Meik Wiking "Hygge. Klucz do szczęścia"

Meik Wiking "Hygge. Klucz do szczęścia"





Autor: Meik Wiking
Tytuł: "Hygge. Klucz do szczęścia"
Tytuł oryginału: "The Little Book of Hygge"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 287







Chyba każdy w naszym blogowo-książkowym świecie słyszał już o hygge. I wiele z Was czytało już tę książkę albo pozycję autorstwa Marie Tourell Soderberg. Przyznaję, sama czaiłam się raczej na tę ostatnią. Ale kiedy okazało się, że jest dostępna tylko w empiku (do stycznia) i kiedy miałam okazję ją tam przejrzeć, stwierdziłam że hygge w wydaniu pana Wikinga będzie lepsze. Tym bardziej że mogłam je bez problemu dostać w księgarni, w której sama pracuję. A przed Świętami naszła mnie niesamowita ochota, żeby sobie tę książkę zakupić...

Dla niezorientowanych (albo dla przypomnienia): czym jest hygge
Na hygge składa się wiele różnych czynników: poczucie bezpieczeństwa i zadowolenia, przebywanie z bliskimi, ciepło, pyszne jedzenie, światło... Ogólnie mówiąc, to "odpowiedni nastrój i coś, czego się doświadcza, a nie rzeczy. To przebywanie z ludzmi, których się kocha. To dom. Poczucie, że jesteśmy bezpieczni, chronieni przed światem". Najlepszy przykład hygge podany w tej książce to sytuacja, w której razem z przyjaciółmi przebywacie w ciepłym, bezpiecznym domku, jesteście zmęczeni po całym dniu, ale zadowoleni, właśnie przygotowujecie pyszne jedzenie, a na zewnątrz szaleje śnieżyca. To co wtedy odczuwacie, to hygge. 


W swojej książce Meik Wiking (musiałam specjalnie sprawdzić czy na pewno tak się nazywa - otóż tak, a dodatkowo ma uroczy uśmiech i trochę przypomina mi Madsa Mikkelsena) w prosty i przejrzysty sposób opowiada czym jest hygge i podaje wiele przykładów, jak je osiągnąć. Autor jest dyrektorem Instytutu Badań nad Szczęściem, który znajduje się w Kopenhadze, więc naprawdę zna się na temacie. Okazuje się, że ludzie są najbardziej szczęśliwi kiedy mają kontakt z tymi, których kochają i odczuwają spokój i poczucie bezpieczeństwa. Kiedy potrafią cieszyć się z małych rzeczy i doceniać nawet najdrobniejsze chwile. Kiedy nie skupiają się wyłącznie na pracy i życiu zawodowym. Te właśnie elementy składają się na hygge, na którego punkcie Duńczycy są tak zwariowani. I wiecie... oni mogą mieć rację. Cała koncepcja bardzo mnie przekonuje.
"Hygge. Klucz do szczęścia" to przepięknie ilustrowana (zdjęciami oraz grafikami) książka, która może i nie odkrywa niczego nowego, ale przypomina, co jest w życiu ważne. I podaje mnóstwo sposobów na spędzenie czasu z rodziną i przyjaciółmi tak, żeby odnalezc hygge oraz po prostu dobrze się bawić i zacieśniać relacje. Ta książka była mi potrzebna. Ostatnio coraz częściej miałam uczucie, że ciągle brakuje mi czasu i nawet jeśli poświęcałam go jednym bliskim osobom, inne na tym cierpiały. Ciężko mi to wszystko pogodzić. Teraz będę się starać jeszcze bardziej. I jeszcze bardziej cieszyć się z chwil, które naprawdę są hygge: kiedy mogę spędzić czas z ukochaną osobą (niekoniecznie na zakupach w centrum handlowym, ale na wspólnym gotowaniu, graniu w gry planszowe albo oglądaniu ulubionego serialu) czy sama (siedząc w ulubionym fotelu, w ciepłych kapciach-reniferach, z kawą i książką). Oczywiście zmiana myślenia nie przyjdzie od razu i będzie wymagała nieco wysiłku. Ale pierwszy krok już za mną: przeczytałam o hygge i będę starać się wprowadzić je w życie. A czy może być na to lepszy czas niż przełom grudnia i stycznia? 

Podsumowując: warto poczytać o hygge, choćby po to, żeby wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi. A może będzie to impuls do wprowadzenia zmian w Wasze życie? Nie potrafię napisać o tej książce i o hygge tak pięknie, jakbym chciała. Ale i tak nie wystarczy o tym przeczytać - to trzeba przede wszystkim poczuć. I tego Wam i sobie życzę w Nowym Roku;)

Moja ocena: 5,5/6
_____________________
Zródła zdjęć: 
1.  http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3920312/hygge-klucz-do-szczescia
2. unsplash.com
Anna Fryczkowska "Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)"

Anna Fryczkowska "Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)"






Autor: Anna Fryczkowska
Tytuł: "Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)"
Wydawnictwo: Burda Książki
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 283








"Więc sytuacja wygląda tak: w nowym domu, zbudowanym gdzieś na zadupiu wszechświata, odbywa się parapetówka. Ma się na niej pojawić mnóstwo dziewczyn, które w pewnym wieku wolą bawić się same. [...] ale z powodu pogody dociera ich tylko pięć, razem z gospodynią i jej niepełnosprawną siostrą jest ich zatem siedem. Dobra liczba, taka bajkowa. Ale w ciągu kilku godzin ulega zmniejszeniu do sześciu, a do tego któraś z tych sześciu musi być tego zmniejszenia przyczyną. [...] Zabiła więc któraś z nich. Która?"
Ten fragment idealnie streszcza powieść Anny Fryczkowskiej. Kilka przyjaciółek w średnim wieku spotyka się na parapetówce u jednej z nich. Dochodzi do morderstwa. Ponieważ na zewnątrz szaleje śnieżyca, a wokół domu nie znaleziono żadnych śladów, musiała zabić jedna z nich. Ale swoją dobrą znajomą? Dlaczego? I która to zrobiła? Po przeczytaniu opisu i kilku początkowych stron, może się wydawać, że dostaniemy kryminał w stylu Agathy Christie (zagadka zamkniętego pokoju) albo Olgi Rudnickiej (pełna humoru powieść kryminalna). Jednak mam wrażenie, że "Sześć kobiet w śniegu" nie należy w pełni do żadnego z tych gatunków. 

Bardzo spodobał mi się sam pomysł na powieść. Lubię tego rodzaju zagadki, a tutaj dodatkowym smaczkiem było to, że morderczynią jest jedna z "przyjaciółek". Jak wyglądały relacje między kobietami? I co się między nimi zmieniło, że nagle doszło do zbrodni? A może wszystko było zaplanowane z zimną krwią? A może mordercą jest jeszcze ktoś inny? 
Doceniam też poczucie humoru autorki, wiele fragmentów świetnie się czytało, właśnie dzięki niemu. Szybko jednak okazało się, że ta powieść nie będzie do końca tylko i wyłącznie zabawna (pomijając oczywiście morderstwo, to śmieszne nie było, wiadomo). Właściwie każda z kobiet ma jakiś niezbyt przyjemny sekret, który ukrywa przed pozostałymi. I nie są to błahe sprawy. Zazwyczaj dotyczą, oczywiście, relacji z mężczyznami. I o ile jeszcze jedna z bohaterek, Alka, nie waha się przyznać do swoich nieco skomplikowanych relacji z mężem i do tego, że często morduje go na kartach swoich powieści kryminalnych, żeby odreagować, to pozostałe tajemnice nie zostaną wyjawione tak łatwo. I będą o wiele poważniejsze. 

Mam mieszane uczucia w stosunku do tej książki. Pomysł był świetny, a bohaterki i ich tajemnice - niezwykle ciekawe. Dodatkowo sam początek powieści był bardzo obiecujący. Niestety pózniej było już trochę gorzej. Od momentu, w którym odkryto morderstwo, akcja jakby stanęła. A zakończenie... było interesujące, ale nie wydaje mi się, żeby plan bohaterek miał jakiekolwiek szanse powodzenia. Z drugiej strony, czytało się naprawdę dobrze (i szybko), miło było też wyłapywać nawiązania do różnych dzieł literackich. A dzięki poczuciu humoru autorki, książka wiele zyskała. Wydaje mi się, że to dobry kryminał na spokojny, zimowy wieczór. Może nie będzie to książka dla bardzo wymagających, ale dla relaksu - idealna. 

Moja ocena: 4,5/6
________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3778232/szesc-kobiet-w-sniegu-nie-liczac-suki  
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: A. M. Burrage "Smee"

Ponure Poniedziałki: A. M. Burrage "Smee"

Opowiadanie można przeczytać online TUTAJ


Jest wigilijny wieczór. Wraz z grupą przyjaciół właśnie zjedliście kolację i teraz chcecie się czymś zająć - jest zbyt wcześnie, żeby iść spać, a duża ilość osób może oznaczać ciekawie spędzony czas. Ktoś proponuje grę w "smee". Nie słyszeliście o niej wcześniej? To nic. Jej zasady są bardzo podobne do gry w chowanego. Tyle że podczas całej zabawy trzeba zachować ciszę. I zgasić wszystkie światła, tak żeby dom pogrążył się w ciemności. W takich warunkach trudno zauważyć, że w grze - oprócz zaproszonych gości - bierze udział ktoś jeszcze. Ktoś, z kim nikt z was nie chciałby się spotkać...

Alfred McLelland Burrage był brytyjskim pisarzem żyjącym w latach 1889-1956. Za życia był znany głównie z twórczości dla młodzieży, natomiast już po jego śmierci sławę zyskały jego ghost stories. "Smee" jest właśnie jedną z nich. 


Opowiadanie jest bardzo dobre i oddziałuje na wyobraznię. Bo chociaż od samego początku domyślamy się, kim jest dodatkowa osoba i co mogło się stać, to i tak z uwagą śledzimy losy gry i obserwujemy, jak goście powoli zaczynają wyczuwać coś dziwnego i tracą ochotę do wszelkiej zabawy. Dodatkową zaletą tekstu jest jego forma. Najpierw poznajemy inną grupę osób, chcących wesoło spędzić wigilijny wieczór. Kiedy zostaje zaproponowana gra w chowanego, jeden z uczestników zdecydowanie odmawia. Reszta chce wiedzieć, co się stało, co wywołało jego sprzeciw. I wtedy bohater opowiada historię o grze w chowanego, która zakończyła się tragicznie. A pózniej o grze w smee, w której sam brał udział. Trzeba przyznać, że ta druga opowieść jest o wiele bardziej niepokojąca.

Podobnie jak w opowiadaniu opisywanym poprzednio, nie poczujecie tutaj świątecznego klimatu. Po prostu wszystko dzieje się w wigilijny wieczór. Za to, w odróżnieniu od "A Strange Christmas Game", ten tekst jest o wiele lepiej napisany i budzi większe emocje. Przynajmniej do mnie bardziej trafił. I chyba już nie chciałabym bawić się w chowanego (a tym bardziej w smee) w czyimś domu. A zdarzało mi się.

Moja ocena: 5/6
_________________
Zródło zdjęcia: https://pl.pinterest.com/pin/388365167838756286/

Marek Krajewski "Mock"

Marek Krajewski "Mock"





Autor: Marek Krajewski
Tytuł: "Mock"
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 400








Znacie Eberharda Mocka, funkcjonariusza pruskiej policji w Breslau? Więc z pewnością chętnie sięgniecie po kolejną książkę, której jest głównym bohaterem. Nie znacie go? Zacznijcie czytać "Mocka" jak najszybciej!

Wrocław (Breslau), 1913 rok. Jeden po drugim znikają czterej gimnazjaliści. Okoliczności ich porwania są niezwykle tajemnicze i niejasne. Wiadomo tylko, w których punktach miasta widziano ich po raz ostatni. Oraz, że każdy z nich wsiadł do dziwnego czarnego powozu, zaprzężonego w konie z czarnymi kitami na głowach. Powozu, który przypominał karawan. Niedługo później ich zwłoki zostają znalezione we właśnie budowanej Hali Stulecia. Chłopcy spadli z dużej wysokości, a po wszystkim ktoś ułożył ich ciała w kształt róży wiatrów. Towarzyszy im dziwny mężczyzna, przebrany w czarny strój z doczepionymi skrzydłami - on z kolei wisi na linie przyczepionej do balkonu. Zabóstwo? A może zbiorowe samobójstwo? Policja nie ma pojęcia, co zrobić z tą sprawą. Tymczasem Eberhard Mock, młody funkcjonariusz wydziału obyczajowego policji, wplątuje się w aferę, przez którą może stracić pracę. Istnieje niewielka szansa, że będzie mógł się zrehabilitować. Będzie musiał pomóc w śledztwie dotyczącym Ikara (jak policjanci nazwali człowieka powieszonego w Hali Stulecia) i gimnazjalistów. Ma jednak odkryć sprawców (bądź sprawcę) nieoficjalnie, a jeśli powinie mu się noga, nikt mu nie pomoże. Mock jest jednak ambitny. Zrobi wszystko, żeby nie tylko odzyskać pracę, ale też dostać się do wydziału kryminalnego. Tylko... czy przy okazji nie wpakuje się w jeszcze większe kłopoty?

Najnowszą powieść Marka Krajewskiego mogą przeczytać nie tylko miłośnicy jego twórczości, ale też osoby, które do tej pory nie miały styczności z książkami tego autora. To historia o znanym już z innych książek Eberhardzie Mocku, dotyczy jednak początków jego kariery w policji - można ją więc poznawać niezależnie od pozostałych części. A sama sprawa zbrodni w Hali Stulecia jest na tyle intrygująca, że powinna zaciekawić miłośników kryminału. Zwłaszcza tego mocno osadzonego w realiach historycznych - bo przy okazji czytania o zbrodniach i śledztwie Mocka, czytelnik ma okazję zyskać wiele cennych informacji o topografii oraz historii dawnego Wrocławia. Dzięki temu książki Marka Krajewskiego są jeszcze bardziej interesujące.

Hala Stulecia ok. 1920 roku
 
"Mock" to świetny, mroczny kryminał. Nie dość, że opisuje niezwykle ponurą zbrodnię, to jeszcze ma interesującego głównego bohatera. Mock to z jednej strony policjant nie stroniący od przemocy oraz miłośnik kobiet lekkich obyczajów. Z drugiej, w odróżnieniu od swoich kolegów z wydziału, Eberhard traktuje prostytutki z szacunkiem, zna ich osobiste historie i często ubolewa nad ich losem (nie przeszkadza to mu jednak w korzystaniu z ich usług, oczywiście). Policjant może również pochwalić się nietypowymi jak na swój zawód zainteresowaniami - studiował filologię klasyczną. Muszę przyznać, że bardzo go polubiłam i po lekturze "Mocka" chętnie sięgnę po kolejne części cyklu z tym właśnie bohaterem w roli głównej.

Powieść spodoba się miłośnikom ponurych kryminałów oraz zagadek historycznych. Marek Krajewski wprowadził do swojej książki wątki związane z masonerią oraz Związkiem Wszechniemieckim. Czytelnik ma też okazję poznać bliżej życie dawnych mieszkańców Wrocławia - niekoniecznie jednak tych należących do samych elit. A samo rozwiązanie sprawy morderstwa powinno spodobać się wszystkim lubiącym zagadki detektywistyczne. Czytając ostatnie rozdziały i poznając tożsamość mordercy, można się bardzo zdziwić. Jest to jednak pozytywne zaskoczenie - przynajmniej sama cieszę się, kiedy autorowi udaje się mnie przechytrzyć.

Podsumowując: polecam "Mocka" wszystkim tym, którym niestraszne makabryczne zbrodnie oraz wątki historyczne w powieściach, w szczególności jeśli są miłośnikami Wrocławia. Zachęcam do spotkania z Eberhardem Mockiem! Na pewno długo go nie zapomnicie.

Moja ocena: 5/6
________________
Zródła zdjęć: 
1.  http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3756339/mock
2.https://pl.wikipedia.org/wiki/Hala_Stulecia#/media/File:Wroclaw_Hala_Ludowa_Breslau_Jahrhunderthalle.jpg
Ponure Poniedziałki: Charlotte Riddell "Strange Christmas Game"

Ponure Poniedziałki: Charlotte Riddell "Strange Christmas Game"

Opowiadanie można przeczytać (w oryginale) TUTAJ
"It was in a middle of November when we arrived at Martingdale"
Tak, w połowie grudnia brat i siostra, John i Claire, zawitali do Martingdale. To było bardzo ponure miejsce. Brak śniegu, brak liści na drzewach, wszędzie mokro i po prostu brzydko. A sam dom? O, to dopiero historia: kolejni służący opuszczali ich jeden po drugim, skarżąc się na tajemnicze i niepokojące odgłosy, rozlegające się nocami. Rodzeństwo było tym trochę zaniepokojone, ale - jako ludzie praktyczni i w zasadzie nie wierzący w duchy - postanowili przeprowadzić śledztwo na własną rękę. Przez długi czas nie udawało im się odkryć zródła hałasów. Aż do Wigilii. Była to jednocześnie rocznica dnia, w którym w tajemniczych okolicznościach zaginął poprzedni właściciel domu. Co zobaczyli John i Claire?

Opowiadanie powstało w 1868 roku, a jego autorką jest Charlotte Riddell, angielska pisarka, bardzo popularna w epoce wiktoriańskiej. Więcej na jej temat możecie przeczytać TUTAJ


Myślałam, że tekst będzie bardziej powiązany z tematyką Bożego Narodzenia. Okazało się, że jedyny związek z tytułem ma tutaj czas akcji - wszystko dzieje się w grudniu, a najciekawsze wydarzenia rozgrywają się w noc wigilijną. Zupełnie jednak nie odczułam świątecznego klimatu. Wydaje mi się jednak, że nie było to też zamysłem autorki. Czas akcji nie jest tutaj zbyt ważny, najważniejsze są dziwne wydarzenia, których świadkami stają się główni bohaterowie. 

Nie przestraszyłam się, nie byłam też specjalnie zdziwiona czy zaszokowana lekturą. "Strange Christmas Game" to dobre opowiadanie, nie wyróżnia się jednak specjalnie spośród wielu podobnych tekstów z tamtego okresu, które miałam okazję już przeczytać. Polecam, jeśli ktoś lubi historie o duchach i chce przy okazji poćwiczyć swój angielski. Sama liczę natomiast na to, że inne opowiadania autorki okażą się o wiele lepsze (to nie jedyne ghost story, jakie napisała).
Za tydzień też ukaże się tutaj Ponury Poniedziałek, który powinien być w jakiś sposób związany ze Świętami. Może wtedy uda się Was przestraszyć?

Moja ocena: 4/6
__________
Zródło zdjęcia: unsplash.com
Bartłomiej Grzegorz Sala "W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów"

Bartłomiej Grzegorz Sala "W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów"


Autor: Bartłomiej Grzegorz Sala
Tytuł: "W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów"
Wydawnictwo: Bosz
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 232

Interesują Was wampiry? Te, o których od wieków krążyły opowieści, przekazywane z ust do ust, a pózniej spisane? O takich wampirach jest ta książka. I o górach, które dla jednych były domem, a dla innych miejscem przeklętym, które lepiej omijać z daleka. 

Jestem zachwycona. Widać, że autor gruntownie przestudiował temat i naprawdę wie, o czym pisze, a jego książka jest kopalnią informacji na temat wampirów, które podobno prześladowały europejską ludność. "W górach przeklętych" podzielone jest na 28 rozdziałów. W każdym poznajemy jedną sylwetkę wampira. Bartłomiej Grzegorz Sala sięga do opowieści ludowych, spisanych pózniej przez kronikarzy, do powszechnie znanych historii, a wreszcie do literatury i filmu. Każdy rozdział zawiera przedstawienie historycznego tła akcji (i tak w rozdziale poświęconym hrabinie Elżbiecie Batory dostajemy krótki opis Węgier na przełomie XVI i XVII wieku, a w części dotyczącej wampira z Tomic - Galicji w pierwszej połowie XIX wieku), charakterystykę danego wampira (przytoczenie ludowych opowieści oraz zródeł pisanych/filmowych na jego temat) i opis budowli, w których rozgrywały się przerażające wydarzenia (na przykład starego młyna, w którym grasował Sava Savanovic). Wszystko poparte zródłami. I pięknie ilustrowane. Trzeba bowiem wspomnieć, że cała publikacja posiada niezwykłą oprawę graficzną. Minimalistyczne ilustracje, których autorką jest Justyna Sokołowska (i które możecie obejrzeć TUTAJ) tworzą niezwykły klimat. 


Lektura była dla mnie bardzo interesująca. Wprawdzie o niektórych wampirach już czytałam (o książkowym Drakuli i jego pierwowzorze Władzie Palowniku, a także o samej Transylwanii wiem całkiem sporo), jednak przyznaję że o innych nie miałam pojęcia. A nawet jeśli część postaci, legend i książek była mi już znana, doskonałe opracowanie informacji przez autora pozwoliło mi usystematyzować wiedzę i przypomnieć sobie zapomniane już dawno szczegóły. Podobało mi się, że autor tak dużo pisał o historii państw, miast czy krain geograficznych (lubię historię, a wiele rzeczy uleciało mi już z pamięci). Przyznaję natomiast, że czytanie o architekturze zwyczajnie mnie nudziło. Najbardziej fascynujące były jednak opowieści o wampirach, zwłaszcza te zaczerpnięte z tradycyjnych, ludowych przekazów. Wiedzieliście, że Bieszczady też miały swojego wampira? A raczej wampirzycę? Grasowała w miejscowości Bystre, zaledwie 23 kilometry od mojego miejsca zamieszkania (hm, może by się tam wybrać i poszukać śladów wampira?), a ludowe opowieści na jej temat spisał Oskar Kolberg. 

Zebranie opowieści o wampirach grasujących w "górach przeklętych" było świetnym pomysłem. Nie tylko tematyka przejmuje dreszczem, samo miejsce akcji to dodatkowy powód do niepokoju - góry bywają tajemnicze i trochę straszne. A już zwłaszcza takie, w których podobno występują wampiry. Książka Bartłomieja Grzegorza Sali to rzetelne opracowanie, wypełnione po brzegi informacjami o tematyce wampirycznej, historycznej i kulturowej. To doskonała pozycja dla miłośników horroru, chcących dowiedzieć się trochę więcej o postaci wampira i inspiracjach twórców literatury i kina. Również amatorzy pięknie wydanych książek powinni być zachwyceni. Wydawnictwo Bosz jak zwykle nie zawodzi, jeśli chodzi o oprawę graficzną. Polecam!

Moja ocena: 5/6
_______________
Zródło zdjęcia: unsplash.com
Kogo odwiedzi Mały Książę? Wyniki konkursu

Kogo odwiedzi Mały Książę? Wyniki konkursu



Krótko i na temat;) Wszystkie odpowiedzi były interesujące, jedną sama chętnie bym wykorzystała w swoim kalendarzu (Muminki!), ale ta rozłożyła mnie na łopatki: 
Marzy mi się kalendarz z Cthulhu. Czy muszę wyjaśniać dlaczego? ;) I poproszę o cytaty z dzieł Lovecrafta
Luka, kalendarz z Cthulhu jest tak abstrakcyjnym (dla mnie) pomysłem, że zdecydowanie zajmuje pierwsze miejsce;) Dodatkowo, jako miłośniczka horrorów, nie mogłam nie docenić całej koncepcji. Chociaż osobiście wolałabym kalendarz z postaciami z książek Kinga. Albo z ilustracjami Emily Carroll, o!

W każdym razie: do zwyciężczyni za chwilę poleci mail z prośbą o dane do wysyłki. Żałuję, że nie miałam więcej kalendarzy, którymi mogłabym się z Wami podzielić. Ale myślę, że znajdę kilka książek, którymi chętnie się zaopiekujecie;) Następny konkurs pojawi się prawdopodobnie po Świętach. 

Ponure Poniedziałki: Stephen King "The Music Room"

Ponure Poniedziałki: Stephen King "The Music Room"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "In Sunlight or in Shadow. Stories Inspired by the Paintings of Edward Hopper". Można je też przeczytać online TUTAJ.


Dwoje młodych ludzi. Zapewne małżeństwo. On czyta gazetę, ona siedzi przy pianinie, dotykając palcem jednego z klawiszy. Zaraz chyba zacznie grać. Oboje wydają się być pogrążeni w swoich zajęciach i zrelaksowani. Czy tak jednak jest naprawdę? A może sielankowy z pozoru obraz skrywa straszną tajemnicę? 

Inspiracją do powstania tego opowiadania był dla Stephena Kinga obraz Edwarda Hoppera. Hopper był jednym z najważniejszych artystów w USA w XX wieku. Malarz, grafik oraz ilustrator, stworzył wiele dzieł, a ich tematyką od lat 20. było w większości amerykańskie społeczeństwo: zwyczajni ludzie w zwykłym otoczeniu, a wszystko przesiąknięte atmosferą smutku i zagubienia. O Hopperze warto więcej przeczytać oraz przyjrzeć się bardziej szczegółowo jego obrazom. Stephen King wybrał dzieło "Room in New York", które powstało w 1932 roku. I na jego podstawie stworzył przerażającą historię. 

Tak, to właśnie ten obraz
W tekście poznajemy małżeństwo, panią i pana Enderby. Na pozór wydaje się, że relaksują się oni w swoim pokoju muzycznym - nazwanym tak ze względu na obecność w nim pianina. Dowiadujemy się, że USA zmaga się właśnie ze skutkami Wielkiego Kryzysu (a więc mamy lata 30. XX wieku), ale państwo Enderby mają pracę, która pozwala im się utrzymać. Kiedy mężczyzna pogrąża się w lekturze New York Journal-American, kobieta siedzi zamyślona przy pianinie. I wtedy z szafy za ich plecami dobiega pierwsze stuknięcie. 

Nie będę pisać więcej o fabule. Musicie sami odkryć, co takiego kryje się w szafie państwa Enderby i jaka jest ich tajemnica. Dodam tylko, że ten krótki tekst mnie zafascynował. To niesamowite, że patrząc na - wydawałoby się - zwyczajny (ok, może trochę ponury) obraz, Stephen King stworzył tak mroczną historię. Po raz kolejny podziwiam jego wyobraznię. 
"The Music Room" raczej Was nie przerazi, ale na pewno trochę zaskoczy. To naprawdę dobre opowiadanie, ale czego innego mogłam się spodziewać po Stephenie Kingu? Mam nadzieję, że nadal będzie tworzył sporo takich tekstów ("The Music Room" wydano w listopadzie tego roku, więc to świeżynka). Zapraszam Was do lektury i do odkrycia tajemnicy pokoju muzycznego!

Moja ocena: 5/6

PS. Przypominam o konkursie z Małym Księciem, który trwa do 6 grudnia. Do wygrania kalendarz, a więcej informacji TUTAJ
_________________
Zródło zdjęcia: https://www.wikiart.org/en/edward-hopper/not_detected_235607
K.A. Tucker "Dziesięć płytkich oddechów"

K.A. Tucker "Dziesięć płytkich oddechów"

Autor: K.A. Tucker
Tytuł: "Dziesięć płytkich oddechów"
Tytuł oryginału: "Ten Tiny Breaths"
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 421


"Nie otwiera się, nie potrafi znieść dotyku dłoni, ponieważ przypomina jej o śmierci. Nie dopuszcza nikogo do siebie, ponieważ idzie za tym ból"
To idealny opis Kacey. Dziewczyna przeżyła cztery lata temu ogromną tragedię, po której nadal nie potrafi się otrząsnąć. Właśnie przeprowadza się z młodszą siostrą Livie do Miami, by rozpocząć nowe życie. Chociaż tak naprawdę nie wierzy, że uda się jej zacząć wszystko od początku. 

Dziewczyny wynajmują skromne mieszkanie, Livie zaczyna naukę w nowym liceum, a Kacey podejmuje pracę w Starbucksie, żeby było je stać choćby na jedzenie. O oszczędnościach nie ma nawet mowy. W międzyczasie siostry poznają swoich sąsiadów z dwóch najbliższych mieszkań - przypominającą Barbie Storm, która okazuje się być naprawdę w porządku (pomimo swojego wyglądu) i jej córeczkę Mię oraz przystojnego i niezwykle tajemniczego Trenta. Oczywiście Kacey od początku jest zafascynowana młodym mężczyzną. Nie chce jednak pozwolić mu się do siebie zbliżyć, a to ze względu na swoją tragiczną przeszłość. Dziewczyna naprawdę nie radzi sobie w kontaktach z ludzmi, ledwo udało jej się wyjść z kilku uzależnień, w które wpadła kilka lat wcześniej po wypadku, a obecnie radzi sobie z bólem i nadmiarem agresji, intensywnie trenując na siłowni. Nic więc dziwnego, że nie będzie to typowa historia o miłości.

"Dziesięć płytkich oddechów" to kolejna powieść z gatunku new adult. Nic nie poradzę, że właśnie na to ostatnio mam ochotę;) Miałam już w rękach "Pięć sposobów na upadek", jednak po krótkim namyśle zdecydowałam się zacząć od pierwszego tomu tej serii. I myślę, że przeczytam wszystkie, gdyż "Dziesięć płytkich oddechów" okazało się całkiem dobrą książką. Pozostałe części zapowiadają się równie ciekawie. A może nawet lepiej.


Chociaż nie była to lektura idealna... Może od początku. Podobał mi się motyw trudnej przeszłości i trudnej miłości, wiadomo. Wątek Storm i Mii był bardzo ciekawy. Livie okazała się być naprawdę interesującą osóbką, co tym lepiej wróży kolejnej lekturze ("Jedno małe kłamstwo"), której główną bohaterką będzie właśnie młodsza siostra Kacey. 
Nie przekonuje mnie natomiast wątek klubu ze striptizem, a raczej jego niezwykle wyrozumiałego i dobrego właściciela (oraz ochroniarzy o podobnych charakterach). Ok, nie wszyscy pracujący w tego rodzaju miejscach są nieprzyjemnymi, brutalnymi bandziorami, to stereotypy. Ale wydawało mi się, że autorka troszeczkę przesadziła w drugą stronę. Chociaż teraz myślę, że więcej na ten temat przeczytam w trzecim tomie cyklu ("Cztery sekundy do stracenia"), ponieważ to właśnie właściciel klubu będzie jego głównym bohaterem. Jak widzicie, zaplanowałam już sobie lekturę na dłuższy czas;)
Interesujące, że autorka zdecydowała się wprowadzić wątek zespołu stresu pourazowego. Interesujące i bardzo wartościowe. K.A. Tucker poruszyła też problem jazdy pod wpływem alkoholu. Wszystko zgrabnie wplecione w fabułę powieści. I tutaj duży plus. 

A dlaczego książka nie była dla mnie idealna? Pomimo tego, że historia Kacey była naprawdę tragiczna, nie poczułam większych emocji podczas lektury. Tylko teraz nie wiem, czy to mój brak wrażliwości czy po prostu sposób pisania autorki (w gruncie rzeczy całkiem dobry) sprawił, że nie potrafiłam się specjalnie wzruszyć. Nie spodobało mi się też, że zbyt szybko nabrałam podejrzeń co do przeszłości Trenta. I że trafnie odgadłam jego tajemnicę. Wolę, kiedy pisarzowi udaje się mnie przechytrzyć;)

Ostatecznie jednak dobrze oceniam "Dziesięć płytkich oddechów". Tak, jak już wspominałam;) Nie zachwyciłam się, ale też nie był to najgorszy przypadek new adult, z jakim miałam do czynienia. A historie zawarte w kolejnych tomach serii zapowiadają, że mogę się przy nich bawić (i wzruszać) o wiele lepiej. Poza tym nie zrezygnuję teraz z klimatów, które sprawiają mi przyjemność;)

Moja ocena: 4,5/6

Przypominam o konkursie TUTAJ. Kalendarz z Małym Księciem czeka;)
_______________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/222807/dziesiec-plytkich-oddechow
2. unsplash.com
KONKURS Mały Książę - kalendarz

KONKURS Mały Książę - kalendarz

Dzień dobry! Czy chcielibyście otrzymać w prezencie książkowy kalendarz na 2017 rok? Kalendarz z Małym Księciem? Jeśli tak, zapraszam ;)


Kilka zasad: 
1. Konkurs trwa od 30.11. do 6.12. 
2. Wyniki pojawią się na blogu do 11.12, do tego czasu skontaktuję się też ze zwycięzcą.
3. Do wygrania jest nowy egzemplarz kalendarza z Małym Księciem na 2017 rok. To kalendarz książkowy, zawierający oryginalne ilustracje i cytaty z powieści.
4. Żeby wziąć udział, wystarczy napisać w komentarzu pod tym postem odpowiedz na pytanie: Kalendarz z jaką inną postacią literacką (oprócz Małego Księcia, oczywiście;) byłby spełnieniem Waszych marzeń? I dlaczego? Proszę też o zostawienie adresu e-mail, żebym mogła łatwiej skontaktować się ze zwycięzcą.
5. Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie subiektywnej oceny organizatorki konkursu - czyli mnie;)
6. Nie trzeba obserwować mojego bloga ani polubić profilu na fb. Będzie to oczywiście mile widziane, ale nie wpłynie w żaden sposób na wybór zwycięzcy;)


Będzie mi miło, jeśli poinformujecie w jakiś sposób o konkursie blogowych (i nie tylko) znajomych. I zapraszam do udziału;) Sama posiadam już kalendarz na nowy rok, a naprawdę chciałabym komuś zrobić miłą niespodziankę;)


 Mogę na Was liczyć?


Ponure Poniedziałki: Ray Bradbury "Emisariusz"

Ponure Poniedziałki: Ray Bradbury "Emisariusz"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Pazdziernikowa kraina" (C&T, 2009)

"Martin wiedział, że znów jest jesień, bo wbiegając do domu, Pies niósł wiatr, mróz i woń jabłek, przeobrażających się pod drzewami w moszcz. W ciemnych sprężynkach kudłów Pies aportował płatki astrów, pyłki mydlnicy, skorupki żołędzi, sierść wiewiórek, pióra odlatujących drozdów, trociny z drewna świeżo ściętego na opał i liście, sypiące się niczym węgliki z rozpłomienionych koron klonów"
Pies był najlepszym przyjacielem Martina. Martin zaś był po prostu chorym chłopcem, który nie mógł wychodzić z domu. Ale miał Psa. Wysyłał go - swojego emisariusza - do lasu, nad rzekę, do miasteczka... a zwierzę za każdym razem ochoczo biegło, i wracało z nowymi zapachami, nowymi skarbami ukrytymi w sierści, nowymi opowieściami. Czasem pies sprowadzał Martinowi gości. Najczęściej przychodziła jego wychowawczyni ze szkoły, panna Haight. Do chłopca zaglądali też sąsiedzi. Pies przynosił mu radość. Aż pewnego dnia zwierzę nie wróciło z jednej ze swoich wędrówek...

Miałam nie pisać o tym opowiadaniu. Nie dlatego, że jest ono złe (jest dobre). Nie dlatego, że nie jest straszne (jest). Dlatego, że wywołało ono u mnie głęboki smutek. Pies Martina przypomniał mi o moim psie, który był moim najlepszym przyjacielem i który towarzyszył mi przez prawie połowę życia. I pewnego dnia też nie wrócił.


Pomijając jednak tę kwestię - nie to jest najstraszniejsze w "Emisariuszu", a ja nie mogę się roztkliwiać, bo znowu się rozpłaczę - Bradbury po raz kolejny stworzył świetną opowieść. Początkowo wydaje się, że to zwykła historia przyjazni chłopca z psem. Potem niepokój stopniowo wdziera się do umysłu czytelnika - kiedy ten dowiaduje się, że panna Haight nie żyje. Kiedy Martin zaczyna rozmyślać, co robią umarli na cmentarzu. Kiedy Pies nie wraca. I wreszcie... Wreszcie, kiedy w wieczór Halloween z oddali słychać szczekanie. 

To zakończenie jest z jednej strony do przewidzenia, a z drugiej - właśnie takie, jakiego może oczekiwać miłośnik horrorów. Na długo przed Kingiem i jego świetnym "Smętarzem dla zwierzaków" (O tak, widzę pewne podobieństwa. Domyślacie się, jakie?)

Zdecydowanie nie sięgnę więcej po ten tekst. Jest dla mnie zbyt smutny. Jednak warto, żebyście go poznali. Groza, która się w nim czai, powinna się Wam spodobać.

Moja ocena: 5/6
____________________
Zródło zdjęcia: https://pl.pinterest.com/pin/453245149978515331/

EpikBox Vintage, czyli jak zamówiłam kota w worku ;)

EpikBox Vintage, czyli jak zamówiłam kota w worku ;)

Już od dłuższego czasu fascynowały mnie boxy subskrypcyjne, zwłaszcza te książkowe. Jednak nigdy nie odważyłam się żadnego zamówić. Aż do teraz...

Mój wybór padł na EpikBox w edycji Vintage. W skrócie polega to na tym, że za 24 złote (plus koszt przesyłki) dostaje się książkę z wybranej kategorii (wydaną przed 2010 rokiem i mogącą nosić ślady czytania - dlatego vintage), herbatkę, oraz kilka drobnych książkowych gadżetów. 

Całość po odpakowaniu z solidnej, tekturowej koperty, prezentowała się tak: 


Po dalszym odpakowaniu...

Zachwycił mnie piękny notes. Oraz herbatka, którą jakiś dobry człowiek nazwał "Podwieczorek w Pemberley" - skojarzenia z panem Darcym zawsze są mile widziane;)

 
Dodatkowo w paczce znalazłam świetną zakładkę w kształcie pióra. Oraz kilka notek od blogerów polecających konkretne książki, przykładową stronę z notesu "Moja mini recenzja" i jeszcze jedną zakładkę;)


Oczywiście, była też książka;) 


Zastanawia mnie tylko czy aby na pewno należy ona do kategorii, którą wybrałam (kryminał/sensacja/thriller) ;) To jednak jedyny zarzut - ogólnie jestem bardzo zadowolona z zamówienia i chętnie jeszcze kiedyś skuszę się na niespodzianki serwowane przez ekipę EpikBox;)

Zamawialiście kiedyś ten lub inny książkowy box subskrypcyjny? Jak wrażenia? A może nie macie zaufania do tego rodzaju akcji i nie lubicie niespodzianek? 

Tradycyjnie przepraszam za jakość zdjęć. Mogłabym to poprawić, ale choroba odebrała mi resztki sił...
Ponure Poniedziałki: Emily Carroll "Dom sąsiada"

Ponure Poniedziałki: Emily Carroll "Dom sąsiada"

Komiks pochodzi ze zbioru "Przez las" (Wydawnictwo Entliczek, 2016) Prace autorki można też obejrzeć na jej stronie internetowej, TUTAJ


Pisałam już kiedyś w Ponurych Poniedziałkach o "Out of skin" i "His face all red". Teraz przychodzę do Was z nieco inną historią. Historią o domu sąsiada. Zacznijmy jednak od początku...

W domu gdzieś w głębi lasu mieszkał sobie ojciec z trzema córkami. Pewnego razu, w środku zimy, ojciec postanowił wybrać się na polowanie. Kazał córkom czekać równo przez trzy dni. Gdyby po tym czasie nie wrócił, dziewczyny miały wziąć ze sobą coś do jedzenia, ciepło się ubrać i wyruszyć do domu sąsiada. To miało znaczyć, że z ojcem stało się coś złego, a one muszą poszukać bezpiecznego schronienia. Wiecie już, jak zakończyła się ta opowieść?


Komiksy Emily Carroll są fascynujące. Autorka opowiada niezwykle mroczne, trochę baśniowe historie, ilustrując je pięknymi, ale też przerażającymi obrazami. Jestem pod ogromnym wrażeniem, o czym pisałam już wcześniej. Dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy przeczytałam o książkowym wydaniu jej komiksów w Polsce (do tej pory znałam je tylko w wersji internetowej). Jak możecie się domyślać, nie trzeba było długo czekać, żeby "Przez las" znalazło się na mojej półce. To taki mój wcześniejszy prezent gwiazdkowy;)


"Dom sąsiada" to mroczna opowieść. I chociaż pod względem fabuły bardziej podobało mi się "His face all red", to i ten komiks mogę polecić. Niezwykle przypadł mi do gustu język, jakim posługuje się autorka - trochę baśniowy, jednak zazwyczaj oszczędny, w jasny sposób przedstawiający całą historię. W połączeniu z pięknymi ilustracjami (w "Domu sąsiada" na szczególną uwagę zasługują las i krwawy zachód słońca) tworzy niepowtarzalną całość. 


Nie każdemu spodoba się styl autorki. Ale warto zerknąć na jej prace, jeżeli lubicie grozę we wszelakiej postaci. "Przez las" może też być świetnym prezentem mikołajkowym dla osób zafascynowanych horrorem. Naprawdę polecam.

Moja ocena: 5/6

PS. Przepraszam za słabą jakość zdjęć. To oczywiście nie jest wina samej książki, tylko mojego aparatu. W rzeczywistości ilustracje są naprawdę przepiękne;)
____________
Zródła zdjęć: zdjęcia własne, jak widać
Alex Marwood "Dziewczyny, które zabiły Chloe"

Alex Marwood "Dziewczyny, które zabiły Chloe"





Autor: Alex Marwood
Tytuł: "Dziewczyny, które zabiły Chloe"
Tytuł oryginału: "The Wicked Girls"
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2016 (wydanie IV)
Liczba stron: 446







"Otwiera oczy pod powierzchnią, widzi, że woda jest znów mętna z powodu wznieconego mułu. Jest pod nią ciemno. Cicho. Ona to właśnie widziała, myśli. Tak wyglądały jej ostatnie chwile."
Każda zbrodnia jest przerażająca. Zwłaszcza taka popełniona przez dziecko. Nic więc dziwnego, że kiedy odkryto ciało małej Chloe i ustalono, że zabiły ją dwie jedenastolatki, dziewczynki stały się obiektem powszechnego potępienia i ogólnej nienawiści. Od tego czasu minęło już jednak dwadzieścia pięć lat. Dziewczyny odbyły karę w zakładach poprawczych, zmieniono im tożsamość. Teraz są tylko częścią społeczeństwa. Żyją jednak w strachu, że w każdej chwili ktoś może odkryć ich przeszłość. I co wtedy?
Nie przypuszczają na pewno, że tyle komplikacji w ich życie może wnieść sprawa morderstw w ponurym nadmorskim kurorcie. Jednak jedna z nich odkrywa ciało w wesołym miasteczku, gdzie pracuje. A druga, dziennikarka, przyjeżdża do Withmouth, żeby zrelacjonować całą sprawę. Kiedy po tylu latach ich drogi znowu się spotykają, robi się naprawdę niebezpiecznie. Do tego jeszcze seryjny morderca, grasujący gdzieś w pobliżu... To nie zapowiada się dobrze dla naszych bohaterek.

Alex Marwood postawiła na dwutorową narrację. Z jednej strony obserwujemy to, co dzieje się współcześnie - życie Amber oraz Kirsty, ich próby poradzenia sobie z trudną przeszłością i tym, co zrobiły, a także poczynania tajemniczego zabójcy, który jest niebezpiecznie blisko. Z drugiej strony, możemy poznać wydarzenia, które miały miejsce tego feralnego dnia, w którym zginęła Chloe. Jak do tego doszło? Czy można było tego uniknąć? Czy te dwie dziewczyny naprawdę są złem wcielonym? 
To interesujący zabieg, który bardzo mi się podoba. Dzięki niemu nic nie jest oczywiste - prawda może być odkrywana przez czytelnika powoli, kawałek po kawałku. A opinia na temat głównych bohaterek może się bardzo różnić na początku i na końcu lektury.

Cieszę się, że autorka nie skupiła się jedynie na sprawie morderstw w kurorcie. Oczywiście jest to ważny wątek, jednak na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się życie Kirsty i Amber. To one są tutaj najważniejsze. To naprawdę dobry thriller psychologiczny, podejmujący tematykę zbrodni, winy oraz osądzania winnych osób przez społeczeństwo. Czy niektóre rzeczy musiały się wydarzyć, a może był to naprawdę tragiczny w skutkach zbieg okoliczności oraz efekt zaniedbania dorosłych? Czy dzieci, które popełniły zbrodnię, muszą za nią płacić już do końca życia? Kiedy przeszłość może wrócić w każdej chwili, już nigdy nie można poczuć się bezpiecznie. I to głównie o tym jest ta powieść. 

Trochę szkoda, że rozwiązanie zagadki Nadmorskiego Dusiciela okazało się takie... nieco banalne. To jednak niewielki minus w porównaniu do doskonałej reszty książki. "Dziewczyny, które zabiły Chloe" naprawdę skłaniają do rozmyślań. Ciężka tematyka, duszna atmosfera nieprzyjemnego Withmouth, wesołe miasteczko, które jest naprawdę mało przyjemne, morderca czający się gdzieś w mroku i dwie niezwykle interesujące główne bohaterki - Alex Marwood naprawdę świetnie się spisała. Podobało mi się też zakończenie powieści. Oczywiście nie będę zdradzać szczegółów, ale warto doczytać do końca. To mroczna książka, idealna na ponury listopad.
(Chociaż aktualnie u mnie pada śnieg, a ja słucham świątecznych piosenek. Także tego...)

Moja ocena: 5/6
__________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/261610/dziewczyny-ktore-zabily-chloe
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Stephen King "Wiem, czego ci potrzeba"

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Wiem, czego ci potrzeba"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Nocna zmiana" (Albatros, 2015; po raz pierwszy zbiór został opublikowany w 1978 roku)


Czy nie byłoby cudownie spotkać osobę, która doskonale wie, na co mamy w danym momencie ochotę, jak powinna się wobec nas zachować i czego nam potrzeba? Czy nie byłoby wspaniale mieć ją zawsze przy sobie, tak aby o nas dbała, odgadując nasze życzenia jeszcze zanim zdążymy dobrze o nich pomyśleć? Otóż nie.

Podczas nauki do egzaminu z socjologii do Liz dosiada się dziwny, niechlujnie wyglądający chłopak. Edward (bo tak ma na imię) proponuje jej podwójne lody truskawkowe - bo tego właśnie potrzeba dziewczynie w przerwie w nauce. Jakkolwiek brzmi to dziwnie i podejrzanie, Ed ma rację - Liz właśnie o tym myślała. Początkowo dziewczyna go spławia. Jednak nie może zapomnieć o tym, co jej powiedział i w końcu poddaje się i idzie do kawiarni. Tam już czeka Edward, z dużą porcją lodów truskawkowych. Zaczynają rozmawiać i w końcu chłopak proponuje Liz pomoc w nauce do egzaminu. A dokładniej: kopię testu. Bo tego właśnie jej potrzeba... Wiadomo, że Edward liczy na coś więcej. Jednak Elizabeth ma już chłopaka. Ale kto powiedział, że będzie z Tonym już na zawsze?

"Nocną zmianę" czytałam już dawno, niektórych opowiadań kompletnie nie pamiętam. Tak też było z tekstem opisywanym dzisiaj w Ponurych Poniedziałkach. Muszę przyznać, że ponowne sięgnięcie po ten zbiór było doskonałą decyzją: to Stephen King, jakiego lubię najbardziej.


Opowiadanie jest przesycone atmosferą niepokoju. Od początku Edward wydaje się nam podejrzany. A kwestia "Wiem, czego ci potrzeba" zamiast zaciekawienia, wywołuje raczej dreszcz strachu. Bo trzeba przyznać, że takie słowa w tekście Stephena Kinga nie mogą zwiastować niczego dobrego. Oczywiście czytelnik wie to od początku. Natomiast Liz musi się przekonać na własnej skórze, że osoba spełniająca wszystkie jej życzenia i zawsze zachowująca się zgodnie z jej oczekiwaniami, wcale nie jest wyczekanym i wymarzonym ideałem. Wręcz przeciwnie.

Tekst nie jest makabryczny. Straszy samym klimatem, a postać Edwarda wywołuje pewną obawę. Nie do końca wiadomo, czego można się po nim spodziewać i kim tak naprawdę jest. Czy na pewno tylko zwykłym studentem, beznadziejnie zakochanym w Liz i spełniającym wszystkie jej zachcianki? Samo zakończenie z pewnością nie wszystkim przypadnie do gustu. Może wydać się zbyt proste, za mało zaskakujące i efektowne. Mi się jednak podobało. Pozostawia ono czytelnika z uczuciem niepokoju. A to jeden z najlepszych efektów, jakie może wywołać opowiadanie grozy.

Sięgnijcie po "Wiem, czego ci potrzeba", jeśli macie ochotę. Może się jednak zdarzyć, że po lekturze będziecie podejrzliwie patrzeć na różne - nie tylko literackie - historie miłosne...
"A kiedy stracisz urodę i mężczyzni nie będą nawet starać się spełniać twoich zachcianek, zatęsknisz za mną... Wiem, czego ci potrzeba"
Moja ocena: 5/6
_________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

Aleksandra Zaprutko-Janicka "Piękno bez konserwantów. Sekrety urody naszych prababek"

Aleksandra Zaprutko-Janicka "Piękno bez konserwantów. Sekrety urody naszych prababek"





Autor: Aleksandra Zaprutko-Janicka
Tytuł: "Piękno bez konserwantów. Sekrety urody naszych prababek"
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 288








Jesteś zmęczona tym, że choć używasz całej masy najnowszych kosmetyków, nie dają one oczekiwanych rezultatów? Nie chcesz niepotrzebnie faszerować się zawartą w nich chemią? Może sięgniesz do sposobów stosowanych w dwudziestoleciu międzywojennym?

Odważysz się?

W swojej nowej książce Aleksandra Zaprutko-Janicka w fascynujący sposób opowiada o przedwojennych sposobach dbania o urodę. Może się wydawać, że wtedy kobiety używały zwykłego zestawu mydło + woda, i to było wszystko. Jednak wiele z naszych prababek miało do dyspozycji kosmetyki, często lepsze niż te produkowane współcześnie. Bo nawet, jeśli te dostępne na rynku im nie odpowiadały (a było z czego wybierać!), mogły same stworzyć poszczególne preparaty. Przepisy na nie również znajdują się w "Pięknie bez konserwantów".

Książka jest interesująca, chociaż nie ukrywam że sama nie mam zamiaru sięgać po zawarte w niej receptury na kosmetyki. Po części, przyznaję, z lenistwa. Wygodniej jest przecież sięgnąć po gotowe produkty, pięknie zapakowane, czekające tylko na mnie na sklepowych półkach. Po drugie, z braku czasu. Musiałabym zamówić poszczególne produkty potrzebne do wytworzenia kosmetyków w specjalnych sklepach internetowych, a potem zabrać się za sam proces tworzenia. Z drugiej strony, wizja posiadania takich zdrowszych dla skóry kosmetyków i wyglądania niczym przedwojenna piękność jest niezwykle kusząca;)


Chociaż ten tytuł spodobał mi się najmniej ze wszystkich wydanych w serii "Ciekawostki historyczne" (nie licząc "Polskiego imperium", którego jeszcze nie czytałam, ale które już grzecznie czeka na mojej półce) i tak będę go polecać. Przede wszystkim kobietom zafascynowanym życiem codziennym w przedwojennej Polsce (czyli takim, jak ja;) Oraz tym interesującym się kosmetykami i kosmetologią, a także chcącym wypróbować międzywojenne przepisy na urodę. Naprawdę warto;)

A na zachętę krótki fragment o pielęgnacji włosów:

"Przed wojną dbałość o włosy opierała się na trzech fundamentach - myciu, szczotkowaniu i masażu. [...] Co dzisiaj może wydawać się szokujące, w ramach zwyczajnego dbania o higienę zalecano mycie włosów... raz na miesiąc! Ewentualnie, jeśli ktoś borykał się z problemem przetłuszczania się, można je było raz na tydzień zmywać na dwa różne sposoby. Na przykład z pomocą łagodnego mydła i letniej wody lub żółtka jaja kurzego i letniej wody. Wykorzystywanie do tego zimnej wody uznawane było za niezdrowe. Miało to być dla włosów wyjątkowo szkodliwe i powodować ich wypadanie"
Moja ocena: 4/6
_______________
Zródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3699563/piekno-bez-konserwantow-sekrety-urody-naszych-prababek
2.unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Edward Frederic Benson "Po drugiej stronie drzwi"

Ponure Poniedziałki: Edward Frederic Benson "Po drugiej stronie drzwi"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Widzialne i niewidzialne" (C&T, 2015)
"Niepewne stąpanie po schodach rozlegało się coraz bliżej korytarza; słyszałam także szuranie dłoni przesuwającej się po omacku wzdłuż balustrady. Kroki przemierzyły część korytarza między schodami a moimi drzwiami, pózniej zaś o drzwi otarła się z szelestem jakaś tkanina i dotykające ich po ciemku palce"
Przeczytaliście powyższy cytat? To już nie musicie sięgać po całe opowiadanie, bo poznaliście to, co w nim najlepsze.
Tekst to zapis rozmowy między panią Aldwych, a gościem odwiedzającym jej niedawno kupiony dom. W większości dotyczy on teorii kobiety, wyjaśniającej pochodzenie niezwykłych zjawisk (duchy, dziwne hałasy itd.) Szczerze przyznaję, że wydał mi się po prostu nudny. Nie lubię takich rozważań, a stare opowiadania grozy często są ich pełne. Na szczęście pod koniec lektury troszkę się ożywiłam.

Pani Aldwych opisała swoje spotkanie z duchem, kiedy pewnej nocy została sama w domu. Obudziła się i poczuła ogromny lęk, którego przyczyny nie potrafiła sprecyzować. Nie minęło jednak dużo czasu i usłyszała kroki... Tajemnicza postać zbliżała się do jej sypialni, a potem minęła ją, zahaczając po drodze o klamkę. I to właśnie dla tego fragmentu warto było przeczytać całe opowiadanie.

Edward Frederic Benson pisał naprawdę dobrze. Choć czasami jego teksty mnie nudzą, właśnie ze względu na wcześniej wspomniane rozważania, czy też dziwne teorie, które w ogóle mnie nie przekonują. Stworzył jednak kilka naprawdę dobrych opowiadań (słynny "Pokój na wieży", "Noc Gavona", o których pewnie jeszcze napiszę...). I nawet w tych, które mi się nie podobają, widać jego świetny styl, który błyszczy zwłaszcza wtedy, kiedy autor opisuje niezwykłe i tajemnicze zjawiska.

Pani Aldwych mogła uważać, że tak naprawdę nie miała do czynienia z duchem. Nieważne. Ważne że to, co widziała i słyszała, zostało przedstawione w tak przekonujący sposób. Nie potrzebuję już jej wyjaśnienia, ani też wyjaśnień samego autora. Ta jedna scena zapadnie mi w pamięć i to chyba wystarczy. Tymczasem będę nadal poznawać teksty Bensona (nie skończyłam jeszcze całego zbioru) z nadzieją, że będzie tam więcej opowieści o duchach.

Moja ocena: 3/6
_____________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

Charlie Donlea "Dziewczyna z Summit Lake"

Charlie Donlea "Dziewczyna z Summit Lake"

Autor: Charlie Donlea
Tytuł: "Dziewczyna z Summit Lake"
Tytuł oryginału: "Summit Lake"
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2016
Liczba stron:416
"Tak to chyba jest w małych miasteczkach. Dzieje się dużo podejrzanych rzeczy"
To jednak nie będzie opowieść o małym miasteczku. A przynajmniej nie będzie ono na pierwszym planie. Summit Lake to tylko miejsce akcji, miejsce morderstwa Bekki Eckersley oraz prowadzenia dziennikarskiego śledztwa w tej sprawie przez Kelsey Castle. "Dziewczyna z Summit Lake" to przede wszystkim historia tych dwóch kobiet i tego, co je spotkało.

Becca Eckersley była studentką pierwszego roku prawa. Córka bogatych rodziców, pochodząca z dobrej rodziny z prawniczymi tradycjami, mająca wielu znajomych. Brutalnie zamordowana, kiedy uczyła się do egzaminu w letnim domu jej rodziców w małym miasteczku Summit Lake. Co się stało? Kto ją zaatakował? Czy było to tylko zwyczajne włamanie, które skończyło się bardzo źle, jak sugeruje policja? A może zrobił to ktoś, kto dobrze znał Beccę? Ponieważ policyjne śledztwo toczy się niezwykle powoli, a sprawa wygląda na intrygującą, do Summit Lake zostaje wysłana Kelsey Castle. To dziennikarka specjalizująca się w podobnych sprawach. Ma za zadanie odkryć, co tak naprawdę stało się z Beccą i co doprowadziło do jej śmierci. To ma być też rodzaj terapii - z dala od Miami, gdzie mieszka na co dzień, Kelsey ma zapomnieć o traumatycznych przeżyciach, które niedawno były jej udziałem. Kobieta początkowo bagatelizuje całą sprawę uznając, że nie ma w niej nic niezwykłego. Jednak szybko wpada na trop. I od tej pory robi wszystko, żeby odkryć prawdę o życiu i śmierci Becci.

Ta powieść intrygowała mnie już od dawna, jeszcze od czasu kiedy widziałam tylko jej zapowiedzi. W końcu miałam szansę ją przeczytać i przyznaję, że jestem zadowolona. Chociaż mam do niej trochę zastrzeżeń. Ale po kolei.

Do mocnych stron książki zdecydowanie należy miejsce akcji. Urokliwe miasteczko Summit Lake, z jednej strony położone nad jeziorem, z drugiej otoczone przez góry, nie wydaje się być miejscem, w którym ktoś może popełnić morderstwo. Jest zbyt idealne. A jednak ma tam miejsce straszliwa zbrodnia, która wstrząsa lokalną społecznością. Interesująca jest też postać Becci. Poznajemy ją dzięki rozdziałom opisującym jej życie w collegu i na pierwszym roku studiów. Możemy dowiedzieć się, jaka była, co ją interesowało i jak wyglądały jej relacje z przyjaciółmi. Przy okazji możemy obstawiać, kto z nich (jeśli to jedna z tych osób) mógł ją zamordować. Sama konstrukcja powieści również mi się podobała. Akcja biegnie dwutorowo - na przemian możemy obserwować życie Becci i wydarzenia przybliżające ją do tragicznej śmierci, a także dziennikarskie śledztwo prowadzone przez Kelsey Castle.

Nie podobało mi się wyjaśnienie zagadki morderstwa. Autorka troszkę zakpiła sobie z czytelnika, wyłącząjąc z grona podejrzanych bardzo prawdopodobną osobę, a później cudownie przywracając ją do niego na samym końcu powieści. O ile coś podobnego podoba mi się w wykonaniu Jeffery'ego Deavera (który bardzo zręcznie potrafi zmanipulować i wywieść w pole czytelnika), o tyle ten zabieg zastosowany w "Dziewczynie..." nie przypadł mi do gustu. Nie do końca też polubiłam Kelsey. Miała być ona bardzo sprytną dziennikarką śledczą. Tymczasem zwierzanie się ze szczegółów śledztwa nowo poznanej w Summit Lake osobie było bardzo nierozsądne. Wiem, że budziła ona zaufanie, ale szanujący się dziennikarz nie powinien tak łatwo opowiadać o tym, co właśnie udało mu się odkryć. Zwłaszcza w sprawie, którą ktoś z pewnych względów bardzo chce zatuszować.

Ostatecznie "Dziewczyna z Summit Lake" okazała sie przyzwoitą, wciągającą lekturą. Powinna spodobać się miłośnikom mało krwawych kryminałów, którzy chętnie będą przyglądać się życiu Becci oraz postępom w śledztwie Kelsey i zechcą sami zmierzyć się z zagadką śmierci tytułowej dziewczyny. Nie jest to jednak mroczna książka, której się spodziewałam. Chociaż przyznaję, że historia Becci zapadła mi w pamięć i skłoniła do rozmyślań. Bo okazała się ona niezwykle ciekawą, niejednoznaczną osobą. Szkoda, że autorka nie poświęciła temu wątkowi jeszcze więcej miejsca. Z drugiej strony, zasygnalizowała pewne rzeczy, pozostawiając czytelnikowi miejsce do rozważań i snucia własnych teorii.

Jeżeli chodzi o książki wydane w tym roku przez Filię, zdecydowanie bardziej polecam "Dziewczynę w walizce". Natomiast ta lektura również powinna się sprawdzić, jeśli zechcecie na chwilę przenieść się w wyobraźni do urokliwego Summit Lake i rozwiązać zagadkę śmierci studentki prawa. Na leniwy, jesienny wieczór - będzie bardzo dobra.

Moja ocena: 4/6
___________
Zródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/292938/dziewczyna-z-summit-lake
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Ray Bradbury "Słój"

Ponure Poniedziałki: Ray Bradbury "Słój"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Pazdziernikowa kraina" (C&T, 2009).

"Jedna z tych rzeczy trzymanych w słojach w jarmarcznym namiocie na obrzeżu małego, sennego miasteczka. Jedna z tych wyblakłych rzeczy, unoszących się w spirytusowej plazmie, wiecznie śniących, obracających się leniwie, a jej obnażone oczy gapią się prosto na ciebie, choć wcale cię nie widzą."

Właśnie ta rzecz, ten słój wraz z niezwykłą zawartością, zafascynowała Charliego. Wpatrywał się w to niezwykłe zjawisko bardzo długo. Aż w końcu postanowił je kupić. Właściciel gabinetu osobliwości początkowo się targował, wiedział jednak że nie może przepuścić takiej okazji. I tak Charlie wrócił do wsi, wraz z tajemniczym słojem. Chyba po raz pierwszy w życiu udało mu się wzbudzić ciekawość i szacunek sąsiadów. Tylko jego żona, jak zawsze zresztą, nie była zachwycona pomysłem Charliego. I postanowiła zrobić wszystko, żeby zepsuć mężowi radość z nowego nabytku.

Dzisiaj ilustracją jest okładka zbioru opowiadań Bradbury'ego. Nie mogłam znalezc wystarczająco strasznego zdjęcia słoika z podejrzaną zawartością.
To opowiadanie jest niezwykłe. Z pozoru nie dzieje się w nim zbyt wiele. Ot, mężczyzna kupuje na jarmarku słój z dziwną zawartością. A pózniej, w letnie wieczory, w jego domu zbierają się sąsiedzi i dyskutują o tym kto - lub co - może znajdować się w słoju. Bo wygląda to jak czyjaś głowa. Ale czy na pewno? A jeśli tak, kim była ta osoba za życia? Każdy widzi w niej kogoś innego, odnosząc się do własnych wspomnień i doświadczeń. Nieszczęśliwa kobieta, której dziecko zgubiło się kiedyś na bagnach i już nie wróciło, widzi w słoju właśnie swojego synka. Mężczyzna, który jako dziecko utopił małego kotka, widzi w słoju właśnie tego kociaka. Każdy ma do opowiedzenia własną historię. I tak siedzą wieczorami, rozmawiając i wpatrując się w słój. Opisy tych rozmów są niesamowite. Prawie czułam się tak, jakbym sama siedziała w chacie Charliego i słuchała tych ludzi. A potem przyszedł sąsiad mężczyzny, Tom Carmody. I ogłosił, że ten słój z ludzką (?) głową, to jedno wielkie oszustwo. Wtórowała mu żona Charliego. Już wiecie, że to nie skończyło się dobrze, prawda?

"Słój" to jedno z lepszych opowiadań Raya Bradbury'ego, jakie miałam okazję przeczytać (zaznaczę jednak, że jeszcze nie skończyłam całego zbioru, więc wiele niespodzianek przede mną). Ten tekst to jednocześnie świetny dowód na to, że nie trzeba straszyć czytelnika makabrycznymi opisami, żeby być mistrzem horroru. Wystarczy dobry pomysł wyjściowy (słój z tajemniczą zawartością), umiejętność sprawnego opisywania z pozoru nudnych rzeczy (zebrania sąsiadów i rozmowy na temat tego, co jest w słoju) oraz szokujący finał. I chociaż od pewnego momentu można było przewidzieć, jak cała sprawa się zakończy, to i tak tekst nie stracił nic ze swojej siły rażenia. 
A może to opowiadanie miało taki wpływ tylko na moją wyobraznię? 

Moja ocena: 5/6




____________
Zródło zdjęcia: https://pl.pinterest.com/pin/263953228137104036/

Linda Rodriguez McRobbie "Niegrzeczne księżniczki"



Autor: Linda Rodriguez McRobbie
Tytuł: "Niegrzeczne księżniczki"
Tytuł oryginału: "Princesses Behaving Badly: Real Stories from History Without the Fairy-Tale Endings"
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 384








Księżniczka, która się nie myła. Księżniczka, która urządziła masakrę, żeby pomścić swojego męża. Księżniczka zamknięta przez męża w zamku do końca życia. Księżniczka, która nosiła maskę z mięsa... Dalej macie wrażenie, że księżniczki zawsze były grzeczne, słuchały starszych, przestrzegały etykiety i miały życie jak z bajki? Hm, to ostatnie może być prawdą... ale musimy pamiętać o tym, że nie wszystkie baśnie mają szczęśliwe zakończenie.

"Niegrzeczne księżniczki" to książka wydana w serii "Prawdziwe historie". Tym razem jednak jest skierowana do nieco młodszych odbiorców (do nastolatek) i opatrzona etykietką "light". Nie do końca się z tym zgadzam, ale o tym pózniej.

Autorka przedstawia historie trzydziestu księżniczek bądz osób, które się za nie podawały (na przykład Franciszki Szankowskiej która twierdziła, że jest cudownie uratowaną księżniczką Anastazją). Ich losy prezentuje w krótkich rozdziałach podzielonych na kategorie. I tak mamy księżniczki-wojowniczki, imprezowiczki czy wariatki. Pomysł jest dobry, chociaż nie zawsze kategoria pasuje do konkretnej osoby, niektóre wydają się być dopasowane na siłę. Opowieści o księżniczkach przeplatane są ciekawostkami historycznymi związanymi z tematyką książki i samymi opisywanymi postaciami. Muszę przyznać, że to ciekawy zabieg.


Książkę czyta się niezwykle szybko i lekko. Mimo to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że kategoria "light" nie do końca do niej pasuje. Tak samo, jak skierowanie całości głównie do nastoletniego odbiorcy. Może i czytanie o mordach, zdradach i seksualnych ekscesach nie zaszokuje zbytnio młodych ludzi, ale... O wiele łagodniejsze w treści (i równie dobrze napisane) są "Bajki, które zdarzyły się naprawdę" Anny Moczulskiej.

Mam wrażenie, że "Niegrzeczne księżniczki" powstały głównie po to, żeby szokować. Owszem, lektura jest przyjemna, a sama książka jest naprawdę ładnie wydana. Historie tych niezwykłych kobiet są z kolei fascynujące. Chociaż naprawdę szkoda, że autorka nie pokusiła się o dokładniejsze opisanie ich losów (na ile to oczywiście możliwe, nie zawsze istnieją na ten temat odpowiednie zródła historyczne), natomiast wydobyła na światło dzienne głównie te najbardziej kontrowersyjne wydarzenia z ich życia. A nie da się ukryć, że każda z księżniczek zasługuje na osobną książkę.

Podsumowując:
Niegrzeczne? Jak najbardziej! Chociaż czasami "tylko" nieszczęśliwe.
Light? Niekoniecznie.
Do polecenia? Oczywiście. Jeżeli ktoś lubi podobne historie...;)

Moja ocena: 4/6
_________
Zródła zdjęć:
1.  http://lubimyczytac.pl/ksiazka/293533/niegrzeczne-ksiezniczki-prawdziwe-historie
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Stefan Grabiński "Fałszywy alarm"

Ponure Poniedziałki: Stefan Grabiński "Fałszywy alarm"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Demon ruchu i inne opowiadania" (Zysk i S-ka, 2011)
Można je też przeczytać online w serwisie Wolne Lektury.


To opowiadanie rozpoczyna się dość nietypowo, jak na teksty Stefana Grabińskiego: od katastrofy kolejowej. Możemy obserwować, jak kolejarze starają się uprzątnąć zdruzgotane wagony dwóch składów, które zderzyły się ze sobą na jednej ze stacji. Oraz jak jeden z pracowników kolei upomina drugiego:
"Przestrzegałem parę razy przed katastrofą, lecz wtedy wyśmiałeś mnie, kolega. Teraz ponosicie następstwa własnej lekkomyślności"
Skąd ten mężczyzna, naczelnik stacji w Trenczynie o nazwisku Bytomski, wiedział o nadciągającej katastrofie? I dlaczego nikt nie posłuchał jego ostrzeżeń? Otóż Bytomski, po latach pracy w kolei, wysnuł teorię na temat fałszywych alarmów: jeśli do jednej stacji przychodzi fałszywe ostrzeżenie o możliwym wypadku, niedługo po tym w jej najbliższej okolicy (lecz na zupełnie innej stacji) rzeczywiście dochodzi do katastrofy. Bytomski po wielu obserwacjach potrafił dokładnie wskazać, kiedy i gdzie można spodziewać się strasznego w skutkach karambolu. Jego teoria wydawała się jednak tak szalona i oparta na tak kruchych podstawach, że mało kto mu wierzył. Tym razem również nie udało mu się zapobiec katastrofie. Na tym jednak opowiadanie się nie kończy. Kolejarz odkrył, że po naniesieniu na mapę miejsc wypadków, tworzy się pewien wzór. Wzór, za którego pomocą można wskazać przyszłe miejsca wypadków, jeszcze zanim przyjdą fałszywe alarmy. Wzór, w którego centrum jest stacja, którą on sam zarządza...

Jak już wspomniałam, tekst rozpoczął się w nietypowy sposób. Za to zakończenie było już w dobrze znanym mi stylu i dokładnie takie, jakiego mogłam się spodziewać po opowiadaniu Grabińskiego. Początkowo opowiadanie mi się nie podobało (jak to, katastrofa kolejowa już na początku? to co będzie później?) Jednak po skończonej lekturze przyznaję, że to dobry tekst. Poza tym byłoby nudno, gdyby autor cały czas trzymał się tej samej, dobrze znanej czytelnikom, konstrukcji opowiadań.

Jak zwykle u Grabińskiego, oprócz zagrożeń fizycznych, jak najbardziej realnych (katastrofy kolejowe) mamy do czynienia z czymś, co je wywołuje. Czymś nie do końca określonym, wymykającym się zwykłemu poznaniu. Bo czy wiemy, kto wysyła fałszywe alarmy do poszczególnych stacji? I dlaczego wypadki zdarzają się tak regularnie po otrzymaniu podobnego alarmu, tyle że w zupełnie innych miejscach, jakby wyznaczonych jakimś wzorem? To prawdziwy element grozy.

Jak myślicie, jaką zależność odkrył Bytomski? Co miało się wydarzyć na jego stacji? I czy udało mu się powstrzymać złowrogą siłę, która igrała sobie z kolejarzami, nawet niewierzącymi w jej istnienie?

Moja ocena: 4,5/6 
____________
Źródło zdjęcia: unsplash.com
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger