Dean Koontz "Apokalipsa"

Dean Koontz "Apokalipsa"




Autor: Dean Koontz
Tytuł: "Apokalipsa"
Tytuł oryginału: "The Taking"
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2006
Liczba stron: 352



"Wyobraźnia ludzka to prawdopodobnie coś najbardziej elastycznego we wszechświecie, zdolnego objąć miliony planów i marzeń, przez wieki budujących współczesną cywilizację, żywić niekończące się wątpliwości, towarzyszące każdemu ludzkiemu przedsięwzięciu, oraz tworzyć zastępy upiorów, dręczących każde ludzkie serca."
Pewnej nocy budzą cię odgłosy ulewy. Wstajesz i wyglądasz przez okno. Stwierdzasz, że ten deszcz jest dziwny - skrzy się srebrno i wydaje się świecić. Wychodzisz na zewnątrz i czujesz, że woda lejąca się z nieba ma bardzo nietypowy zapach. Zaczynasz się niepokoić. Ale w końcu to tylko deszcz... nie może być początkiem apokalipsy, prawda?

Zaczęło się świetnie. Sceny, w których główna bohaterka, Molly, przygląda się ulewie, kiedy jej mąż budzi się z krzykiem z koszmarnego snu i kiedy wspólnie odkrywają, że ziemię opanowują przybysze z kosmosu, były naprawdę bardzo dobre. Działały na wyobraźnię. Pomysł z upiornie jarzącym się deszczem uznałam wręcz za genialny. Niestety później, aż do zakończenia - które było w miarę sensowne - działy się straszne rzeczy (w złym znaczeniu tego słowa).


Dean Koontz wykorzystał swoje stare, sprawdzone schematy: zakochana para, niezwykle inteligentne psy... Sięgnął też do wielu motywów znanych z innych horrorów. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby zwyczajnie nie przedobrzył.
Kiedy pojawia się UFO, na ziemi zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Nagle wyrastają krwiożercze, ohydne rośliny, zmarli powracają jako coś w rodzaju zombie, mordercy wydostają się z więzień (bo wśród ludzi panuje chaos), główną bohaterkę straszą ożywiona lalka i jakby nawiedzony dom... Za dużo tego wszystkiego! Fabuła staje się nudna, rozwleczona i traci sens. W pewnym stopniu ratuje ją na szczęście zakończenie. Cieszy mnie to, bo już myślałam, że nie poznam przyczyny inwazji UFO.

Książka nie należy do najlepszych powieści Deana Koontza. Ale trzy momenty zasługują na uwagę, ze względu na znakomitą konstrukcję i mroczny klimat:
- początek, kiedy bohaterowie jeszcze nie wiedzą, co się dzieje i obserwują dziwny deszcz oraz urywające się relacje telewizyjne;
- scena przybycia obcych na międzynarodową stację kosmiczną. Creepy;
- przerażające odbicia w lustrze.


Podsumowując: dobry pomysł i kilka świetnie skonstruowanych scen to zdecydowanie za mało, żeby stworzyć horror godny uwagi. Jeśli chodzi o tematykę apokaliptyczną, niełatwo jest przebić Stephena Kinga i "Bastion" - nic więc dziwnego, że i wizja Koontza nie wzbudziła mojego szczególnego uznania. Może, gdyby autor ograniczył liczbę "straszaków" i pozbył się kilku niepotrzebnych wątków (ojciec Molly i jej trudne dzieciństwo) powstałaby bardziej spójna opowieść i moglibyśmy przeczytać całkiem przyzwoity horror.
A tak... pozostaje nadzieja, że moje następne spotkanie z tym autorem będzie bardziej udane.

Moja ocena: 3,5/6

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania "Modern terror"



TynipicTynipic
______________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/28870/apokalipsa
2. https://www.pinterest.com/pin/304767099759620884/
3. https://www.pinterest.com/pin/117093659032785051/
Kapitalna Klasyka: Johann Wolfgang Goethe "Cierpienia młodego Wertera"

Kapitalna Klasyka: Johann Wolfgang Goethe "Cierpienia młodego Wertera"

Tak, nowy cykl na blogu;) Pomysł jest prosty: chcę wrócić do niektórych klasycznych lektur, które czytałam już dosyć dawno, chcę też poznać dotąd omijane tytuły. Wiecie, poszerzanie horyzontów i te sprawy;) Poza tym, lubię klasykę. Często kontakt z nią to dla mnie czysta przyjemność. 
Chociaż określenie "klasyka" będę traktować dosyć szeroko.
Posty będą pojawiać się nieregularnie i nie będą miały formy "zwyczajnych" recenzji. Nie czuję się na siłach, żeby recenzować klasykę;)
Do czego doprowadzą mnie te spotkania z (niestety nie zawsze) kapitalną klasyką? To się okaże!

Będzie zacnie, milordzie!

Autor: Johann Wolfgang Goethe
Tytuł: "Cierpienia młodego Wertera"
Tytuł oryginału: "Die Leiden des jungen Werthers"
Data pierwszego wydania: 1774 r.
Liczba stron (wydanie PIW, 1984): 109

Nie tylko Lotta nie kochała biednego Wertera. Ciepłymi uczuciami nie darzą go również uczniowie, którzy muszą czytać o jego nieszczęśliwej miłości. Dlaczego?

Pamiętam, że kiedy czytałam "Cierpienia młodego Wertera" po raz pierwszy, byłam pod wrażeniem. Historia wrażliwego młodzieńca, który zakochuje się w pięknej córce komisarza, zaręczonej z innym, bardzo mnie poruszyła. Po kilku latach wróciłam do tego tekstu i... mogę z całą pewnością powiedzieć, że nie polubiłam Wertera. Jego egzaltacja, niektóre przemyślenia, a także czytanie o jego sposobach poradzenia sobie z uczuciem, które przyszło bardzo nie w porę, bywały męczące. Nie czułam więc do niego sympatii. A jednak współczułam mu i rozumiałam. Przynajmniej częściowo. Może dlatego, że dawno - podczas pierwszej lektury - mogłam się w pewnym stopniu z nim identyfikować. Nieszczęśliwa miłość, te sprawy. 
Jednak nie zgadzam się z twierdzeniem Goethego, który po latach od wydania tej książki powiedział: "Byłoby źle, gdyby ktoś nie miał w swym życiu okresu, kiedy mu się wydaje, że Werter napisany został tylko dla niego". Osobiście wolałabym pominąć ten cały weltschmerz i przejść do kwestii "i żyli długo i szczęśliwie".

Caspar David Friedrich, "Dwaj mężczyźni kontemplujący księżyc"
Fragment tego obrazu znalazł się na okładce mojego wydania "Wertera".

Ale wróćmy do tematu. Książka wywarła na współczesnych Goethemu czytelników ogromny wpływ. Posłuchajcie:
"Dzieło wznieciło ogień, słomiany ale i niweczący, jakiego nie wywołała dotychczas i później żadna książka niemiecka. Grasowała epidemia werterowska, gorączka werterowska, moda werterowska, młodzi panowie zjawiali się w towarzystwie w niebieskich frakach i żółtych kamizelkach, tak jak w powieści. Odbierano sobie życie na modłę Wertera, obchodzono uroczystości ku czci Wertera nad grobem jego pierwowzoru, gromiono książkę o Werterze z ambon, pojawiały się karykatury Wertera, i to trwało nie rok, lecz dziesiątki lat, w Niemczech, w Anglii, Francji, Holandii, w krajach skandynawskich; Goethe notuje, że nawet Chińczycy malowali Lottę i Wertera na porcelanie. Największym triumfem Goethego były słowa Napoleona, który powiedział w czasie spotkania z nim, że czytał książkę kilka razy."
Na pewno słyszeliście też, że Lotta istniała naprawdę. Jednak wybranka Wertera nie jest jej wiernym odbiciem. Mimo wszystko to poznani w Wetzlarze Charlotta Buff, jej rodzina i narzeczony stali się choć w części inspiracją do napisania "Wertera". 
Nie myślcie sobie, że Goethe opisał w "Cierpieniach..." swoje prawdziwe uczucia względem Lotty. Owszem, była mu bliska, ale to nie było uczucie skłonne przywieść młodego Johanna do rozpaczy. Choć był w tej historii inny młodzieniec, który popełnił samobójstwo...
"Młody Jerusalem z poselstwa brunszwickiego, zastrzelił się - z nieszczęśliwej miłości i z urażonej dumy [...] Był nad wyraz wrażliwym i uczuciowym młodzieńcem, który zbytnio brał urazy do serca. Jego przełożony obchodził się z nim szorstko na służbie, a w towarzystwie, dumnym ze swojego szlachectwa, Jerusalem miał przykrości, ponieważ przypuszczano, że podawał się w Wetzlarze bezprawnie za szlachcica. Mąż kobiety, którą uwielbiał, zabronił mu wstępu do swojego domu; Jerusalem pożyczył sobie od Kestnera [który był pierwowzorem postaci Alberta] pistolety i zastrzelił się. Goethe przeraził się jego losem: Bóg wie, może samotność złamała mu serce..."
Goethe i Lotta, "Zakochany Goethe".
Nieco inaczej pobyt pisarza w Wetzlarze przedstawili twórcy filmu "Zakochany Goethe" (w oryginale po prostu "Goethe!"). Można go obejrzeć, za darmo i legalnie, TUTAJ. Seans będzie ciekawszy, jeśli w trakcie zdołacie wyłapać różne nawiązania do twórczości Goethego. 
Swoją drogą, właśnie znalazłam film "Fak ju Goethe" - o złodzieju, który ukrył łup z ostatniego napadu pod szkolną salą gimnastyczną i teraz, żeby go odzyskać, zatrudnia się tam jako nauczyciel języka niemieckiego. Tak, to jest komedia. Tak, niemiecka komedia (czy to nie powinno się wykluczać?).
A jeżeli szukacie sprawdzonych informacji biograficznych, sięgnijcie do książki Richarda Friedenthala "Goethe i jego czasy" (Czytelnik, 1969), z której pochodzą wykorzystane przeze mnie w tym poście cytaty.

Jak to w końcu jest z tym Werterem? Zachwyca czy nie zachwyca? Hm, to już sprawa indywidualna. Na pewno warto wiedzieć, o co chodzi w całej historii i mieć na ten temat własne zdanie. Mnie w "Cierpieniach..." fascynuje opis nieszczęśliwej miłości oraz wpływ, jaki książka miała na pierwszych czytelników. Szkoda tylko, że dla niektórych akurat ta przygoda z literaturą zakończyła się tragicznie...

TynipicTynipic
_________________
Źródła zdjęć:
1. http://pl.wikipedia.org/wiki/Dwaj_m%C4%99%C5%BCczy%C5%BAni_kontempluj%C4%85cy_ksi%C4%99%C5%BCyc
2. https://www.pinterest.com/pin/389772542723142988/
Ponure Poniedziałki: Peter Straub "A Short Guide to the City"

Ponure Poniedziałki: Peter Straub "A Short Guide to the City"

Opowiadanie (w oryginale) można przeczytać TUTAJ


"The viaduct killer, named for the location where his victims' bodies have been discovered, is still at large"
Tym zdaniem rozpoczyna się opowieść o pewnym niewielkim mieście gdzieś w USA. Myślicie, że to będzie historia o poszukiwaniach seryjnego mordercy? Niezupełnie. Spójrzcie jeszcze raz na tytuł...

Całość przypomina ulotki dla turystów, opisujące miejsca warte uwagi. Narrator prowadzi nas przez poszczególne dzielnice i przedstawia zarówno konkretne części miasta, jak i ich mieszkańców. Nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie fakt, że to dosyć specyficzni ludzie. I gdyby nie kolejne informacje o mordercy z wiaduktu, wtrącane jakby mimochodem pomiędzy opisy miejsc, które można odwiedzić.


Peter Straub to amerykański pisarz, autor horrorów, wielokrotny zdobywca Nagrody Brama Stokera. Opowiadanie "A Short Guide to the City" po raz pierwszy ukazało się w jego zbiorze "Houses without doors", w roku 1990.

Tekst niepokoi. Miasto przedstawione w "przewodniku" początkowo wydaje się idylliczne - oczywiście jeśli zapomnimy o mordercy. Szybko jednak okazuje się, że sami mieszkańcy też nie zawsze mają pokojowe zamiary. Chociaż raczej nie mówi się o tym publicznie. Po prostu nie wszędzie (lub nie o każdej porze) zaprasza się turystów. Ponieważ są miejsca, w które lepiej się nie zapuszczać, jeśli chce się wyjść z tej wycieczki w całości. 
Oczywiście na pozór wszystko jest w porządku. Ale zbrodnie w domowym zaciszu, dziecięce "gangi" czy getto, którego mieszkańcy nie powinni opuszczać jego granic, świadczą o czymś wręcz przeciwnym.
"We are ambivalent about violence"

To dosyć specyficzny tekst i mam z nim problem. Według interpretacji, którą czytałam, zachowanie mieszkańców - a także zbudowany tylko częściowo, a następnie opuszczony most, który ich przyciąga i który stał się niejako symbolem miasta - kryją głębsze znaczenie. Nigdy jednak nie byłam dobra w tego rodzaju analizach, zwłaszcza jeśli chodzi o teksty grozy, od których oczekuję (oczywiście oprócz sensu, również tego głębszego, ale bez przesady) przede wszystkim przerażenia. 
Dlatego zastanawianie się nad przesłaniem, które skrywa to opowiadanie, zostawiam Wam. Sama zostaję z obrazem dziwnego, wcale-nie-idealnego miasta i mordercy, który ukrywa się gdzieś wśród jego mieszkańców...

Moja ocena: 4,5/6 

TynipicTynipic
_________________________
Źródła zdjęć:
1. http://vergvoktre.deviantart.com/art/Peak-Hour-454622493
2. http://vergvoktre.deviantart.com/art/In-The-Year-2525-373906934

Philip Pullman "Baśnie braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury"




Autor: Philip Pullman
Tytuł: "Baśnie braci Grimm dla dorosłych i młodzieży. Bez cenzury"
Tytuł oryginału: "Grimm tales for young and old"
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 462



Dawno, dawno temu...
...a nie, to nie ta bajka.
W pierwszej połowie XIX wieku dwaj bracia, Jacob i Wilhelm, postanowili zająć się zbieraniem niemieckich baśni ludowych. Zgromadzili opowieści o Jasiu i Małgosi, dzielnym krawcu, śpiącej królewnie, o krzaku jałowca, czerwonym kapturku, żabim królu... 
Trzeba jednak pamiętać, że każdy narrator baśni może w dowolnym momencie dodać coś od siebie, może też interpretować opowieść w dowolny sposób. Nawet poszczególne wydania przygotowane przez Grimmów różniły się niekiedy, jeśli chodzi o szczegóły niektórych historii. Opisywana dzisiaj książka przedstawia wersje Philipa Pullmana, który chciał przedstawić najlepsze, najciekawsze z nich [z baśni], oczyszczając je ze wszystkiego, co utrudnia swobodny bieg narracji. [...] Wszystkie zmiany, jakich dokonałem, miały sprawić, by opowieść, relacjonowana moim głosem, rozwijała się naturalnie.

Tak mógłby wyglądać zamek śpiącej królewny...

Innymi słowy... to nie są baśnie "bez cenzury". To są po prostu teksty pozbawione wszelkich ozdobników, opisów przyrody czy wyglądu bohaterów (oprócz określeń takich jak: była piękna, był brzydki). Za to bardzo konkretne. Nie rozumiem jednak, co miałoby w nich szokować. Polski tytuł (zauważcie, że angielski wcale taki nie jest) sugeruje jakieś kontrowersyjne treści. Może i nie wszystkie teksty zgromadzone w tej książce przeczytałabym dzieciom, ale naprawdę... nastawiałam się na coś innego.

Nie myślcie jednak, że czytanie tej książki było dla mnie stratą czasu. Powrót do dobrze znanych z dzieciństwa opowieści był w gruncie rzeczy bardzo przyjemny, a komentarze Philipa Pullmana oraz informacje dotyczące pochodzenia, a także innych wersji znanych baśni, okazały się interesujące. I to one stanowią duży plus tego wydania. O pięknej okładce nie wspominając.

...a tak las, przez który czerwony kapturek wędrował do babci.

Opowieści zgromadzone w tym zbiorze w niezwykły sposób działają na wyobraźnię. Jak to z baśniami bywa. Raczej nie znalazłam wśród nich tej jednej, ulubionej, ale... historia o dwunastu księżniczkach, które co noc wymykały się z zamku i tańczyły aż do zdarcia pantofelków, bardzo mi się podobała. 

Wiecie co? Teraz chętnie przeprowadziłabym mały eksperyment i sięgnęła do innego wydania baśni braci Grimm. Choćby do tego, które dostałam jako dziecko i które nadal stoi na mojej półce (i stać będzie, nie oddam go nikomu). Chciałabym się przekonać czy lektura baśni nie będących takimi "oczyszczonymi" tekstami, nie pozbawionych dygresji i ciekawej narracji, będzie większą przyjemnością niż sięganie do - jak mówi sam autor - czystych jak woda wersji Pullmana. Kto się do mnie przyłączy?;)

TynipicTynipic
______________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/231374/basnie-braci-grimm-dla-mlodziezy-i-dla-doroslych-bez-cenzury
2 i 3. http://filing.pl/magiczne-krajobrazy-zainspirowane-basniami-braci-grimm/
Ponure Poniedziałki: Prosper Merimee "Lokis. Rękopis profesora Wittembacha"

Ponure Poniedziałki: Prosper Merimee "Lokis. Rękopis profesora Wittembacha"

Tak. To tak jakby logo PP.

Tekst można znaleźć w zbiorze "Fantastyczne opowieści" (Wydawnictwo Literackie, 1975).


Żmudź. Gęste, litewskie lasy, dzikie zwierzęta (zwłaszcza niedźwiedzie) i niesamowita atmosfera. Do tego świata, w którym żywo obecne są ludowe wierzenia i zabobony, przybywa profesor Wittembach. Ten etnograf i lingwista bada język żmudzki, gdyż zlecono mu przetłumaczenie nań Ewangelii wg św. Mateusza. Uczony nawiązuje znajomość z ekscentrycznym hrabią Michałem Szemiotem i jego piękną narzeczoną, Julią. Od początku jednak mężczyzna ma poczucie, że coś jest bardzo nie w porządku. Dziwne, jakby zwierzęce zachowanie hrabiego, obłęd, w który popadła jego matka (i podejrzany doktor, mający dziwne poglądy na proces jej leczenia), spotkanie w lasach wiedźmy i jej złowróżbne słowa skierowane do Szemiota... Wszystko to wprowadza nerwową atmosferę. I sprawi, że profesor na długo zapamięta tę podróż...


Prosper Merimee żył w latach 1803-1870. Był Francuzem. Oprócz pisania i tłumaczenia (literatury rosyjskiej, hiszpańskiej i angielskiej), zajmował się również prawem, historią i archeologią. Sławę zyskał dzięki nowelom i opowiadaniom, takim jak "Lokis", "Wenus z Ille" czy "Carmen", która stała się inspiracją dla Georgesa Bizeta.

Do tekstu bardzo pasuje określenie "opowieść fantastyczna". Wprawdzie "Lokis" jest klasyfikowany jako nowela grozy, jednak samej grozy nie znajdziemy w nim zbyt wiele (przynajmniej ja nie znalazłam). Za to fantastyczny, lekko niepokojący nastrój, jest stale obecny.


Uważni czytelnicy już na początku odnajdą wskazówki co do dalszego przebiegu całej historii. Podczas lektury miłośnicy literatury okresu romantyzmu będą zadowoleni. Podobnie jak osoby chętnie odnajdujące w dziełach zagranicznych pisarzy polskie wątki ("Trzech budrysów"). Również ludzie interesujący się kulturą i językiem dawnej Żmudzi powinni być usatysfakcjonowani. Szkoda tylko, że autor nie wprowadził nieco więcej grozy do swojej opowieści - warunki były idealne. Niektórych mogą też znudzić pewne fragmenty. Mi jednak te dygresje (opisy natury, rozmowy bohaterów dotyczące różnych tematów) nie przeszkadzały.

"Lokis" to nowela tak znana (przynajmniej w moim odczuciu), że trochę wstyd jej nie przeczytać.W każdym razie lekturę, a następnie obejrzenie ekranizacji w reżyserii Janusza Majewskiego, będę szczerze polecać. Ale nie spodziewajcie się po nich dużej dawki grozy czy wywołania silnych emocji. Niestety.

Moja ocena: 4,5/6

Opowiadanie przeczytane również w ramach wyzwania "Groza z zamierzchłych czasów"


TynipicTynipic
_______________________
Źródła zdjęć:
1. https://www.pinterest.com/pin/534521049498060851/
2. https://www.pinterest.com/pin/292874781988807705/

Trzynaście linków #6

Dzisiaj będzie bibliotekarsko. Przynajmniej, jeśli chodzi o ilustracje do samego wpisu. Po prostu muszę się nacieszyć moim statusem bibliotekarki, dopóki jeszcze pracuję;)
Btw, jest zagadka: który obrazek można śmiało uznać za moją podobiznę?






Na pierwszym miejscu oczywiście Flynn Carsen. W pełni popieram;)

Czego to ludzie nie zostawiają w książkach... A jeśli chodzi o przedostatnie zdjęcie - serio? Ja naprawdę lubiłam "Syzyfowe prace".
Czyli powinnam mieć na imię Abigail albo Nanette? Nie, dziękuję.


Sama jestem (od niedawna) fanką "The Lizzie Bennet Diaries".

Dla mnie (konieczna) powtórka z zajęć, dla Was (być może) nowa wiedza;)

Nie fascynują Was takie opowieści?


Przyznaję, żadnego z tych faktów wcześniej nie znałam.

Nie próbowałam jednocześnie zmywać naczyń i czytać. Jeszcze...
Bardzo dobra recenzja biografii, która mnie fascynuje. Nie tylko dla miłośników kina i historii.


Czyli co nas wkurza w książkach. Ktoś sie zgadza?

Wiem, Super Bowl już za nami (tak, jakby ktoś z nas to oglądał...) Ale gdyby ktoś szukał powieści związanej ze sportem, tu jest mała ściągawka.

Nie wiecie, o co chodzi z tym szkorbutem (Oprócz tego, że jest to nazwa choroby...ale ja nie o tym. W każdym razie nie tylko) ? Wstydźcie się.


Od czasu do czasu trzeba sobie przypomnieć o tym filmie (książki nie cierpię, poza tym film był pierwszy... poza tym grał w nim Robin Williams, więc...)

Dziękuję za uwagę. Jeszcze kilka pytań: czy niedawno zainstalowany na blogu disqus nie sprawia Wam kłopotu? Czy możecie polecić jakieś strony/artykuły, które mogłyby się tutaj znaleźć w następnym odcinku? Czy oddaliście w terminie książki do biblioteki?

                                                                  TynipicTynipic  
__________________________
Źródła zdjęć:
1. https://www.pinterest.com/pin/483574078714997061/
2. https://www.pinterest.com/pin/483574078714996906/
3. https://www.pinterest.com/pin/483574078714996885/
4. https://www.pinterest.com/pin/483574078714151470/
5. https://www.pinterest.com/pin/483574078714901928/

Stanisław Kryciński "Bieszczady. Od Komańczy do Wołosatego"




Autor: Stanisław Kryciński
Tytuł: "Bieszczady. Od Komańczy do Wołosatego"
Wydawnictwo: Libra
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 274




Skąd wzięły się nazwy bieszczadzkich miejscowości? Jaka jest historia tych wsi i miasteczek? Jacy byli ludzie w nich mieszkający - nie tylko pod względem narodowości, ale też charakteru? Na te i wiele innych pytań odpowiada w swojej najnowszej książce Stanisław Kryciński.

Autor jest z wykształcenia chemikiem. Historia i krajoznawstwo, szczególnie w odniesieniu do południowo-wschodniej Polski, to jego pasje. W jego dorobku wydawniczym znajduje się kilkanaście opracowań dotyczących tego regionu. Pozycja zatytułowana "Bieszczady. Od Komańczy do Wołosatego" jest niejako kontynuacją wydanej rok wcześniej książki "Bieszczady. Tam gdzie diabły, hucuły, ukraińce". Autor opisuje w niej te fragmenty regionu, którym nie poświęcił miejsca w poprzednim opracowaniu. Znajdują się tutaj informacje m.in. o dolinie Osławy, Wołosatym, Lutowiskach czy Otrycie. Wiadomości dotyczące historii i geografii poszczególnych obszarów połączono z opisem kultury tych ziem oraz przedstawieniem działalności znanych osób związanych z Bieszczadami, takich jak Wincenty Pol czy Kazimierz Józef Turowski. Szczególną zaletą publikacji jest zebranie informacji dotyczących etymologii nazw wielu miejsc w Bieszczadach. Może to być niezwykle interesujące dla osób zaciekawionych tematem.
Dobre uzupełnienie tekstu stanowią mapy, częściowo przedstawiające opisywane tereny, oraz zdjęcia - głównie zabytków architektonicznych. Szkoda jednak, że fotografie są wyłącznie czarno-białe.

Są Bieszczady, musi być zdjęcie misia!

Opracowanie, oprócz niewątpliwych zalet, posiada też kilka wad.
Chociaż autor zastosował podział na rozdziały i podrozdziały, które w założeniu miały dotyczyć poszczególnych miejscowości i tematów, nie można się oprzeć wrażeniu, że w jego opowieść wkradł się pewien chaos. Informacje dotyczące tych samych osób czy wsi można znaleźć w różnych częściach książki, a sam spis treści nie zawsze pomaga w ich zlokalizowaniu. W związku z tym idealnym uzupełnieniem publikacji byłyby indeksy: nazw geograficznych oraz nazwisk, jak również spis zamieszczonych ilustracji.
Wartość książki obniża również bardzo niestarannie wykonana korekta. Źle odmienione wyrazy, błędy interpunkcyjne czy brak polskich znaków są powszechne. Zdania takie, jak: Byli to tak zwani Wołosi, czyli mieszana etnicznie karpacką ludność pasterską osadzana, między innymi w bieszczadzkich wsiach, na prawie wołoskim albo Bydło to kupowane było chętnie nawet przez kupców w zachodniej Europy; (zamiana "z" na "w" zdarzała się bardzo często) czy Z Leska obaj panowie, wraz asystą, wybrali się samochodem nie zawierają wprawdzie poważnych błędów, ale i tak wywołują irytację czytelnika. O ile na kilka pomyłek byłoby można przymknąć oko, o tyle na bardzo często pojawiające się niedociągnięcia nie sposób nie zwrócić uwagi.
I jeszcze jeden zarzut. Właściwie to uwaga. Autor opisuje oddziały UPA tak, jakby to byli zwykli partyzanci. Jakby nie zrobili niczego złego, jedynie bronili Ukraińców mieszkających w Bieszczadach. Ale ja też tu mieszkam, znam historię i słuchałam opowieści mojej Babci o "banderowcach"...

"Bieszczady. Od Komańczy do Wołosatego" to interesująca pozycja. Piękna okładka skrywa ciekawą treść, uzupełnioną mapami i ilustracjami. Czerpanie przyjemności z lektury oraz korzystanie z książki w celach naukowych utrudniają jednak chaotyczny układ tekstu, mnogość błędów oraz mało rozbudowany aparat pomocniczy.
Mimo wszystko jest to lektura godna uwagi, zwłaszcza dla osób mieszkających na opisywanych terenach oraz - po prostu - kochających Bieszczady i interesujących się ich historią. Szczególnie, jeśli o tej historii mają już jakieś pojęcie.

TynipicTynipic
______________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/243083/bieszczady-od-komanczy-do-wolosatego
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Hector Hugh Munro (Saki) "Otwarte okno"

Ponure Poniedziałki: Hector Hugh Munro (Saki) "Otwarte okno"

Opowiadania wysłuchałam TUTAJ.
Można je też znaleźć w antologii "Tchnienie grozy" (Wydawnictwo Poznańskie, 1974).


Mąż i dwaj bracia pani Sappleton bardzo lubili polowania. Kiedy wybierali się na łowy, mieli w zwyczaju wychodzić z domu przez francuskie okno w salonie, które aż do ich powrotu pozostawało otwarte. Zawsze wracali tą samą drogą. Pewnego dnia panią Sappleton odwiedził mężczyzna, który przyjechał do jej miejscowości w celach leczniczych. Usłyszał wtedy od jej piętnastoletniej siostrzenicy historię ostatniego polowania wspomnianej wyżej trójki - zakończonego ich zaginięciem i prawdopodobnie śmiercią. Nic więc dziwnego, że kiedy pani domu, według słów dziewczyny nie dopuszczająca do siebie myśli o tej tragedii, wpatrując się w otwarte okno w pewnym momencie radośnie oświadczyła: "O, już wracają!", mężczyznę ogarnęło przerażenie...


Historia mogłaby się skończyć już w tym momencie. Czy to nie byłoby przerażające? Całość, odpowiednio ubrana w słowa (na przykład tak, jak zrobił to sam Saki), stałaby się świetną opowieścią do straszenia obozowiczów przy ognisku (i wcale nie umniejsza to jej wartości!). Ale wiecie, i tak nią jest. Właśnie ze względu na dalszy ciąg, który jest po prostu... mischievous (jeśli mogę posłużyć się angielskim słowem).

Hector Hugh Munro, znany również jako Saki, żył w latach 1870-1916. Był angielskim pisarzem, określanym mianem "master of the short story". Jego opowiadania, przewrotne i niepozbawione humoru, zapewniły mu sławę.

"Otwarte okno" to doskonale skonstruowana opowieść, której kluczowym bohaterem nie jest mężczyzna odwiedzający panią Sappleton. Nie chodzi również o samą gospodynię. Najważniejsza tutaj jest jej siostrzenica, która opowiada historię tragicznego w skutkach polowania i która będzie miała decydujący wpływ na zakończenie. Bardzo ciekawy zabieg.


Historia jest prosta, ale jednocześnie zaskakująca Cały czas zastanawiam się jednak nad zakończeniem. Wersja, na którą zdecydował się autor sprawiła, że - według mnie - napięcie, które udało mu się wcześniej stworzyć, nagle gdzieś wyparowało. Trochę szkoda. Ale rozumiem koncepcję Munro.

Humor, przewrotność, zaskoczenie - to określenia doskonale pasujące do "Otwartego okna". I chociaż sama nie jestem w pełni przekonana (już przez chwilę prawie się bałam, a autor to zepsuł), polecam to opowiadanie. Zwłaszcza w wersji audio;)

Moja ocena: 4/6

Opowiadanie przeczytałam również w ramach wyzwania "Groza z zamierzchłych czasów"

TynipicTynipicTynipic
________________________
Źródła zdjęć:
1. https://www.pinterest.com/pin/552113235539955228/
2. https://www.pinterest.com/pin/344384702729552863/

Cassandra Clare "Mechaniczny anioł"




Autor: Cassandra Clare
Tytuł: "Mechaniczny anioł"
Tytuł oryginału: "The Clockwork Angel. The Inferno Devices - Book One"
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 466



"Każdy zabija kiedyś to, co kocha -
Chcę, aby wszyscy tę prawdę poznali.
Jeden to lepkim pochlebstwem uczyni.
Inny - spojrzeniem, co jak piołun pali.
Tchórz się posłuży wtedy pocałunkiem,
Człowiek odważny - ostrzem zimnej stali"
- Oscar Wilde, "Ballada o więzieniu w Reading"
Druga połowa XIX wieku. Szesnastoletnia Tessa Gray przybywa do Anglii na zaproszenie swojego starszego brata. Oboje od dawna są sierotami, a teraz w dodatku umarła ostatnia osoba z ich rodziny - ciotka Harriet, z którą Tessa do tej pory mieszkała w Nowym Jorku. Dziewczyna, na skutek podstępu, zostaje uwięziona przez dziwne kobiety zwane Mrocznymi Siostrami. To one uczą Tessę posługiwania się jej darem - tak, to nie jest zwykła szesnastolatka, tylko zmiennokształtna, obdarzona wyjątkowymi mocami. Wkrótce jednak dziewczyna odzyskuje wolność i trafia pod opiekę Nocnych Łowców, czyli tajemniczych wojowników anielskiego pochodzenia. XIX-wieczny Londyn, magia, wampiry, steampunk, anioły i trochę miłości. Zabójcza mieszanka. 

Nie wiem, co mi się stało. Już od dłuższego czasu miałam problem ze znalezieniem książki, która naprawdę wciąga. Ta powieść zdołała zatrzymać mnie na dłużej. I - szczerze - nie obchodzi mnie, co nielogicznego czy wręcz głupiego jest w tej książce, skierowanej raczej do młodzieży.

Typowy przykład dialogów w "Mechanicznym aniele"

Napiszę Wam za to, co mi się podobało. Will i Jem, czyli dwaj młodzi Nocni Łowcy, są sympatyczni i uroczy (Jem) oraz ponurzy i złośliwi (Will), co bardzo mi odpowiadało. Dodatkowo dobrze się ze sobą dogadują, a ich potyczki słowne są dosyć błyskotliwe. Główna bohaterka, Tessa, nie jest taka głupia. Wielu rzeczy nie rozumie, ale to dlatego, że znalazła się w całkiem nowym dla siebie środowisku. W wielu sytuacjach wykazuje się za to godną podziwu odwagą, co się chwali. I nie myśli tylko i wyłącznie o zdobyciu przystojnego faceta, co chwali się podwójnie. 
Czas i miejsce akcji również bardzo mi odpowiadały. Nie czerpałabym jednak z tej powieści informacji historycznych;) 
Fragmenty wierszy, znajdujące się na początku każdego rozdziału oraz liczne odniesienia do dzieł literackich, które Tessa mogła znać i się w nich zaczytywać (a lubiła literaturę), były bardzo mile widziane. 
I jeszcze humor. Ach, te dialogi.

I jeszcze jeden.

Nie znam innych powieści Cassandry Clare, ale myślę, że wkrótce je przeczytam. W końcu trylogia "Diabelskie maszyny" jest tylko prequelem do "Darów Anioła". 
Wiem, że jest wiele lepszych, mądrzejszych lektur. I naprawdę nie do końca rozumiem, co tak mi się w "Mechanicznym aniele" spodobało, że nawet nie miałam ochoty na wyliczanie wad tej powieści i nie byłam w stanie napisać normalnej recenzji. Ale... mi też należy się trochę przyjemności, prawda?;)

Książkę pozostawiam bez oceny.

TynipicTynipicTynipic

PS. W chwili, w której to czytacie, prawdopodobnie jestem już po lekturze drugiego tomu. I czaję się na trzeci. Tak...
_________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/203658/mechaniczny-aniol
2. http://www.pinterest.com/pin/326722147939859127/
3. https://www.pinterest.com/pin/381328293422074083/
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger