Meik Wiking "Hygge. Klucz do szczęścia"

Meik Wiking "Hygge. Klucz do szczęścia"





Autor: Meik Wiking
Tytuł: "Hygge. Klucz do szczęścia"
Tytuł oryginału: "The Little Book of Hygge"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 287







Chyba każdy w naszym blogowo-książkowym świecie słyszał już o hygge. I wiele z Was czytało już tę książkę albo pozycję autorstwa Marie Tourell Soderberg. Przyznaję, sama czaiłam się raczej na tę ostatnią. Ale kiedy okazało się, że jest dostępna tylko w empiku (do stycznia) i kiedy miałam okazję ją tam przejrzeć, stwierdziłam że hygge w wydaniu pana Wikinga będzie lepsze. Tym bardziej że mogłam je bez problemu dostać w księgarni, w której sama pracuję. A przed Świętami naszła mnie niesamowita ochota, żeby sobie tę książkę zakupić...

Dla niezorientowanych (albo dla przypomnienia): czym jest hygge
Na hygge składa się wiele różnych czynników: poczucie bezpieczeństwa i zadowolenia, przebywanie z bliskimi, ciepło, pyszne jedzenie, światło... Ogólnie mówiąc, to "odpowiedni nastrój i coś, czego się doświadcza, a nie rzeczy. To przebywanie z ludzmi, których się kocha. To dom. Poczucie, że jesteśmy bezpieczni, chronieni przed światem". Najlepszy przykład hygge podany w tej książce to sytuacja, w której razem z przyjaciółmi przebywacie w ciepłym, bezpiecznym domku, jesteście zmęczeni po całym dniu, ale zadowoleni, właśnie przygotowujecie pyszne jedzenie, a na zewnątrz szaleje śnieżyca. To co wtedy odczuwacie, to hygge. 


W swojej książce Meik Wiking (musiałam specjalnie sprawdzić czy na pewno tak się nazywa - otóż tak, a dodatkowo ma uroczy uśmiech i trochę przypomina mi Madsa Mikkelsena) w prosty i przejrzysty sposób opowiada czym jest hygge i podaje wiele przykładów, jak je osiągnąć. Autor jest dyrektorem Instytutu Badań nad Szczęściem, który znajduje się w Kopenhadze, więc naprawdę zna się na temacie. Okazuje się, że ludzie są najbardziej szczęśliwi kiedy mają kontakt z tymi, których kochają i odczuwają spokój i poczucie bezpieczeństwa. Kiedy potrafią cieszyć się z małych rzeczy i doceniać nawet najdrobniejsze chwile. Kiedy nie skupiają się wyłącznie na pracy i życiu zawodowym. Te właśnie elementy składają się na hygge, na którego punkcie Duńczycy są tak zwariowani. I wiecie... oni mogą mieć rację. Cała koncepcja bardzo mnie przekonuje.
"Hygge. Klucz do szczęścia" to przepięknie ilustrowana (zdjęciami oraz grafikami) książka, która może i nie odkrywa niczego nowego, ale przypomina, co jest w życiu ważne. I podaje mnóstwo sposobów na spędzenie czasu z rodziną i przyjaciółmi tak, żeby odnalezc hygge oraz po prostu dobrze się bawić i zacieśniać relacje. Ta książka była mi potrzebna. Ostatnio coraz częściej miałam uczucie, że ciągle brakuje mi czasu i nawet jeśli poświęcałam go jednym bliskim osobom, inne na tym cierpiały. Ciężko mi to wszystko pogodzić. Teraz będę się starać jeszcze bardziej. I jeszcze bardziej cieszyć się z chwil, które naprawdę są hygge: kiedy mogę spędzić czas z ukochaną osobą (niekoniecznie na zakupach w centrum handlowym, ale na wspólnym gotowaniu, graniu w gry planszowe albo oglądaniu ulubionego serialu) czy sama (siedząc w ulubionym fotelu, w ciepłych kapciach-reniferach, z kawą i książką). Oczywiście zmiana myślenia nie przyjdzie od razu i będzie wymagała nieco wysiłku. Ale pierwszy krok już za mną: przeczytałam o hygge i będę starać się wprowadzić je w życie. A czy może być na to lepszy czas niż przełom grudnia i stycznia? 

Podsumowując: warto poczytać o hygge, choćby po to, żeby wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi. A może będzie to impuls do wprowadzenia zmian w Wasze życie? Nie potrafię napisać o tej książce i o hygge tak pięknie, jakbym chciała. Ale i tak nie wystarczy o tym przeczytać - to trzeba przede wszystkim poczuć. I tego Wam i sobie życzę w Nowym Roku;)

Moja ocena: 5,5/6
_____________________
Zródła zdjęć: 
1.  http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3920312/hygge-klucz-do-szczescia
2. unsplash.com
Anna Fryczkowska "Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)"

Anna Fryczkowska "Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)"






Autor: Anna Fryczkowska
Tytuł: "Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)"
Wydawnictwo: Burda Książki
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 283








"Więc sytuacja wygląda tak: w nowym domu, zbudowanym gdzieś na zadupiu wszechświata, odbywa się parapetówka. Ma się na niej pojawić mnóstwo dziewczyn, które w pewnym wieku wolą bawić się same. [...] ale z powodu pogody dociera ich tylko pięć, razem z gospodynią i jej niepełnosprawną siostrą jest ich zatem siedem. Dobra liczba, taka bajkowa. Ale w ciągu kilku godzin ulega zmniejszeniu do sześciu, a do tego któraś z tych sześciu musi być tego zmniejszenia przyczyną. [...] Zabiła więc któraś z nich. Która?"
Ten fragment idealnie streszcza powieść Anny Fryczkowskiej. Kilka przyjaciółek w średnim wieku spotyka się na parapetówce u jednej z nich. Dochodzi do morderstwa. Ponieważ na zewnątrz szaleje śnieżyca, a wokół domu nie znaleziono żadnych śladów, musiała zabić jedna z nich. Ale swoją dobrą znajomą? Dlaczego? I która to zrobiła? Po przeczytaniu opisu i kilku początkowych stron, może się wydawać, że dostaniemy kryminał w stylu Agathy Christie (zagadka zamkniętego pokoju) albo Olgi Rudnickiej (pełna humoru powieść kryminalna). Jednak mam wrażenie, że "Sześć kobiet w śniegu" nie należy w pełni do żadnego z tych gatunków. 

Bardzo spodobał mi się sam pomysł na powieść. Lubię tego rodzaju zagadki, a tutaj dodatkowym smaczkiem było to, że morderczynią jest jedna z "przyjaciółek". Jak wyglądały relacje między kobietami? I co się między nimi zmieniło, że nagle doszło do zbrodni? A może wszystko było zaplanowane z zimną krwią? A może mordercą jest jeszcze ktoś inny? 
Doceniam też poczucie humoru autorki, wiele fragmentów świetnie się czytało, właśnie dzięki niemu. Szybko jednak okazało się, że ta powieść nie będzie do końca tylko i wyłącznie zabawna (pomijając oczywiście morderstwo, to śmieszne nie było, wiadomo). Właściwie każda z kobiet ma jakiś niezbyt przyjemny sekret, który ukrywa przed pozostałymi. I nie są to błahe sprawy. Zazwyczaj dotyczą, oczywiście, relacji z mężczyznami. I o ile jeszcze jedna z bohaterek, Alka, nie waha się przyznać do swoich nieco skomplikowanych relacji z mężem i do tego, że często morduje go na kartach swoich powieści kryminalnych, żeby odreagować, to pozostałe tajemnice nie zostaną wyjawione tak łatwo. I będą o wiele poważniejsze. 

Mam mieszane uczucia w stosunku do tej książki. Pomysł był świetny, a bohaterki i ich tajemnice - niezwykle ciekawe. Dodatkowo sam początek powieści był bardzo obiecujący. Niestety pózniej było już trochę gorzej. Od momentu, w którym odkryto morderstwo, akcja jakby stanęła. A zakończenie... było interesujące, ale nie wydaje mi się, żeby plan bohaterek miał jakiekolwiek szanse powodzenia. Z drugiej strony, czytało się naprawdę dobrze (i szybko), miło było też wyłapywać nawiązania do różnych dzieł literackich. A dzięki poczuciu humoru autorki, książka wiele zyskała. Wydaje mi się, że to dobry kryminał na spokojny, zimowy wieczór. Może nie będzie to książka dla bardzo wymagających, ale dla relaksu - idealna. 

Moja ocena: 4,5/6
________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3778232/szesc-kobiet-w-sniegu-nie-liczac-suki  
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: A. M. Burrage "Smee"

Ponure Poniedziałki: A. M. Burrage "Smee"

Opowiadanie można przeczytać online TUTAJ


Jest wigilijny wieczór. Wraz z grupą przyjaciół właśnie zjedliście kolację i teraz chcecie się czymś zająć - jest zbyt wcześnie, żeby iść spać, a duża ilość osób może oznaczać ciekawie spędzony czas. Ktoś proponuje grę w "smee". Nie słyszeliście o niej wcześniej? To nic. Jej zasady są bardzo podobne do gry w chowanego. Tyle że podczas całej zabawy trzeba zachować ciszę. I zgasić wszystkie światła, tak żeby dom pogrążył się w ciemności. W takich warunkach trudno zauważyć, że w grze - oprócz zaproszonych gości - bierze udział ktoś jeszcze. Ktoś, z kim nikt z was nie chciałby się spotkać...

Alfred McLelland Burrage był brytyjskim pisarzem żyjącym w latach 1889-1956. Za życia był znany głównie z twórczości dla młodzieży, natomiast już po jego śmierci sławę zyskały jego ghost stories. "Smee" jest właśnie jedną z nich. 


Opowiadanie jest bardzo dobre i oddziałuje na wyobraznię. Bo chociaż od samego początku domyślamy się, kim jest dodatkowa osoba i co mogło się stać, to i tak z uwagą śledzimy losy gry i obserwujemy, jak goście powoli zaczynają wyczuwać coś dziwnego i tracą ochotę do wszelkiej zabawy. Dodatkową zaletą tekstu jest jego forma. Najpierw poznajemy inną grupę osób, chcących wesoło spędzić wigilijny wieczór. Kiedy zostaje zaproponowana gra w chowanego, jeden z uczestników zdecydowanie odmawia. Reszta chce wiedzieć, co się stało, co wywołało jego sprzeciw. I wtedy bohater opowiada historię o grze w chowanego, która zakończyła się tragicznie. A pózniej o grze w smee, w której sam brał udział. Trzeba przyznać, że ta druga opowieść jest o wiele bardziej niepokojąca.

Podobnie jak w opowiadaniu opisywanym poprzednio, nie poczujecie tutaj świątecznego klimatu. Po prostu wszystko dzieje się w wigilijny wieczór. Za to, w odróżnieniu od "A Strange Christmas Game", ten tekst jest o wiele lepiej napisany i budzi większe emocje. Przynajmniej do mnie bardziej trafił. I chyba już nie chciałabym bawić się w chowanego (a tym bardziej w smee) w czyimś domu. A zdarzało mi się.

Moja ocena: 5/6
_________________
Zródło zdjęcia: https://pl.pinterest.com/pin/388365167838756286/

Marek Krajewski "Mock"

Marek Krajewski "Mock"





Autor: Marek Krajewski
Tytuł: "Mock"
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 400








Znacie Eberharda Mocka, funkcjonariusza pruskiej policji w Breslau? Więc z pewnością chętnie sięgniecie po kolejną książkę, której jest głównym bohaterem. Nie znacie go? Zacznijcie czytać "Mocka" jak najszybciej!

Wrocław (Breslau), 1913 rok. Jeden po drugim znikają czterej gimnazjaliści. Okoliczności ich porwania są niezwykle tajemnicze i niejasne. Wiadomo tylko, w których punktach miasta widziano ich po raz ostatni. Oraz, że każdy z nich wsiadł do dziwnego czarnego powozu, zaprzężonego w konie z czarnymi kitami na głowach. Powozu, który przypominał karawan. Niedługo później ich zwłoki zostają znalezione we właśnie budowanej Hali Stulecia. Chłopcy spadli z dużej wysokości, a po wszystkim ktoś ułożył ich ciała w kształt róży wiatrów. Towarzyszy im dziwny mężczyzna, przebrany w czarny strój z doczepionymi skrzydłami - on z kolei wisi na linie przyczepionej do balkonu. Zabóstwo? A może zbiorowe samobójstwo? Policja nie ma pojęcia, co zrobić z tą sprawą. Tymczasem Eberhard Mock, młody funkcjonariusz wydziału obyczajowego policji, wplątuje się w aferę, przez którą może stracić pracę. Istnieje niewielka szansa, że będzie mógł się zrehabilitować. Będzie musiał pomóc w śledztwie dotyczącym Ikara (jak policjanci nazwali człowieka powieszonego w Hali Stulecia) i gimnazjalistów. Ma jednak odkryć sprawców (bądź sprawcę) nieoficjalnie, a jeśli powinie mu się noga, nikt mu nie pomoże. Mock jest jednak ambitny. Zrobi wszystko, żeby nie tylko odzyskać pracę, ale też dostać się do wydziału kryminalnego. Tylko... czy przy okazji nie wpakuje się w jeszcze większe kłopoty?

Najnowszą powieść Marka Krajewskiego mogą przeczytać nie tylko miłośnicy jego twórczości, ale też osoby, które do tej pory nie miały styczności z książkami tego autora. To historia o znanym już z innych książek Eberhardzie Mocku, dotyczy jednak początków jego kariery w policji - można ją więc poznawać niezależnie od pozostałych części. A sama sprawa zbrodni w Hali Stulecia jest na tyle intrygująca, że powinna zaciekawić miłośników kryminału. Zwłaszcza tego mocno osadzonego w realiach historycznych - bo przy okazji czytania o zbrodniach i śledztwie Mocka, czytelnik ma okazję zyskać wiele cennych informacji o topografii oraz historii dawnego Wrocławia. Dzięki temu książki Marka Krajewskiego są jeszcze bardziej interesujące.

Hala Stulecia ok. 1920 roku
 
"Mock" to świetny, mroczny kryminał. Nie dość, że opisuje niezwykle ponurą zbrodnię, to jeszcze ma interesującego głównego bohatera. Mock to z jednej strony policjant nie stroniący od przemocy oraz miłośnik kobiet lekkich obyczajów. Z drugiej, w odróżnieniu od swoich kolegów z wydziału, Eberhard traktuje prostytutki z szacunkiem, zna ich osobiste historie i często ubolewa nad ich losem (nie przeszkadza to mu jednak w korzystaniu z ich usług, oczywiście). Policjant może również pochwalić się nietypowymi jak na swój zawód zainteresowaniami - studiował filologię klasyczną. Muszę przyznać, że bardzo go polubiłam i po lekturze "Mocka" chętnie sięgnę po kolejne części cyklu z tym właśnie bohaterem w roli głównej.

Powieść spodoba się miłośnikom ponurych kryminałów oraz zagadek historycznych. Marek Krajewski wprowadził do swojej książki wątki związane z masonerią oraz Związkiem Wszechniemieckim. Czytelnik ma też okazję poznać bliżej życie dawnych mieszkańców Wrocławia - niekoniecznie jednak tych należących do samych elit. A samo rozwiązanie sprawy morderstwa powinno spodobać się wszystkim lubiącym zagadki detektywistyczne. Czytając ostatnie rozdziały i poznając tożsamość mordercy, można się bardzo zdziwić. Jest to jednak pozytywne zaskoczenie - przynajmniej sama cieszę się, kiedy autorowi udaje się mnie przechytrzyć.

Podsumowując: polecam "Mocka" wszystkim tym, którym niestraszne makabryczne zbrodnie oraz wątki historyczne w powieściach, w szczególności jeśli są miłośnikami Wrocławia. Zachęcam do spotkania z Eberhardem Mockiem! Na pewno długo go nie zapomnicie.

Moja ocena: 5/6
________________
Zródła zdjęć: 
1.  http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3756339/mock
2.https://pl.wikipedia.org/wiki/Hala_Stulecia#/media/File:Wroclaw_Hala_Ludowa_Breslau_Jahrhunderthalle.jpg
Ponure Poniedziałki: Charlotte Riddell "Strange Christmas Game"

Ponure Poniedziałki: Charlotte Riddell "Strange Christmas Game"

Opowiadanie można przeczytać (w oryginale) TUTAJ
"It was in a middle of November when we arrived at Martingdale"
Tak, w połowie grudnia brat i siostra, John i Claire, zawitali do Martingdale. To było bardzo ponure miejsce. Brak śniegu, brak liści na drzewach, wszędzie mokro i po prostu brzydko. A sam dom? O, to dopiero historia: kolejni służący opuszczali ich jeden po drugim, skarżąc się na tajemnicze i niepokojące odgłosy, rozlegające się nocami. Rodzeństwo było tym trochę zaniepokojone, ale - jako ludzie praktyczni i w zasadzie nie wierzący w duchy - postanowili przeprowadzić śledztwo na własną rękę. Przez długi czas nie udawało im się odkryć zródła hałasów. Aż do Wigilii. Była to jednocześnie rocznica dnia, w którym w tajemniczych okolicznościach zaginął poprzedni właściciel domu. Co zobaczyli John i Claire?

Opowiadanie powstało w 1868 roku, a jego autorką jest Charlotte Riddell, angielska pisarka, bardzo popularna w epoce wiktoriańskiej. Więcej na jej temat możecie przeczytać TUTAJ


Myślałam, że tekst będzie bardziej powiązany z tematyką Bożego Narodzenia. Okazało się, że jedyny związek z tytułem ma tutaj czas akcji - wszystko dzieje się w grudniu, a najciekawsze wydarzenia rozgrywają się w noc wigilijną. Zupełnie jednak nie odczułam świątecznego klimatu. Wydaje mi się jednak, że nie było to też zamysłem autorki. Czas akcji nie jest tutaj zbyt ważny, najważniejsze są dziwne wydarzenia, których świadkami stają się główni bohaterowie. 

Nie przestraszyłam się, nie byłam też specjalnie zdziwiona czy zaszokowana lekturą. "Strange Christmas Game" to dobre opowiadanie, nie wyróżnia się jednak specjalnie spośród wielu podobnych tekstów z tamtego okresu, które miałam okazję już przeczytać. Polecam, jeśli ktoś lubi historie o duchach i chce przy okazji poćwiczyć swój angielski. Sama liczę natomiast na to, że inne opowiadania autorki okażą się o wiele lepsze (to nie jedyne ghost story, jakie napisała).
Za tydzień też ukaże się tutaj Ponury Poniedziałek, który powinien być w jakiś sposób związany ze Świętami. Może wtedy uda się Was przestraszyć?

Moja ocena: 4/6
__________
Zródło zdjęcia: unsplash.com
Bartłomiej Grzegorz Sala "W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów"

Bartłomiej Grzegorz Sala "W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów"


Autor: Bartłomiej Grzegorz Sala
Tytuł: "W górach przeklętych. Wampiry Alp, Rudaw, Sudetów, Karpat i Bałkanów"
Wydawnictwo: Bosz
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 232

Interesują Was wampiry? Te, o których od wieków krążyły opowieści, przekazywane z ust do ust, a pózniej spisane? O takich wampirach jest ta książka. I o górach, które dla jednych były domem, a dla innych miejscem przeklętym, które lepiej omijać z daleka. 

Jestem zachwycona. Widać, że autor gruntownie przestudiował temat i naprawdę wie, o czym pisze, a jego książka jest kopalnią informacji na temat wampirów, które podobno prześladowały europejską ludność. "W górach przeklętych" podzielone jest na 28 rozdziałów. W każdym poznajemy jedną sylwetkę wampira. Bartłomiej Grzegorz Sala sięga do opowieści ludowych, spisanych pózniej przez kronikarzy, do powszechnie znanych historii, a wreszcie do literatury i filmu. Każdy rozdział zawiera przedstawienie historycznego tła akcji (i tak w rozdziale poświęconym hrabinie Elżbiecie Batory dostajemy krótki opis Węgier na przełomie XVI i XVII wieku, a w części dotyczącej wampira z Tomic - Galicji w pierwszej połowie XIX wieku), charakterystykę danego wampira (przytoczenie ludowych opowieści oraz zródeł pisanych/filmowych na jego temat) i opis budowli, w których rozgrywały się przerażające wydarzenia (na przykład starego młyna, w którym grasował Sava Savanovic). Wszystko poparte zródłami. I pięknie ilustrowane. Trzeba bowiem wspomnieć, że cała publikacja posiada niezwykłą oprawę graficzną. Minimalistyczne ilustracje, których autorką jest Justyna Sokołowska (i które możecie obejrzeć TUTAJ) tworzą niezwykły klimat. 


Lektura była dla mnie bardzo interesująca. Wprawdzie o niektórych wampirach już czytałam (o książkowym Drakuli i jego pierwowzorze Władzie Palowniku, a także o samej Transylwanii wiem całkiem sporo), jednak przyznaję że o innych nie miałam pojęcia. A nawet jeśli część postaci, legend i książek była mi już znana, doskonałe opracowanie informacji przez autora pozwoliło mi usystematyzować wiedzę i przypomnieć sobie zapomniane już dawno szczegóły. Podobało mi się, że autor tak dużo pisał o historii państw, miast czy krain geograficznych (lubię historię, a wiele rzeczy uleciało mi już z pamięci). Przyznaję natomiast, że czytanie o architekturze zwyczajnie mnie nudziło. Najbardziej fascynujące były jednak opowieści o wampirach, zwłaszcza te zaczerpnięte z tradycyjnych, ludowych przekazów. Wiedzieliście, że Bieszczady też miały swojego wampira? A raczej wampirzycę? Grasowała w miejscowości Bystre, zaledwie 23 kilometry od mojego miejsca zamieszkania (hm, może by się tam wybrać i poszukać śladów wampira?), a ludowe opowieści na jej temat spisał Oskar Kolberg. 

Zebranie opowieści o wampirach grasujących w "górach przeklętych" było świetnym pomysłem. Nie tylko tematyka przejmuje dreszczem, samo miejsce akcji to dodatkowy powód do niepokoju - góry bywają tajemnicze i trochę straszne. A już zwłaszcza takie, w których podobno występują wampiry. Książka Bartłomieja Grzegorza Sali to rzetelne opracowanie, wypełnione po brzegi informacjami o tematyce wampirycznej, historycznej i kulturowej. To doskonała pozycja dla miłośników horroru, chcących dowiedzieć się trochę więcej o postaci wampira i inspiracjach twórców literatury i kina. Również amatorzy pięknie wydanych książek powinni być zachwyceni. Wydawnictwo Bosz jak zwykle nie zawodzi, jeśli chodzi o oprawę graficzną. Polecam!

Moja ocena: 5/6
_______________
Zródło zdjęcia: unsplash.com
Kogo odwiedzi Mały Książę? Wyniki konkursu

Kogo odwiedzi Mały Książę? Wyniki konkursu



Krótko i na temat;) Wszystkie odpowiedzi były interesujące, jedną sama chętnie bym wykorzystała w swoim kalendarzu (Muminki!), ale ta rozłożyła mnie na łopatki: 
Marzy mi się kalendarz z Cthulhu. Czy muszę wyjaśniać dlaczego? ;) I poproszę o cytaty z dzieł Lovecrafta
Luka, kalendarz z Cthulhu jest tak abstrakcyjnym (dla mnie) pomysłem, że zdecydowanie zajmuje pierwsze miejsce;) Dodatkowo, jako miłośniczka horrorów, nie mogłam nie docenić całej koncepcji. Chociaż osobiście wolałabym kalendarz z postaciami z książek Kinga. Albo z ilustracjami Emily Carroll, o!

W każdym razie: do zwyciężczyni za chwilę poleci mail z prośbą o dane do wysyłki. Żałuję, że nie miałam więcej kalendarzy, którymi mogłabym się z Wami podzielić. Ale myślę, że znajdę kilka książek, którymi chętnie się zaopiekujecie;) Następny konkurs pojawi się prawdopodobnie po Świętach. 

Ponure Poniedziałki: Stephen King "The Music Room"

Ponure Poniedziałki: Stephen King "The Music Room"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "In Sunlight or in Shadow. Stories Inspired by the Paintings of Edward Hopper". Można je też przeczytać online TUTAJ.


Dwoje młodych ludzi. Zapewne małżeństwo. On czyta gazetę, ona siedzi przy pianinie, dotykając palcem jednego z klawiszy. Zaraz chyba zacznie grać. Oboje wydają się być pogrążeni w swoich zajęciach i zrelaksowani. Czy tak jednak jest naprawdę? A może sielankowy z pozoru obraz skrywa straszną tajemnicę? 

Inspiracją do powstania tego opowiadania był dla Stephena Kinga obraz Edwarda Hoppera. Hopper był jednym z najważniejszych artystów w USA w XX wieku. Malarz, grafik oraz ilustrator, stworzył wiele dzieł, a ich tematyką od lat 20. było w większości amerykańskie społeczeństwo: zwyczajni ludzie w zwykłym otoczeniu, a wszystko przesiąknięte atmosferą smutku i zagubienia. O Hopperze warto więcej przeczytać oraz przyjrzeć się bardziej szczegółowo jego obrazom. Stephen King wybrał dzieło "Room in New York", które powstało w 1932 roku. I na jego podstawie stworzył przerażającą historię. 

Tak, to właśnie ten obraz
W tekście poznajemy małżeństwo, panią i pana Enderby. Na pozór wydaje się, że relaksują się oni w swoim pokoju muzycznym - nazwanym tak ze względu na obecność w nim pianina. Dowiadujemy się, że USA zmaga się właśnie ze skutkami Wielkiego Kryzysu (a więc mamy lata 30. XX wieku), ale państwo Enderby mają pracę, która pozwala im się utrzymać. Kiedy mężczyzna pogrąża się w lekturze New York Journal-American, kobieta siedzi zamyślona przy pianinie. I wtedy z szafy za ich plecami dobiega pierwsze stuknięcie. 

Nie będę pisać więcej o fabule. Musicie sami odkryć, co takiego kryje się w szafie państwa Enderby i jaka jest ich tajemnica. Dodam tylko, że ten krótki tekst mnie zafascynował. To niesamowite, że patrząc na - wydawałoby się - zwyczajny (ok, może trochę ponury) obraz, Stephen King stworzył tak mroczną historię. Po raz kolejny podziwiam jego wyobraznię. 
"The Music Room" raczej Was nie przerazi, ale na pewno trochę zaskoczy. To naprawdę dobre opowiadanie, ale czego innego mogłam się spodziewać po Stephenie Kingu? Mam nadzieję, że nadal będzie tworzył sporo takich tekstów ("The Music Room" wydano w listopadzie tego roku, więc to świeżynka). Zapraszam Was do lektury i do odkrycia tajemnicy pokoju muzycznego!

Moja ocena: 5/6

PS. Przypominam o konkursie z Małym Księciem, który trwa do 6 grudnia. Do wygrania kalendarz, a więcej informacji TUTAJ
_________________
Zródło zdjęcia: https://www.wikiart.org/en/edward-hopper/not_detected_235607
K.A. Tucker "Dziesięć płytkich oddechów"

K.A. Tucker "Dziesięć płytkich oddechów"

Autor: K.A. Tucker
Tytuł: "Dziesięć płytkich oddechów"
Tytuł oryginału: "Ten Tiny Breaths"
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 421


"Nie otwiera się, nie potrafi znieść dotyku dłoni, ponieważ przypomina jej o śmierci. Nie dopuszcza nikogo do siebie, ponieważ idzie za tym ból"
To idealny opis Kacey. Dziewczyna przeżyła cztery lata temu ogromną tragedię, po której nadal nie potrafi się otrząsnąć. Właśnie przeprowadza się z młodszą siostrą Livie do Miami, by rozpocząć nowe życie. Chociaż tak naprawdę nie wierzy, że uda się jej zacząć wszystko od początku. 

Dziewczyny wynajmują skromne mieszkanie, Livie zaczyna naukę w nowym liceum, a Kacey podejmuje pracę w Starbucksie, żeby było je stać choćby na jedzenie. O oszczędnościach nie ma nawet mowy. W międzyczasie siostry poznają swoich sąsiadów z dwóch najbliższych mieszkań - przypominającą Barbie Storm, która okazuje się być naprawdę w porządku (pomimo swojego wyglądu) i jej córeczkę Mię oraz przystojnego i niezwykle tajemniczego Trenta. Oczywiście Kacey od początku jest zafascynowana młodym mężczyzną. Nie chce jednak pozwolić mu się do siebie zbliżyć, a to ze względu na swoją tragiczną przeszłość. Dziewczyna naprawdę nie radzi sobie w kontaktach z ludzmi, ledwo udało jej się wyjść z kilku uzależnień, w które wpadła kilka lat wcześniej po wypadku, a obecnie radzi sobie z bólem i nadmiarem agresji, intensywnie trenując na siłowni. Nic więc dziwnego, że nie będzie to typowa historia o miłości.

"Dziesięć płytkich oddechów" to kolejna powieść z gatunku new adult. Nic nie poradzę, że właśnie na to ostatnio mam ochotę;) Miałam już w rękach "Pięć sposobów na upadek", jednak po krótkim namyśle zdecydowałam się zacząć od pierwszego tomu tej serii. I myślę, że przeczytam wszystkie, gdyż "Dziesięć płytkich oddechów" okazało się całkiem dobrą książką. Pozostałe części zapowiadają się równie ciekawie. A może nawet lepiej.


Chociaż nie była to lektura idealna... Może od początku. Podobał mi się motyw trudnej przeszłości i trudnej miłości, wiadomo. Wątek Storm i Mii był bardzo ciekawy. Livie okazała się być naprawdę interesującą osóbką, co tym lepiej wróży kolejnej lekturze ("Jedno małe kłamstwo"), której główną bohaterką będzie właśnie młodsza siostra Kacey. 
Nie przekonuje mnie natomiast wątek klubu ze striptizem, a raczej jego niezwykle wyrozumiałego i dobrego właściciela (oraz ochroniarzy o podobnych charakterach). Ok, nie wszyscy pracujący w tego rodzaju miejscach są nieprzyjemnymi, brutalnymi bandziorami, to stereotypy. Ale wydawało mi się, że autorka troszeczkę przesadziła w drugą stronę. Chociaż teraz myślę, że więcej na ten temat przeczytam w trzecim tomie cyklu ("Cztery sekundy do stracenia"), ponieważ to właśnie właściciel klubu będzie jego głównym bohaterem. Jak widzicie, zaplanowałam już sobie lekturę na dłuższy czas;)
Interesujące, że autorka zdecydowała się wprowadzić wątek zespołu stresu pourazowego. Interesujące i bardzo wartościowe. K.A. Tucker poruszyła też problem jazdy pod wpływem alkoholu. Wszystko zgrabnie wplecione w fabułę powieści. I tutaj duży plus. 

A dlaczego książka nie była dla mnie idealna? Pomimo tego, że historia Kacey była naprawdę tragiczna, nie poczułam większych emocji podczas lektury. Tylko teraz nie wiem, czy to mój brak wrażliwości czy po prostu sposób pisania autorki (w gruncie rzeczy całkiem dobry) sprawił, że nie potrafiłam się specjalnie wzruszyć. Nie spodobało mi się też, że zbyt szybko nabrałam podejrzeń co do przeszłości Trenta. I że trafnie odgadłam jego tajemnicę. Wolę, kiedy pisarzowi udaje się mnie przechytrzyć;)

Ostatecznie jednak dobrze oceniam "Dziesięć płytkich oddechów". Tak, jak już wspominałam;) Nie zachwyciłam się, ale też nie był to najgorszy przypadek new adult, z jakim miałam do czynienia. A historie zawarte w kolejnych tomach serii zapowiadają, że mogę się przy nich bawić (i wzruszać) o wiele lepiej. Poza tym nie zrezygnuję teraz z klimatów, które sprawiają mi przyjemność;)

Moja ocena: 4,5/6

Przypominam o konkursie TUTAJ. Kalendarz z Małym Księciem czeka;)
_______________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/222807/dziesiec-plytkich-oddechow
2. unsplash.com
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger