Ponure Poniedziałki: Stephen King "Magiel"

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Magiel"


Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Nocna zmiana".

"Prasowarko-składarka automatyczna Hadley-Watson Model-6. Długa i niezręczna nazwa. Pracujący tu w upale i wilgoci ludzie ochrzcili ją krótkim, nieco staroświeckim mianem: magiel"
Właśnie ta - zdawałoby się - niewinna maszyna była przyczyną makabrycznego wypadku. Na początku dowiadujemy się tylko, że stało się coś strasznego i że zginęła kobieta. Nikt jednak nie chce powiedzieć policjantowi Huntonowi, który własnie przybył na miejsce zdarzenia i razem z którym poznajemy wszystkie fakty, co dokładnie się wydarzyło. Hunton musi to zobaczyć sam. Ale nawet wtedy czytelnik nie dostaje pełnej informacji na temat tego, co stało się z kobietą. Ta przyjdzie dopiero za chwilę, kiedy policjant będzie opowiadał całe zdarzenie swojemu przyjacielowi. I wystarczy, żeby zmrozić nam krew w żyłach. Jednak naprawdę przerażające wydarzenia dopiero przed czytelnikiem...
"Nie podoba mi się ta maszyna. Wydaje się... wydaje się, że z nas kpi. W ciągu ostatnich pięciu lat badałem z tuzin takich magli. Niektóre znajdowały się w tak opłakanym stanie technicznym, że nie zostawiłbym przy nich bez smyczy najbardziej parszywego kundla [...] Ale to wszystko były zwykłe maszyny. A ta... ta jest upiorem"
To może wydawać się śmieszne. Magiel, który został opętany? Serio? I rzeczywiście, jest w tym coś groteskowego. Tyle tylko, że w interpretacji innego pisarza ten pomysł pozostałby absurdalny do samego końca. A Stephen King zrobił z niego coś, co owszem - śmieszy - ale też jednocześnie niesamowicie niepokoi. 

"It has a crush on you"? Serio...?
Mistrzowskim zabiegiem było stopniowanie informacji o wypadku. Nie dostajemy od razu krwawego opisu miejsca zdarzenia. Wszyscy o tym mówią, ale nikt nie podaje istotnych szczegółów. To wzmaga napięcie. I ciekawość czytelnika. Później akcja nabiera tempa - wiadomości o kolejnych incydentach, śledztwo prowadzone przez policjanta i jego znajomego, oryginalne wnioski, do których dotarli... aż w końcu scena (prawie) finałowa. I znowu: możemy się śmiać, bo przecież to wszystko jest takie bezsensowne i nie do pomyślenia. Ale sposób, w jaki zostało opisane... Totalnie mnie przekonuje. 
Wiecie, jeżeli chodzi o Stephena Kinga, jestem w stanie zaakceptować (prawie) wszystko. 
"Zupełnie jakby maszyna poznała smak krwi i bardzo go polubiła"
Moja ocena: 5/6
_____________
Źródło zdjęcia: https://pl.pinterest.com/pin/415034921881887517/
Co ja czytam? Czyli o kilku książkach i o tym, co u mnie.

Co ja czytam? Czyli o kilku książkach i o tym, co u mnie.

Dzień dobry! Czasem bywa tak, że ciężko zabrać się do tego, co jest naszą pasją i sprawia nam przyjemność. Zaniedbanie tego jest okropną sprawą. Ale co zrobić gdy - jak w przypadku pisania - nie ma czasu, chęci, weny...? Ktoś ma na to jakiś pomysł?

Może i nie piszę zbyt dużo, ale przynajmniej czytam. Ostatnio połknęłam m.in.:

John Green, "Gwiazd naszych wina". To już tak znana książka, że chyba nie ma sensu opisywanie samej historii. Miłość, choroba, książki, Amsterdam. Piękna powieść, chociaż - mam takie wrażenie - chwilami nieco przeintelektualizowana. A może po prostu John Green ma taki styl. Nie zaprzeczę jednak, że warto przeczytać. Pewnie warto również obejrzeć film (którego jeszcze nie miałam okazji poznać). Oraz posłuchać tej piosenki (Eda zawsze warto posłuchać;) :


Katarzyna Kwiatkowska, "Zbrodnia w szkarłacie". Całkiem przyjemny kryminał retro, utrzymany w stylu Agathy Christie. Mamy tu poszukiwania skarbu dziadka, przygotowania do ślubu, pannę młodą która wcale nie chce wyjść za mąż, niezwykle obrotnego służącego, wprowadzającego element humorystyczny... oraz oczywiście trupa znalezionego w szkarłatnym pokoju. I całą masę osób które miały motyw, żeby zabić. Polecam w ramach relaksu.





Anna Moczulska, "Bajki, które zdarzyły się naprawdę". Szalenie interesująca książka. Autorka pisze o postaciach historycznych w sposób, który nie może znudzić, dodatkowo porównując losy słynnych kobiet do życia postaci z bajek. Niestety nie zawsze szczęśliwego. Zachwycił mnie już pierwszy rozdział o brzydkiej księżniczce, która mimo swojej podobno niezbyt miłej powierzchowności znalazła miłość życia. Chcecie wiedzieć, kto to taki? I o kim jeszcze pisze Anna Moczulska? Sięgnijcie po tę książkę. Mój jedyny zarzut: autorka chwilami używa zbyt potocznego - jak dla mnie - języka, co nie zawsze brzmi dobrze. Ale potrafi zaciekawić historią i zwraca uwagę na losy kobiet - a to zawsze jest w cenie.

Jo Nesbo, "Człowiek nietoperz". Ciężko mi się to czytało, wiecie? Może dlatego, że nie lubię Australii i książek/filmów z akcją w tym właśnie miejscu. Przynajmniej zazwyczaj. Bo sam Nesbo pisze dobrze, już się o tym przekonałam podczas lektury "Czerwonego gardła". I nie oszczędza swoich bohaterów. Oj, nie oszczędza...






Ostatnio przeczytałam też "Co nas nie zabije" Davida Lagercrantza (czyli nową część Millennium) i "Okupację od kuchni" Aleksandry Zaprutko-Janickiej. Ale opinie o tych książkach powinny pojawić się w oddzielnych postach. 
Och, nie można też zapomnieć o "Dyrygencie".

Co u mnie, poza tym? Mniej więcej tak to wygląda:


Poza tym dzielę czas między pracę w Autorskiej, czytanie kolejnych książek, picie kawy i granie w Hearthstone'a. Ach, no i mam nowy kubek:


I jaram się tym, że Dmitrij Glukhovsky polubił moje zdjęcie na instagramie;)


I to chyba tyle;) Miło znowu tutaj pisać;)
____________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/225665/gwiazd-naszych-wina
2. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/253505/zbrodnia-w-szkarlacie
3. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/259212/bajki-ktore-zdarzyly-sie-naprawde-historie-slynnych-kobiet
4. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/240128/czlowiek-nietoperz
5. https://scontent-fra3-1.xx.fbcdn.net/hphotos-xfp1/v/t1.0-9/11935113_1004377446261627_9210137701356262958_n.jpg?oh=0f046d478e80d339204cfc392a8f6a4d&oe=5696414E
6 i 7. Moje własne.

Sarah Quigley "Dyrygent"





Autor: Sarah Quigley
Tytuł: "Dyrygent"
Tytuł oryginału: "The Conductor"
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 379







Kiedy muzyka przejmuje władzę nad całym Twoim życiem... możesz stać się albo geniuszem, albo szaleńcem. 

Rosja, Leningrad. Wiosna 1941 roku. Trwa II wojna światowa. Na razie Niemcy i Rosjanie nie walczą ze sobą, ale wkrótce sytuacja ulegnie zmianie. A wtedy mieszkańcy miasta znajdą się w pułapce. 
Karl Iljicz Eliasberg jest dyrygentem "podrzędnej" Orkiestry Radiowej. Nie może się ona równać z orkiestrą Filharmonii Leningradzkiej prowadzoną przez Jewgienija Mrawińskiego. To ci drudzy współpracują z samym genialnym Dmitrijem Szostakowiczem i mogą wykonywać jego utwory. Jednak dzięki wojnie Eliasberg i jego muzycy otrzymają niezwykłą szansę. Bo kiedy dochodzi do oblężenia Leningradu, odmawiający ewakuacji Szostakowicz komponuje swoją niezwykłą VII Symfonię. I to właśnie Orkiestra Radiowa będzie mogła wykonać ją na żywo przed mieszkańcami miasta oraz wieloma słuchaczami zza granicy - koncert ma być bowiem transmitowany przez radio. Nie będzie to jednak takie proste. Jak myśleć o muzyce, kiedy człowiek przymiera głodem, gdy umierają bliscy, znani ludzie, a niemieckie wojska są coraz bliżej? A może w takich momentach to właśnie muzyka jest jednym z czynników, mogących podtrzymać na duchu zrozpaczonych mieszkańców Leningradu i dać im nowe siły?
"Dyrygent" to opowieść o Dmitriju Szostakowiczu oraz o tym, jak powstawała jego VII Symfonia. Ale przede wszystkim - przynajmniej dla mnie - jest to historia Karla Iljicza Eliasberga, zakompleksionego kompozytora, który chociaż raz w życiu mógł pokazać, na co go stać. Szkoda, że później współcześni o nim zapomnieli.


Na samym wstępie autorka zaznacza, że mimo iż powieść jest oparta na wydarzeniach autentycznych, większość bohaterów książki i jej fabuła to fikcja literacka. Sarah Quigley przyznaje, że w przypadku kilku osób - jeżeli zachowało się na ich temat niewiele informacji - ich charaktery i przeżycia są wyłącznie jej wymysłem. Trzeba też pamiętać, że interpretacje VII Symfonii mogą być różne, a na potrzeby powieści pisarka wybrała tylko jedną z nich. Mimo wszystko... Nawet, jeśli Sarah Quigley zbytnio upiększyła okoliczności powstania tego utworu oraz obdarzyła postaci historyczne niepasującym do ich rzeczywistych cech charakterem, trzeba przyznać że tą powieścią oddaje im wszystkim hołd. Nie jest to przecież historia o tych, którzy wydawali rozkazy. To opowieść o ludziach - bardzo różnych, trzeba przyznać - którym przyszło żyć w ciężkich czasach. Oraz o tym, jak muzyka potrafi zmienić życie człowieka. 

Zakompleksiony, niepewny siebie Karl Iljicz Eliasberg, który jednak podejmuje się wręcz niemożliwego zadania dyrygowania orkiestrą skrajnie wycieńczonych muzyków w oblężonym mieście. Piękna tancerka baletu Nina Bronnikowa, która po jednym z bombardowań już nigdy nie będzie mogła tańczyć. Genialny Dmitrij Szostakowicz, komponujący nawet wtedy, kiedy reszta jego rodziny ukrywa się w piwnicy podczas nalotów. Mała, ambitna, początkująca wiolonczelistka Sonia, rozdzielona z rodziną. Ta powieść ma wielu bohaterów, których losy są fascynujące. Ale wiecie, co zaintrygowało mnie najbardziej - oprócz historii Eliasberga, któremu szczerze współczułam? To, jak Sarah Quigley opisała sam proces powstawania VII Symfonii. Szostakowicz słyszał muzykę we wszystkim - rozmowach sąsiadów, huku spadających bomb, krokach maszerujących żołnierzy... i ta muzyka domagała się natychmiastowego utrwalenia. Musiała być zapisana już, teraz, inaczej znikała, rozpływała się i była nie do uchwycenia. Przez to kompozytor zaniedbywał swoją rodzinę, przed którą często zamykał się w osobnym pokoju, żeby móc pracować. Wtedy wszystko było na głowie jego żony. A nie brakowało jej zmartwień w tych trudnych czasach, z dwójką małych dzieci. Mimo wszystko trwała przy nim. Rozumiała, że muzyka wymaga poświęceń. 

Wybrałam tę książkę ze względu na tematykę. Połączenie historii i muzyki to coś, co z pewnych osobistych względów bardzo mi ostatnio odpowiada. Dodatkowo okazało się, że Sarah Quigley urzekła mnie swoim stylem pisania. I chociaż trzeba pamiętać, że w rzeczywistości opisani ludzie mogli mieć zupełnie inne charaktery, a powstawanie VII Symfonii mogło wyglądać zupełnie inaczej, zdecydowanie warto przeczytać "Dyrygenta". Sama książka kończy się w odpowiednim momencie. Nie jest to chwila tuż po koncercie z oblężonego miasta, chwila triumfu Eliasberga czy radości Szostakowicza. To scena tuż przed rozpoczęciem koncertu, mistrzowsko opisana. Aż czuje się te emocje. I o to właśnie chodzi. 

Moja ocena: 5/6

***

Słuchałam VII Symfonii podczas pisania tej recenzji. Nie mogę uwierzyć, jak grupa wycieńczonych muzyków, ledwo trzymających się na nogach, była w stanie wykonać ten utwór z odpowiednią siłą i determinacją. Zwłaszcza sam finał. A jednak... Niesamowite.
_______________
Źródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/235865/dyrygent
2. http://splitshire.com/wp-content/uploads/2014/06/SplitShire_IMG_7630.jpg
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger