KONKURS Mały Książę - kalendarz

KONKURS Mały Książę - kalendarz

Dzień dobry! Czy chcielibyście otrzymać w prezencie książkowy kalendarz na 2017 rok? Kalendarz z Małym Księciem? Jeśli tak, zapraszam ;)


Kilka zasad: 
1. Konkurs trwa od 30.11. do 6.12. 
2. Wyniki pojawią się na blogu do 11.12, do tego czasu skontaktuję się też ze zwycięzcą.
3. Do wygrania jest nowy egzemplarz kalendarza z Małym Księciem na 2017 rok. To kalendarz książkowy, zawierający oryginalne ilustracje i cytaty z powieści.
4. Żeby wziąć udział, wystarczy napisać w komentarzu pod tym postem odpowiedz na pytanie: Kalendarz z jaką inną postacią literacką (oprócz Małego Księcia, oczywiście;) byłby spełnieniem Waszych marzeń? I dlaczego? Proszę też o zostawienie adresu e-mail, żebym mogła łatwiej skontaktować się ze zwycięzcą.
5. Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie subiektywnej oceny organizatorki konkursu - czyli mnie;)
6. Nie trzeba obserwować mojego bloga ani polubić profilu na fb. Będzie to oczywiście mile widziane, ale nie wpłynie w żaden sposób na wybór zwycięzcy;)


Będzie mi miło, jeśli poinformujecie w jakiś sposób o konkursie blogowych (i nie tylko) znajomych. I zapraszam do udziału;) Sama posiadam już kalendarz na nowy rok, a naprawdę chciałabym komuś zrobić miłą niespodziankę;)


 Mogę na Was liczyć?


Ponure Poniedziałki: Ray Bradbury "Emisariusz"

Ponure Poniedziałki: Ray Bradbury "Emisariusz"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Pazdziernikowa kraina" (C&T, 2009)

"Martin wiedział, że znów jest jesień, bo wbiegając do domu, Pies niósł wiatr, mróz i woń jabłek, przeobrażających się pod drzewami w moszcz. W ciemnych sprężynkach kudłów Pies aportował płatki astrów, pyłki mydlnicy, skorupki żołędzi, sierść wiewiórek, pióra odlatujących drozdów, trociny z drewna świeżo ściętego na opał i liście, sypiące się niczym węgliki z rozpłomienionych koron klonów"
Pies był najlepszym przyjacielem Martina. Martin zaś był po prostu chorym chłopcem, który nie mógł wychodzić z domu. Ale miał Psa. Wysyłał go - swojego emisariusza - do lasu, nad rzekę, do miasteczka... a zwierzę za każdym razem ochoczo biegło, i wracało z nowymi zapachami, nowymi skarbami ukrytymi w sierści, nowymi opowieściami. Czasem pies sprowadzał Martinowi gości. Najczęściej przychodziła jego wychowawczyni ze szkoły, panna Haight. Do chłopca zaglądali też sąsiedzi. Pies przynosił mu radość. Aż pewnego dnia zwierzę nie wróciło z jednej ze swoich wędrówek...

Miałam nie pisać o tym opowiadaniu. Nie dlatego, że jest ono złe (jest dobre). Nie dlatego, że nie jest straszne (jest). Dlatego, że wywołało ono u mnie głęboki smutek. Pies Martina przypomniał mi o moim psie, który był moim najlepszym przyjacielem i który towarzyszył mi przez prawie połowę życia. I pewnego dnia też nie wrócił.


Pomijając jednak tę kwestię - nie to jest najstraszniejsze w "Emisariuszu", a ja nie mogę się roztkliwiać, bo znowu się rozpłaczę - Bradbury po raz kolejny stworzył świetną opowieść. Początkowo wydaje się, że to zwykła historia przyjazni chłopca z psem. Potem niepokój stopniowo wdziera się do umysłu czytelnika - kiedy ten dowiaduje się, że panna Haight nie żyje. Kiedy Martin zaczyna rozmyślać, co robią umarli na cmentarzu. Kiedy Pies nie wraca. I wreszcie... Wreszcie, kiedy w wieczór Halloween z oddali słychać szczekanie. 

To zakończenie jest z jednej strony do przewidzenia, a z drugiej - właśnie takie, jakiego może oczekiwać miłośnik horrorów. Na długo przed Kingiem i jego świetnym "Smętarzem dla zwierzaków" (O tak, widzę pewne podobieństwa. Domyślacie się, jakie?)

Zdecydowanie nie sięgnę więcej po ten tekst. Jest dla mnie zbyt smutny. Jednak warto, żebyście go poznali. Groza, która się w nim czai, powinna się Wam spodobać.

Moja ocena: 5/6
____________________
Zródło zdjęcia: https://pl.pinterest.com/pin/453245149978515331/

EpikBox Vintage, czyli jak zamówiłam kota w worku ;)

EpikBox Vintage, czyli jak zamówiłam kota w worku ;)

Już od dłuższego czasu fascynowały mnie boxy subskrypcyjne, zwłaszcza te książkowe. Jednak nigdy nie odważyłam się żadnego zamówić. Aż do teraz...

Mój wybór padł na EpikBox w edycji Vintage. W skrócie polega to na tym, że za 24 złote (plus koszt przesyłki) dostaje się książkę z wybranej kategorii (wydaną przed 2010 rokiem i mogącą nosić ślady czytania - dlatego vintage), herbatkę, oraz kilka drobnych książkowych gadżetów. 

Całość po odpakowaniu z solidnej, tekturowej koperty, prezentowała się tak: 


Po dalszym odpakowaniu...

Zachwycił mnie piękny notes. Oraz herbatka, którą jakiś dobry człowiek nazwał "Podwieczorek w Pemberley" - skojarzenia z panem Darcym zawsze są mile widziane;)

 
Dodatkowo w paczce znalazłam świetną zakładkę w kształcie pióra. Oraz kilka notek od blogerów polecających konkretne książki, przykładową stronę z notesu "Moja mini recenzja" i jeszcze jedną zakładkę;)


Oczywiście, była też książka;) 


Zastanawia mnie tylko czy aby na pewno należy ona do kategorii, którą wybrałam (kryminał/sensacja/thriller) ;) To jednak jedyny zarzut - ogólnie jestem bardzo zadowolona z zamówienia i chętnie jeszcze kiedyś skuszę się na niespodzianki serwowane przez ekipę EpikBox;)

Zamawialiście kiedyś ten lub inny książkowy box subskrypcyjny? Jak wrażenia? A może nie macie zaufania do tego rodzaju akcji i nie lubicie niespodzianek? 

Tradycyjnie przepraszam za jakość zdjęć. Mogłabym to poprawić, ale choroba odebrała mi resztki sił...
Ponure Poniedziałki: Emily Carroll "Dom sąsiada"

Ponure Poniedziałki: Emily Carroll "Dom sąsiada"

Komiks pochodzi ze zbioru "Przez las" (Wydawnictwo Entliczek, 2016) Prace autorki można też obejrzeć na jej stronie internetowej, TUTAJ


Pisałam już kiedyś w Ponurych Poniedziałkach o "Out of skin" i "His face all red". Teraz przychodzę do Was z nieco inną historią. Historią o domu sąsiada. Zacznijmy jednak od początku...

W domu gdzieś w głębi lasu mieszkał sobie ojciec z trzema córkami. Pewnego razu, w środku zimy, ojciec postanowił wybrać się na polowanie. Kazał córkom czekać równo przez trzy dni. Gdyby po tym czasie nie wrócił, dziewczyny miały wziąć ze sobą coś do jedzenia, ciepło się ubrać i wyruszyć do domu sąsiada. To miało znaczyć, że z ojcem stało się coś złego, a one muszą poszukać bezpiecznego schronienia. Wiecie już, jak zakończyła się ta opowieść?


Komiksy Emily Carroll są fascynujące. Autorka opowiada niezwykle mroczne, trochę baśniowe historie, ilustrując je pięknymi, ale też przerażającymi obrazami. Jestem pod ogromnym wrażeniem, o czym pisałam już wcześniej. Dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy przeczytałam o książkowym wydaniu jej komiksów w Polsce (do tej pory znałam je tylko w wersji internetowej). Jak możecie się domyślać, nie trzeba było długo czekać, żeby "Przez las" znalazło się na mojej półce. To taki mój wcześniejszy prezent gwiazdkowy;)


"Dom sąsiada" to mroczna opowieść. I chociaż pod względem fabuły bardziej podobało mi się "His face all red", to i ten komiks mogę polecić. Niezwykle przypadł mi do gustu język, jakim posługuje się autorka - trochę baśniowy, jednak zazwyczaj oszczędny, w jasny sposób przedstawiający całą historię. W połączeniu z pięknymi ilustracjami (w "Domu sąsiada" na szczególną uwagę zasługują las i krwawy zachód słońca) tworzy niepowtarzalną całość. 


Nie każdemu spodoba się styl autorki. Ale warto zerknąć na jej prace, jeżeli lubicie grozę we wszelakiej postaci. "Przez las" może też być świetnym prezentem mikołajkowym dla osób zafascynowanych horrorem. Naprawdę polecam.

Moja ocena: 5/6

PS. Przepraszam za słabą jakość zdjęć. To oczywiście nie jest wina samej książki, tylko mojego aparatu. W rzeczywistości ilustracje są naprawdę przepiękne;)
____________
Zródła zdjęć: zdjęcia własne, jak widać
Alex Marwood "Dziewczyny, które zabiły Chloe"

Alex Marwood "Dziewczyny, które zabiły Chloe"





Autor: Alex Marwood
Tytuł: "Dziewczyny, które zabiły Chloe"
Tytuł oryginału: "The Wicked Girls"
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2016 (wydanie IV)
Liczba stron: 446







"Otwiera oczy pod powierzchnią, widzi, że woda jest znów mętna z powodu wznieconego mułu. Jest pod nią ciemno. Cicho. Ona to właśnie widziała, myśli. Tak wyglądały jej ostatnie chwile."
Każda zbrodnia jest przerażająca. Zwłaszcza taka popełniona przez dziecko. Nic więc dziwnego, że kiedy odkryto ciało małej Chloe i ustalono, że zabiły ją dwie jedenastolatki, dziewczynki stały się obiektem powszechnego potępienia i ogólnej nienawiści. Od tego czasu minęło już jednak dwadzieścia pięć lat. Dziewczyny odbyły karę w zakładach poprawczych, zmieniono im tożsamość. Teraz są tylko częścią społeczeństwa. Żyją jednak w strachu, że w każdej chwili ktoś może odkryć ich przeszłość. I co wtedy?
Nie przypuszczają na pewno, że tyle komplikacji w ich życie może wnieść sprawa morderstw w ponurym nadmorskim kurorcie. Jednak jedna z nich odkrywa ciało w wesołym miasteczku, gdzie pracuje. A druga, dziennikarka, przyjeżdża do Withmouth, żeby zrelacjonować całą sprawę. Kiedy po tylu latach ich drogi znowu się spotykają, robi się naprawdę niebezpiecznie. Do tego jeszcze seryjny morderca, grasujący gdzieś w pobliżu... To nie zapowiada się dobrze dla naszych bohaterek.

Alex Marwood postawiła na dwutorową narrację. Z jednej strony obserwujemy to, co dzieje się współcześnie - życie Amber oraz Kirsty, ich próby poradzenia sobie z trudną przeszłością i tym, co zrobiły, a także poczynania tajemniczego zabójcy, który jest niebezpiecznie blisko. Z drugiej strony, możemy poznać wydarzenia, które miały miejsce tego feralnego dnia, w którym zginęła Chloe. Jak do tego doszło? Czy można było tego uniknąć? Czy te dwie dziewczyny naprawdę są złem wcielonym? 
To interesujący zabieg, który bardzo mi się podoba. Dzięki niemu nic nie jest oczywiste - prawda może być odkrywana przez czytelnika powoli, kawałek po kawałku. A opinia na temat głównych bohaterek może się bardzo różnić na początku i na końcu lektury.

Cieszę się, że autorka nie skupiła się jedynie na sprawie morderstw w kurorcie. Oczywiście jest to ważny wątek, jednak na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się życie Kirsty i Amber. To one są tutaj najważniejsze. To naprawdę dobry thriller psychologiczny, podejmujący tematykę zbrodni, winy oraz osądzania winnych osób przez społeczeństwo. Czy niektóre rzeczy musiały się wydarzyć, a może był to naprawdę tragiczny w skutkach zbieg okoliczności oraz efekt zaniedbania dorosłych? Czy dzieci, które popełniły zbrodnię, muszą za nią płacić już do końca życia? Kiedy przeszłość może wrócić w każdej chwili, już nigdy nie można poczuć się bezpiecznie. I to głównie o tym jest ta powieść. 

Trochę szkoda, że rozwiązanie zagadki Nadmorskiego Dusiciela okazało się takie... nieco banalne. To jednak niewielki minus w porównaniu do doskonałej reszty książki. "Dziewczyny, które zabiły Chloe" naprawdę skłaniają do rozmyślań. Ciężka tematyka, duszna atmosfera nieprzyjemnego Withmouth, wesołe miasteczko, które jest naprawdę mało przyjemne, morderca czający się gdzieś w mroku i dwie niezwykle interesujące główne bohaterki - Alex Marwood naprawdę świetnie się spisała. Podobało mi się też zakończenie powieści. Oczywiście nie będę zdradzać szczegółów, ale warto doczytać do końca. To mroczna książka, idealna na ponury listopad.
(Chociaż aktualnie u mnie pada śnieg, a ja słucham świątecznych piosenek. Także tego...)

Moja ocena: 5/6
__________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/261610/dziewczyny-ktore-zabily-chloe
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Stephen King "Wiem, czego ci potrzeba"

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Wiem, czego ci potrzeba"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Nocna zmiana" (Albatros, 2015; po raz pierwszy zbiór został opublikowany w 1978 roku)


Czy nie byłoby cudownie spotkać osobę, która doskonale wie, na co mamy w danym momencie ochotę, jak powinna się wobec nas zachować i czego nam potrzeba? Czy nie byłoby wspaniale mieć ją zawsze przy sobie, tak aby o nas dbała, odgadując nasze życzenia jeszcze zanim zdążymy dobrze o nich pomyśleć? Otóż nie.

Podczas nauki do egzaminu z socjologii do Liz dosiada się dziwny, niechlujnie wyglądający chłopak. Edward (bo tak ma na imię) proponuje jej podwójne lody truskawkowe - bo tego właśnie potrzeba dziewczynie w przerwie w nauce. Jakkolwiek brzmi to dziwnie i podejrzanie, Ed ma rację - Liz właśnie o tym myślała. Początkowo dziewczyna go spławia. Jednak nie może zapomnieć o tym, co jej powiedział i w końcu poddaje się i idzie do kawiarni. Tam już czeka Edward, z dużą porcją lodów truskawkowych. Zaczynają rozmawiać i w końcu chłopak proponuje Liz pomoc w nauce do egzaminu. A dokładniej: kopię testu. Bo tego właśnie jej potrzeba... Wiadomo, że Edward liczy na coś więcej. Jednak Elizabeth ma już chłopaka. Ale kto powiedział, że będzie z Tonym już na zawsze?

"Nocną zmianę" czytałam już dawno, niektórych opowiadań kompletnie nie pamiętam. Tak też było z tekstem opisywanym dzisiaj w Ponurych Poniedziałkach. Muszę przyznać, że ponowne sięgnięcie po ten zbiór było doskonałą decyzją: to Stephen King, jakiego lubię najbardziej.


Opowiadanie jest przesycone atmosferą niepokoju. Od początku Edward wydaje się nam podejrzany. A kwestia "Wiem, czego ci potrzeba" zamiast zaciekawienia, wywołuje raczej dreszcz strachu. Bo trzeba przyznać, że takie słowa w tekście Stephena Kinga nie mogą zwiastować niczego dobrego. Oczywiście czytelnik wie to od początku. Natomiast Liz musi się przekonać na własnej skórze, że osoba spełniająca wszystkie jej życzenia i zawsze zachowująca się zgodnie z jej oczekiwaniami, wcale nie jest wyczekanym i wymarzonym ideałem. Wręcz przeciwnie.

Tekst nie jest makabryczny. Straszy samym klimatem, a postać Edwarda wywołuje pewną obawę. Nie do końca wiadomo, czego można się po nim spodziewać i kim tak naprawdę jest. Czy na pewno tylko zwykłym studentem, beznadziejnie zakochanym w Liz i spełniającym wszystkie jej zachcianki? Samo zakończenie z pewnością nie wszystkim przypadnie do gustu. Może wydać się zbyt proste, za mało zaskakujące i efektowne. Mi się jednak podobało. Pozostawia ono czytelnika z uczuciem niepokoju. A to jeden z najlepszych efektów, jakie może wywołać opowiadanie grozy.

Sięgnijcie po "Wiem, czego ci potrzeba", jeśli macie ochotę. Może się jednak zdarzyć, że po lekturze będziecie podejrzliwie patrzeć na różne - nie tylko literackie - historie miłosne...
"A kiedy stracisz urodę i mężczyzni nie będą nawet starać się spełniać twoich zachcianek, zatęsknisz za mną... Wiem, czego ci potrzeba"
Moja ocena: 5/6
_________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

Aleksandra Zaprutko-Janicka "Piękno bez konserwantów. Sekrety urody naszych prababek"

Aleksandra Zaprutko-Janicka "Piękno bez konserwantów. Sekrety urody naszych prababek"





Autor: Aleksandra Zaprutko-Janicka
Tytuł: "Piękno bez konserwantów. Sekrety urody naszych prababek"
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 288








Jesteś zmęczona tym, że choć używasz całej masy najnowszych kosmetyków, nie dają one oczekiwanych rezultatów? Nie chcesz niepotrzebnie faszerować się zawartą w nich chemią? Może sięgniesz do sposobów stosowanych w dwudziestoleciu międzywojennym?

Odważysz się?

W swojej nowej książce Aleksandra Zaprutko-Janicka w fascynujący sposób opowiada o przedwojennych sposobach dbania o urodę. Może się wydawać, że wtedy kobiety używały zwykłego zestawu mydło + woda, i to było wszystko. Jednak wiele z naszych prababek miało do dyspozycji kosmetyki, często lepsze niż te produkowane współcześnie. Bo nawet, jeśli te dostępne na rynku im nie odpowiadały (a było z czego wybierać!), mogły same stworzyć poszczególne preparaty. Przepisy na nie również znajdują się w "Pięknie bez konserwantów".

Książka jest interesująca, chociaż nie ukrywam że sama nie mam zamiaru sięgać po zawarte w niej receptury na kosmetyki. Po części, przyznaję, z lenistwa. Wygodniej jest przecież sięgnąć po gotowe produkty, pięknie zapakowane, czekające tylko na mnie na sklepowych półkach. Po drugie, z braku czasu. Musiałabym zamówić poszczególne produkty potrzebne do wytworzenia kosmetyków w specjalnych sklepach internetowych, a potem zabrać się za sam proces tworzenia. Z drugiej strony, wizja posiadania takich zdrowszych dla skóry kosmetyków i wyglądania niczym przedwojenna piękność jest niezwykle kusząca;)


Chociaż ten tytuł spodobał mi się najmniej ze wszystkich wydanych w serii "Ciekawostki historyczne" (nie licząc "Polskiego imperium", którego jeszcze nie czytałam, ale które już grzecznie czeka na mojej półce) i tak będę go polecać. Przede wszystkim kobietom zafascynowanym życiem codziennym w przedwojennej Polsce (czyli takim, jak ja;) Oraz tym interesującym się kosmetykami i kosmetologią, a także chcącym wypróbować międzywojenne przepisy na urodę. Naprawdę warto;)

A na zachętę krótki fragment o pielęgnacji włosów:

"Przed wojną dbałość o włosy opierała się na trzech fundamentach - myciu, szczotkowaniu i masażu. [...] Co dzisiaj może wydawać się szokujące, w ramach zwyczajnego dbania o higienę zalecano mycie włosów... raz na miesiąc! Ewentualnie, jeśli ktoś borykał się z problemem przetłuszczania się, można je było raz na tydzień zmywać na dwa różne sposoby. Na przykład z pomocą łagodnego mydła i letniej wody lub żółtka jaja kurzego i letniej wody. Wykorzystywanie do tego zimnej wody uznawane było za niezdrowe. Miało to być dla włosów wyjątkowo szkodliwe i powodować ich wypadanie"
Moja ocena: 4/6
_______________
Zródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3699563/piekno-bez-konserwantow-sekrety-urody-naszych-prababek
2.unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Edward Frederic Benson "Po drugiej stronie drzwi"

Ponure Poniedziałki: Edward Frederic Benson "Po drugiej stronie drzwi"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Widzialne i niewidzialne" (C&T, 2015)
"Niepewne stąpanie po schodach rozlegało się coraz bliżej korytarza; słyszałam także szuranie dłoni przesuwającej się po omacku wzdłuż balustrady. Kroki przemierzyły część korytarza między schodami a moimi drzwiami, pózniej zaś o drzwi otarła się z szelestem jakaś tkanina i dotykające ich po ciemku palce"
Przeczytaliście powyższy cytat? To już nie musicie sięgać po całe opowiadanie, bo poznaliście to, co w nim najlepsze.
Tekst to zapis rozmowy między panią Aldwych, a gościem odwiedzającym jej niedawno kupiony dom. W większości dotyczy on teorii kobiety, wyjaśniającej pochodzenie niezwykłych zjawisk (duchy, dziwne hałasy itd.) Szczerze przyznaję, że wydał mi się po prostu nudny. Nie lubię takich rozważań, a stare opowiadania grozy często są ich pełne. Na szczęście pod koniec lektury troszkę się ożywiłam.

Pani Aldwych opisała swoje spotkanie z duchem, kiedy pewnej nocy została sama w domu. Obudziła się i poczuła ogromny lęk, którego przyczyny nie potrafiła sprecyzować. Nie minęło jednak dużo czasu i usłyszała kroki... Tajemnicza postać zbliżała się do jej sypialni, a potem minęła ją, zahaczając po drodze o klamkę. I to właśnie dla tego fragmentu warto było przeczytać całe opowiadanie.

Edward Frederic Benson pisał naprawdę dobrze. Choć czasami jego teksty mnie nudzą, właśnie ze względu na wcześniej wspomniane rozważania, czy też dziwne teorie, które w ogóle mnie nie przekonują. Stworzył jednak kilka naprawdę dobrych opowiadań (słynny "Pokój na wieży", "Noc Gavona", o których pewnie jeszcze napiszę...). I nawet w tych, które mi się nie podobają, widać jego świetny styl, który błyszczy zwłaszcza wtedy, kiedy autor opisuje niezwykłe i tajemnicze zjawiska.

Pani Aldwych mogła uważać, że tak naprawdę nie miała do czynienia z duchem. Nieważne. Ważne że to, co widziała i słyszała, zostało przedstawione w tak przekonujący sposób. Nie potrzebuję już jej wyjaśnienia, ani też wyjaśnień samego autora. Ta jedna scena zapadnie mi w pamięć i to chyba wystarczy. Tymczasem będę nadal poznawać teksty Bensona (nie skończyłam jeszcze całego zbioru) z nadzieją, że będzie tam więcej opowieści o duchach.

Moja ocena: 3/6
_____________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

Charlie Donlea "Dziewczyna z Summit Lake"

Charlie Donlea "Dziewczyna z Summit Lake"

Autor: Charlie Donlea
Tytuł: "Dziewczyna z Summit Lake"
Tytuł oryginału: "Summit Lake"
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2016
Liczba stron:416
"Tak to chyba jest w małych miasteczkach. Dzieje się dużo podejrzanych rzeczy"
To jednak nie będzie opowieść o małym miasteczku. A przynajmniej nie będzie ono na pierwszym planie. Summit Lake to tylko miejsce akcji, miejsce morderstwa Bekki Eckersley oraz prowadzenia dziennikarskiego śledztwa w tej sprawie przez Kelsey Castle. "Dziewczyna z Summit Lake" to przede wszystkim historia tych dwóch kobiet i tego, co je spotkało.

Becca Eckersley była studentką pierwszego roku prawa. Córka bogatych rodziców, pochodząca z dobrej rodziny z prawniczymi tradycjami, mająca wielu znajomych. Brutalnie zamordowana, kiedy uczyła się do egzaminu w letnim domu jej rodziców w małym miasteczku Summit Lake. Co się stało? Kto ją zaatakował? Czy było to tylko zwyczajne włamanie, które skończyło się bardzo źle, jak sugeruje policja? A może zrobił to ktoś, kto dobrze znał Beccę? Ponieważ policyjne śledztwo toczy się niezwykle powoli, a sprawa wygląda na intrygującą, do Summit Lake zostaje wysłana Kelsey Castle. To dziennikarka specjalizująca się w podobnych sprawach. Ma za zadanie odkryć, co tak naprawdę stało się z Beccą i co doprowadziło do jej śmierci. To ma być też rodzaj terapii - z dala od Miami, gdzie mieszka na co dzień, Kelsey ma zapomnieć o traumatycznych przeżyciach, które niedawno były jej udziałem. Kobieta początkowo bagatelizuje całą sprawę uznając, że nie ma w niej nic niezwykłego. Jednak szybko wpada na trop. I od tej pory robi wszystko, żeby odkryć prawdę o życiu i śmierci Becci.

Ta powieść intrygowała mnie już od dawna, jeszcze od czasu kiedy widziałam tylko jej zapowiedzi. W końcu miałam szansę ją przeczytać i przyznaję, że jestem zadowolona. Chociaż mam do niej trochę zastrzeżeń. Ale po kolei.

Do mocnych stron książki zdecydowanie należy miejsce akcji. Urokliwe miasteczko Summit Lake, z jednej strony położone nad jeziorem, z drugiej otoczone przez góry, nie wydaje się być miejscem, w którym ktoś może popełnić morderstwo. Jest zbyt idealne. A jednak ma tam miejsce straszliwa zbrodnia, która wstrząsa lokalną społecznością. Interesująca jest też postać Becci. Poznajemy ją dzięki rozdziałom opisującym jej życie w collegu i na pierwszym roku studiów. Możemy dowiedzieć się, jaka była, co ją interesowało i jak wyglądały jej relacje z przyjaciółmi. Przy okazji możemy obstawiać, kto z nich (jeśli to jedna z tych osób) mógł ją zamordować. Sama konstrukcja powieści również mi się podobała. Akcja biegnie dwutorowo - na przemian możemy obserwować życie Becci i wydarzenia przybliżające ją do tragicznej śmierci, a także dziennikarskie śledztwo prowadzone przez Kelsey Castle.

Nie podobało mi się wyjaśnienie zagadki morderstwa. Autorka troszkę zakpiła sobie z czytelnika, wyłącząjąc z grona podejrzanych bardzo prawdopodobną osobę, a później cudownie przywracając ją do niego na samym końcu powieści. O ile coś podobnego podoba mi się w wykonaniu Jeffery'ego Deavera (który bardzo zręcznie potrafi zmanipulować i wywieść w pole czytelnika), o tyle ten zabieg zastosowany w "Dziewczynie..." nie przypadł mi do gustu. Nie do końca też polubiłam Kelsey. Miała być ona bardzo sprytną dziennikarką śledczą. Tymczasem zwierzanie się ze szczegółów śledztwa nowo poznanej w Summit Lake osobie było bardzo nierozsądne. Wiem, że budziła ona zaufanie, ale szanujący się dziennikarz nie powinien tak łatwo opowiadać o tym, co właśnie udało mu się odkryć. Zwłaszcza w sprawie, którą ktoś z pewnych względów bardzo chce zatuszować.

Ostatecznie "Dziewczyna z Summit Lake" okazała sie przyzwoitą, wciągającą lekturą. Powinna spodobać się miłośnikom mało krwawych kryminałów, którzy chętnie będą przyglądać się życiu Becci oraz postępom w śledztwie Kelsey i zechcą sami zmierzyć się z zagadką śmierci tytułowej dziewczyny. Nie jest to jednak mroczna książka, której się spodziewałam. Chociaż przyznaję, że historia Becci zapadła mi w pamięć i skłoniła do rozmyślań. Bo okazała się ona niezwykle ciekawą, niejednoznaczną osobą. Szkoda, że autorka nie poświęciła temu wątkowi jeszcze więcej miejsca. Z drugiej strony, zasygnalizowała pewne rzeczy, pozostawiając czytelnikowi miejsce do rozważań i snucia własnych teorii.

Jeżeli chodzi o książki wydane w tym roku przez Filię, zdecydowanie bardziej polecam "Dziewczynę w walizce". Natomiast ta lektura również powinna się sprawdzić, jeśli zechcecie na chwilę przenieść się w wyobraźni do urokliwego Summit Lake i rozwiązać zagadkę śmierci studentki prawa. Na leniwy, jesienny wieczór - będzie bardzo dobra.

Moja ocena: 4/6
___________
Zródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/292938/dziewczyna-z-summit-lake
2. unsplash.com
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger