Dmitry Glukhovsky "Metro 2035"




Autor: Dmitry Glukhovsky
Tytuł: "Metro 2035"
Tytuł oryginału:
Wydawnictwo: Insignis
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 546








Długo na to czekałam. Na kolejną część cyklu, na powrót do moskiewskiego metra, na następne spotkanie z Artemem. Teraz, po lekturze, nie zastanawiam się czy było warto - oczywiście, że tak. Nie mam jednak pojęcia, czy zakończenie historii Artema w ogóle mi się podobało.

Dla niezorientowanych w temacie - opisywana dzisiaj przeze mnie powieść to kontynuacja książek "Metro 2033" i "Metro 2034", głównego cyklu z uniwersum stworzonego przez Glukhovsky'ego. Mamy tu do czynienia z Ziemią po wojnie atomowej. Nieliczni, którym udało się przeżyć, zamieszkali w potężnym schronie jakim stało się moskiewskie metro. Jakie zagrożenia, oprócz promieniowania, czekają na ludzi na powierzchni? Czy w innych miejscach świata przeżył ktoś jeszcze? Sięgnijcie po powieści z uniwersum "Metro 2033", a się dowiecie.

A teraz do rzeczy. W tej części powracamy do Artema. Od historii z czarnymi minęły dwa lata. Artem powrócił na rodzinny WOGN. Zamiast jednak żyć spokojnie, hodować grzyby i cieszyć się życiem rodzinnym, mężczyzna codziennie wychodzi na powierzchnię, taszcząc ze sobą ciężką radiostację i antenę. Jest bowiem przekonany, że - podczas ostatecznej rozprawy z czarnymi - udało mu się usłyszeć sygnał radiowy nadawany z innej części świata. Wierzy, że komuś jeszcze, w innych miastach, w innych krajach, udało się przeżyć. Chociaż wszyscy wyśmiewają ten pomysł. On jednak się nie poddaje, chce usłyszeć ten sygnał jeszcze raz. Wydaje się ogarnięty obsesją. I wtedy na WOGN przybywa Homer, który chce spisać historię Artema i czarnych. Okazuje się, że samozwańczy kronikarz metra słyszał o radiotelegrafiście, któremu udało się złapać sygnał z miasta położonego daleko od Moskwy. Artem chwyta się tej szansy - w końcu pojawił się ktoś, kto może udowodnić jego szaloną teorię - i tak obaj wyruszają z WOGN-u na Teatralną, gdzie podobno ten radiotelegrafista przebywa. Znów mamy więc podróż przez metro... jednak na tym się nie skończy.

Jak wspomniałam wcześniej, nie wiem co mam myśleć o tej części trylogii. Początkowo czytało mi się ciężko, w ogóle nie czułam klimatu moskiewskiego metra, a sam Artem zwyczajnie mnie irytował. Miałam już dosyć jego wypowiedzi o usłyszanym kiedyś sygnale, o tym że są inni ocaleni, o tym że gdzieś tam można wyjść na powierzchnię i normalnie żyć. Mniej więcej w połowie książki zaczęło się jednak robić ciekawiej. Akcja częściowo przeniosła się na powierzchnię i okazało się, że.... nie, tego nie mogę zdradzić. 

Zakończenie jest bardzo dobre, ale naprawdę mam względem niego mieszane uczucia. Podczas czytania powieści miałam wrażenie, że autor stopniowo i konsekwentnie niszczy to, co stworzył w poprzednich dwóch tomach. Z jednej strony, w ogóle się tego nie spodziewałam i nie podoba mi się to: gdzie klimat metra, podróże przez ciemne tunele w których czai się tajemnicze zło? Z drugiej, to rozwiązanie jest bardziej przyziemne, ale i bardziej prawdopodobne. Wcześniej zagrożenie w metrze oraz na powierzchni stanowili nie tylko ludzie, ale też mutanty, tajemniczy czarni czy ciemne tunele (oznaczone na mapce metra jako "zagrożenie psychiczne"). Teraz został tylko człowiek. Który, jak się okazuje, jest zdolny do rzeczy naprawdę strasznych. Jakby nie wystarczyło zniszczenie znanego do tej pory świata za pomocą bomb atomowych...

Naprawdę szkoda, że w świetle opowiedzianej w "Metrze 2035" historii dwie poprzednie części zmieniły swoje znaczenie. Chociaż to zakończenie trylogii jest prawdziwsze i chyba bardziej uczciwe wobec czytelnika. Chyba, że ktoś oczekiwał kolejnej fantastycznej opowieści o dzielnych ludziach przemierzających metro i walczących z tymi złymi. Takiej trochę bajki. Ktoś taki, jak ja. Bo ja lubię bajki, nawet te, które nie zawsze dobrze się kończą.
"Kiedy powstała kwestia, z czego żyć pod ziemią, otworzyli hermetyczne grodzie, roztrącili zalegające na zewnątrz ciała i wrócili na swój targ po róże i tulipany; te zdążyły zwiędnąć, ale do zielnika nadawały się doskonale. I mieszkańcy Ryżskiej długo jeszcze handlowali zasuszonymi kwiatami. Kwiaty były uszkodzone przez pleśń i promieniowanie, ale ludzie i tak je brali: w metrze trudno o coś lepszego. Przecież wciąż musieli kochać i smucić się; a jak to robić bez kwiatów?"
Czy to nie brzmi trochę jak bajka?

Moja ocena: naprawdę nie wiem... pozostawiam tę część bez oceny. 
_________________
Zródła zdjęć: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/179793/metro-2035
Ponure Poniedziałki: Edith Nesbit "Jak żywi, marmurowi"

Ponure Poniedziałki: Edith Nesbit "Jak żywi, marmurowi"


Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Opowieści upiorne" (C&T, 2015)

Młode małżeństwo szuka pięknego, wygodnego domku na wsi, w którym mogłoby zamieszkać i prowadzić idylliczne życie. W końcu znajduje - położony na uboczu, obrośnięty bluszczem i mchem, bardzo klimatyczny. Od razu go kupują. Zatrudniają starą wiejską kobietę w charakterze służącej i od tej pory spędzają całe dnie na malowaniu (mąż) i pisaniu (żona). Oraz na słuchaniu upiornych opowieści służącej "o tych, co chodzą i pojawach, które można spotkać na opuszczonych dróżkach w gwiezdną noc". Szkoda tylko, że traktują je jedynie jako ciekawy element lokalnego folkloru. Zwłaszcza jedną, o marmurowych rycerzach spoczywających w miejscowym kościele, którzy w jedną noc w roku opuszczają swoje miejsce wiecznego spoczynku i...

Popatrzcie na tę okładkę.
Przerażająca, prawda?

Na tym może zakończę opis fabuły. Tyle wystarczy, resztę trzeba doczytać. A muszę wspomnieć, że lektura tego opowiadania była dla mnie nadzwyczaj przyjemna. Sama historia jest niezwykle klimatyczna i chociaż raczej nie zaskakuje, to i tak warto ją poznać. To najsłynniejsze opowiadanie grozy Edith Nesbit, autorki przez wielu kojarzonej głównie z sympatycznymi opowieściami dla dzieci. Jego siła tkwi nie tyle w opowieści o marmurowych rycerzach, ale w sposobie jej przedstawienia: Nesbit najpierw przedstawia idylliczne wręcz życie nowożeńców, żeby pózniej skonfrontować je z przerażającą legendą. Narrację uzupełnia o fantastyczne opisy przyrody, które we wspaniały sposób wzmagają uczucie niepokoju. Zobaczcie sami: 
"Od horyzontu do horyzontu przewalały się kolejne poszarpane fale ciężkich, ciemnych chmur, a białe smugi oparów przesłaniały gwiazdy. W tym wzburzonym nurcie chmurnej rzeki unosił się księżyc, to forsując podniebne grzywacze, to znów ginąc w mroku. Kiedy już co jakiś czas jego blask padał na lasy, wydawało się, że powoli, bezszelestnie kołyszą się one do taktu płynących nad nimi chmur. Całą ziemię spowijała niesamowita, szara poświata"
Na mnie to działa. Ale oczywiście najlepiej przeczytać całe opowiadanie na raz. 

Jestem pod wielkim wrażeniem warsztatu pisarskiego Edith Nesbit i sposobu, w jaki potrafiła przedstawić dosyć prostą, klasyczną opowieść o tajemniczych wydarzeniach, dodając jej niesamowitego klimatu i sprawiając, że od tekstu nie można się oderwać. 
Teraz przede mną reszta zbioru "Opowieści upiorne". Zapowiada się świetna lektura!

Moja ocena: 5/6
___________________
Zródło zdjęcia: https://pl.pinterest.com/pin/325314773060298558/

Na szybko: co ostatnio czytałam?

Jenny Nordberg "Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie"

To niezwykły reportaż. Opowiada o afgańskich kobietach, które nie mają praktycznie żadnych praw i których najważniejszym obowiązkiem jest urodzić mężowi syna. A jeśli "trafi się" córka... istnieje sposób, żeby choć przez jakiś czas mogła żyć jak normalne dziecko: swobodnie wychodzić na zewnątrz, bawić się, grać w piłkę, głośno się śmiać i zasługiwać na to, żeby być ważnym członkiem rodziny. Wystarczy przebrać ją za chłopca. I uparcie podtrzymywać iluzję, że ma się właśnie syna. Wbrew pozorom to dosyć powszechna praktyka. Ale co się dzieje, kiedy taka dziewczynka zaczyna dojrzewać? Czy zjawisko bacza pusz nie jest szkodliwe dla psychiki tych młodych kobiet? I jak to możliwe, że w dzisiejszych czasach w Afganistanie dzieją się takie rzeczy...?
Bardzo wartościowa lektura. Ale też niesamowicie przygnębiająca.


Stephen King "Bazar złych snów"

Nowa porcja opowiadań Kinga zebrana w zbiorze o obłędnym tytule. Są dobre, choć wiele z nich mogłoby mieć większą objętość. Natomiast najlepsze, "Ur", ma zakończenie dziwnie niepodobne do tego, co zazwyczaj King serwuje swoim bohaterom na koniec ich wspólnej przygody. Ale bardzo się cieszę, że mogłam te wszystkie teksty przeczytać. Chociaż tchną jakimś smutkiem. Zastanawiające, że większość z nich dotyczy starości i śmierci... 








"Podaruj mi miłość. 12 świątecznych opowiadań"

Pięknie wydany zbiór opowiadań, autorstwa twórców książek dla młodzieży. Zapowiadało się pięknie, ale raczej żaden z tekstów mnie nie porwał. Chyba jestem już na to za stara... A może po prostu chodzi o to, że pisanie opowiadań jest - wbrew pozorom - niesamowicie trudną sztuką. Sztuką, którą nie wszyscy pisarze opanowali...









Paula Hawkins "Dziewczyna z pociągu"

Z jednej strony rozczarowanie: zapowiadało się na kryminał, a i główna bohaterka miała być młodsza. Z drugiej strony: to naprawdę bardzo dobry thriller psychologiczny. Często polecam go w księgarni, bo warto przeczytać. 
Po prostu nie należy wierzyć reklamom.










Katarzyna Zyskowska-Ignaciak "Ty jesteś moje imię"

Smutna, bardzo smutna historia Barbary i Krzysztofa Baczyńskich. Pięknie opisana przez Katarzynę Zyskowską-Ignaciak. 
Cóż więcej mogę dodać...












_____________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/250543/chlopczyce-z-kabulu-za-kulisami-buntu-obyczajowego-w-afganistanie
2. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/241789/bazar-zlych-snow
3. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/264322/podaruj-mi-milosc-12-swiatecznych-opowiadan
4. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/254758/dziewczyna-z-pociagu
5. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/226664/ty-jestes-moje-imie
Ponure Poniedziałki: Algernon Blackwood "The Goblin's Collection"

Ponure Poniedziałki: Algernon Blackwood "The Goblin's Collection"


Opowiadanie (w oryginale) można przeczytać TUTAJ

"Dutton accepted the invitation for the feeble reason that he was not quick enough at the moment to find a graceful excuse"
Aż chciałoby się powiedzieć, że trzeba umieć odmawiać. A jeśli się tego nie potrafi, należy przygotować się na niezwykłe, nie zawsze przyjemne, przygody. Wprawdzie główny bohater opowiadania, nazwiskiem Dutton, wybierał się tylko na week-end party, jak to określił Algernon Blackwood. Ale skąd mógł wiedzieć, że w ogromnym, pełnym antyków pokoju, który przypadł mu w udziale podczas weekendu spędzonego w starej posiadłości, będzie czuł się bardzo nieswojo? Początkowo było to spowodowane samym otoczeniem - kto czułby się swobodnie w onieśmielających wnętrzach obcego domu? Tyle że do tego uczucia szybko dołączyło kolejne: że Dutton jest obserwowany. A potem zaczęły znikać rzeczy. Same drobne, błyszczące... jak gdyby ktoś zabierał je do swojej kolekcji.

Takie pióro też mogłoby paść ofiarą tajemniczego złodzieja.

Opowiadanie nie powala na kolana. Ale pozwala zauważyć jedną, bardzo ważną rzecz: Algernon Blackwood był mistrzem w tworzeniu niepokojącego, złowieszczego nastroju i kilkoma zdaniami potrafił wywołać u czytelnika gęsią skórkę. Najlepszym momentem w "The Goblin's Collection" jest scena, w której Dutton próbuje złapać niezwykłego złodzieja na gorącym uczynku. Gasi światło, kładzie się do łóżka, ale pozostaje czujny. I po pewnym oczekiwaniu rzeczywiście ktoś - coś - się pojawia, jest coraz bliżej i bliżej... Tak, to było bardzo dobre.

Jednak ten tekst pozostawił we mnie ogromny niedosyt. Wiem już, czego mogę się spodziewać. I chcę więcej tej grozy, niepokoju i nastroju niesamowitości. Chcę więcej dobrego weird fiction!
"Closer it came, and closer, oh, so elegant and tender, this bold attack of a wee adventurer from another world"

Moja ocena: 4/6

PS. Przy okazji czytania "The Goblin's Collection" doszłam do wniosku, że mój angielski jest coraz słabszy. Trzeba poćwiczyć. A to oznacza - między innymi - więcej opowiadań w oryginale!
_____________
Źródło zdjęcia: https://stock.tookapic.com/photos/40448

Marek Hłasko "Wilk"




Autor: Marek Hłasko
Tytuł: "Wilk"
Wydawnictwo: Iskry
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 351









"Strasznie jest mieć piętnaście lat przegłodowanych. Strasznie jest mieszkać na ulicy, która donikąd nie prowadzi, ale to wszystko jest niczym, naprawdę niczym, wobec tych utraconych marzeń - dobrych marzeń"
Lata dwudzieste XX wieku. Warszawa, Marymont. Rysiek Lewandowski to młody chłopak, który bardzo dużo marzy. Marzy o byciu kowbojem (pod wpływem filmów z Kenem Maynardem, które udało mu się zobaczyć w kinie), marzy o tym, żeby już nigdy nie być głodnym, marzy o lepszym życiu. Na każdym kroku spotyka się jednak z odrzuceniem, z obojętnością, z brakiem pomocy. Bo nie jest tak, że Rysiek chce dostać wszystko za darmo. On chce to wypracować, zrobić coś sam... ale do tego potrzebuje jakiegoś impulsu, popchnięcia go we właściwą stronę, znalezienia pracy, o którą tak trudno... Ciężkie jest życie nastolatka, który nie ma żadnych dobrych wspomnień i nie może liczyć na nie w przyszłości.

Trudno mi pisać o tej powieści Hłaski. Czuję, że wymaga ona głębszej analizy, a sama nie potrafię jej przeprowadzić. 
"Wilk" to zaginiona powieść Hłaski, odnaleziona i opublikowana dopiero w 2015 roku. Ma związek z nigdy nieukończoną "Sonatą Marymoncką". Hłasko napisał ją w wieku 19 lat. I to widać - widać, że ten tekst nie dorównuje jeszcze chociażby "Pierwszemu krokowi w chmurach". Z drugiej strony można zauważyć ogromną pracę, jaką wykonał autor, chociażby przy przedstawieniu przedwojennego Marymontu. 

Najbardziej podobała mi się pierwsza połowa książki. Można w niej odnaleźć motywy charakterystyczne i dla późniejszej twórczości Hłaski - rozpacz, beznadzieja, poczucie przegranej i tego, że wszystko jest źle. W drugiej części elementy te są również obecne, ale dołącza do nich pierwiastek ideologiczny (komunizm). Oczywiście nie jest to powieść ideologiczna, nie można jej odbierać w ten sposób. Nie zmienia to jednak faktu, że początek książki czytało mi się o wiele przyjemniej. 

Wiem, że nie napisałam niczego konkretnego. Ale z ulubionymi autorami bywa tak: albo możemy powiedzieć o nich bardzo dużo, analizować ich twórczość i dyskutować z innymi fanami, albo jesteśmy w stanie wykrztusić tylko: "to jest świetne, bardzo mi się podoba" i nie potrafimy rozwinąć tematu. W przypadku Marka Hłaski zaliczam się do tej drugiej kategorii.

Miłośników Hłaski nie trzeba do "Wilka" zachęcać. Tych, którzy dopiero chcą sięgnąć po któryś z jego tekstów, należy delikatnie ostrzec: "Wilk" nie dorównuje późniejszym książkom. Stanowi jednak doskonałą ich zapowiedź i zawiera już właściwie wszystkie elementy, które można w nich odnaleźć. 

Moja ocena: 4,5/6
__________________
Źródło zdjęcia: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/261106/wilk
Ponure Poniedziałki: Stephen King "Letni grom"

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Letni grom"


Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Bazar złych snów" (Prószyński i S-ka, 2015)


To chyba oczywiste, że mój powrót do Ponurych Poniedziałków będzie związany z którymś z opowiadań Stephena Kinga? W końcu mogłabym pisać o nich  godzinami. W dodatku sam King dostarczył mi dużo nowego materiału do PP, a to dzięki nowemu zbiorowi opowiadań;) 
Btw, wiecie że jego nowa książka ("End of watch") będzie miała premierę w lipcu? A kolejna powieść Joe Hilla ("The Fireman") pojawi się już w maju? Nie mogę się doczekać!

Przejdźmy jednak do opowiadania. "Letni grom" nazwałabym "epizodem z końca świata". Mamy tutaj Ziemię po wojnie atomowej, dwóch mężczyzn, którym udało się przeżyć i psa. Nie chodzi jednak o ich walkę o przetrwanie. Raczej o czekanie na koniec...

Trochę przerażający ten zachód słońca...

Robinson i Timlin są sąsiadami. Jedynymi z ich okolicy, którzy jeszcze pozostali przy życiu. Ten pierwszy przygarnął psa-przybłędę, któremu nadał imię Gandalf (to cud, że pies przeżył tak długo, żeby zyskać nowego właściciela). Ta trójka nie przeżywa niesamowitych przygód, dni mijają im spokojnie. O ile "spokój" jest właściwym słowem w takiej sytuacji. Jeszcze żyją. Ale wiedzą, że choroba popromienna może ich dopaść w każdej chwili. Marna perspektywa.
"Każdego pięknego letniego postapokaliptycznego dnia Robinson przypinał smycz do obroży Gandalfa [...] i pokonywali spacerem trzy kilometry dzielące ich od ekskluzywnej enklawy dziś zamieszkiwanej tylko przez Howarda Timlina"
W opowiadaniu nie znajdziemy wielu wydarzeń, opisu końca świata czy ekscytujących przygód głównych (i jedynych) bohaterów. Nie jest to coś w rodzaju "Bastionu", "Komórki" czy - odwołując się do innego autora - "Jestem legendą". Ten tekst tchnie przejmującym smutkiem. Jest o utracie resztek nadziei, o zakończeniu wszystkiego, o czekaniu na śmierć. Ach, i jeszcze o ukochanym motocyklu (jaka szkoda, że King musiał już definitywnie odstawić harley'a do garażu). Być może nie niesie ze sobą żadnych głębszych treści. I na pewno Was nie przerazi. Jednak podczas lektury możecie poczuć się jakoś nieswojo... 


To tylko epizod. Nie rozbudowana opowieść o końcu świata (coś podobnego King zrobił już w "Dniu rozdania świadectw"). Ale kto powiedział, że przyjrzenie się bliżej tragedii kilku osób nie może być podobnie wstrząsające?
"Nigdy by nie przypuszczał, że zagłada może być tak piękna"

Moja ocena: 5/6 
___________________
Źródło zdjęcia: http://www.goodfreephotos.com/places/wisconsin/kettle-moraine-south/wisconsin-kettle-moraine-south-big-red-sunset.jpg.php

Aleksandra Zaprutko-Janicka "Okupacja od kuchni"



Autor: Aleksandra Zaprutko-Janicka
Tytuł: "Okupacja od kuchni"
Wydawnictwo: Znak Horyzont
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 297




Na temat II wojny światowej pojawiło się już mnóstwo publikacji. Ile jednak traktuje o... gotowaniu w czasie wojny?

Muszę przyznać, że do tej pory nie zastanawiałam się zbytnio nad tym, jak w czasach wojennych radzono sobie ze zdobywaniem żywności. Wiedziałam oczywiście o trudnościach z aprowizacją oraz o szmuglowaniu żywności (on objął ją wpół, ona gruba jak wół, pod paltem schowana rąbanka...). Nigdy jednak nie zagłębiałam się w ten temat. Okazuje się, że jest to fascynujące zagadnienie. A wyżywienie rodziny w czasie okupacji było bardzo, bardzo trudnym zadaniem.

Autorka skupiła się na życiu mieszkańców miast - to oni mieli największe problemy z pozyskaniem świeżej żywności. Kartki na jedzenie, chleb "dźwiękowiec" (gdyż był czarny i kwaśny i powodował wzdęcia), erzace żywności, ziemniaki przygotowywane na sto sposobów... Wojenna kuchnia wymagała ogromnej zaradności (żeby zdobyć jakiekolwiek produkty) oraz pomysłowości (żeby przygotować z nich smaczne potrawy). Aleksandra Zaprutko-Janicka opisuje to wszystko w bardzo przystępny oraz ciekawy sposób. Odnosi się przy tym do wielu materiałów źródłowych, przytacza też rodzinne historie różnych osób dotyczące wojennej kuchni domowej. Dodatkowo opisuje współczesne doświadczenia z taką właśnie kuchnią.

Nie, tak to raczej nie wyglądało.

Wyobrażacie sobie dzień bez kawy? Ok, wiem że nie wszyscy ją lubią, ale w miejsce "kawy" możecie wstawić dowolny napój, bez którego byłoby Wam ciężko. 
Problem braku kawy częściowo rozwiązywały kawiarnie. Częściowo. Jak pisze autorka: 
"Kto nie miał pieniędzy na obiad, a chciał znaleźć się choć na chwilę w przyjemnym kawiarnianym zgiełku, zamawiał herbatę lub kawę. Tę ostatnią, prawdziwą i aromatyczną - z powodu permanentnego jej braku - traktowana niemal z namaszczeniem. Wypadało się nią delektować, wszak kosztowała aż 80 groszy za filiżankę, a kiedy już się ją kupiło, można było z czystym sumieniem godzinami okupować kawiarniany stolik. I tylko najpierw należało dokładnie sprawdzić, co właściwie zostało zaserwowane. Kawa występowała często w formie tak zwanej półczarnej. Tym nieco kuriozalnym określeniem nazywano kawę nalaną wyłącznie do połowy filiżanki."
Jeżeli kogoś nie było stać na kawiarnię lub chciał uniknąć niebezpieczeństwa nalotu, które czasem Niemcy urządzali w lokalach gastronomicznych (aresztując wszystkich obecnych), dobrym, choć niekoniecznie smacznym rozwiązaniem, był erzac kawy. Erzac czyli produkt zastępczy. I tak kawę przygotowywano na przykład z odpowiednio spreparowanych żołędzi. Parzono również kawę z cykorii (znaną i dzisiaj). Popularna była tez kawa zbożowa, wcześniej podawana raczej w niezamożnych domach. Bądź pita wyłącznie przez dzieci. Można też było przygotować kawę z marchewki. Jak? Wystarczyło upalić korzeń pokrajany w kostkę i rozdrobnić. Czytając to wszystko powinniście docenić to, że dzisiaj mamy dostęp do pysznej, aromatycznej kawy. Oraz innych "prawdziwych" produktów, a nie ich erzaców.


"Okupację od kuchni" przeczytałam bardzo szybko i z dużym zainteresowaniem. Jak już wcześniej wspomniałam, duża w tym zasługa autorki i jej stylu pisania. Nie trzeba być miłośnikiem historii, żeby znaleźć w tej książce coś dla siebie. Dodatkowo na uznanie zasługuje oprawa graficzna całej serii "Ciekawostki Historyczne.pl". Te książki naprawdę ładnie wyglądają na półce (jeśli komuś zależy na takich drobiazgach;)
W mojej kolekcji znajduje się też "Epoka hipokryzji". Czekam również na "Polskie Imperium", chociaż akurat ta tematyka średnio mnie interesuje;)
Jedyne zastrzeżenie: książka jest za krótka;) Z chęcią przeczytałabym więcej w tym temacie, również z różnych perspektyw (nie tylko mieszkańców miast i miasteczek). Autorka sama przyznaje, że nie wyczerpała tematu. Może kiedyś pokusi się o napisanie kontynuacji?;)

PS. Jeśli czytanie o okupacyjnej kuchni to dla Was za mało, na końcu książki znajdują się przepisy. Możecie samodzielnie przygotować potrawy, które - być może - w czasie wojny gotowały Wasze prababcie. To na pewno będzie niezwykłe doświadczenie. Czasem może się też okazać zaskakująco smaczne.

Moja ocena: 4,5/6
___________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/260451/okupacja-od-kuchni
2. http://barnimages.com/homemade-bread-for-breakfast/
3. http://kaboompics.com/one_foto/768#
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger