Mira Jakowienko "Żona enkawudzisty. Spowiedź Agnessy Mironowej"

Mira Jakowienko "Żona enkawudzisty. Spowiedź Agnessy Mironowej"




Autor: Mira Jakowienko
Tytuł: "Żona enkawudzisty. Spowiedź Agnessy Mironowej"
Tytuł oryginału: "Agnessa"
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 448



Może znacie - z lekcji historii lub z audycji Bogusława Wołoszańskiego - sposób funkcjonowania NKWD. Może słyszeliście o Jagodzie, Jeżowie i Berii. O wielkiej czystce. A na pewno wiecie o aresztowaniach tysięcy ludzi - często bezpodstawnych - torturach, zesłaniach, wyrokach śmierci. Zastanawialiście się kiedyś, co czuli funkcjonariusze NKWD? Jak wyglądało ich życie rodzinne? Czy ich bliscy wiedzieli o zbrodniach i wysyłaniu niewinnych ludzi na śmierć, byle tylko zrealizować plan Stalina i dokonać wymaganej liczby aresztowań? Ta książka może dostarczyć cennych informacji na wspomniane wyżej zagadnienia.

Bohaterką (i narratorką, choć jej wypowiedzi na potrzeby tekstu bardzo dobrze opracowała Mira Jakowienko) jest Agnessa, żona Siergieja Mironowa - czekisty, naczelnika zarządu NKWD Kraju Zachodniosyberyjskiego, a w końcu przedstawiciela ZSRR w Mongolii. Agnessa opowiada o swoim życiu, dużą uwagę poświęcając historii swojego romansu z Miroszą, ich małżeństwu, wspólnie spędzonych latach, a także konsekwencjach tego związku.


Chwilami lektura może być szokująca. Nie przez drastyczne szczegóły (choć i te się zdarzają), ale ze względu na ton wypowiedzi. Agnessa swobodnie opowiada o wystawnym życiu u boku Mironowa, wspaniałych kolacjach, wakacyjnych wyjazdach... a to wszystko w czasie, kiedy w kraju szalał głód, aresztowania były na porządku dziennym i nikt (nawet funkcjonariusze NKWD, jak się szybko okazało) nie mógł być pewny jutra. 

Trzeba pamiętać o tym, że Agnessa w wielu przypadkach może mijać się z prawdą. Mimo wszystko jej relacja jest zadziwiająco szczera, przynajmniej w pewnych aspektach - kobieta nie ukrywa, że nigdy nie interesowała się polityką (jedynie na chwilę, żeby zwrócić na siebie uwagę Miroszy), nie zaprzecza że zostawiła dla Mironowa swojego pierwszego męża, że zawsze był dla niej ważny wygląd zewnętrzny i że zawsze dbała o to, by mieć jak najpiękniejsze stroje. Nie chce wierzyć, że Mironow mógł być katem, "psem Stalina" (jak sam o sobie mówił), stara się zrozumieć jego zachowanie i znaleźć dowody na to, że miał wyrzuty sumienia, kiedy aresztowania przybrały na sile, a sprawy zaczęły wymykać się spod kontroli. Nie przemilcza też szczegółów swojego pobytu w gułagu. 

Może właśnie ta (chociaż częściowa) szczerość jest mocną stroną całej opowieści. To nie jest relacja skupiająca się na polityce czy przypominająca kalendarium historyczne. To opowieść o życiu Agnessy. Życiu w bardzo trudnych czasach. Życiu nietypowym - bo dla ilu osób największym zmartwieniem w ZSRR lat 30. było zdobycie odpowiednio ładnego i gustownego stroju na kolejny bankiet? 
Nie do końca wiem, co myśleć o Agnessie. Ale też nie chcę (i nie mogę) jej oceniać. Przeczytałam jej "spowiedź", jak głosi polski tytuł, i nie żałuję, bo do tej pory miałam niewiele okazji żeby przekonać się, jak wyglądało życie w tamtym miejscu i tamtych czasach. A Agnessa - co by nie mówić o tym, jak mało wiedziała o pracy męża - była bystrą obserwatorką...
"Tak, osądzamy Agnessę, czytając jej opisy słodkiego życia z Miroszą na tle Wielkiego Terroru, ale przecież dowiadujemy się o tym wszystkim z jej ust, poznajemy to w jej wersji. Nie ma właściwie żadnych świadków tego życia, a ona mogłaby przecież opisywać to wszystko zupełnie inaczej, zrzucając z siebie w ten sposób odpowiedzialność. Ale ona tego nie czyni. Oczywiście przemilcza pewne rzeczy, czegoś nie dopowiada, coś upiększa, ale jednak to ona sama tworzy wizerunek swój i Miroszy."
____________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/219566/zona-enkawudzisty-spowiedz-agnessy-mironowej 
2. http://www.splitshire.com/elegant-lady-white-wine/
Ponure Poniedziałki: Robert E. Howard "Nie kop mi grobu"

Ponure Poniedziałki: Robert E. Howard "Nie kop mi grobu"




Opowiadanie pochodzi z antologii "Nie czytać o zmierzchu!" (część druga, Iskry 1983).
W oryginale możecie je przeczytać TUTAJ.

"Grzmotowi podobny łomot staroświeckiej kołatki, grozą napełniający dom, wyrwał mnie z niespokojnego, dręczącego zwidami snu."
Tak rozpoczyna się tekst, w którym narrator - mężczyzna o nazwisku Kirowan - opisuje wydarzenia pewnej przerażającej nocy. Osobą, która zbudziła Kirowana, był jego znajomy. Człowiek ten opowiedział mu o śmierci Johna Grimlana, dosyć tajemniczej osobistości, interesującej się czarną magią i szeroko pojętym okultyzmem. Był on obecny przy tym zgonie, a teraz musiał wypełnić ostatnią wolę zmarłego. Potrzebował przy tym jednak pomocy, dlatego właśnie zwrócił się do Kirowana. Obaj poszli do przerażającej rezydencji Grimlana, położonej na wzgórzu. A tam...

Noc, upiorny dom, zwłoki, czarne świece...  Jest klimat, prawda? I właśnie ten klimat oraz język, jakim napisane było opowiadanie, podobały mi się najbardziej. Sama historia była dosyć prosta i nietrudno było przewidzieć, czym się zakończy. A jednak tekst zdecydowanie zasługuje na uznanie. 
Miłośnicy prozy Lovecrafta z pewnością będą zachwyceni, odnajdując w "Nie kop mi grobu" odniesienia do twórczości tego pisarza. Zwolennicy mrocznych historii powinni być usatysfakcjonowani wystarczającą dawką grozy, o którą już postarał się Robert E. Howard. Choć niektórych te wszystkie nietoperze, dziwne obrzędy i sam styl autora mogą nieco śmieszyć. Ale też w tych elementach tkwi urok tego tekstu. To dzięki nim można zatrzymać się na chwilę i zainteresować całą historią, która może i nie jest wybitna... ale za to jest bardzo klimatyczna. A to cenię w horrorach najbardziej (oprócz zdolności przestraszenia mnie, ale to zdarza się rzadko, więc...).


Wypada jeszcze wspomnieć o autorze. Robert E. Howard to oczywiście twórca postaci Conana Barbarzyńcy. Chociaż nie tylko, to on stworzył np. Solomona Kane'a. Napisał wiele powieści i opowiadań (fantasy, horror, opowiadania bokserskie i historyczno-przygodowe), nie pracował jednak tylko jako pisarz. Zarabiał na życie różnymi sposobami, był np. pomocnikiem w aptece i sekretarzem w biurze prawniczym. Ukończył też kurs bibliotekarstwa (na życzenie ojca)!
Ciekawe, ile jeszcze nowych historii zdołałby stworzyć, gdyby nie popełnił samobójstwa w wieku zaledwie 30 lat...

Na koniec krótki fragment opowiadania. Zobaczcie, jak pisał Howard:
"W milczeniu szliśmy pustą drogą prowadzącą do domu Grimlana. Wspinała się ona serpentyną i ciągle mieliśmy nad sobą wielkie ponure domostwo przycupnięte jak ptak zła na szczycie, czarne i martwe na tle gwiazd. Na zachodzie, w miejscu gdzie sierp księżyca zatonął za linią wzgórz, drgał jeszcze czerwony krąg blasku. Wokół czaiło się zło."
Co za atmosfera!

Moja ocena: 4,5/6 
_________________
Źródło zdjęcia: http://splitshire.com/wp-content/uploads/2014/02/SplitShire_IMG_0383.jpg

J.A. Redmerski "Na krawędzi nigdy"



Autor: J.A. Redmerski
Tytuł: "Na krawędzi nigdy"
Tytuł oryginału: "The Edge of Never"
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 474




Zapamiętajcie dzień, w którym...
...sięgnęłam po literaturę New Adult.

Camryn jest piękną, młodą i niesamowicie zagubioną dziewczyną. Śmierć jednego chłopaka (jej wielkiej, licealnej miłości), zdrada następnego, brak wyraźnego celu w życiu (wydaje się, że jej marzenia odeszły wraz z Ianem)... Kiedy Cam daje się namówić przyjaciółce Natalie do wyjścia na imprezę nie spodziewa się, że będzie to przełomowy punkt w jej od dłuższego czasu jałowej egzystencji. To, co spotyka dziewczynę w klubie oraz reakcja jej przyjaciółki sprawiają, że Camryn nagle znajduje się na krawędzi... i postanawia dać szansę młodzieńczym marzeniom. Pakuje plecak i rusza w podróż autobusem przez Amerykę. Nie ma określonego celu i nie wie, jak i gdzie zakończy się ta przygoda. Wszystko powoli zaczyna się zmieniać, kiedy podczas drogi poznaje Andrew - kilka lat starszego i niesamowicie przystojnego chłopaka. Nie jest to jednak moment na ogłoszenie "i żyli długo i szczęśliwie". Bo prawdziwe problemy mogą dopiero nadejść...

Ta powieść nie powala na kolana. To nie arcydzieło. "Na krawędzi nigdy" nie można uznać za najpiękniejszą historię romantyczną, jak głosi okładka. Nie porównałabym jej też do historii Orfeusza i Eurydyki, do którego to motywu odwołuje się autorka. Nie ten kaliber. A jednak... przeczytałam całość z przyjemnością. Nawet sceny erotyczne, których nie jestem miłośniczką, nie zdołały mnie zrazić. Może chodzi o to, że pierwszy "moment" pojawił się dopiero mniej więcej w połowie książki, że nie od tego zaczęła się znajomość Cam i Andrew. Że w tej historii dwojga doświadczonych przez życie ludzi chodziło o coś więcej niż tylko o seks. O tak, to bardzo mnie przekonuje. 


Opowieść o młodych ludziach, którzy wspólnie podróżują przez Amerykę i zaczynają się do siebie coraz bardziej zbliżać i coraz lepiej się poznawać (przy czym ich problemy nie znikają od razu, muszą naprawdę z nimi walczyć) okazała się naprawdę dobrą lekturą. Cieszę się, że J.A. Redmerski nie poszła na łatwiznę i że starała się przedstawić wiarygodne portrety psychologiczne bohaterów. Oczywiście nie obyło się bez pewnych zgrzytów i sprzeczności, pewne rzeczy można było jeszcze dopracować... ale i tak jest dobrze. 

"Na krawędzi nigdy" to powieść nie tylko o miłości - o jej utracie, poszukiwaniu i walce o nią. To także historia o marzeniach. O tym, że tak naprawdę nie warto oglądać się na innych i pozwalać, aby mieli decydujący wpływ na to, jak będzie wyglądać nasze życie. Nie wszystkie marzenia uda się zrealizować, ale pogoń za nimi może być równie satysfakcjonująca. I nigdy nie wiadomo, co (lub kto) czeka na nas po drodze...

Sama napisałabym tę historię inaczej: mniej seksu, jeszcze więcej uczuć i trudnych rozmów, trochę mniej oczywistych rozwiązań i wyraźniejsze odniesienie do greckiej mitologii (nie napiszę, ale pomarudzić można). Ale mimo wszystko naprawdę podobała mi się ta powieść drogi i pierwsze spotkanie z New Adult zaliczam do udanych. Na tyle, że już mam w planach kupienie drugiej części, "Na krawędzi zawsze". 
"Cóż, pomyśl o tym przez chwilę. [...] Tylko ty i plecak z kilkoma rzeczami. Bez rachunków. Bez wstawania codziennie o tej samej porze do pracy, której i tak nienawidzisz. Jedynie ty i świat przed tobą. Nie wiesz, co przyniesie jutro, kogo poznasz, co będziesz jeść na obiad albo gdzie będziesz spać."

PS. Na odbiór książki mógł mieć wpływ mój obecny stan umysłu... Tyle, że wcale mi to nie przeszkadza ;)

Moja ocena: 4,5/6
________________
Źródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/202342/na-krawedzi-nigdy
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Bram Stoker "Indianka"

Ponure Poniedziałki: Bram Stoker "Indianka"


Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Gość Draculi" (C&T, 2013).
"-Wybaczy pani - rzekł - lecz nie mogę powstrzymać się od śmiechu. Proszę sobie tylko wyobrazić: mężczyzna, który walczył z niedźwiedziami i Indianami, obawiający się mordu ze strony kota!"
Czarnego kota, wypada dodać. Wiecie już, że to się źle skończy, prawda?
Narratorem opowiadania jest mężczyzna, Anglik, podróżujący ze świeżo poślubioną żoną po kontynencie. Podczas wojaży spotkali oni Amerykanina, pana Hutchesona, który się do nich przyłączył. Razem zwiedzali Norymbergę, w tym okolice sławetnej Wieży Tortur, kiedy miał miejsce bardzo przykry wypadek: Hutcheson nieumyślnie doprowadził do śmierci małego, czarnego kotka. Jego matka była wściekła i zrozpaczona. Ale czy takie zwierzę może poważnie zaszkodzić człowiekowi?


Stoker sprawnie stopniował napięcie. Odgadnięcie zakończenia nie było trudne. Ale nawet wiedząc, co się za chwilę zdarzy, nie porzuciłam opowiadania i nie poczułam się znudzona. Wręcz przeciwnie. Scena, w której Amerykanin upierał się wypróbować na sobie Żelazną Dziewicę (co było jednocześnie śmieszne, szalone i straszne) była mistrzowsko skonstruowana. Wywarła na mnie o wiele większe wrażenie niż finał "Domu Sędziego", czyli innego znanego opowiadania Stokera.

W tekście można dopatrzyć się nawiązań do twórczości Edgara Allana Poe. Najbardziej oczywiste będzie chyba skojarzenie z opowiadaniem "Czarny kot". Kolor zwierzęcia (w obu historiach) też nie był bez znaczenia. Czarne koty kojarzą się przecież z pechem i czarami, a więc mogą być czymś więcej niż tylko miłym, domowym zwierzątkiem...

Ostatnie strony "Indianki" zapamiętam na długo. Właśnie, a skąd wziął się sam tytuł opowiadania? O to musicie zapytać pana Hutchesona. Chociaż wątpię czy zechce Wam odpowiedzieć...

Moja ocena: 5/6
________________
Źródło zdjęcia: http://skitterphoto.com/?portfolio=panther-cat

Richard Bachman (Stephen King) "Chudszy"




Autor: Stephen King
Tytuł: "Chudszy"
Tytuł oryginału: "Thinner"
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 406



- Chudszy - szepnął stary Cygan z gnijącym nosem, patrząc na Williama Hallecka, który razem ze swoją żoną Heidi opuszczał gmach sądu. Tylko to jedno słowo, przesłane wraz z ciepłym, przesyconym duszącą słodyczą oddechem. Zanim Halleck zdążył się odsunąć, Cygan wyciągnął rękę i zgiętym palcem dotknął jego policzka. Jednocześnie rozchylił usta jak brzegi rany, ukazując parę poczerniałych pieńków zębów oraz czarnozielone dziąsła. Pomiędzy nimi przesuwał się język, który po chwili dotknął jego uśmiechniętych gorzko ust. - Chudszy.
Mnóstwo osób marzy o tym, żeby schudnąć. Stosują diety, ćwiczą, albo po prostu rozmyślają o tym, jak dobrze byłoby być szczupłym, zajadając się przy tym słodyczami. Billy Halleck jednak już nie musiał się martwić swoją - znacznie wyższą niż przeciętna - wagą. Kiedy najpierw śmiertelnie potrącił starą Cygankę, później został uniewinniony (cóż, nie zrobił tego specjalnie, ale wypadku można było uniknąć) dzięki pomocy lokalnego sędziego i komendanta policji, a następnie spotkał się z krewnym ofiary, który najwidoczniej rzucił na niego klątwę, Billy zaczął chudnąć. Bardzo szybko. I tego procesu nie dało się zatrzymać, jedząc więcej niż zazwyczaj albo przyjmując suplementy diety. Halleck tracił na wadze w zastraszającym tempie. Jeszcze gorszy los spotkał sędziego i policjanta. Jedynym wyjściem było zmuszenie Cygana, żeby zdjął z Billy'ego klątwę. Ale to przecież nie mogło być proste...
"To tylko sen, pomyślał.
Chudszy - odpowiedział nieubłaganie głos w jego głowie."
 Początkowo podchodziłam do tego pomysłu dosyć sceptycznie. Cygańska klątwa? Facet, który chudnie aż... zniknie? Zamieni się w żywy szkielet? Ale Stephen King (a może Richard Bachman) szybko przekonał mnie do fabuły "Chudszego". Dzięki swojemu stylowi pisania i niesamowitej wyobraźni, która z najbardziej głupiego i groteskowego pomysłu jest w stanie stworzyć coś, co potrafi wstrząsnąć czytelnikiem. 

A może coś z grilla...?

Lekturę mogę podzielić na trzy etapy: intrygujący początek, kiedy z przerażeniem śledzimy całą historię i obserwujemy gwałtowny spadek wagi Billy'ego, a także nieco późniejsze wydarzenia i miotanie się głównego bohatera; akcję poszukiwawczą mającą na celu znalezienie Cyganów (którzy zdążyli już opuścić miasto) i opis działania klątwy białego człowieka z miasta; oraz zakończenie. Druga część była dobra, ale z klimatów rodem ze "Strefy mroku" przeniosła mnie bardziej w okolice "Ojca chrzestnego". Za to ostatnie rozdziały... nie zawiodłam się. Były odpowiednio niepokojące. Nie spodziewałam się, że King wprowadzi tu klimat kojarzący mi się z zakończeniem "Cmętarza zwieżąt". Oczywiście to drugie było o wiele lepsze, ale i tutaj... czy ja naprawdę choć przez chwilę myślałam, że Stephen King zdecyduje się na coś tylko w połowie przerażającego?

Cóż mogę dodać... "Chudszy", po którym nie spodziewałam się nadmiaru mocnych wrażeń, okazał się świetną lekturą. Przeczytajcie, zanim zdecydujecie się przejść na dietę.
I pamiętajcie o zakończeniu. Bardzo sensownym. Bardzo "kingowym". Które naprawdę mnie poruszyło. A to zdarza się rzadko.

Moja ocena: 5/6
___________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/170590/chudszy
2. http://splitshire.com/wp-content/uploads/2014/09/SplitShire-8598.jpg

Kto pyta...

...może kiedyś otrzyma odpowiedź;)

Hadyna stwierdziła, że dobrze będzie mnie nominować do Liebster Blog Award. Trudno nie odpowiedzieć na zadane przez Nią pytania, zwłaszcza po tym, jak napisała o mnie tyle miłych rzeczy;) Dziękuję!
Dzisiejszy wpis ilustrują grafiki, z których również możecie się dowiedzieć czegoś o mnie. Chyba. Nieważne, przynajmniej są ładne;)

Kiedyś miałam taaakie długie włosy

1. Jakie są Twoje najwcześniejsze wspomnienia z czytaniem?
Męczenie Taty, żeby powiedział mi, jakie słowo mam ułożyć z klocków z literkami (na których uczyłam się czytać) jako następne. Ach, ten pęd do wiedzy;)
I drugie wspomnienie: kiedy zobaczyłam w tv reklamę pierwszego numeru "Kaczora Donalda" i prosiłam Mamę, żeby kupiła mi ten komiks. Zrobiła to. I od tej pory z niecierpliwością czekałam na nowy tydzień i na nowego "Kaczora...";)

2. Czy masz jakąś książkę z dzieciństwa, którą czytałaś co najmniej kilka razy?
Oczywiście! "Dzieci z Bullerbyn" (nałogowo), "Ania z Zielonego Wzgórza", "Wyspa skarbów"... generalnie: klasyka literatury dziecięcej.

3. A książka, którą najbardziej się ekscytowałaś dorastając?
"Harry Potter". Wiem, żadnego zaskoczenia;)

Spotkania z przyjaciółkami w kawiarni? Zawsze!

4. Czy jest taka książka, która otworzyła Ci oczy na nowo?
Chyba nie. Bo gdyby była, pamiętałabym o niej, prawda?

5. Czytasz w innych językach? Jeśli nie, w których językach chciałabyś czytać?
Czytam po angielsku. Można też powiedzieć, że czytam w języku rosyjskim (chociaż mam spore kłopoty ze zrozumieniem treści - trzeba było się więcej uczyć;) Chciałabym czytać w języku rumuńskim (Ale znowu - może czas zacząć się uczyć? Wtedy nie będę miała takich problemów;)

6. Czy jest taki autor, na którego książkę zawsze się ucieszysz?
Wiadomo: Stephen King (chyba że książka należy do cyklu "Mroczna wieża", wtedy po prostu ją ignoruję;)

Nałogowo piję kawę (nieduże ilości, ale codzienna kawa
musi być). I jestem ogromnie dumna z zakupu własnego ekspresu

7. W jakiej pozycji i gdzie najbardziej lubisz czytać?
Siedząc na kanapie lub w fotelu. Ale... czytać da się (prawie) wszędzie. W kolejce do okulisty, w pracy, podczas spaceru...

8. Do świata której książki chciałbyś się przenieść?
Ale z opcją powrotu czy raczej nie?;) Bo wolałabym nie utknąć na zawsze w świecie Jane Austen albo w Castle Rock...

9. Z którym bohaterem literackim chętnie byś się spotkała?
Jake Epping z "Dallas 63" - żeby porozmawiać z nim o podróżach w czasie. Chociaż... pewnie w ogóle nie chciałby na ten temat mówić.
Billy Bones z "Wyspy skarbów" - żeby posłuchać, jak śpiewa o piętnastu chłopa na "Umrzyka skrzyni"...

Tego nawet nie trzeba komentować;)


10. A z którym autorem chciałabyś się umówić na kawę?
Ponownie: Stephen King. Chociaż pewnie nie zdołałabym wykrztusić ani słowa (i jeszcze oblałabym siebie albo Stefana kawą).

Ale... rozmowa z Przemkiem Kossakowskim byłaby fascynująca! *marzy mi się*

11. Co ciekawego poczytałabyś w rozkminach u Hadyny?
Na pewno coś o literaturze angielskiej. Może rozkminy o mało znanej klasyce?

Wybaczcie, ale nie wymyślę własnych pytań ani nikogo nie nominuję. Ale jeśli ktoś chce się podzielić swoimi odpowiedziami w komentarzach - chętnie poczytam;)

!!!
________________
Źródła zdjęć:
1. https://www.pinterest.com/pin/483574078715846065/
2. https://www.pinterest.com/pin/483574078715846049/
3. https://www.pinterest.com/pin/483574078715846466/
4. https://www.pinterest.com/pin/148267012709033850/
5. https://www.pinterest.com/pin/483574078710762505/

Rachael Herron "Kocha, nie kocha"




Autor: Rachael Herron
Tytuł: "Kocha, nie kocha"
Tytuł oryginału: "How to knit a love song: A Cypress Hollow Yarn"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 415



Kiedy umiera Eliza Carpenter, prawdziwa guru w świecie robótek ręcznych (zwłaszcza robienia na drutach), życie jej przyjaciółki Abigail zmienia się na zawsze. Dziewczyna dziedziczy domek należący do Elizy, wraz z całą zawartością. Nareszcie ma swoje miejsce na ziemi i może zrealizować marzenie o otwarciu sklepu z przędzą. Jedyny problem polega na tym, że domek znajduje się w samym środku farmy należącej do przystojnego Cade'a. W czym kłopot? Cade chce być właścicielem CAŁEGO terenu i nie zamierza zaakceptować jakiejś paniusi z miasta, która będzie się kręcić po jego ziemi.

Pomyślałam, że skoro na co dzień czytam horrory, thrillery i kryminały, to przyjemna i dobrze napisana powieść o miłości będzie ciekawą odmianą. Ale chyba źle wybrałam lekturę.
Pomysł był dobry i całkiem oryginalny, przynajmniej tak mi się wydaje - ale nie mam dużego doświadczenia, jeśli chodzi o takie tematy. W każdym razie książka z motywem robótek ręcznych (przewijających się w cytatach na początku każdego rozdziału oraz w całej fabule) jest czymś, co spotyka się raczej rzadko.


Ale chyba mam jakieś niedzisiejsze wyobrażenie o tym, jak powinna wyglądać opowieść o rodzącym się uczuciu. Abigail i Cade za sobą nie przepadają. Chwilami wręcz się nienawidzą. Jednocześnie - ponieważ ona jest piękna, a on przystojny - na widok tej drugiej osoby szaleją i chcą się ze sobą przespać. Relacja, w której obie strony nie wiedzą zbyt dużo o charakterze czy zainteresowaniach tej drugiej osoby (ale przecież skrycie marzą o PRAWDZIWYM uczuciu), za to liczy się dla nich głównie seks, nie jest czymś, o czym chciałabym czytać. Oczywiście, w końcu nasza para się w sobie zakochuje. Ale dopiero na samym końcu książki. Za to wcześniej nawet nie podejmują większych wysiłków, żeby się ze sobą dogadać. Krótkie chwile pokoju przeplatają się z kolejnymi kłótniami i nieporozumieniami, w dodatku oboje przez większość czasu starają się wzajemnie unikać. Poza tym bohaterowie są zbyt idealni (piękni, dobrzy, wrażliwi itd.), zakończenie natomiast - przesadzone (zbyt wielkie "bum") i idylliczne (ostatnie dwie strony).
Mnie to nie przekonuje, choć z pewnością książka spodoba się miłośniczkom podobnych historii. 

Pisanie wychodzi Rachael Herron całkiem dobrze. Widać też, że autorka ma poczucie humoru, a to bardzo ważne. Ale proponowana przez nią historia w ogóle mnie nie zachwyciła (ocena dotyczy więc głównie fabuły). Tak bardzo nie rozumiem współczesnej literatury kobiecej... Wolę "grzeczniejsze", "szlachetniejsze" opowieści, a nie coś kojarzącego mi się z harlequinami. 
A tak w ogóle, to wolałabym poczytać o zombie. Dobranoc.

Moja ocena: 3/6
___________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/140533/kocha-nie-kocha
2. http://kaboompics.com/one_foto/397
Kapitalna Klasyka: Stefan Żeromski "Wierna rzeka"

Kapitalna Klasyka: Stefan Żeromski "Wierna rzeka"


"Wierna rzeka, najpiękniejsza książka polska o roku 1863, wydana w rocznicę powstania, przypominająca narodowi żywy problem walki narodowowyzwoleńczej, klechda o bohaterstwie i ziemi ojczystej, nasycona szumem rzeki, który ukryła skarb powierzony."*
UWAGA, SPOILERY!
Powieść zaczyna się bardzo źle dla Józefa Odrowąża. Księcia Odrowąża. Spotykamy go, kiedy odzyskuje przytomność na polu bitwy. Jest ciężko ranny, ostatkiem sił kryje się w lesie, a następnie wyrusza na poszukiwanie bezpieczniejszego schronienia. I znajduje je, po dużych trudnościach, na dworze w Niezdołach. Chwilowo mieszkają tam tylko dwie osoby: panna Salomea Brynicka i stary kucharz, Szczepan. Piękna dziewczyna opiekuje się rannym, podejmując liczne starania, aby wrócił on do zdrowia. Nie jest to łatwe, tym bardziej że trwa powstanie styczniowe i we dworze co chwilę odbywają się rewizje - a jeśli Rosjanie znajdą powstańca... 

"Wierna rzeka" miała być jedną z całego cyklu powieści historycznych, dotyczących Polski XIX wieku. Ostatecznie Stefan Żeromski ukończył tylko ten tom, którego akcja rozgrywa się w czasie powstania styczniowego. 
Książkę można podzielić na dwie części. W pierwszej autor skupił się na opisie losów powstańca, jego cierpienia i prób ratowania Odrowąża. Druga część opisuje miłość panny Brynickiej i księcia. Można się zastanawiać, czy to uczucie było "naturalną konsekwencją" sytuacji, w jakiej znaleźli się młodzi ludzie, czy w innych okolicznościach w ogóle by na siebie nie spojrzeli... Chyba właśnie tak by to wyglądało. Przynajmniej, jeśli chodzi o Odrowąża. Skąd taki wniosek? Z lektury zakończenia. Czego ja się spodziewałam po Stefanie Żeromskim, po wcześniejszym poznaniu "Ludzi bezdomnych"? Chociaż tutaj można sięgnąć głębiej, do biografii pisarza. Jak pisze Jan Zygmunt Jakubowski: Wątek miłosny [został] wysnuty z tradycji rodzimej ("...z opowiadań - jak pisał Żeromski do kuzyna Stanisława Piołun-Niyszewskiego - ciotki Józefy Saskiej")*.

Krytycy też byli zawiedzeni wątkiem miłosnym, jednak z innego powodu niż ja. Oni po prostu liczyli na powieść historyczną na miarę "Popiołów", tymczasem tutaj Zainteresowanie przenosi się na kwestię: pokocha się Odrowąż z panną Salomeą Brynicką, czy się nie pokocha? Rok 1863 staje się niepotrzebnym świadkiem idylli*. Wyczuwacie to rozgoryczenie? Chociaż wątek miłosny można tu odczytywać symbolicznie... nie czuję się jednak na siłach, żeby podejmować choćby próbę takiej interpretacji. A jeśli potraktujemy te fragmenty dosłownie, okaże się, że cała historia nie ma z idyllą wiele wspólnego.

A co by było, gdyby... "Wierną rzekę" napisał Henryk Sienkiewicz?
Książę Józef Odrowąż okazałby się najdzielniejszym z powstańców. Na pewno miałby w swoim oddziale kilku dobrych i dzielnych kompanów, którzy szukaliby go po bitwie. Panna Salomea Brynicka - choć u Żeromskiego i tak była piękna, dumna i odważna - tu byłaby bardziej waleczna i honorowa. A rosyjski dragon Wiesnicyn, podobno szaleńczo zakochany w Salomei (ten wątek zdecydowanie zasługiwał na większą uwagę) nie poddałby się tak po prostu. Byłby niczym Bohun! Cała powieść nie zakończyłaby się odjazdem Odrowąża z mamusią (Z mamusią. Z MAMUSIĄ!) i rozpaczą panny Brynickiej. O nie, Sienkiewicz wiedział, że walka o Ojczyznę jest bardzo ważna, ale i wątków miłosnych nie należy zaniedbywać. I nie należy ich tak głupio kończyć. Główny bohater po prostu nie może okazać się człowiekiem, który niby to jest zakochany w dziewczynie, która uratowała mu życie i ryzykowała dla niego swoim, ale - kiedy przychodzi co do czego - zostawia ją i bez zbędnych wyrzutów sumienia odjeżdża, żeby udać się z powrotem "do partii". Wiemy jednak, że jego mamusia zadba o to, aby do lasu już nie powrócił. Wiemy też, że z czasem (zapewne dosyć szybko) Józef zapomni o Salomei. Hańba!


Lubię Żeromskiego za "Syzyfowe prace". Nie lubię go za zakończenie "Ludzi bezdomnych" (już w liceum mi się nie podobało i po kilku latach nie zmieniło się w tym względzie nic). "Wierna rzeka" jest gdzieś pośrodku. Kolejna smutna powieść, choć świetnie napisana (zaskoczenie, co?) i z pięknym motywem rzeki. Jedna z ostatnich scen - podziwiam. Choć mamusię Odrowąża bym wyrzuciła. 
Tak, ta lektura była dobrym wyborem. Ale do następnej Kapitalnej Klasyki powinnam znaleźć coś weselszego, bo inaczej będzie ze mną kiepsko. 


*Wszystkie cytaty pochodzą z książki Jana Zygmunta Jakubowskiego "Stefan Żeromski. Życie i dzieło" (Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, 1964).
_______________
Źródła zdjęć:
1. http://splitshire.com/wp-content/uploads/2014/02/SplitShire_IMG_6323.jpg
2. http://splitshire.com/wp-content/uploads/2014/03/SplitShire_blur23.jpg
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger