środa, 16 sierpnia 2017

Magdalena Kalisz "Nic zobowiązującego"





Autor: Magdalena Kalisz
Tytuł: "Nic zobowiązującego"
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 365








"Nigdy nie należałam do tych dziewczyn, które uważają, że jedna wspólnie spędzona z kimś noc świadczy o wielkiej miłości i wróży świetlaną przyszłość we dwoje [...] Nigdy nie zastanawiałam się, co będzie, jeśli poczuję do mężczyzny, z którym się prześpię, coś więcej, bo uważałam, że nigdy, przenigdy nie przywiążę się do osoby, z którą połączył mnie tylko seks [...]
Może powinnam choćby przelotnie o tym pomyśleć"
Milena jest przedszkolanką. Ma własne mieszkanie i rudego kota. Nie ma narzeczonego, z którym rozstała się po czterech latach związku. Nie ma też dużej rodziny, zostali jej tylko brat i babcia. Jej życie toczy się dosyć spokojnie w małym, sennym miasteczku. Do czasu, aż poznaje Adama, który działa na nią jak jeszcze nikt wcześniej. Dziewczyna postanawia chociaż raz w życiu zrobić coś szalonego i ląduje z Adamem w łóżku... a raczej na tylnym siedzeniu jego sportowego samochodu. I od tej chwili nic już nie będzie jak wcześniej...

Zacznę może od tego, że nie raczej nie sięgnęłabym po książkę o podobnej fabule, gdyby nie to, że autorką akurat tej powieści jest moja koleżanka. A moja przyjaciółka (i przyjaciółka tejże koleżanki-autorki) gorąca polecała ten tytuł. Nie miałam więc wyjścia;) Tym bardziej że lubię Magdę i wiem, że naprawdę potrafi pisać, a to co stworzy czyta się z przyjemnością i z uśmiechem. Lepszej rekomendacji nie było mi trzeba.

"Nic zobowiązującego" nie jest typowym romansem. To bardziej skomplikowana historia dziewczyny, która chce ułożyć sobie życie po swojemu (a jest nieco dziwna, przynajmniej jak na obowiązujące powszechnie standardy - cicha, ironiczna, niezbyt kobieca). I w życiu której pojawia się mężczyzna, dla którego traci głowę. Co z tego, kiedy po wspólnie spędzonej nocy Adam przestaje się odzywać, a Milena zostaje sama z milionem myśli i z poważnym zauroczeniem... 


Podobała mi się ta historia. Podobało mi się, że główna bohaterka nie była typem kobiety uganiającej się za wszelką cenę za facetem i że miała swoją godność. Że naprawdę próbowała wybić sobie Adama z głowy. Że gdzieś w tej opowieści pojawiły się problemy ze zdrowiem (i że Milena była na tyle rozsądna, żeby podejrzewać ciążę, chyba jako jedyna bohaterka w podobnej sytuacji - ale czy to faktycznie była ciąża, nie zdradzę), mała dziewczynka i jej samotna matka oraz kolejny mężczyzna, dla którego jednak Milena nie straciła głowy od pierwszego wejrzenia. Od drugiego też nie. Podobało mi się, że bohaterka naprawdę się zmieniła, a przynajmniej zaczęła nieco inaczej patrzeć na inne sprawy i że nie stało się to w jednym momencie, tylko wymagało czasu oraz pomocy innych osób. Podobało mi się też samo zakończenie, które nie było cukierkowe ani przesłodzone, ale które niosło nadzieję, że Milena poukłada sobie życie. I że wszystko będzie dobrze.

Chociaż przyznaję, chwilami rozmyślania głównej bohaterki na temat Adama i tego, dlaczego zachował się tak, a nie inaczej, bywały męczące. Z doświadczenia wiem jednak, że jeśli kobiety nie potrafią zrozumieć facetów, mogą godzinami, dniami, a nawet miesiącami rozkminiać ich zachowanie. I że Magda świetnie wszystko opisała. 

"Nic zobowiązującego" to pełna humoru i dobrze napisana powieść, z niebanalną główną bohaterką. Autorka nie skupiała się na wątku romantycznym (zresztą tak naprawdę romansu tam nie znajdziecie, za to skomplikowane relacje damsko-męskie jak najbardziej) i poruszała inne, czasami trudne tematy. Myślę, że polubicie Milenę, jej zamiłowanie do herbaty (czarnej, z plasterkiem cytryny), jej życzliwe podejście do ludzi (a przynajmniej próby bycia życzliwą), jej ironię i jej rudego kota. 
Pozostaje mi teraz zapytać autorkę, kiedy kolejna książka;) 
I zapytać Was, czy wiecie, co w mowie kwiatów oznaczają stokrotki?

Moja ocena: 4,5/6
__________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4518302/nic-zobowiazujacego
2. Photo by ORNELLA BINNI on Unsplash

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Nocny przypływ"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Nocna zmiana" (Albatros, 2015; pierwsze wydanie ukazało się w 1978 roku)
"I przypływ, nocny przypływ, wzbijający w powietrze rozbryzgi piany, klekoczące nieustannie o brzegi przylądka fale, bezkresne morze"
Grupa młodych ludzi spędza wieczór i noc na plaży. Idealny plan na wakacje, prawda? Gdyby nie to, że ludzkość właśnie została zdziesiątkowana przez epidemię grypy, a bohaterowie opowiadania należą do nielicznych (a być może jedynych) ocalałych. I chociaż jest sierpień, a oni mają całą plażę dla siebie (i mają siebie, a w tej sytuacji to bardzo ważne), wcale nie sprawia to, że czują się lepiej. Ani trochę. 
 "Stanąłem nad samą wodą i rozejrzałem się. Nie zobaczyłem nic z wyjątkiem będących w nieustannym ruchu garbów fal z delikatnymi lokami piany na grzbietach. Powietrze drżało od grzmotu bijącego w brzegi morza - większego niż cały świat; zupełnie jakbym trafił w sam środek burzy z piorunami [...] Nawet jeśli jesteśmy ostatnimi ludzmi, to co z tego? Bez nas świat również będzie toczył się własnym torem"
To bardzo krótki tekst. Ale Kingowi udało się w nim zawrzeć dużo treści. Z pozoru to tylko opis jednego wieczora i jednej nocy z życia ludzi, którym udało się uniknąć epidemii. Z łatwością jednak można wczuć się w sytuację jednego z bohaterów i zarazem narratora opowiadania. Poczuć atmosferę beznadziei, poczuć rezygnację i narastające szaleństwo. Dlaczego to ostatnie? Wystarczy przeczytać, co cała grupa zrobiła ze spotkanym przypadkowo chłopakiem (a więc jednak ktoś oprócz nich jeszcze żył...) To nie miało sensu i było wyjątkowo okrutne, a jednak wszyscy z radością przystali na pomysł, żeby... Resztę musicie doczytać sami.


Opowiadanie nie ma konkretnego zakończenia. Zostawiamy naszych bohaterów w równie beznadziejnej sytuacji, w jakiej ich zastaliśmy (no, może trochę gorszej...). Ale wciąż mają oni siebie i morze, które jest tutaj wyjątkowo ponure jak na letnią porę. I właśnie ze względu na morskie klimaty sięgnęłam po to opowiadanie. 

King doskonale potrafi opisać koniec świata, tym bardziej że robił to niejednokrotnie, zarówno w powieściach, jak i opowiadaniach. W "Nocnym przypływie" znajdziemy zresztą wątek znany z "Bastionu" - King wykorzystał i rozwinął pomysł z tego opowiadania i stworzył znakomitą książkę. Ten krótki tekst to doskonały przerywnik między lekturami utrzymanymi w zupełnie innych klimatach. U mnie świetnie sprawdził się na rozpoczęcie wolnego weekendu. Jak zawsze w przypadku Stephena Kinga - polecam!
"A przypływ bił w brzegi przylądka, bił i bił. Bez końca"

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
 ________________
Zródło zdjęcia:

środa, 2 sierpnia 2017

Colleen Hoover "Confess"




Autor: Colleen Hoover
Tytuł: "Confess"
Tytuł oryginału: "Confess"
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 299








"To niesamowite, że nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo byliśmy samotni i przerażeni, dopóki nie zjawia się ktoś u naszego boku"
Auburn właśnie przeprowadziła się do Teksasu. Znajduje pracę jako fryzjerka, ale jest w naprawdę kiepskiej sytuacji finansowej i bardzo przydałoby się jej dodatkowe zajęcie. Kiedy więc widzi na drzwiach galerii sztuki ogłoszenie "Zatrudnię do pomocy", postanawia zaryzykować. Tak poznaje Owena, młodego, przystojnego i niesamowicie utalentowanego malarza, który jako inspirację do swojej sztuki wykorzystuje anonimowe wyznania innych ludzi. Ta dwójka jest sobą od początku zafascynowana. Ale jeśli spodziewacie się, że będzie to typowa historia miłosna, jesteście w błędzie. Auburn oraz Owen mają za sobą niezwykle trudną przeszłość, ich obecna sytuacja również jest skomplikowana. I chociaż bardzo chcieliby być razem, będą musieli pokonać ogromne przeszkody.

Lubię Colleen Hoover. Wprawdzie "Hopeless" mnie nie zachwyciło i nawet nie doczytałam do końca, za to już "Maybe someday" przeczytałam z zainteresowaniem, a "Ugly love" wręcz pochłonęłam. Po "Confess" spodziewałam się wiele, a otrzymałam... no cóż. 


Zacznijmy jednak od zalet. Pomysł wykorzystania anonimowych wyznań (co ważne: prawdziwych, nie zmyślonych przez autorkę!) jest świetny. Sama historia dwójki głównych bohaterów jest interesująca i naprawdę pokręcona, co tylko dodaje fabule smaczku. Książka podzielona jest na dwie części i tę drugą przeczytałam ze znacznie większym zainteresowaniem...

...ale mimo wszystko nie mogłam się wciągnąć w całą historię. Losy Auburn i Owena, choć tragiczne, nie chwyciły mnie za serce. Zakończenie powieści mnie nie przekonało - wydaje mi się, że wszystko poszło zbyt gładko. Dodatkowo stwierdzenie głównych bohaterów, że zaczęli się w sobie zakochiwać dopiero długo po ich pierwszym spotkaniu i zaryzykowaniu wszystkiego, co dla nich w życiu najważniejsze... Jakoś nie wydaje mi się to wiarygodne. Albo byłaby to miłość od pierwszego wejrzenia, albo tylko fascynacja. Ale dla niej samej Auburn nie powinna całkowicie poświęcać swojej przyszłości, Owen podobnie. Wydało mi się to naprawdę nierozsądne i mało wiarygodne. I jeszcze niektóre wyrażenia opisujące reakcję Auburn na Owena... nie, to nie jest ani fajne, ani wzruszające, ani romantyczne: skóra, która wygląda tak nieskazitelnie, że mam ochotę popędzić za jego ojcem i przybić mu piątkę za spłodzenie tak wzorcowego syna? Naprawdę?

To nie jest bardzo zła książka, po prostu wyjątkowo nie przypadła mi do gustu. W sieci można spotkać jednak głównie entuzjastyczne opinie, więc... chyba sami powinniście się przekonać czy "Confess" się Wam spodoba. Sama chętnie podam tę powieść dalej, może ucieszy kogoś innego;) Nie będę jednak rezygnować z kolejnych książek autorki bo wiem, że zdarzają się wśród nich takie tytuły, którymi jestem absolutnie zachwycona. Szkoda byłoby je przegapić;)

Moja ocena: 3,5/6
_______________
Zródła zdjęć:
1. lubimyczytac.pl/ksiazka/4408249/confess
2. Photo by Mike Petrucci on Unsplash

poniedziałek, 31 lipca 2017

Ponure Poniedziałki: Arthur Conan Doyle "Sprawozdanie J. Habakuka Jephsona"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Dziwne zjawiska" (C&T, 2015).
"W grudniu 1873 roku brytyjski statek Dei Gratia wpłynął do Gibraltaru, holując brygantynę Marie Celeste"
Słyszeliście o sprawie statku Marie Celeste? Wypłynął on z portu w Nowym Jorku 5 listopada 1872 roku. 5 grudnia został dostrzeżony przez załogę Dei Gratia. Miał częściowo uszkodzone żagle. Wszystkie szalupy ratunkowe na miejscu. Nie miał jednak załogi... Do dziś nie wyjaśniono, co tak naprawdę stało się z uczestnikami feralnego rejsu. Zagadka ta jednak fascynuje wiele osób. Musiała również intrygować samego Arthura Conan Doyle'a, skoro ten podjął literacką próbę odpowiedzi na pytanie, gdzie zniknęła załoga Marie Celeste.

Opowiadanie jest - jak sugeruje sam tytuł - sprawozdaniem J. Habakuka Jephsona, który płynął na Marie Celeste w czasie, kiedy wydarzyła się cała historia. Z niego, a także z fragmentów dziennika prowadzonego przez mężczyznę podczas rejsu, możemy poznać całą historię zaginionej załogi. Nie ukrywam, liczyłam na ogromne emocje i byłam mocno zaciekawiona, ponieważ o Marie Celeste słyszałam już dawno temu i była to opowieść wywołująca we mnie lekki dreszczyk. I chociaż nie mam zarzutów co do stylu autora czy sposobu skonstruowania tekstu (oddanie głosu jednemu z bohaterów było tutaj dobrym pomysłem) to całość naprawdę mnie zawiodła. Wyjaśnienie zagadki wydało mi się zbyt... naturalne. Chociaż opowiadanie wywołuje niepokój, to jednak - gdybym sama miała puścić wodze fantazji i wymyślić, co spotkało pasażerów statku - postawiłabym na bardziej fantastyczne rozwiązanie.

Nie znaczy to jednak, że "Sprawozdania..." należy unikać. Spodoba się ono miłośnikom morskich klimatów i opowieści o tym, co nadal pozostaje niewyjaśnione. Jeśli jeszcze nie słyszeliście o zagadce Marie Celeste, poczytajcie najpierw o tym prawdziwym statku, a pózniej przejdzcie do literackiej wersji jego historii. Ciekawe czy spodoba się Wam bardziej niż mnie?

Moja ocena: 4,5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
_________________
Zródło zdjęcia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Mary_Celeste#/media/File:Mary_Celeste_engraving.jpg

środa, 19 lipca 2017

JP Delaney "Lokatorka"




Autor: JP Delaney
Tytuł: "Lokatorka"
Tytuł oryginału: "The Girl Before"
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 416








"Mieszkać tutaj... to trochę tak, jakby zostać uwięzioną w jego głowie"

W domu przy Folgate Street 1 mieszkała kiedyś Emma. Przeszła niezwykle trudną weryfikację, jakiej podlegają wszyscy potencjalni lokatorzy. Zgodziła się też na dziwne warunki wynajmu: żadnych książek w domu, żadnych ozdób, żadnych zwierząt, utrzymywanie nieskazitelnego porządku, wypełnianie od czasu do czasu kolejnych formularzy (przypominających ten weryfikacyjny) wyglądających bardziej jak psychotesty... Nie trwało to jednak długo. Emma już nie żyje.
W domu przy Folgate Street 1 chce zamieszkać Jane...

Pomysł na fabułę jest intrygujący. Dwie lokatorki tego samego domu, które łączy nie tylko miejsce zamieszkania, ale również więź z właścicielem Folgate Street 1 oraz niezwykłe podobieństwo fizyczne. Wiemy od początku, że Emma już nie żyje, a jej miejsce chce zająć Jane. Czy ona również zginie? I kto zabił Emmę? Chętnie podejrzewamy Edwarda, właściciela budynku. Ale im dłużej czytamy, tym więcej skrywanych do tej pory faktów wychodzi na jaw, a cała historia staje się coraz bardziej skomplikowana.

Bardzo spodobała mi się konstrukcja książki: rozdziały pisane są naprzemiennie z perspektywy Emmy oraz Jane. Powoli poznajemy wszystkie wydarzenia, od tego co doprowadziło do przeprowadzki obu kobiet, przez ich próby przystosowania się do nowego domu i panujących w nim warunków oraz ich rozwijającą się znajomość z Edwardem. Zauważamy pewne schematy i mnóstwo podobieństw ich sytuacji. Z czasem jednak widzimy coraz więcej różnic.

"Lokatorka" to bardzo dobry thriller psychologiczny, którego zakończenie... trochę mnie rozczarowało. Spodziewałam się czegoś innego, może nawet bardziej oczywistego, a to co otrzymałam mnie nie zachwyciło. Wiem jednak z dobrych źródeł, że nie wszyscy są tego samego zdania, co ja;)

Tak czy inaczej powieść JP Delaney zasługuje na uwagę - pomysł i wykonanie są bardzo dobre, a pewne wątki na długo zapadają w pamięć. Czy bylibyście zdolni zostawić większość swoich rzeczy i zamieszkać w niezwykle pięknym, surowym i nowoczesnym wnętrzu domu przy Folgate Street 1? Co byście dzięki temu zyskali? A co moglibyście stracić...?

Moja ocena: 4,5/6
_____________
Zródło zdjęć:
1.  http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4461437/lokatorka
2. unsplash.com

poniedziałek, 17 lipca 2017

Ponure Poniedziałki: Arthur Conan Doyle "Kapitan Gwiazdy Polarnej"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Dziwne zjawiska" (C&T, 2015)
"Wciąż sprawia wrażenie trochę roztargnionego, jednak w jego oczach pozostał wyraz szaleństwa, jaki góral ze szkockich wyżyn uznałby za znak nawiedzenia"
Tak w swoim dzienniku opisywał tytułowego kapitana statku "Gwiazda Polarna" John McAlister Ray, jeden z uczestników wyprawy, lekarz pokładowy. Faktycznie, w zachowaniu kapitana było coś osobliwego. Przez większą część czasu był nadmiernie nerwowy i pobudzony, wypatrywał czegoś na horyzoncie - i czasami to dostrzegał, choć chyba tylko on... Mówił do siebie i nikogo nigdy nie wpuszczał do swojej kajuty. Jeśli dodamy do tego fakt, że "Gwiazda Polarna" pozostawała uwięziona przez lód, powoli wyczerpywały się zapasy jedzenia, a załoga podobno widywała w pobliżu statku niezwykłą, białą postać, zawodzącą przerazliwie i przyprawiającą samym swoim widokiem o dreszcze... Będziemy już wiedzieć, że "Gwiazda Polarna" i przebywający na niej marynarze znalezli się w naprawdę nieciekawej sytuacji.
"Czy ktoś kiedykolwiek znalazł się w położeniu takim jak ja, między oszalałym kapitanem i oficerem widującym ducha?"
Opowiadanie jest bardzo dobre. Arthur Conan Doyle świetnie wczuł się w klimat i niezwykle sugestywnie opisał sytuację marynarzy uwięzionych przez lód i nawiedzanych przez ducha, dodatkowo zmuszonych do poradzenia sobie z kapitanem, który najwyrazniej pogrążał się w szaleństwie. Fragmenty dotyczące pojawiania się tajemniczej zjawy oraz opisy przyrody zagrażającej człowiekowi należą do najlepszych w całym tekście. W kontraście do nadnaturalnych zjawisk pozostaje przekonanie lekarza okrętowego, że wszystko to są wymysły zabobonnych marynarzy. McAlister jest niezwykle racjonalny i trzezwo myślący, stara się wytłumaczyć wszelkie dziwne zjawiska w bardzo przyziemny sposób. Niepokoją go jedynie warunki pogodowe oraz zachowanie kapitana. Jednak do czasu...

Dodatkowym atutem opowiadania jest jego zakończenie. Przyznam, że byłam nim trochę zdziwiona. Ale pomysł na taki, a nie inny finał całej historii, okazał się świetny. Pozostawia nam pole do domysłów i sprawia, że jeszcze przez jakiś czas po skończeniu lektury będziemy się nad nią zastanawiać. 

Chcecie poznać Arthura Conan Doyle'a od trochę innej strony, nie tylko tej związanej z Sherlockiem? Chcecie się przekonać, jak dobry był w kreowaniu atmosfery grozy i jaka była historia kapitana "Gwiazdy Polarnej" oraz jego załogi? I kim - albo czym - była nawiedzająca marynarzy zjawa? Bardzo zachęcam do lektury! Nie tylko miłośników morskich klimatów;)

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
 _______________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

niedziela, 9 lipca 2017

Carrie Denny "Panna młoda. Instrukcja obsługi"


Autor: Carrie Denny
Tytuł: "Panna młoda. Instrukcja obsługi"
Tytuł oryginału: "The Bride's: Instruction Manual"
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 223

"Jeśli kiedykolwiek poczujesz, że to cię przerasta - zrób sobie przerwę. Idz na spacer albo randkę ze swoim przyszłym - i nie rozmawiajcie o ślubie! Pamiętajcie, że nie ma reguł, nieważne, co jest modne a co nie. Ślub ma wyglądać tak, jak ty sobie tego życzysz. I choć to na pewno wielki dzień, to jednak tylko... jeden dzień. Tak naprawdę jednak planujesz przecież coś ważniejszego: cudowną resztę życia ze swoim ukochanym"
Te słowa zawarte we wstępie ostatecznie przekonały mnie po sięgnięcia po najnowszą książkę z serii "Instrukcja obsługi". Oraz to, że aktualnie planuję własny ślub (i dlatego nie ma mnie w blogosferze). Liczyłam na to, że dowiem się o najważniejszych rzeczach związanych z organizacją ślubu. I faktycznie, otrzymałam rzetelny poradnik, w którym w krótki, przystępny i żartobliwy sposób opisano kwestie nurtujące przyszłą pannę młodą. Szkoda tylko, że część tekstu dotyczyła typowego amerykańskiego wesela... Nie ma się co dziwić, w końcu autorka pochodzi z USA i pisała na podstawie własnych doświadczeń. Nie zastosuję jednak wszystkich rad zawartych w tej książeczce przy organizacji mojego wesela gdzieś w bieszczadzkiej wsi :P Trochę szkoda.

Ale i tak "Panna młoda. Instrukcja obsługi" okazała się dosyć przydatna. Wiem już na przykład, o co zapytać fotografa przed podpisaniem umowy. Bardzo szybko przeszłam też od poziomu "nie znam się na kwiatach i nie wiem, jaki chcę bukiet" do "ten będzie idealny!". Wystarczyło kilka stron, na których autorka opisuje typy bukietów i rodzaje najczęściej wykorzystywanych kwiatów oraz rozmowa z Mamą na temat jej bukietu ślubnego. I wpisanie w google na chybił trafił frazy "bukiet ślubny frezje" ;)

Jeśli znacie już książeczki z serii "Instrukcja obsługi", będziecie wiedzieć, czego mniej więcej się spodziewać. A jeżeli dodatkowo macie zająć się organizacją swojego wesela i nie macie pojęcia jak zacząć i co z tym wszystkim zrobić, ten poradnik będzie bardzo przydatny. Trzeba tylko pamiętać, że nie wszystkie zawarte w nim rady mogą się odnosić do polskich realiów. Chociaż... kto Wam zabroni zorganizować ślub i wesele w amerykańskim stylu? To przecież Wasz dzień;)
Autorka bardzo rozsądnie podchodzi do tematu (co widać już po umieszczonym przeze mnie na początku cytacie). Na końcu książki znajduje się też aneks, a tabele w nim zawarte pomogą sprawnie sporządzić listę gości, wybrać odpowiednich dostawców oraz podliczyć wszystkie wydatki. 


Podsumowując: książka mi się przydała, a ponieważ jestem dopiero na samym początku planowania wesela, na pewno jeszcze z niej skorzystam. Chociaż przyznaję, że po lekturze odczuwam pewien niedosyt i z chęcią sięgnęłabym po inne tytuły o podobnej tematyce, tym razem bardziej związane z polskimi realiami. Może ktoś coś poleci?

PS. Istnieje też książka "Pan młody. Instrukcja obsługi", przeznaczona dla przyszłych panów młodych. Tylko ją przeglądałam, ale wygląda naprawdę interesująco. Nie testowałam jej na narzeczonym (i raczej nie będę tego robić), ale polecam wszystkim mężczyznom zainteresowanym tematem;)

Moja ocena: 4/6
___________________
Zródła zdjęć:
1. Własne
2. i 3. Ilustracje z wydania oryginalnego, pochodzą ze strony pinterest.com

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Cookie jar"

Opowiadanie można przeczytać online TUTAJ


Wiadomo, że Stephen King jest moim ulubionym pisarzem. I uważam, że w jego wykonaniu nawet śmieszne z pozoru pomysły przeradzają się w przerażające historie. Zapraszam Was zatem, moi drodzy, na tekst dotyczący horroru o... słoju na ciastka.

"There was a certain accord between them, right from the beginning."

Dale, trzynastoletni chłopak i Rhett, jego dziewięćdziesięcioletni pradziadek. Spotkali się, bo nastolatek miał do wykonania projekt szkolny polegający na rozmowie z najstarszą osobą w rodzinie. Oczekiwał pewnie opowieści o tym, jak to było przed wynalezieniem telewizji ("you were stuck with radio, huh?”) albo narzekania starego człowieka. Był zaskoczony tym, że pradziadek ma całkiem niezłe poczucie humoru (Rhett czuł to samo w stosunku do wnuka). I oprócz standardowej historii o tym, jak wyglądało jego dzieciństwo, pradziadek opowiedział mu jeszcze jedną: nieco szaloną, trudną do uwierzenia i taką, która mogła wpłynąć na całe późniejsze życie Dale'a. Była to historia o słoju na ciastka, który należał kiedyś do mamy Rhetta. I który zawsze był pełny, choćby jadło się z niego ciastka kilogramami.

"the thing she was afraid of was in the house with her all along."
"What? What was she afraid of?"
She was afraid of the cookie jar.”

Co przerażającego może być w tak prozaicznym przedmiocie? Nawet, jeśli dowiemy się o jego niezwykłych właściwościach, będziemy się raczej cieszyć niż bać - w końcu kto nie chciałby mieć dostępu do niewyczerpanego zapasu ciasteczek? Jednak z tytułowym słojem wiązała się pewna mroczna tajemnica. A wszystko miało związek z szaleństwem mamy Rhetta, obcą planetą, tajemniczą mgłą i krwiożerczymi stworzeniami...

Jak to zwykle bywa z prozą Kinga - podobało mi się to opowiadanie. Warto zwrócić uwagę na jego warstwę obyczajową: przedstawienie relacji wnuczek-pradziadek (właściwie świeżo nawiązanej, jednak bardzo obiecującej) i opowieść starszego człowieka o czasach swojej młodości (a także jego wspomnienia z czasów II wojny światowej, których decyduje się nie ujawniać). W tym wszystkim kryje się jednak pewna groza. Staruszek, przekonany że wkrótce umrze, chce podzielić się z wnuczkiem swoim sekretem. Historią tak szaloną i nieprawdopodobną, że naprawdę ciężko w nią uwierzyć. Znajduje jednak w Dale'u dobrego słuchacza a to, jak chłopak może wykorzystać zdobytą wiedzę i jak może ona na niego wpłynąć, jest naprawdę niepokojące.

To nie jest najbardziej przerażające opowiadanie Kinga. Natomiast autorowi udało się stworzyć tekst, który zaczyna się dosyć niewinnie, a następnie stoponiowo przeradza się w opowieść pełną niepokoju. Ostatnie zdania pozostawiają czytelnika z pytaniami: co będzie dalej? Czy stanie się najgorsze? Czy staruszek zrobił to specjalnie? Podobało mi się to. Lubię historie, które prowokują do tworzenia w głowie rozmaitych scenariuszy jeszcze na długo po zakończeniu lektury.

"Too many sweets weren’t good for you."
 Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2" (horror współczesny)
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
__________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

środa, 14 czerwca 2017

Guy N. Smith "Przyczajeni"






Autor: Guy N. Smith
Tytuł: Przyczajeni
Tytuł oryginału: "Lurkers"
Wydawnictwo: Phantom Press
Rok wydania: 1991 (po raz pierwszy książkę wydano w 1982 r.)
Liczba stron: 174






"Janie Fogg czuła, że coś jest na zewnątrz. Przejmował ją dreszcz przerażenia, a jakaś dziwna siła zmuszała do ciągłego wyglądania na dwór. Za brudnym, okratowanym oknem kobieta widziała jednak tylko ciemny, jodłowy las"
Zaczyna się obiecująco, prawda? Peter Fogg, pisarz, ma zamiar pracować w ciszy i spokoju nad nową książką. Dlatego przeprowadza się wraz z żoną i synem do małej wioski gdzieś w górach Walii. Mało tego, wybiera dom położony na wyjątkowym odludziu. Najbliżsi sąsiedzi mieszkają za lasem, a w pobliżu samego budynku znajduje się stary, kamienny ołtarz, otoczony drzewami - najprawdopodobniej pozostałość jakiegoś dawnego kultu. Nic więc dziwnego, że cała rodzina, a zwłaszcza Janie, czuje się nieswojo. Dodatkowo mieszkańcy wioski niezbyt przyjaznie spoglądają na Anglików, którzy ich zdaniem zupełnie tam nie pasują i powinni wracać, skąd przyszli. A kiedy okazuje się, że ktoś brutalnie zamordował kota Foggów i pozostawił jego zwłoki w kamiennym kręgu... Uczucie przerażenia zaczyna narastać. Czy to sprawka miejscowych? A może to duchy druidów? Albo...

Wybrałam tę jedną z wielu (bardzo wielu) powieści Guy'a N. Smitha, ponieważ zainteresowała mnie jej fabuła: pisarz z rodziną wyjeżdża do domu na odludziu, gdzie zaczynają się dziać dziwne rzeczy (od razu przypomina się na przykład "Lśnienie"). Nie spodziewałam się wiele, w końcu tematem przewodnim "Klasyki horroru 2" na ten miesiąc jest horror klasy B (a Guy N. Smith jest jednym z polecanych pisarzy) i faktycznie, nie otrzymałam zbyt dużo. Zaledwie 174 strony, na których ciężko w pełni rozwinąć przerażającą, pełną szczegółów opowieść. Zacznijmy jednak od zalet tej książki.


Cóż, zdecydowaną zaletą jest to, że jest krótka;) Mimo wszystko. Dzięki temu czyta się ją naprawdę szybko, akcja mknie do przodu i czytelnik nie zdąży wyrzucić książki przez okno, zanim ta go ostatecznie zirytuje czy znudzi;) Kolejną zaletą, już bardziej poważnie, jest samo miejsce akcji, czyli "posiadłość" Hodre: niezbyt zadbany dom, szopa oraz fragment terenu otoczony jodłowym lasem. I kamienny ołtarz, położony bardzo blisko budynków. To, oraz fakt że Hodre położone jest z dala od sąsiadów, tworzy interesujący klimat. Wiemy, że jeśli bohaterów zaczną spotykać dziwne rzeczy i będą chcieli wezwać pomoc, ta niekoniecznie może się pojawić na czas. Zwłaszcza, że miejscowi są (delikatnie mówiąc) niezbyt przychylni, ktoś może odciąć telefon, a na zewnątrz może akurat szaleć śnieżyca. Dobry w powieści jest również sam pomysł - chociaż oklepany i tak typowy dla horrorów, to jednak był dobrym punktem wyjścia do stworzenia interesującej historii...

...co nie do końca się udało. Właściwie to prawie wcale.
Wszystko opisane jest bardzo powierzchownie. Autor nie troszczył się zbytnio o szczegóły, o przedstawienie wewnętrznych przeżyć głównych bohaterów... I tak o żonie Petera wiemy na przykład mniej więcej tyle, że Hodre i miejscowi ją przerażają i za wszelką cenę chce wyjechać, zabierając syna. O samym synu, że koledzy w szkole mu grożą i jest przerażony. O Peterze dowiadujemy się trochę więcej. Ale nie da się ukryć, że przemyślenia bohatera są niezbyt głębokie. Na przykład w sytuacji, w której pomimo grózb ze strony kolegów, że zabiją Gavina, rodzice i tak wysyłają go do szkoły (dodatkowo w sytuacji, kiedy kot chłopca zaginął): Miał nadzieję, że chłopcu nic się nie stało. Może jak dostanie królika, przestanie pytać o kota. Widzicie tę logikę? "Mojemu synowi grożą, ale może nic mu nie jest. Ktoś okrutnie zabił jego kota, kupmy mu więc nowe zwierzątko, może od razu zapomni o poprzednim". Podobnych przykładów jest w książce więcej. W ogóle postacie w powieści są tak przedstawione, że do żadnej - a już zwłaszcza do głównego bohatera - nie można poczuć większej sympatii.
Jeżeli natomiast chodzi o grozę - początkowo faktycznie można być zainteresowanym. Ktoś zabija zwierzęta i zostawia je w kamiennym kręgu, a miejscowi są bardzo nieprzychylni rodzinie Foggów. Nie do końca wiadomo czy to działanie miejscowych właśnie, czy też sprawka jakichś bliżej nieokreślonych sił związanych z dawnym kultem odbywającym się w tym miejscu. Rozwiązanie tej zagadki okazuje się jednak wyjątkowo banalne. Trochę szkoda. 

Sięgając po horrory Guy'a N. Smitha nie możecie się spodziewać prozy w stylu Stephena Kinga. Sama też się nie spodziewałam. Pomimo tego, że Smith pisze zupełnie inaczej i że jego horrory prezentują zupełnie inny poziom, przy lekturze bawiłam się dosyć dobrze. Tak, nawet pomimo jej licznych wad. Chyba po prostu byłam przygotowana na mniej więcej taki (niski) poziom lektury i cieszyła mnie sama historia osadzona w klimatach, które bardzo lubię. Wprawdzie wykonanie nieco rozczarowuje, jednak do tego rodzaju książek można odnosić się z pewnym sentymentem. Gdybym przeczytała "Przyczajonych" jakieś... 10 lat temu, być może nawet trochę bałabym się tej powieści. W każdym razie ta książka okazała się być świetnym przerywnikiem między bardziej ambitniejszymi pozycjami, czymś, przy czym nie trzeba za bardzo myśleć i można się zrelaksować (tak, horrory mnie relaksują). Podobna lektura od czasu do czasu nie powinna mi zaszkodzić;)
Na razie bawię się dosyć dobrze z horrorem klasy B;)

Moja ocena: 3,5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
____________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/62823/przyczajeni
2. unsplash.com

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Ponure Poniedziałki: Tim Pratt "Fool's Fire"

Opowiadanie można przeczytać online TUTAJ
“Near-death experiences are supposed to bring people closer together, right?”
Will i jego żona wybrali się w podróż. To wspólne doświadczenie miało ich znowu do siebie zbliżyć - małżeństwo przechodziło poważny kryzys i terapeuta doradził właśnie takie rozwiązanie. Jednak szybko okazało się, że nic nie szło po ich myśli. Korki na drodze, roboty drogowe... musieli kilka razy zmieniać trasę, stawali się coraz bardziej nerwowi, nadszedł już wieczór, a oni nadal nie dotarli do wynajętego domku. Will był coraz bardziej sfrustrowany, jego żona coraz bardziej narzekała... Mężczyzna starał się jednak nie zaogniać sytuacji. Wcześniej zrobił coś, co prawie zakończyło ich związek (Co to takiego? Na razie nie wiemy) i teraz naprawdę próbował wszystko naprawić. Tak jechali, coraz bardziej podenerwowani, aż nagle... w ostatniej chwili Dori zauważyła, że droga się kończy. O włos uniknęli upadku w urwisko i poważnych obrażeń, a może nawet śmierci. Dodatkowo - jak to w horrorach - nagle ich samochód przestał działać, a w oddali pojawiły się tajemnicze światła, które szybko się do nich zbliżały. To oczywiście nie zapowiadało niczego dobrego...

Tim Pratt to amerykański pisarz, urodzony w 1976 roku. Ma na swoim koncie powieści, zbiory opowiadań, a także wiersze. Za opowiadanie "Impossible Dreams" otrzymał Nagrodę Hugo. Na tego autora trafiłam zupełnie przypadkiem, przeglądając teksty zamieszczone na stronie Nightmare Magazine. Zaintrygował mnie tytuł opowiadania i sam jego początek:  The “going away together” part of the plan to save their marriage had gotten off to a bad start. To było bardzo obiecujące. I, na szczęście, nie zawiodłam się!


Jeśli chodzi o sceny, w których skłócone małżeństwo jest w podróży i nagle gubi drogę, niedoścignionym wzorem jest dla mnie Stephen King. Dialogi, które potrafi tworzyć są tak prawdziwe i naturalne... (Nie przypomnę sobie teraz, pomimo poszukiwań, w których opowiadaniach wypadło to najlepiej. Czy było to "Mają tu kapelę jak wszyscy diabli"? "To wrażenie można nazwać tylko po francusku"? Ktoś może pomóc?) Ale i Tim Pratt poradził sobie ze zbudowaniem nastroju. Spodobała mi się też konstrukcja opowiadania: najpierw tajemnicze wydarzenia na drodze i uniknięcie zagrożenia. Potem bliskie spotkanie z nieznanym (te światła zbliżające się do głównych bohaterów...) Następnie, kiedy już wydaje się nam, że mniej więcej wiemy, o co chodzi i rozgryzliśmy to opowiadanie, mamy do czynienia z nagłym zwrotem akcji. I wyjaśnieniem pewnej tajemnicy - dowiadujemy się wreszcie, co takiego główny bohater zrobił swojej żonie. Uwierzcie mi, wcale nie chodziło tutaj o zdradę, tylko o coś o wiele gorszego. Zwrot akcji, o którym wspomniałam, sprawił że poczułam się trochę zdezorientowana, ale też zaciekawiona. Wprawdzie nie było to nic, czego nie moglibyśmy się domyślić (chociaż ja nawet nie próbowałam), ale ten zabieg sprawił, że opowiadanie naprawdę jest dobre. O wiele lepsze, niż gdyby zakończyłoby się na samym spotkaniu z tajemniczymi siłami. 

"Fool's Fire" to zdecydowanie moje klimaty: jeden z ulubionych motywów (horror rozgrywający się "na wyjezdzie"), tajemnica (bo czy na pewno wiemy, skąd pochodzą tajemnicze światła i kto lub co się za nimi kryje?) i zwrot akcji, dzięki któremu nie byłam znudzona lekturą. Ten tekst zachęcił mnie do dokładniejszego prześledzenia twórczości Tima Pratta. Możecie się spodziewać, że jego kolejne opowiadania (o ile uda mi się znalezc je online) za jakiś czas zawitają w kolejnych Ponurych Poniedziałkach;)

PS. I jeszcze jedno nawiązanie do Kinga: wydaje mi się, że Stephenowi bardzo spodobałby się pomysł Pratt'a dotyczący dark gods of the GPS - dziwnych sił zmieniających rzeczywistość (i mapy w GPS) tak, aby specjalnie sprowadzić ludzi na manowce, aby ich zabijać, bo w końcu muszą coś jeść... Z jednej strony śmieszne, z drugiej lekko przerażające. Wiecie, jak wspaniałe opowiadanie mógłby napisać King w oparciu o ten motyw?

Moja ocena: 4,5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2" 
(zalicza się jednak do kategorii "horror współczesny")
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html

______________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

środa, 7 czerwca 2017

Agata Czykierda-Grabowska "Wszystkie twoje marzenia"




Autor: Agata Czykierda-Grabowska
Tytuł: "Wszystkie twoje marzenia"
Wydawnictwo: OMG Books
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 383









Właśnie takiej książki teraz potrzebowałam. Ale po kolei...

Maja i Kamil właśnie rozpoczęli studia i zamieszkali w tym samym akademiku. Poznali się, kiedy sfrustrowana dziewczyna kopała swój samochód w akcie zemsty za to, że się zepsuł. Wtedy wkroczył Kamil, opanował sytuację i pomógł dotoczyć astrę na parking. Nie udało mu się jednak odwieść dziewczyny od pomysłu wrzucenia grata do Wisły - Maja cały czas o tym marzyła. Od tego momentu ich drogi przecinały się nieustannie, zaczęła ich też łączyć wzajemna fascynacja. Maja jednak jasno postawiła granice: żadnego zakochiwania się, jedynie friends with benefits. Kamil przystał na to, z braku innych możliwości. Ale...

Sama historia nie jest niesamowicie oryginalna i dosyć łatwo przewidzieć, jak się zakończy. Dużą tajemnicą nie jest też przeszłość bohaterów, zdradzana przez autorkę kawałek po kawałku (ale jednak wcześniej można się domyślić, co spotkało kiedyś Maję). Mimo to (a może właśnie dlatego) powieść czytało mi się bardzo dobrze. Potrzebowałam teraz takiej historii miłosnej z gatunku new adult

Czytałam poprzednią powieść autorki, "Jak powietrze" i... nie podobała mi się aż tak bardzo. "Wszystkie twoje marzenia" oceniam o wiele lepiej. Może dlatego, że historia Kamila i Mai wydała mi się mniej sztuczna i mniej cukierkowa. Bardziej do mnie dotarła. Dużym plusem było też samo zakończenie - wydawało mi się, że sytuacja między dwójką głównych bohaterów jest już w jakiś sposób wyjaśniona, tymczasem nastąpił kolejny zwrot akcji, który bardzo mi się spodobał.

Krótkie podsumowanie: to przyjemna, lekko napisana powieść o dwójce bardzo zagubionych młodych ludzi z trudną przeszłością, którzy nagle spotykają się i... I pojawia się miłość. Ale droga do bycia razem nie jest prosta. Jeśli zainteresuje Was fabuła, spodoba się Wam styl pisania autorki i nie odstraszą zbyt idealni bohaterowie, szykujcie się na naprawdę przyjemną lekturę!

Moja ocena: 4,5/6
_______________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4119581/wszystkie-twoje-marzenia
2. unsplash.com

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Ponure Poniedziałki: Francis Paul Wilson "Soft"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Soft and Others" (1989 r.)
Można je przeczytać online TUTAJ

The sound comes in the night when all is quiet. It starts a day or two before a bone goes. A soft sound, like someone gently crinkling cellophane inside your head. No one else can hear it. Only you.
Opowiadanie rozpoczyna się sceną, w której ojciec z córką oglądają telewizję. I nagle prezenterowi odpada szczęka. Dosłownie. 
To objaw dziwnej choroby, która zdziesiątkowała ludność. Kiedy kości stają się miękkie, a poszczególne części ciała zaczynają się rozpadać, już wiesz, że nie ma dla ciebie nadziei. Chyba, że w jakiś sposób choroba w twoim ciele nagle się zatrzyma, jak było w przypadku głównego bohatera tekstu i jego córki. Stracili "tylko" nogi. Ale żyją, a wirus (lub cokolwiek innego to jest) nie postępuje. Dziwnym przypadkiem jest też ich sąsiad George, który cały czas, pomimo kontaktu z chorymi, pozostaje zdrowy. Chociaż ostatnio nie mają od niego żadnych wieści...

Sam pomysł na ten tekst i na dziwną przypadłość atakującą ludzi może wydawać się głupi, śmieszny i odrażający. I taki też jest. Ale Francis Paul Wilson jest bardzo przekonujący w tym, co pisze. I nagle łapiecie się na tym, że lektura was wciągnęła, a atmosfera opowiadania po prostu przytłoczyła i poddaliście się uczuciu niepokoju i beznadziei, podobnie jak główni bohaterowie "Soft". Przynajmniej ja tak miałam. 



Autora znam już z powieści "Twierdza", która zapowiadała się bardzo obiecująco, a pózniej naprawdę mnie rozczarowała. Z tym opowiadaniem było inaczej. Wiedziałam, jakiego rodzaju horroru mogę się spodziewać (Czyż tematem "Klasyki horroru 2" na ten miesiąc nie jest horror klasy B? A właśnie wyzwaniem sugerowałam się przy wyborze tekstu na dziś) i dokładnie to dostałam. Nie powiem, żebym była miłośniczką tego rodzaju horroru, ale od czasu do czasu zdarza mi się sięgnąć po podobne teksty. W opowiadaniu nie brakuje opisów tego, co tajemnicza choroba robi z ludzkim ciałem. Wilson jest bardzo sugestywny;) A kiedy dowiecie się, co stało się z sąsiadem głównych bohaterów... Cóż, zdecydowanie nie jest to tekst dla osób, które wolą klasyczne horrory. Na pewno jednak jest to propozycja dla miłośników nieco bardziej krwawych i - nie ukrywajmy - obrzydliwych klimatów. Zresztą, warto poznać Francisa Paula Wilsona i jeden z jego chyba najsłynniejszych tekstów. Tak samo, jak warto sięgnąć po "Twierdzę". Choćby po to, żeby przekonać się, że takie historie w ogóle nam nie odpowiadają;)

Moja ocena: 4,5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
____________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

środa, 31 maja 2017

Stanisław Lem "Śledztwo"





Autor: Stanisław Lem
Tytuł: "Śledztwo"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2016 (pierwsze wydanie: 1959 r.)
Liczba stron: 288








Porucznik Gregory prowadzi śledztwo. Jest ono niezwykle trudne, bo dotyczy bardzo nietypowych zdarzeń: z kostnic znikają zwłoki. Wszystko wskazuje na to, że nie chodzi o kradzież, że zwłoki nagle, w środku nocy, po prostu zaczynają się poruszać, wstają i wychodzą... Brak śladów włamania, brak śladów obecności innych osób - poza zmarłymi. Wygląda to na działanie sił nadnaturalnych. Ale Gregory nie chce przyjąć tego do wiadomości - jako policjant musi znaleźć realnego sprawcę i wyjaśnić niezwykłe zdarzenia w przyziemny sposób. Czy mu się to uda?

Książka imituje klasyczny angielski kryminał. Imituje, gdyż pod tą konstrukcją kryje się inna, o wiele poważniejsza opowieść. Jak pisze w posłowiu Jerzy Jarzębski, "Śledztwo" przepełnione jest nieokreślonym bólem i niewygodą, a jego bohaterowie cierpią z powodów, których na pierwszy rzut oka nie widać.

Sięgnęłam po tę książkę ze względu na wyzwanie "Klasyka horroru 2". Czy w powieści kryminalnej, będącej tak naprawdę czymś o wiele więcej, pozycją zawierającą rozważania filozoficzne i odniesienia do stanu współczesnej autorowi nauki, mogło być miejsce na horror? Jak już przekonaliście się, czytając pierwszy akapit: tak. Lem do literatury grozy nawiązuje już samym pomysłem na serię tajemniczych wypadków: oto zwłoki zdają się same wstawać i wychodzić z kostnic. Od razu na myśl przychodzą zombie, co zresztą zdaje się potwierdzać opis naocznego świadka: nogi mu się rozjeżdżały, a tak się kiwał, panie doktorze, jak pijany, na boki cały chodził i stukał, jak ślepy kijem stuka, a on to tak rękami. Wyjęte z horrorów zdają się być też okoliczności samych tych zdarzeń: środek nocy, kostnice przy cmentarzu, oddalone od ludzkich siedzib, mgła... Pod tym względem "Śledztwo" prezentuje się bardzo obiecująco.

To intrygująca powieść, którą można rozpatrywać na wielu różnych poziomach. Nie czuję się jednak na siłach, żeby rozkładać ją na czynniki pierwsze. Prawdę mówiąc, czytało mi się ją niezwykle ciężko. Może to ze względu na konstrukcję fabuły, na sposób prowadzenia śledztwa przez głównego bohatera i na jego gubienie się w hipotezach i domysłach - co było męczące i dla Gregory'ego i dla mnie. A może to przez wydarzenia z mojego życia prywatnego, które nie pozwalają mi się skupić na niczym innym;) W każdym razie lektura okazała się za ciężka, przynajmniej w tym momencie. Nadal wolę Lema z "Bajek robotów" czy historii o pilocie Pirxie. Mniej ambitnie, ale cóż, kiedy sprawia mi to przyjemność...

Moja ocena: 4/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
__________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/313006/sledztwo
2. unsplash.com

poniedziałek, 29 maja 2017

Ponure Poniedziałki: Jerzy Siewierski "Zwierciadło Wenus"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Sześć barw grozy" (Wydawnictwo Polskie, 1985 r.)

Timoteo to młody i zdolny uczeń wielkiego mistrza zajmującego się magią. Jednak tą dobrą odmianą magii, nieszkodliwą. Cóż z tego, kiedy mistrz Bartolomeo ma w swoich zbiorach przedmiot, który może wyrządzić wiele złego. A Timoteo, zwiedziony pięknością sławnej kurtyzany, która właśnie przybyła do miasta, ulegnie jej prośbom i za wszelką cenę będzie chciał zdobyć tajemnicze zwierciadło Wenus...

Po raz pierwszy spotkałam się z prozą Jerzego Siewierskiego. I jestem mile zaskoczona. "Zwierciadło Wenus" to utwór otwierający zbiór "Sześć barw grozy". Groza przedstawiona w tym opowiadaniu wynika z ludzkich przywar: próżności kurtyzany, która chce przejrzeć się w zwierciadle Wenus, dzięki czemu będzie jeszcze piękniejsza oraz niepohamowanej żądzy młodzieńca, który za wszelką cenę chce posiąść wdzięki tej kobiety. Dla niej gotowy jest zrobić wszystko, nawet zabić. Ta miłość, a raczej obsesja i żądza, zaburzają mu zdolność jasnego myślenia. 


"Zwierciadło Wenus" to dobre opowiadanie, choć nie wywoła ono u czytelnika przerażenia. Odsłania za to jedną z ciemnych stron ludzkiej natury i czyni to w interesujący, a także niepozbawiony humoru(!) sposób. Wystarczy tylko przytoczyć słowa mistrza Bartolomeo, który zauważył roztargnienie zakochanego ucznia: Smucisz mnie, Timoteo - rzekł - jesteś blady, roztargniony i mylisz przypadki deklinacyjne.

Chociaż nie odnalazłam w tym tekście zbyt wiele grozy (poza samym zakończeniem, które było jednak łatwe do przewidzenia), zaostrzył on mój apetyt na kolejne opowiadania ze zbioru. A ponieważ każde ma innych bohaterów i opisuje inne wydarzenia (oraz inne barwy grozy) może być naprawdę ciekawie!

Moja ocena: 4/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
__________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

czwartek, 18 maja 2017

Władysław St. Reymont "Wampir"





Autor: Władysław St. Reymont
Tytuł: "Wampir"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2012 (pierwsze wydanie: 1911)
Liczba stron: 289








Zenon, polski emigrant mieszkający w Londynie, ma piękną angielską narzeczoną i odnosi sukcesy literackie. Szczęście, prawda? Dopóki nie zaczyna się nim interesować tajemnicza miss Daisy, której magnetyczny wpływ przyciąga mężczyznę i sprawia, że ten może wpaść w sidła prawdziwego zła. Nie trzeba było iść na ten seans spirytystyczny...
"Wszystkie światła pogasły; tylko między oknami w zielonawej, kryształowej kuli mżył się rozpierzchły, ledwie dojrzany płomyk, jak gdyby świętojański robaczek trzepoczący się w ciemnościach"
Sceny grozy opisane takim językiem to prawdziwa gratka. Chociaż trzeba przyznać, że "Wampir" może być momentami trudny w odbiorze. Zwłaszcza w przypadku opisów niezwykłych stanów świadomości, jakich doświadczał Zenon. Czytelnik może się nieco zagubić... razem z głównym bohaterem. Przynajmniej ja czasem się tak czułam. Może tylko ja? 

Ale przyjrzyjmy się bliżej fabule powieści. Mamy tu do czynienia z wieloma, równie interesującymi wątkami. Na pierwszy plan wysuwa się postać Daisy, rudowłosej femme fatale o magnetycznym spojrzeniu. Jej wpływ może okazać się zgubny dla Zenona. Zwłaszcza, że Daisy nie jest zwykłą kobietą: bierze udział w dziwnych, satanistycznych rytuałach, bywa widziana w kilku miejscach jednocześnie, a jej zachowanie ma na Zenona taki wpływ, że mężczyzna zapomina o całym świecie i rzuca wszystko, posłuszny jej rozkazom. W porównaniu do tej postaci narzeczona głównego bohatera, Betsy, wypada niezwykle blado. To młoda Angielka, słodka i wesoła, bardzo zakochana w swoim "mr Zen". Nie ma jednak szans w starciu z Daisy. A kiedy pojawia się trzecia kobieta, również bardzo ważna dla Zenona... Cóż, nie będę zdradzać wszystkiego. Postaci kobiece są tu jednak ważne i bardzo zróżnicowane. 

Kolejny interesujący element powieści to miasto: mglisty, ponury Londyn. Reymot przedstawił go w tak przygnębiający sposób, że nie chcielibyście nigdy tam pojechać. Chyba, że lubicie totalny brak słońca, wieczny deszcz i wszechobecną mgłę. Mgła pojawia się prawie na każdej stronie tej książki. Nawet, kiedy w końcu zdarza się jeden pogodny dzień, to i tak nie możemy się całkiem od niej uwolnić (dzień był wyjątkowo pogodny, ciepły i suchy [...] pierwszy zmierzch już opadał niebieskawymi mgłami"). Nie da się ukryć, że takie miasto to idealna sceneria dla horroru. 

I wreszcie wątki paranormalne. Seanse spirytystyczne, okultyzm... Reymont interesował się podobnymi zagadnieniami, poznawał je również podczas swojego pobytu w Londynie i dał temu wyraz właśnie w "Wampirze". 

Nie można zapomnieć o jeszcze jednym aspekcie "Wampira" - tęsknocie za ojczyzną. Ojczyzną porzuconą przez głównego bohatera (który miał jednak ważny powód) i na co dzień jakby zapomnianą. Jednak od czasu do czasu tęsknota daje o sobie znać: a to Zenon podczas szaleńczych wędrówek po Londynie spotka rodaków, a to dostanie list od kogoś z Polski, kto akurat jest na miejscu i koniecznie pragnie się z nim spotkać... 

"Wampir" to niezwykła powieść, nietypowa w porównaniu do reszty twórczości Władysława St. Reymonta. Łączy w sobie wiele wątków, jednak na pierwszy plan zdecydowanie  wysuwają się elementy grozy: okultyzm, postać tajemniczej Daisy (tytułowego wampira, ale czy na pewno w klasycznym rozumieniu tego słowa?), która może doprowadzić głównego bohatera do zguby... 

Dla mnie "Wampir" był momentami bardzo trudny w odbiorze ze względu na styl, jakim został napisany. Długie zdania, opisy dziwnych rytuałów i wizji doświadczanych przez Zenona, duszna (i mglista!) atmosfera... To specyficzna powieść, którą można długo analizować. Sama nie czuję się na siłach, żeby zrobić to dobrze. Tak czy inaczej, było to interesujące spotkanie z polską literaturą grozy. A postać Daisy zapadnie mi w pamięć na długo.

Powieść przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html

Moja ocena: 4,5/6
_______________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/157941/wampir
2. unsplash.com

poniedziałek, 15 maja 2017

Ponure Poniedziałki: Aleksander Groza "Biała róża Pinettiego"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Polska nowela fantastyczna. Ja gorę" (Wydawnictwo ALFA, 1983)

Starszy mężczyzna: magik, sztukmistrz, znany na całym świecie. I piękna, młoda kobieta: jego muza, jego ukochana, jego żona. Są razem, ale pod jednym warunkiem: ona nie może nigdy wnikać w kulisy zawodu męża, nie może dopytywać jakim sposobem wyczynia on takie dziwne rzeczy i skąd czerpie swoje moce. A jeśli nie wytrzyma, jeśli będzie zbyt ciekawa...?

Do przeczytania tego tekstu skłoniły mnie (oprócz oczywiście tematyki wyzwania "Klasyka horroru" na ten miesiąc;) nazwisko autora i sam tytuł opowiadania. Powiedzcie sami: czy "Aleksander Groza" nie brzmi jak wymarzone nazwisko dla twórcy horroru? Jak się jednak okazuje, książki nie można wybierać nie tylko po okładce czy tytule, ale także po nazwisku autora...;)

Sam tekst jest interesujący ze względu na ogólny zarys historii. Wykorzystuje on motyw znany między innymi z baśni o Sinobrodym. I oczywiście, jak to w podobnych opowieściach bywa, żona nie słucha ostrzeżeń męża i odkrywa jego sekret, co prowadzi do tragicznych konsekwencji. Mimo wszystko tajemnica nie jest na tyle oczywista i wstrząsająca, żeby przykuć na dłużej uwagę czytelnika. Jeśli o to chodzi, wyczuwam niewykorzystany potencjał. Za to najciekawszymi fragmentami tekstu są opisy magicznych sztuczek Pinettiego, którego charakteryzowało przy okazji duże poczucie humoru.

Jeśli szukacie grozy - tej prawdziwej, nie tylko z nazwiska - to opowiadanie możecie spokojnie pominąć. Nie dajcie się zwieść, tak jak ja;)

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html

Moja ocena: 3/6
_____________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

piątek, 12 maja 2017

Katharine McGee "Tysiąc pięter"





Autor: Katharine McGee
Tytuł: "Tysiąc pięter"
Tytuł oryginału: "The Thousandth Floor"
Wydawnictwo: Moondrive
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 414







Nowy Jork, 2118 rok. Nad miastem góruje ogromna Wieża. Ma tysiąc pięter i jest w niej wszystko, czego potrzeba do życia: mieszkania, szkoły, sklepy, restauracje, parki... Mieszka w niej mnóstwo ludzi. A im więcej mają pieniędzy, tym wyższe piętra zajmują. W tym świecie bogatych i rozpuszczonych nastolatków z najwyższych pięter oraz biednych młodych ludzi ze slumsów na najniższych poziomach jest ktoś, kto może poznać wszystkie ich sekrety. I wykorzystać je przeciwko nim. 

Powieść jest podzielona na rozdziały, skupiające się na poszczególnych bohaterach. Mamy więc na przykład Avery, nieziemsko piękną dziewczynę, której uroda została genetycznie zaprogramowana. Wraz z rodzicami i bratem mieszka na tysięcznym piętrze, tym najlepszym i najbardziej prestiżowym. Ma mnóstwo adoratorów, ale tak naprawdę kocha tylko jednego: swojego przyrodniego brata... Jest tu również Leda, szaleńczo zakochana w Atlasie, bracie Avery. Jest Eris, która z dnia na dzień dowiaduje się, że nagle stała się biedna i musi przeprowadzić się ze szczytu Wieży na jedno z najniższych pięter. Jest Rylin, dziewczyna mieszkająca prawie na samym dole, która zaczyna pracę u bogatego chłopaka i się w nim zakochuje. Problem w tym, że Rylin już kogoś ma i jakoś zapomniała powiedzieć o tym pracodawcy... To tylko część bohaterów. Ich losy splatają się ze sobą, często w najmniej oczekiwany sposób. Podobał mi się ten zabieg zastosowany przez pisarkę. 


Trzeba pamiętać, że w "Tysiącu pięter" najważniejsze nie są elementy fantastyczne (które swoją drogą ograniczają się do tego, że ludzie dysponują lepszą technologią niż my teraz), lecz wątki obyczajowe. Książka jest pełna sekretów i intryg, każdy coś ukrywa, a tajemnice bohaterów bywają naprawdę szokujące. Momentami może to męczyć czytelnika (coś jak "Moda na sukces" w wersji dla nastolatków;) ale przyznaję, że ogólnie mi się podobało - takiej lektury potrzebowałam. Wciągającej, lekko napisanej, nad którą nie trzeba się szczególnie zastanawiać. 

"Tysiąc pięter" powinno spodobać się miłośniczkom seriali "Plotkara" i "Pretty Little Liars". Tym, którzy lubią pokręcone historie o nastolatkach. Takie, w których aż roi się od sekretów. Sama dobrze się przy tej książce bawiłam i czekam na kolejną część - bo to wcale nie koniec historii. Muszę jeszcze wspomnieć o zabiegu, jaki zastosowała autorka: na samym początku dowiadujemy się, że w czasie imprezy jedna z dziewczyn spadła z samego dachu Wieży. Która to z bohaterek? Jak do tego doszło? Żeby się dowiedzieć, musimy przeczytać. Jak dla mnie - to świetna zachęta;)

Moja ocena: 4,5/6
_______________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4236367/tysiac-pieter
2. unsplash.com

poniedziałek, 8 maja 2017

Ponure Poniedziałki: Stefan Grabiński "Zemsta żywiołaków (Legenda strażacka)"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Demon ruchu i inne opowiadania" (Zysk i S-ka, 2011)

W tym miesiącu w wyzwaniu "Klasyka Horroru 2" gości polska groza. Przygotujcie się więc, że opanuje ona majowe Ponure Poniedziałki;) Oczywistym wyborem było sięgnięcie po opowiadania Stefana Grabińskiego. Mniej oczywistym, że tym razem tekst nie dotyczy kolei. Pozostajemy w tematyce strażackiej! Poczytajcie...

Antoni Czarnocki był zasłużonym naczelnikiem straży pożarnej. Praca była jego całym życiem, a walkę z pożarami uczynił swoją najważniejszą misją. Przez lata doświadczeń i obserwacji udało mu się ustalić, że jeśli zaznaczy na mapie miejsca pożarów i połączy je ze sobą, stworzą one niezwykłe obrazy: przeważnie kształty małych, śmiesznych stworzeń, które czasem przypominały wyglądem swym dzieci-potworki, kiedy indziej zbliżały się raczej do typu zwierzaków. Były to żywiołaki, zabawiające się wywoływaniem pożarów. A ponieważ Czarnocki z pożarami walczył, szybko stał się obiektem zemsty tajemniczych stworzeń. I chociaż nie miały łatwo, bo naczelnik straży mógł się pochwalić niezwykłą odpornością na ogień (wśród największej pożogi, wśród orgii płomieni mógł przechadzać się bezkarnie bez najlżejszego choćby poparzenia) to wymyślały coraz to nowe sposoby, żeby mu dokuczyć. I nie były to tylko niewinne żarty... W końcu musiało dojść do poważnej konfrontacji.


Przyzwyczaiłam się do Stefana Grabińskiego i jego horroru kolejowego (który bardzo lubię i o którym często piszę). Teraz miałam okazję poznać go od nieco innej strony. Jednak... czy naprawdę innej? Nie da się nie zauważyć podobieństw w konstrukcji tego opowiadania do innych tekstów Grabińskiego. Mamy tutaj wybitnego przedstawiciela swojego zawodu, żyjącego pracą i żywo zainteresowanego różnego rodzaju katastrofami. Dzięki wieloletniej obserwacji dochodzi on do wniosku, że pożary układają się w pewien wzór. I robi wszystko, żeby z nimi walczyć. Czy nie przypomina to na przykład opowiadania "Fałszywy alarm", gdzie naczelnik stacji kolejowej odkrywa wzór pozwalający mu przewidzieć, gdzie dojdzie do katastrofy kolejowej i za wszelką cenę próbuje zapobiec kolejnym wypadkom? Czy żywiołaki nie są w jakimś sensie podobne do smolucha? Te podobieństwa zupełnie jednak nie przeszkadzają w odbiorze. To po prostu bardzo charakterystyczny dla Grabińskiego styl pisania. Nie można przy tym zapominać, że każde opowiadanie tego autora - chociaż często mają wspólne cechy - jest jednak inne, różni się istotnymi szczegółami i bardzo często zaskakuje zakończeniem. 

Interesujące jest tutaj przedstawienie żywiołaków ognia: to złośliwe stworzenia przybierające różne kształty, uprzykrzające życie głównemu bohaterowi. Początkowo może wydawać się, że to takie szkodliwe, ale raczej śmieszne potworki, których działalność ogranicza się do wywoływania pożarów, zrzucenia na Czarnockiego jakiejś belki w czasie akcji ratunkowej, wypełnienia mu mieszkania nieprzyjemnym zapachem albo "wysyłania" listów z pogróżkami (węgielki w kształcie literek wyjmowane z domowego paleniska). Ciężko się nie uśmiechnąć, kiedy poznajemy ich imiona: żarnik, pełgot, czerwieniec, wodopłoch i dymostwór. Jednak zakończenie i tytułowa zemsta żywiołaków jest już zdecydowanie bardziej spektakularna. Grabiński nie zawodzi. Również pod względem językowym. Wystarczy sięgnąć po jego opis budzącego się do życia miasta (pod koniec opowiadania). Wiadomo, że jego teksty będą dobrze napisane. I że musi się w nich pojawić jakaś katastrofa. A czy będzie to katastrofa kolejowa czy ogromny pożar... To już ma trochę mniejsze znaczenie.

Czy to dobry tekst na rozpoczęcie przygody ze Stefanem Grabińskim? Myślę, że tak. Chociaż lepiej sięgnąć najpierw po horror kolejowy w jego wydaniu - to absolutna klasyka! "Zemsta żywiołaków" będzie natomiast dobrym uzupełnieniem takiej lektury.

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
_____
Zródło zdjęcia: unsplash.com

sobota, 6 maja 2017

Wyniki konkursu

Dziękuję wszystkim za udział w kawowo-zakładkowym konkursie i za piękne zdjęcia!

Nie przedłużając: zdecydowałam, że nagroda powędruje do Joli, która urzekła mnie zdjęciem kawy i pysznego ciasta (od razu zrobiłam się głodna;)


Jolu - niedługo się z Tobą skontaktuję w sprawie przekazania nagrody;)

Tymczasem myślę nad kolejnym konkursem, tym razem książkowym... Jacyś chętni?