. Podobno też, podając za wikipedią, postacie z książek są barwniejsze niż ich historyczne odpowiedniki. Nie da się jednak ukryć, że opisani przez niego królowie żyli naprawdę, że proces templariuszy odbył się w rzeczywistości, że inne wspominane w powieściach wydarzenia znajdują potwierdzenie w źródłach. Do czytelnika jednak należy wybór czy ograniczy się do lektury książek Druon'a, czy też będzie szukał dalej i zacznie wnikliwie zgłębiać historię Francji.

W skład pięknie wydanego tomu I "Królów przeklętych" wchodzą trzy powieści: "Król z żelaza", "Zamordowana królowa" oraz "Trucizna królewska". Ponad siedemset stron fascynującej historii opisanej w taki sposób, że... nie sposób porzucić lektury, nie sposób zlekceważyć losów królów i królowych, nie sposób przejść obok dzieła Druon'a obojętnie. Czyta się naprawdę dobrze, szczegóły dotyczące faktów historycznych nie przytłaczają. Chociaż mogę nie być obiektywna w swojej ocenie. Bo kocham historię.

Na kartach "Królów przeklętych" ożywają dawno zapomniane postaci. Miałam napisać, że część z nich szczerze polubiłam, a do innych nie zapałałam sympatią, ale... po zastanowieniu uznałam, że nikt nie zyskał mojej pełnej akceptacji. Mimo wszystko wobec głównych bohaterów nie pozostałam obojętna, a to również o czymś świadczy. Wyniosły Filip Piękny, nie potrafiący rozmawiać z ludźmi, za to doskonale dogadujący się z ukochanymi psami. Następca tronu Ludwik Kłótliwy, wybuchowy i o chwiejnym charakterze. Jowialny Robert d'Artois, ciągle toczący wojnę ze swoją krewną Mahaut. Młody bankier Guccio Baglioni, mający skłonność do koloryzowania i przedstawiania siebie w jak najlepszym świetle... wszyscy oni wywoływali podczas lektury różne emocje. Ale trzeba przyznać jedno: ich losy były fascynujące.

Choć wszystkie powieści z cyklu są dostępne od dawna, sama czekam na wydanie tomu II (już pod koniec sierpnia). I zachęcam do lektury. Nie musicie lubić historii. Wystarczy, że przyciągają Was opowieści o zdradach, przygodach oraz królewskich spiskach. To wszystko znajdziecie właśnie tutaj.

Moja ocena: 5/6
___________________
Źródła zdjęć: 
1. http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,6343,Krolowie-przekleci-Tom-1
2. https://www.pinterest.com/pin/512425263827427065/

Rainbow Rowell "Fangirl"





Autor: Rainbow Rowell
Tytuł: "Fangirl"
Tytuł oryginału: "Fangirl"
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 380







"To really be a nerd, she'd decided, you had to prefer fictional worlds to the real one"
Fangirling. Fandom. Dzikie piski na widok nowej książki z ulubionej serii. Ekscytacja, kiedy zajmuje się miejsce w sali kinowej i niecierpliwie czeka na rozpoczęcie filmu z dobrze znanego uniwersum (i lekka pogarda na widok ludzi, którzy wychodzą w trakcie napisów końcowych. Czy oni naprawdę nie wiedzą o dodatkowej scenie?) Długie godziny spędzane na rozmowach o ulubionych bohaterach, oglądaniu memów z nimi w roli głównej i czytaniu fanfiction. A może nawet na pisaniu jednego z nich...

Cath jest typową fangirl. Kocha wszystko, co jest związane z czarodziejem Simonem Snowem, bohaterem serii książek autorstwa Gemmy T. Leslie. I tworzy fanfiction z nim i Bazem (kolejną postacią z tego świata, raczej antybohaterem) w rolach głównych. Jej teksty są czytane przez tysiące osób które, podobnie jak ona, żyją tym wymyślonym światem i chętnie by się do niego przeniosły - przy pierwszej sprzyjającej okazji. 

Cath ma siostrę bliźniaczkę, Wren. Obie właśnie rozpoczęły naukę w collegu. Dla zamkniętej w sobie Cath jest to niesamowicie stresująca sytuacja. Tym bardziej, że Wren chce mieszkać w innym akademiku, uczęszczać na inne zajęcia, chodzić na imprezy i poznawać nowych ludzi. Jej siostra chce po prostu mieć święty spokój. Nie będzie to łatwe, zwłaszcza z jej nową współlokatorką - Reagan - która wydaje się nikogo nie lubić. Oraz z jej znajomym (kumplem? chłopakiem?) Levim, który ciągle się uśmiecha, jest miły dla każdego i koniecznie chce zwrócić uwagę Cath oraz zawrzeć z nią bliższą znajomość. 

Czy ktoś z tego towarzystwa (a może przystojny Nick z zajęć kreatywnego pisania) zdoła wyrwać Cath z jej skorupy? Czy ktokolwiek z nich zrozumie czym jest fandom i jak ważny jest dla dziewczyny Simon Snow (i pisanie o nim), pomimo że nie jest realną postacią? I czy Cath w ogóle dostosuje się do życia z innymi ludźmi? Wiecie, z tym mogą być problemy. Ta dziewczyna boi się nawet sama pójść do stołówki (i w obawie przed tym, że coś źle zrobi, że zostanie tam wyśmiana itd. postanawia żywić się wyłącznie batonami proteinowymi, których cały zapas ma pod łóżkiem). Och, jak dobrze ją rozumiem.

Dostałam tę książkę za 1 grosz (takie promocje są chyba tylko w moim miejscu pracy;) Mogłam wziąć coś innego, ale ostatecznie mój wybór padł na "Fangirl". I wiecie, nie żałuję. To całkiem przyjemna historia. Chociaż życie Cath i Wren nie zawsze jest przyjemne. Bo okazuje się, że dziewczyny mają dość poważne problemy natury rodzinnej. I nie zawsze radzą sobie z własnymi uczuciami. Bywa, że tracą kontrolę. Wren, jeśli chodzi o picie. Cath, gdy w grę wchodzi Simon. I relacje z innymi ludźmi. 

To powieść o dziewczynie, która tak kocha książki (a zwłaszcza świat stworzony przez jedną autorkę) i pisanie, że prawie całkowicie się w nich zatraca. Za to nie zawsze potrafi sobie poradzić w prawdziwym życiu. Na szczęście trafia na odpowiednie osoby. I chociaż nie zawsze może się z nimi dogadać, czasami wręcz nieporozumienia gwałtownie narastają, z ich pomocą w końcu uda się jej "wyjść na ludzi";) I nie stracić przy tym swojej pasji;)
Myślę, że Cath są w stanie zrozumieć tylko członkowie jakiegoś fandomu. Kto nigdy nie ekscytował się nową powieścią/nowym filmem/nowym odcinkiem, nie prowadził zażartych dyskusji w internecie z innymi fanami, nie zbierał figurek z "Gwiezdnych wojen" dołączanych do kinder niespodzianki (Ok, to ostatnie to naprawdę ja. I moja współlokatorka. Ludzie musieli dziwnie patrzeć, kiedy w sklepie potrząsałyśmy po kolei wszystkimi kinderami starając się wywnioskować, w których z nich może kryć się figurka. Ale wiecie, byłyśmy w tym całkiem dobre;) i nie prezentował innych z całego wachlarza fanowskich zachowań, ten nie pojmie Cath i fenomenu tej powieści. Bo Rainbow Rowell dała wszystkim fanom książkę, która choć częściowo mogłaby być o nich samych. A która jednocześnie jest powieścią o dorastaniu, dojrzewaniu do pewnych decyzji, o miłości (Tak, tak. Chociaż akurat temu wątkowi miałabym trochę do zarzucenia. Ale ja dzisiaj nie o tym.) i o pisaniu. 

Czytało mi się bardzo dobrze, ostatnie strony wręcz połykałam. Wiem, nie jest to ambitna literatura. Ale jakże życiowa;) Poza tym, kiedy naczytałam się o piszącej Cath (fanfiction, opowiadania, a nawet prace domowe - ta dziewczyna ciągle coś pisała) sama nabrałam ochoty na powrót do mojej twórczości. Tego w tym momencie potrzebowałam;)
"Żyli długo i szczęśliwie, a nawet samo żyli długo nigdy nie jest kiczowate. To najszlachetniejsza i wymagająca ogromnej odwagi rzecz, na jaką mogą się zdecydować dwie osoby"

Moja ocena: 5/6
____________________
Źródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/189500/fangirl
2. https://www.pinterest.com/pin/340795896776129551/
3. https://www.pinterest.com/pin/436145545139200503/

Morgan Matson "Aż po horyzont"




Autor: Morgan Matson
Tytuł: "Aż po horyzont"
Tytuł oryginału: "Amy and Roger's epic detour"
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 453








"Największych odkryć dokonują ci, którzy wcale się tego nie spodziewają. W ten sposób Kolumb odkrył Amerykę. Pinzon dotarł do Brazylii, chociaż zamierzał dopłynąć do Indii Zachodnich. Stanley przypadkiem trafił na wodospad Wiktoria. No i ty. Moje odkrycie, którego dokonałem, chociaż wcale na to nie liczyłem."
Takiej powieści potrzebowałam. Książki o młodych ludziach, którzy wyruszają w drogę. O podróży, która zmienia ludzkie życie.
Zabrzmiało to górnolotnie, wiem. I nie bardzo pasuje do "Aż po horyzont". Ale... po kolei.

Główna bohaterka to siedemnastoletnia Amy. Po tragicznej śmierci ojca dziewczyny, matka Amy decyduje o przeprowadzce reszty rodziny na drugi koniec kraju. Ona sama już mieszka w nowym miejscu i właśnie je urządza. Brat bliźniak Amy przebywa obecnie w ośrodku odwykowym. A sama nastolatka musi jakoś dojechać do nowego miejsca zamieszkania, transportując przy okazji rodzinny samochód. Tyle, że Amy nie prowadzi. Już nie. Dlatego w podróży będzie jej towarzyszył Roger, syn przyjaciółki matki Amy. Ta dwójka ma przejechać Amerykę według ściśle określonego planu. Ale po drodze wydarza się kilka rzeczy, które sprawiają, że odtąd młodzi sami wyznaczają sobie trasę i miejsca, które chcą po drodze odwiedzić. I nie jest to tylko turystyczna wycieczka...


Romans wisi w powietrzu. To już wiemy. Ale nie jest nachalnie przedstawiony, w dodatku autorka nie poświęca mu zbyt wiele miejsca w książce. Wszystko dzieje się jakoś obok, przy okazji... W końcu Amy jest nadal zdruzgotana po śmierci ojca i skupia się głównie na tych uczuciach oraz walce ze strachem. A Roger desperacko próbuje nawiązać kontakt ze swoją byłą dziewczyną. Od początku wiadomo jednak, że w końcu coś ich połączy. 
Na minus - każdy (albo prawie każdy) spotkany po drodze chłopak okazywał Amy zainteresowanie. A ona nie do końca wiedziała, o co chodzi. Serio? To już było nudne. 

Jeśli chodzi o tego rodzaju "powieści drogi", o wiele bardziej podobało mi się "Na krawędzi nigdy" - pomimo przesłodzonego zakończenia. Ale i ta książka zyskała moje uznanie. Po prostu ten motyw zawsze do mnie trafia. I te zdjęcia, notatki o podróży oraz playlisty, które można znaleźć w środku... naprawdę miły dodatek;)

"Aż po horyzont" to powieść z gatunku young adult. Nie jest typowym romansem, jak już wspominałam. To raczej książka o odkrywaniu siebie i radzeniu sobie z trudną przeszłością. I o podróżowaniu. Ciężko mi ją ocenić. Sama inaczej poprowadziłabym akcję, wycięłabym kilka wątków... i podejrzewam, że powstałaby z tego raczej idylliczna opowieść. A nie o to w tej książce chodzi. Podobało mi się zakończenie. Nie było bajkowe, ale takie... realne. Życiowe. I dające nadzieję. 
Nie wiem, może po prostu trafiłam z tą powieścią na odpowiedni moment. Ale cieszyłam się lekturą, a o to przecież chodzi. Zwłaszcza w wakacje;)

A Wy, chcecie wyruszyć w podróż?

Moja ocena: 4,5/6
___________________
Źródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/180671/az-po-horyzont
2. http://barnimages.com/turn-right-traffic-signal/
Ponure Poniedziałki: "Bongcheon-Dong Ghost" (komiks)

Ponure Poniedziałki: "Bongcheon-Dong Ghost" (komiks)


Dziś będzie krótko. Ale też komiks, o którym chcę napisać, nie zajmie Wam dużo czasu. Tylko... dobrze się zastanówcie, zanim zaczniecie go czytać.

"Bongcheon-Dong Ghost" to koreański komiks, oparty na tak zwanej miejskiej legendzie (urban legend) czyli opowieści rozpowszechnianej w internecie i drogą tradycyjną, pozornie wyglądającej na prawdopodobną, budzącej emocje u odbiorców. Miejskie legendy zazwyczaj nie są prawdziwe. 
Jak jest w tym przypadku? Nie mam pojęcia...


Cała historia jest prosta: dziewczyna wraca nocą do domu przez wyludnione (a zazwyczaj pełne ludzi...) uliczki dużego osiedla. Nagle dostrzega przed sobą jakąś kobietę. Kobietę, która wygląda bardzo dziwnie. Zamiast odwrócić się i uciekać, główna bohaterka coraz bardziej zbliża się do niepokojącej postaci. Zły wybór.

Komiks jest... ładny wizualnie. Ale nie o wartości artystyczne w tej historii chodzi. Jeśli, tak jak ja, będziecie czytać przy włączonych głośnikach i boicie się nagle wyskakujących przedmiotów/postaci (tak, to sprawia że podskakuję ze strachu podczas oglądania horrorów) to zastanówcie się dwa razy, zanim klikniecie w poniższy link. Bo możecie rozlać poranną kawę. 

Tak naprawdę komiks nie jest zbyt straszny - ot, historyjka jakich wiele. Najbardziej podobał mi się sam początek, wprowadzający bardzo niepokojącą atmosferę. Gdyby nie te "efekty specjalne"...
W każdym razie chyba poszukam więcej tego rodzaju produkcji;) 

A skoro jesteśmy przy temacie urban legends - macie jakieś swoje ulubione?
____________________
Źródło zdjęcia: http://i.kinja-img.com/gawker-media/image/upload/s--LK6_KbIO--/c_fit,fl_progressive,q_80,w_636/183dxqxrqwuq2jpg.jpg

5 w 1

Dzień dobry;) A może raczej dobry wieczór...
Nie było mnie, bo czułam się źle. Psychicznie i fizycznie. Właściwie nadal nie jest najlepiej, ale staram się wrócić do stanu równowagi;) 
Wydaje mi się, że jeszcze nie jestem w stanie stworzyć długiego, pełnowartościowego tekstu. Ale chcę wrócić do pisania. Czy jest na to lepszy sposób niż krótki tekst o tym, co czytałam kiedy mnie tu nie było?

Było mrocznie (zresztą zgodnie z obietnicą zawartą w tytule). I bardzo mi się podobało. To dopiero druga książka Marka Krajewskiego, którą poznałam. Ale będę się czaić na kolejne. Tylko ta dziwna czcionka...
I tak, żałuję że nie zabrałam swojego egzemplarza na spotkanie autorskie w Sanoku. Ale przynajmniej mogłam tam być (na wcześniejsze spotkanie w Lesku nie zdążyłam) a pan Marek opowiadał w tak fascynujący sposób...;)









No... bo byłam ciekawa. A temat kobiet mafii interesuje mnie znacznie bardziej niż mafijne pieniądze lub porachunki. 
Tak, dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy. I całej masy obrzydliwych.













Bo były w Biedronce w bardzo atrakcyjnej cenie (w wersji kieszonkowej z o wiele ładniejszą okładką). I dlatego, że lubię Wallandera, a tej części jeszcze nie czytałam.
Wallander jest smutny. Deszczowa Szwecja jest smutna. Smutna Łotwa jest smutna. A ja się doskonale odnajduję w takich klimatach.












Tę serię wyjątkowo czytam w kolejności. Takie lekkie kryminały... To znaczy, nie do końca. Ale za dużo w nich dla mnie elementów obyczajowych, dlatego powieści Lackberg (chociaż dobre) traktuję raczej jako przerywnik, coś pomiędzy mroczniejszymi lekturami. I muszę je sobie dawkować, bo po skończeniu jednej nie mam od razu ochoty na kolejną. "Kamieniarz" jest spoko. Chociaż cała historia jest nieźle pokręcona.











Zaskoczeni? Ja też. Ale to była część misji polegającej na poznawaniu niezbadanych przeze mnie zbyt dokładnie rejonów literatury.
Główna bohaterka ma nadnaturalne moce, jest wyjątkowa i trafia na wakacyjny obóz dla równie "uzdolnionej" młodzieży. I nie może się zdecydować, którego chłopaka wybrać (przy okazji, zwraca uwagę głównie na ich wygląd - a przynajmniej to jest bardzo wyeksponowane. dodajmy, że ma 16 lat). 
Taka sobie powieść. Nie jest rewelacyjna i nie miałam ochoty sięgać po kolejne (trzy) części. Ale, jeśli ktoś lubi takie klimaty i jest w odpowiednim wieku...







To wszystko. Co czytam teraz? Nic. Szukam nowej lektury, ale ciężko mi idzie. A może praca wśród książek sprawia, że chwilami człowiek ma po prostu dosyć? Chociaż... książki nie mogą się znudzić;)
________________________
Źródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/190570/w-otchlani-mroku
2. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/212097/masa-o-kobietach-polskiej-mafii
3. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/28965/psy-z-rygi
4. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/159349/kamieniarz
5. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/205786/urodzona-o-polnocy

Stephen King "Znalezione nie kradzione"




Autor: Stephen King
Tytuł: "Znalezione nie kradzione"
Tytuł oryginału: "Finders keepers"
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 480


"Pobudka, geniuszu"
Jeden słynny autor. Jeden szalony fan. I jeden kufer zawierający bardzo cenny łup z napadu. 
Morris Bellamy ma prawdziwą obsesję na punkcie twórczości Johna Rothsteina, a konkretnie jego trylogii o Jimmym Goldzie. Uważa też, że pisarz zakończył historię tego bohatera w sposób absolutnie niedopuszczalny. I że prawdopodobnie pisze dalej, choć od lat niczego nie opublikował. Dlatego planuje napaść na autora - nie tyle w celu zdobycia pieniędzy (których Rothstein podobno ma dużo), co jego najnowszej twórczości. Pisarz ginie, Bellamy ukrywa łup w bezpiecznym miejscu i... trafia do więzienia za zupełnie inne przestępstwo. Kilkadziesiąt lat później kufer Morrisa znajduje Pete Saubers, syn jednej z osób poważnie rannych w wyniku ataku Pana Mercedesa pod City Center. Jego rodzina ma poważne problemy finansowe i stosy dolarów ukryte w kufrze bardzo się przydadzą. Chłopaka fascynują też notesy z nieznaną twórczością Rothsteina. Problem pojawia się, kiedy Bellamy wychodzi na zwolnienie warunkowe i chce odzyskać swoją własność... Potrzebna będzie pomoc Hodgesa, Holly i Jerome'a.

Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą: tak, to druga część "Pana Mercedesa". Lepsza część.
Pomysł jest prosty, ale świetnie przedstawiony. Ktoś mógłby uznać, że samo "wprowadzenie" - czyli przedstawienie przeplatających się ze sobą historii Morrisa i Pete'a -  jest za długie. Że Hodges i reszta pojawiają się za późno. Ale skoro świetnie się to czyta, a wszystkie elementy układanki do siebie pasują, to po co narzekać?

Kupiłam zaraz po przyjściu do pracy i odkryciu, że nowy King już dojechał!

Nie będę tutaj analizować całej powieści. To po prostu dobry kryminał z nieźle zarysowanymi portretami głównych bohaterów i takim zakończeniem, że... że natychmiast chcę sięgnąć po trzecią część! (swoją drogą, niech mi ktoś wytłumaczy dlaczego King zmienił jej tytuł z genialnego - i w świetle zakończenia mającego ogromny sens - "Suicide prince" na zwyczajne "End of a watch")
Spokojnie, historia Bellamy'ego i Saubersa znajduje swoje, nieco makabryczne, zakończenie. Za to inny wątek, znany z poprzedniej powieści, odżywa...

W dużym skrócie: czytało się świetnie, jestem zachwycona, polecam. King się starzeje, nie da się ukryć. Ale to wcale nie znaczy, że jego najnowsze powieści są złe. O nie!

Moja ocena: 5/6
______________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/246008/znalezione-nie-kradzione
2. Produkcja własna

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Harvey's Dream"/"Sen Harveya"

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Harvey's Dream"/"Sen Harveya"


Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Po zachodzie Słońca" (Albatros, 2009). W oryginale można je przeczytać TUTAJ.


Słoneczny sobotni poranek. Mąż i żona rozmawiają przy kuchennym stole. To małżeństwo, które niewiele już łączy. Miłość wyparowała, codzienność wdarła się drzwiami i oknami, czyniąc ich życie nudnym prawie nie do zniesienia. Ale przecież walczyli o ten związek. Mają trzy córki. Właśnie kiedy Janet pogrąża się w rozmyślaniach na ten temat i zastanawia się, jak dobre byłyby jakieś zmiany, Harvey mówi, że miał w nocy straszny sen. 
"Here comes the scary part. Do you want to hear the scary part?"
Chociaż Janet tak naprawdę nie chce tego słyszeć, jej mąż zaczyna opowiadać. Mówi o pięknym, słonecznym poranku, dokładnie takim jak ten sobotni. Mówi o samochodzie sąsiada stojącym na podjeździe, który ma dziwne wgniecenie (samochód rzeczywiście tam jest, a wgniecenia nie było jeszcze wczoraj... ale w tym momencie jest wyraźnie widoczne). Mówi też o telefonie od jednej z ich córek, która miała do przekazania bardzo złe wiadomości. Podobno, jeśli opowie się komuś swój sen, ten nie ma prawa się spełnić. Tak przynajmniej twierdzi Janet. A przynajmniej bardzo chce w to wierzyć...


Stephen King twierdzi, że powyższa historia przyszła do niego we śnie. I została zapisana od razu, podczas jednego posiedzenia. Można powiedzieć, że to widać - może i nie jest specjalnie rozbudowana, skomplikowana czy wyposażona w gwałtowne zwroty akcji. Może nie wywiera na czytelniku ogromnego wrażenia. Ale Stephen King ma niezwykłą zdolność stopniowania napięcia i kreowania ponurej atmosfery która sprawia, że z pozoru zwykły opis sobotniego poranka przeradza się w historię wywołującą niepokój.

Jeden z krytyków napisał o tej historii, że jest to a parent's worst nightmare, viewed in slow motion. O tak, mogę się z tym zgodzić. Ale w tym opowiadaniu jest coś więcej. Chociaż to do czytelnika należy odkrycie, czy sen Harveya był tylko snem, samospełniającą się przepowiednią, a może czymś jeszcze...

Niepokój. Takie uczucie pojawia się po lekturze. I chociaż nie jest to wybitne opowiadanie (King napisał mnóstwo lepszych), to może warto na chwilkę zatrzymać się i nad takim tekstem. 

Moja ocena: 4/6

A w środę recenzja "Znalezione nie kradzione" (Czy ktoś może zmusić... eee, namówić Kinga, żeby udostępnił mi trzeci tom? Nie przerywa się w takim momencie. Tego się po prostu nie robi)
_________________
Źródło zdjęcia: http://nos.twnsnd.co/image/81297248990

Richard Paul Evans "Papierowe marzenia"



Autor: Richard Paul Evans
Tytuł: "Papierowe marzenia"
Tytuł oryginału: "Lost December"
Wydawnictwo: Między Słowami
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 293



Książka Evansa za niecałe 8 zł? Biorę! Takiej okazji nie można przepuścić;) 
Tak właśnie myślałam, stojąc przed półką pełną wydań kieszonkowych w moim miejscu pracy. Zastanawiałam się jeszcze nad "Słodkim światem Julii", ale ostatecznie padło właśnie na "Papierowe marzenia". To był całkiem dobry wybór.
"Nawet dobrzy ludzie czasami popełniają błędy i podejmują złe decyzje. Od czasu do czasu każdy potrzebuje pomocy."
Tym razem Evans postanowił opowiedzieć czytelnikom historię Luke'a. Luke był kiedyś bardzo bogaty. Jego ojciec, właściciel dużej firmy, zadbał o to, żeby zabezpieczyć syna finansowo. Wysłał go też na studia w nadziei, że dzięki temu chłopak będzie dobrze przygotowany do zarządzania przedsiębiorstwem w przyszłości. Jednak tam Luke poznał bardzo rozrywkową grupę znajomych, do których szybko się przyłączył. Znalazł też dziewczynę. Po skończeniu studiów postanowił - razem z całym tym towarzystwem - wyruszyć w wielką podróż po Europie. Którą w znacznej mierze sam finansował, korzystając z pieniędzy podarowanych mu przez ojca. Kiedy jednak dolary się skończyły, znajomi go zostawili. Tak samo, jak dziewczyna. Luke nie mógł też się zwrócić do taty, z którym praktycznie zerwał kontakt, złamawszy mu uprzednio serce stwierdzeniem, że nie zamierza zarządzać rodzinną firmą i chce się przede wszystkim bawić. Luke został bez pieniędzy, rodziny, przyjaciół. Skończył jako bezdomny. I wtedy...

Nie wydaje się Wam, że ta historia brzmi jakoś znajomo? Bogaty chłopak bierze od ojca swoją część spadku i rzuca się w wir zabawy, a kiedy kasa się kończy "bliscy" go opuszczają? Tak, Richard Paul Evans wyraźnie nawiązuje w tej powieści do historii syna marnotrawnego. Przenosi ją jednak w czasy współczesne i udowadnia, że zawsze jest aktualna. 


Pomysł jest świetny. Zwłaszcza, że rzeczywiście jest to przede wszystkim historia syna marnotrawnego - opowiedziana przez samego Luke'a - a nie romans. Choć i taki (delikatny) wątek się tam pojawia. Jednak nie do końca przekonało mnie wykonanie. Miałam wrażenie, że nawiązania do biblijnej przypowieści były miejscami zbyt wyraźne, za bardzo nachalne. Podobieństwa są oczywiste i nie trzeba było tego podkreślać na każdym kroku. Uczynienie głównego bohatera narratorem tej historii było dobrym rozwiązaniem, ale Luke - zamiast przede wszystkim opowiadać, co go spotkało i pozwalać czytelnikowi na samodzielne wyciągnięcie wniosków - cały czas się tłumaczył i informował, co zrobił źle. Według mnie wystarczyłby cytat z Biblii na początku, kilka wspomnień w tekście i sama fabuła - która też doskonale by się obroniła. 

Jest dobrze, choć mogło być lepiej. Mimo wszystko to wartościowa opowieść (w końcu autor wykorzystał motyw biblijny). Trochę nie rozumiem nachalnego umieszczania na okładkach różnych wydań zakochanej pary... przecież nie o to chodzi w tej historii. No ale...;)

Moja ocena: 4,5/6
___________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/227607/papierowe-marzenia
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Józef Bohdan Dziekoński "Duch jaskini"

Ponure Poniedziałki: Józef Bohdan Dziekoński "Duch jaskini"


Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Władca czasu. Polska nowela fantastyczna" (Wydawnictwo ALFA, 1983).
"Dokoła, jak okiem sięgnąć można było, panowała cisza oświecona bladym światłem księżyca; w dolinie jaskini tylko było życie i to poruszało się przy krwawym migocącym blasku kaganków."
Znudzeni ludzie miewają dziwne pomysły. Bo czyż można uznać za normalny plan, żeby w jaskini położonej niedaleko pewnej miejscowości uzdrowiskowej grupka kuracjuszy i ich znajomych urządziła sobie o północy bal? Nie byłoby w tym nic złego - to w końcu jedynie lekka ekstrawagancja - gdyby nie powód, dla którego organizowano taką rozrywkę. Otóż zazwyczaj o północy w tym miejscu zjawiał się Duch Jaskini - obłąkany człowiek, żyjący w pobliżu - i podobno dyrygował niewidzialną orkiestrą. Pomysł urządzenia balu wynikał zaś raczej z chęci zobaczenia dziwaka "na żywo" niż z chęci pomocy biedakowi. Trochę szkoda.

Józef Bohdan Dziekoński żył w latach 1816-1855. Ukończył studia medyczne, jednak nigdy nie pracował jako lekarz. Jak podaje notka biograficzna zawarta w zbiorze "Władca czasu": twórczość Dziekońskiego cechowało zamiłowanie do fantastyki, tajemniczości, umiejętność wyzyskania fantastyki ludowej.


Przyznaję, że po opowiadaniu zatytułowanym "Duch jaskini" spodziewałam się zupełnie czegoś innego. Jednak zamiast historii o upiorze nawiedzającym to miejsce i straszącym turystów, dostałam tekst o obłąkanym muzyku i grupce znudzonych, szukających mocniejszych wrażeń osób. Co - jeśli się zastanowić - nie brzmi tak źle;)
"Zdawało się, iż lekki dreszcz przebiegł towarzystwo z ostatnim dźwiękiem zegara. Górnym otworem od groty, którędy wpadało światło księżyca, śród jego promieni, wsunęła się cicho wysoka, czarno ubrana, blada, z długimi czarnymi włosami, wpadłymi oczami postać."
Niestety opowiadanie nie jest straszne. Bardzo podobały mi się jednak dwa fragmenty, z których zresztą pochodzą powyższe cytaty: opisy balu w jaskini oraz pojawienia się muzyka. To było coś;) Klimat, jaki na chwilę udało się stworzyć autorowi, w połączeniu z potoczystym językiem, jakiego używał, to mocne punkty tego tekstu. 
Szkoda tylko, że na poszukiwanie prawdziwej grozy muszę się wybrać w zupełnie inne rejony literatury...

Moja ocena: 4/6
___________________
Źródło zdjęcia: http://nos.twnsnd.co/image/61593832809

Colleen Hoover "Maybe someday"




Autor: Colleen Hoover
Tytuł: "Maybe someday"
Tytuł oryginału: "Maybe someday"
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 380

"Jak to możliwe, że dwoje dobrych ludzi, mających dobre intencje, wikła się w coś tak niesamowicie złego?"
Sydney ma wiele: wymarzone studia (pomimo sprzeciwu rodziców), chłopaka i przyjaciółkę-współlokatorkę. Ale wystarczy jedna chwila, żeby większość z tego stracić. W swoje 22 urodziny dziewczyna dowiaduje się, że jej chłopak i przyjaciółka sypiają ze sobą. Zostaje też bez pracy, pieniędzy i mieszkania. Samotną i zrozpaczoną Sydney "przygarnia" Ridge - muzyk z sąsiedztwa, z którym Syd wprawdzie nigdy osobiście nie rozmawiała, ale wymieniła ostatnio sporo sms-ów i pomogła mu w pisaniu tekstów piosenek. Przystojny gitarzysta oferuje jej pokój w swoim mieszkaniu, które dzieli razem z sympatycznym choć aż za bardzo skłonnym do żartów Warrenem i jędzowatą Bridgette. 
Myślicie, że to początek wielkiego romansu? Piękny muzyk z blokadą twórczą dotyczącą pisania tekstów i nieszczęśliwa dziewczyna, która pomaga mu w tworzeniu piosenek? Hm, nie do końca. Tu nic nie jest takie proste. 

To było moje pierwsze spotkanie z Colleen Hoover, ponieważ ominęła mnie fascynacja "Hopeless". Teraz jednak miałam ochotę na podobną lekturę, a muzyk pojawiający się w fabule był dodatkową zachętą;)


Relacja Ridge'a i Sydney jest bardzo skomplikowana. Ciągnie ich do siebie, to pewne. Ale Sydney jest świeżo po bolesnym rozstaniu, a Ridge... on ma swoje problemy i zobowiązania. Obserwowanie, jak ta dwójka próbuje poradzić sobie z rodzącym się uczuciem, jak pracuje nad piosenkami dla zespołu Ridge'a i jak toczy bitwę na głupie psikusy z Warrenem było fascynujące;)
Mimo wszystko pierwsza połowa powieści podobała mi się bardziej. Może dlatego, że wtedy nie wiedziałam jeszcze wszystkiego o dwójce głównych bohaterów, że oni sami dopiero się poznawali (choć w jakże dziwnych i burzliwych okolicznościach) i że fabuła nie skupiała się tylko na ich relacji.

Bardzo podobał mi się wątek muzyczny. Gra na gitarze, śpiew, pisanie tekstów... a także to, że czytelnik może naprawdę posłuchać piosenek, które stworzyli Ridge i Sydney (dla zainteresowanych: TUTAJ). 

To idealna historia na oderwanie się od problemów albo po prostu na odpoczynek po pracy. Chociaż nie mam pojęcia, na ile kwestie opisane w tej książce (a dotyczące muzyki i zdrowia) są przedstawione w odpowiedni sposób. Tutaj muszę zasięgnąć porady moich ekspertów, czyli - w tym przypadku - przyjaciółki i chłopaka.

"Maybe someday" to interesująca i trochę nietypowa (przynajmniej dla mnie) historia. Zakończenie nieco mnie rozczarowało, liczyłam na coś innego. Ale polubiłam dwójkę głównych bohaterów, którzy wydali mi się naprawdę rozsądnymi i zdolnymi do poświęceń osobami. A jednocześnie tak bardzo pragnęli miłości... i tak bardzo kochali muzykę. Doceniam też poczucie humoru autorki - to zawsze jest mile widziane;)

Nieidealna historia o nieidealnych ludziach. Za to przeczytałam ją w idealnym dla mnie momencie;)

Moja ocena: 4,5/6
____________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/251187/maybe-someday
2. http://splitshire.com/wp-content/uploads/2014/02/SplitShire_IMG_6119.jpg
Ponure Poniedziałki: Wyniki konkursu i...

Ponure Poniedziałki: Wyniki konkursu i...


Dziś nie będzie recenzji - spędziłam bardzo udany (i bardzo gorący) weekend w Krakowie, co poskutkowało kompletnym brakiem czasu na czytanie i pisanie (jak zwykle). 

W każdym razie...
... cieszę się, że zechcieliście podzielić się ze mną swoimi opowieściami o nietypowych, nadprzyrodzonych zjawiskach. Obawiałam się, że taka dyskusja nie będzie cieszyła się zainteresowaniem. Na szczęście było inaczej;) 

Obiecaną nagrodę-niespodziankę otrzymuje Powiało chłodem, za niezwykle interesującą i do tego dobrze napisaną opowieść, która dodatkowo wywołała u mnie ciarki;) Mail do Ciebie zaraz poleci;)

Mam jeszcze pytanie do Was: czy możecie polecić jakieś dobre książki opowiadające o egzorcyzmach (poza "Egzorcystą", oczywiście). Chodzi mi zarówno o powieści, jak i książki oparte na faktach. Czytaliście coś na ten temat?

Życzę miłego poniedziałku!
Ponure Poniedziałki: Stefan Grabiński "Głucha przestrzeń (Ballada kolejowa)"

Ponure Poniedziałki: Stefan Grabiński "Głucha przestrzeń (Ballada kolejowa)"


Tekst pochodzi ze zbioru "Demon ruchu i inne opowiadania" (Zysk i S-ka, 2011).
"Nareszcie zobaczył. W wylocie czeluści zaświeciła para oczu, para olbrzymich, złotożółtych ślepiów i rosła, rosła, zbliżała się..."
Mianem "głuchej przestrzeni" określono porzucony odcinek torów pomiędzy Orszawą a Byliczem. Niegdyś często jeździły tamtędy pociągi, panował tam ruch i gwar. Teraz w pobliżu zbudowano nową linię, a stare tory i mała stacyjka zaczęły popadać w ruinę. Do czasu, aż swoją kandydaturę na dróżnika tego odcinka zgłosił były konduktor, Szymon Wawera. Dróżnik wcale nie był tam potrzebny - pociągi jeździły inną trasą, a "głucha przestrzeń" była przeznaczona do likwidacji. Ale Wawera się uparł. I nie chciał za swoją pracę żadnych pieniędzy. Ostatecznie zamieszkał więc w domku dróżnika i rozpoczął renowację budynków i torów. I czekał, czekał...


Stefan Grabiński był niesamowity. Nie musiał pisać o morderstwach i różnych okropnościach, żeby zmrozić krew w żyłach czytelnika. Potrafił stworzyć taką atmosferę i takie napięcie, że... nawet sam opis zwykłych, codziennych prac wykonywanych przez Wawera wywoływał we mnie niepokój. Tym bardziej, że wszystko rozgrywało się na odludnej przestrzeni, wśród dawno porzuconych sprzętów. Tylko od czasu do czasu można było usłyszeć tam dziwne odgłosy, jakby echa dawnych wydarzeń. Nic więc dziwnego, że od początku miałam wrażenie, że - cytując Stephena Kinga - COŚ SIĘ STANIE. I rzeczywiście tak było. 
Można jedynie zadać sobie pytanie o naturę tych zjawisk. Czy wszystko rozgrywało się jedynie w umyśle starego dróżnika czy też wydarzyło się naprawdę? Kto wie.

"Głucha przestrzeń" nie jest najlepszym opowiadaniem Grabińskiego, jakie czytałam. Ale zawiera w sobie wszystkie elementy charakterystyczne dla twórczości tego autora, przynajmniej tej, która zalicza się do tak zwanego "horroru kolejowego". Dlatego jak najbardziej polecam. Chociaż jeśli dopiero zaczynacie przygodę z takimi klimatami, sięgnijcie najpierw po "Ślepy tor" albo "Sygnały". 

Czy w Waszej okolicy są stare, opuszczone stacje kolejowe? Zarośnięte torowiska? W mojej tak. Wybierzcie się tam wieczorem na spacer. Poczujcie ten klimat. Tylko uważajcie na pociągi. Co z tego, że już dawno tamtędy nie jeżdżą? Nigdy nie wiadomo...
"Sza! To tajemnica! Tajemnica głuchej przestrzeni."
Moja ocena: 5/6

Przypominam o nietypowym konkursie;)
___________________
Źródło zdjęcia: http://kaboompics.com/one_foto/37
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger