czwartek, 27 kwietnia 2017

KAWOWO-ZAKŁADKOWY KONKURS


Dzisiaj zapraszam na konkurs. Do wygrania tym razem nie książka, ale kawa i zestaw zakładek - czyli coś, co może uczynić lekturę jeszcze bardziej przyjemną! Wszystko dzięki Dorocie Gąsiorowskiej i jej najnowszej książce "Antykwariat spełnionych marzeń". Jej bohaterowie co chwilę piją aromatyczną kawę lub herbatę i aż chce się pójść ich śladem. Razem z Wydawnictwem Znak mogę Wam to umożliwić;)

Zasady: 
1. Konkurs trwa od 27.04.2017 do 05.05.2017.
2. Wyniki pojawią się na blogu 06.05.2017, wtedy też skontaktuję się ze zwycięzcą.
3. Nagrodami są: paczka aromatycznej kawy z przyprawami i zestaw zakładek. Sponsorem nagród jest Wydawnictwo Znak.
4. Żeby wziąć udział, wystarczy zrobić zdjęcie kawy/herbaty i książki i wysłać je na adres mailowy: azumi.90@hotmail.com. W temacie wiadomości proszę o wpisanie: KONKURS
Przykładowe zdjęcie:

5. Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie subiektywnej oceny organizatorki konkursu - czyli mnie;)

Kawa i zakładki czekają na zwyciężcę


Ktoś chętny do udziału w konkursie? A może przy okazji podzielicie się w komentarzach informacją, co najbardziej lubicie pić podczas czytania? Kawę, herbatę, a może jeszcze coś innego...?;)


poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Ponure Poniedziałki: Robert Murray Gilchrist "Witch In-Grain"

Opowiadanie można przeczytać TUTAJ

To bardzo krótki tekst, napisany nieco poetyckim językiem. W dodatku czytałam go w oryginale, co tylko utrudniło odbiór. Ale...

Narratorem jest mężczyzna, tyle wiemy. Jest on zakochany w kobiecie, która lubi spędzać swój czas szperając w starych księgach. Pojawienie się w miejscu ich zamieszkania starej kobiety podejrzanej o czary, wywołuje duże zamieszanie. Ukochana narratora na widok wiedzmy popada w histerię. Teraz trzeba zmusić staruszkę, żeby cofnęła urok... A jeśli to nie jej sprawka?

Niewiele wiemy o bohaterach tekstu. Sama akcja toczy się bardzo szybko, aż do zaskakującego zakończenia. I to ono jest tutaj największym atutem. Nie da się jednak ukryć, że język, jakim posługiwał się autor, jest największą przeszkodą w docenieniu całości. Wyszukane słownictwo, niezwykłe porównania, archaiczny styl... Może, gdybym czytała całość w polskim przekładzie, mój odbiór byłby nieco inny. Może też niefortunnie wybrałam tekst. "Witch In-Grain" to bardzo krótki utwór. A nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby cała historia została odpowiednio rozbudowana i napisana nieco prostszym językiem, mogłaby wiele zyskać. 

Robert Murray Gilchrist napisał około 100 opowiadań. Na pewno wśród nich znajdą się teksty lepsze niż "Witch In-Grain". A ten polecam... tym, którzy lubią tropić literackie wiedzmy i nie boją się starych opowiadań grozy.

Moja ocena: 3,5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
__________
Zródło zdjęcia: https://pl.pinterest.com/pin/97179304440292947/

środa, 19 kwietnia 2017

Thomas Tryon "Harvest Home"





Autor: Thomas Tryon
Tytuł: "Harvest Home"
Polski tytuł: "Pan żniw"
Wydawnictwo: Knopf
Rok wydania: 1973
Liczba stron: 401







"I awakened that morning to birdsong. It was only the little yellow bird who lives in the locust tree outside our bedroom window, but I could have wrung his neck, for it was not yet six and I had a hangover"
Tak zaczyna się ta powieść. Jej narratorem jest Ned Constantine, który przeprowadza się wraz z żoną Beth i córką Kate do starego domu w małej, uroczej miejscowości Cornwall Coombe. Rodzina już od jakiegoś czasu szukała nowego miejsca do życia, zmęczona Nowym Jorkiem. Jednak żaden dom nie wydawał się idealny. Do czasu, aż Ned i reszta przypadkowo (ale czy na pewno?) trafili do Cornwall Coombe i wprost zakochali się w wiekowym domu, który szczęśliwym trafem był na sprzedaż. Jakby na nich czekał. Od teraz dla Neda i jego rodziny zaczęło się nowe życie. Musieli przyzwyczaić się do tego, że ludzie w Cornwall Coombe nie korzystają zbytnio z dobrodziejstw cywilizacji, zwłaszcza przy uprawie kukurydzy, z której żyje cała miejscowość. Mają swoje old ways, według których postępowali ich ojcowie, dziadkowie, pradziadkowie... I najważniejsza jest dla nich kukurydza, a rytm życia wyznacza nie zwykły kalendarz, ale wydarzenia związane z kukurydzą właśnie - z jej siewem, wzrastaniem, ze żniwami... Constantinowie mogą więc obserwować Agnes Fair, czyli targ, na którym lokalna społeczność prezentuje swoje wyroby, gdzie odbywają się konkursy i gdzie wybierany jest nowy Pan Żniw. Właśnie, kim jest ta tajemnicza postać? Co się stanie, kiedy jego siedmioletnie panowanie dobiegnie końca? Dlaczego nowo wybrany do tej roli chłopak wydaje się być przerażony? I jakie sekrety skrywa Cornwall Coombe i jego mieszkańcy?

Początkowo wydaje się, że Cornwall Coombe jest uroczą, staroświecką miejscowością. Że żyjący tam ludzie są sympatyczni, choć bardzo przywiązani do swoich tradycji. Że to idealne miejsce do życia. Szybko jednak zauważamy, że nie wszystko jest takie, jakie się wydaje. Przemiła staruszka, wdowa Fortune, jest miejscową znachorką, z której zdaniem liczy się każdy. Czasem jej metody leczenia i wtrącanie się do wszystkiego wydają się śmieszne, ale... spróbujcie się jej sprzeciwić. Trzynastoletnia Missy Penrose jest niepełnosprawną intelektualnie dziewczynką, którą wszyscy traktują jak miejscową wyrocznię. Uważają, że potrafi przepowiadać przyszłość. Zabawne? Nieszkodliwe? Do czasu, kiedy Missy wskazuje umazanym krwią palcem na Neda i duka coś o tym, że grozi mu niebezpieczeństwo. I jeszcze ta wszechobecna kukurydza. Nie wolno żartować ani z niej, ani z miejscowych zwyczajów. A kiedy ktoś z zewnątrz spróbuje poznać lokalne tajemnice (jak historia Grace Everdeen, którą wszyscy wspominają z odrazą i którą pochowali poza terenem cmentarza), może się to skończyć tragicznie. 

"I was looking at a human skull, and it was from behind the parted jaws that the screams came"
Czy muszę dodawać, że włóczenie się po okolicznych lasach też nie jest zbyt dobrym pomysłem? Można osobiście spotkać ducha nawiedzającego ponoć te tereny.... albo znaleźć ludzką czaszkę. Czaszkę osoby, którą ewidentnie ktoś zamordował. I podzielić jej los. 

"Harvest Home" to znakomity przykład folk horroru. Mamy tutaj małą, zamkniętą społeczność, silnie uzależnioną od natury i mającą prawdziwą obsesję na punkcie kukurydzy i dobrych zbiorów. Kto wie, do czego może to doprowadzić? Bardzo ciekawą postacią jest tutaj Pan Żniw, czyli mężczyzna wybierany spośród mieszkańców - króluje on siedem lat, dostępuje wszelkich zaszczytów i jest jakby uosobieniem bóstwa, dzięki któremu zbiory są obfite. Jednak po siedmiu latach jego miejsce zajmuje ktoś inny. Rytuały i dziwne zwyczaje mieszkańców Cornwall Coombe, zwłaszcza te opisane na samym końcu, są niesamowicie niepokojące. Ale nie trzeba odwoływać się aż do nich. Wystarczy pozbierać wskazówki pozostawione przez narratora w całej historii żeby wiedzieć, że z wioską i jej mieszkańcami jest coś bardzo nie w porządku. Pozostaje tylko odkryć, o co tak naprawdę chodzi. A w tym przypadku pewne tajemnice powinny jednak pozostać nieodkryte...

Jestem pod wrażeniem. To świetna historia, z niesamowitym klimatem. Autor bardzo dobrze przedstawił obraz małej, zamkniętej społeczności, pilnie strzegącej swoich sekretów. Możemy obserwować, jak zmieniały się uczucia głównego bohatera wobec Cornwall Coombe i jego mieszkańców - od ufności i nadziei na nowe, idealne życie, przez lekkie zaniepokojenie, podejrzliwość, aż wreszcie straszliwą pewność. Opis tego, jak zawodzą wszyscy, których lojalności wcześniej był pewny, jak zmieniają się jego żona i córka, a on sam za wszelką cenę stara się poznać tajemnicę Cornwall Coombe, zasługuje na uznanie. 

Po tej lekturze będziecie trochę inaczej patrzeć na kukurydzę;) I może wyciągniecie z niej kilka cennych lekcji? Na przykład, że przemiłe staruszki nie zawsze są tak urocze i dobrotliwe, jak to może się wydawać. Że nie warto chodzić samemu po nieznanym lesie. Że nie można denerwować tubylców, natrętnie wypytując o ich sekrety. I że w pewnych okolicznościach nikomu nie można wierzyć.

Ciekawe, czy "Harvest Home" było pewną inspiracją dla "Dzieci kukurydzy" Kinga?

Moja ocena: 5/6

Powieść przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
_________________
Źródła zdjęć: 
1. http://www.goodreads.com/book/show/816085.Harvest_Home
2. unsplash.com

czwartek, 13 kwietnia 2017

Nowości w biblioteczce

Kolejne nowości na moich półkach. Zastanawiam się czy będą długo czekały na przeczytanie...


























1. Roald Dahl "Fantastyczny pan lis" - książka wybrana raczej z chęci uzupełnienia biblioteczki o klasykę dziecięcą, niż z potrzeby jej natychmiastowego przeczytania. Może ją kiedyś komuś podaruję, może poczeka na lepsze czasy...

2. Mary Kay Andrews "Babski wieczór" - powieść miała trafić do mojej przyjaciółki - jako prezent - ale na razie leżakuje u mnie. Może sama skuszę się na lekturę? 

3. Joe Hill "Strażak" - tę książkę akurat czytam (chociaż chwilowo porzuciłam lekturę na rzecz "Harvest Home" Thomasa Tryona, ale zamierzam niebawem do "Strażaka" powrócić)

4. Rosemary Sullivan "Córka Stalina" - zdecydowanie nie mam teraz na nią czasu, ale chciałabym przeczytać (Może na kolejnym urlopie? Może na emeryturze?)

A Wy, co ostatnio dostaliście/kupiliście? Dużo książek czeka u Was na swoją kolej?

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Ponure Poniedziałki: M. R. James "Jesion"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Opowieści starego antykwariusza" (C&T, 2005)
"W Irlandii powiada się, że spanie w pobliżu jesionu przynosi pecha"
Hm, wydaje mi się, że gatunek drzewa nie ma większego związku z ilością pecha. To raczej dziwne istoty, które mogły zagniezdzić się w jego pniu... Ale po kolei. 
W jednej z angielskich miejscowości dawno temu doszło do procesu czarownic. Jedna z oskarżonych kobiet została skazana głównie dzięki zeznaniom dziedzica pewnej posiadłości, na której rósł właśnie tytułowy jesion, drzewo już wtedy stare i bardzo masywne. Coś musiało być na rzeczy, gdyż umierając kobieta powiedziała coś, co - z pozoru pozbawione sensu - mogło jednak zabrzmieć jak grozba: do dworu zawitają goście. Wkrótce potem dziedzic zmarł w dziwnych okolicznościach, prawdopodobnie otruty. Jego pokój zamknięto i prawie nikt już tam nie wchodził, jesion za oknem rósł dalej, a w okolicy zaczęły ginąć zwierzęta...

Przykładowa ilustracja przerażającego drzewa
Brzmi to wszystko fascynująco. Ale okazuje się, że M. R. James wcale nie przedstawił tej historii w interesujący sposób. A i sama fabuła jest dosyć schematyczna i przewidywalna. "Jesion" to relacja z wydarzeń rozgrywających się na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Opowiedziana jednak stylem chwilami tak beznamiętnym, że nie wywołuje wielu emocji. Dodatkowo kolejne wypadki są bardzo łatwe do przewidzenia. Wrażenie wywarł na mnie tylko jeden fragment - zakończenie i ujawnienie tego, czym były tajemnicze stwory zamieszkujące jesion. Może, gdybym naprawdę się ich nie bała, i tutaj pozostałabym niewzruszona. To jednak nie były wiewiórki, jak wydawało się jednemu z bohaterów. I miały znacznie więcej nóg...

"Jesion" to opowiadanie nie wnoszące niczego nowego i nie wywołujące strachu. Trochę szkoda, bo połączenie historii o czarownicy, starym jesionie i niewyjaśnionych zgonach mogło okazać się nadzwyczaj interesujące. To jednak zdecydowanie nie był dobry (w znaczeniu: przerażający) przykład folk horroru. 

Moja ocena: 3,5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
___________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

czwartek, 6 kwietnia 2017

Ewa Winnicka "Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej-Johnson"






Autor: Ewa Winnicka
Tytuł: "Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej-Johnson"
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2017
Liczba stron:381







"Opowiadała, że był miłością jej życia"
"Miała pecha, bo otoczyła się okropnymi ludzmi. Jedni ją wykorzystywali, innymi pomiatała. Nowy Jork nigdy jej nie zaakceptował"
"Basia powtarza żonie Sewarda Juniora swoje motto: Kuj żelazo, póki gorące. I jeszcze: Jak widzisz okazję, to ją chwytaj"

6 listopada 1971 roku Barbara Piasecka została żoną Sewarda Johnsona I, właściciela olbrzymiej fortuny, syna jednego z założycieli firmy Johnson&Johnson. W chwili ślubu panna młoda ma 34 lata, Seward Johnson zaś 76. To jego trzecia żona. I była pokojówka.

Historia Barbary Piaseckiej Johnson jest niesamowita i niezmiernie ciekawa. Tej zwykłej (wydawałoby się) dziewczynie z niezbyt zamożnej polskiej rodziny udaje się w czasach PRL-u wyjechać z kraju, trafić do USA, dostać pracę u jednego z najbogatszych ludzi w Ameryce, a następnie zostac jego żoną. Czy było to szczęście, prawdziwa miłość, przemyślany plan czy zwyczajne chwytanie okazji? A może odpowiednie połączenie wszystkich powyższych? Na to pytanie stara się odpowiedzieć w swoim reportażu Ewa Winnicka. I robi to niezwykle dokładnie oraz rzeczowo.

Autorka opisuje nie tylko życie samej Barbary, ale też historię rodziny Johnsonów. Jak się okazuje (i nie jest to duże zaskoczenie) wielkie pieniądze nie zawsze są gwarantem szczęśliwego życia. Cóż z tego, że odziedziczyli fortunę? Że wszystkie z sześciorga dzieci Sewarda są zabezpieczone finansowo i mogą żyć na wysokim poziomie? I tak sobie nie radzą. Świadczą o tym kolejne nieudane małżeństwa, alkoholizm, uzależnienie od narkotyków... I wielka batalia sądowa o spadek po zmarłym ojcu, który większość swojego majątku zostawił trzeciej żonie. Dzieci (teraz oczywiście już dawno dorosłe) chcą więcej pieniędzy dla siebie i nie zgadzają się na ugodę. Sprawa trafia do sądu i zostaje jedną z najgłośniejszych i najbardziej emocjonujących w tamtych latach.

Skupmy się jednak na postaci samej Barbary. Jak udało jej się tak korzystnie wyjść za mąż? Czy naprawdę kochała męża? Co postanowiła zrobić, zyskując nagle dostęp do tak ogromnego majątku? I czy dobrze na tym wyszła? Ewa Winnicka konsekwentnie przedstawia nam wszystkie fakty z jej życia, przytaczając przy tym wiele relacji świadków różnych wydarzeń, rodziny i znajomych Barbary Piaseckiej Johnson, ludzi, którzy dla niej pracowali, którym pomogła finansowo... A było wiele takich osób. Jednak autorka nie ocenia bohaterki swojego reportażu, wyciągnięcie wniosków pozostawiając czytelnikowi. Można odnieść wrażenie, że przy takiej ilości faktów i osób łatwo się pogubić, zwłaszcza że Ewa Winnicka nie zawsze przedstawia wszystkie wydarzenia w kolejności chronologicznej. Ale robi to tak dobrze i w tak uporządkowany sposób, że całość jest niezwykle czytelna i przejrzysta. Trudno jednak o podsumowanie tej historii: z reportażu wyłania się obraz kobiety, która uparcie twierdzi, że kochała swojego męża, jednak jej wypowiedź o chwytaniu okazji zdaje się temu przeczyć. Tak samo jak relacjonowane przez świadków napady wściekłości, które nie oszczędzały również samego Sewarda. Inne osoby wypowiadają się jednak o tym, że obserwowały wielką miłość między małżonkami. A sama Barbara w przypływie dobrego humoru potrafiła być naprawdę ujmująca.

"Milionerka" to naprawdę intrygująca lektura. Skłania do przemyśleń nie tylko nad historią Barbary Piaseckiej Johnson, ale też nad tym, co my byśmy zrobili, gdyby nagle w naszych rękach znalazła się olbrzymia fortuna. Czy potrafilibyśmy rozsądnie nią zarządzać? Czy rozpoznalibyśmy, którzy z nowo pozyskanych przyjaciół są dla nas mili tylko w nadziei uzyskania korzyści majątkowych? I jak poradzilibyśmy sobie z odrzuceniem w przypadku, gdy nie chcielibyśmy podzielić się z kimś naszymi pieniędzmi? Z tymi problemami borykała się też Barbara. Bo pytanie czy naprawdę kochała męża, to jedno. Jest też drugie, równie ważne: czy była szczęśliwa, żyjąc swoim wymarzonym życiem? Dzięki świetnemu reportażowi Ewy Winnickiej jesteśmy już coraz bliżej odpowiedzi.

Moja ocena: 5/6
___________
Zródła zdjęć: 
1.  http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4186332/milionerka-zagadka-barbary-piaseckiej-johnson
2. unsplash.com

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Ponure Poniedziałki: Algernon Blackwood "Wierzby"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Wendigo i inne upiory" (C&T, 2006)
"Wierzby były przeciwko nam"
Kiedy jesteś w podróży i obcujesz z dziką przyrodą, możesz być pod wrażeniem jej majestatu i piękna. Możesz też mieć uczucie, że przyroda cię obserwuje. I wcale nie podoba jej się to, że wkraczasz na jej teren...

Narrator opowiadania i jego towarzysz byli w trakcie spływu Dunajem. Ich kolejny nocleg wypadł na mało gościnnym terenie - rzekę przecinało tam wiele mielizn i piaszczystych wysepek porośniętych ogromną ilością karłowatych wierzb. Wszystko razem tworzyło dosyć ponury obraz. A jeśli dodamy do tego nieustający szum rzeki, duże fale porywające co chwilę fragmenty poszczególnych wysp i wiatr, który nie chce ucichnąć - nie będziemy się dziwić, że podróżnicy poczuli się bardzo nieswojo. W miarę upływu czasu wcale nie było lepiej. Wydra, która z daleka wydała im się ciałem człowieka miotanym bezwładnie przez fale, mężczyzna przepływający obok wyspy i dający im dziwne znaki, jakby ostrzeżenia... to wszystko zle wpływało na ich psychikę. Może dlatego wydało im się, że otaczające ich wierzby żyją. A może to nie były złudzenia, a przyroda (i to, co się za nią kryło) wcale nie miała wobec wędrowców dobrych zamiarów...
"Poruszały się same, jakby były żywe, a ich widok wzbudzał we mnie jakieś przerażające skojarzenia i mroził krew w żyłach"
Niesamowite, wyjątkowo dokładne i malownicze opisy przyrody, która zdaje się mieć własną świadomość to cecha, dzięki której o "Wierzbach" pamięta się długo po skończeniu lektury. W opowiadaniu Blackwooda przyroda wydaje się być również związana z pradawnymi, pogańskimi bogami, a może istotami jeszcze bardziej przerażającymi i wrogimi wobec ludzi niż te z dawnych wierzeń. Jedno jest pewne: obecność wierzb nie zwiastuje niczego dobrego i lepiej szybko opuścić opanowane przez nie tereny, zanim upomną się o ofiarę.

Ponura, gęsta atmosfera tego opowiadania to kolejny z jego atutów. Można też zastanawiać się, na ile przyroda stanowi realne zagrożenie dla bohaterów tekstu, a na ile są nim sami dla siebie. Czy nie opanowuje ich szaleństwo? Tak czy inaczej, "Wierzby" to opowiadanie niezwykłe. Napięcie towarzyszy nam przez całą lekturę, ani na chwilę nie opuszcza czytelnika atmosfera grozy i niepewności. Autor zawłaszcza sobie jego uwagę od początku do końca. W połączeniu z niesamowitymi opisami przyrody (widać tutaj fascynację Blackwooda naturą), która naprawdę żyje i wydaje się mieć własną, mroczną świadomość i nienawidzić ludzi, powstał godny uwagi tekst, przez wielu wymieniany jako jedno z najlepszych opowiadań grozy. 

Robi się coraz cieplej. Pogoda zachęca do czytania w plenerze. Czy zdecydujecie się na lekturę "Wierzb" na łonie natury (najlepiej w nocy, w środku lasu, na jakimś biwaku...) ?

Moja ocena: 5,5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
_______________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

poniedziałek, 27 marca 2017

Ponure Poniedziałki: Honore de Balzac "Tajemniczy dwór"

Opowiadanie pochodzi z antologii "Fantastyczne opowieści" (Wydawnictwo Literackie)

Dom, którego właścicielka zmarła, zgodnie z jej testamentem przez 50 lat ma pozostać zupełnie pusty. Nikomu nie wolno się nawet do niego zbliżyć. Tajemniczy dwór i to, co mogło kiedyś się w nim wydarzyć, rozbudza wyobraznię całego miasteczka. Mężczyzna, który jest narratorem tego opowiadania, postanawia rozwiązać zagadkę opustoszałej budowli. Czy nie będzie tego żałował?

Nie wiedziałam, że Balzac ma w swoim dorobku podobne opowieści. "Tajemniczy dwór" to trochę niepokojące opowiadanie. Zagadka domu, do którego zgodnie z ostatnią wolą właścicielki nie można się nawet zbliżać, jest niezwykle fascynująca. Jej rozwiązanie może okazać się z jednej strony nieco banalne, z drugiej jednak - niezwykle ponure. Muszę przyznać, że zakończenie (oraz opisane w nim okrucieństwo) wywarło na mnie niemałe wrażenie.
Nie to miał na myśli Balzac, ale...;)

Po usłyszeniu ostrzeżenia przed wejściem do tytułowego tajemniczego dworu narrator stwierdza, że przyszły mu do głowy wyjaśnienia tej zagadki rodem z powieści Ann Radcliffe - znanej autorki romansów gotyckich. I to odwołanie poczynione przez autora nie jest (moim zdaniem) bezzasadne. Wprawdzie w momencie lektury opowiadania Balzaca nie znałam jeszcze prozy Radcliffe, wydaje mi się jednak, że tę historię z chęcią wykorzystaliby autorzy powieści gotyckich. Dodając oczywiście od siebie jeszcze kilka elementów.

Nie przedłużając - "Tajemniczy dwór" to interesujące opowiadanie, które warto przeczytać. Spodobała mi się zagadka tego domu i jego nieszczęśliwych mieszkańców. A może chcecie zgadnąć jeszcze przed lekturą, jaka była tajemnica tytułowego dworu?

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
____________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

piątek, 24 marca 2017

Matthew Gregory Lewis "Mnich"





Autor: Matthew Gregory Lewis
Tytuł: "Mnich"
Tytuł oryginału: "The Monk: A Romance"
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 464







Upiorne lochy, stare zamczyska, niecne występki, pakty z diabłem, a także historie miłosne (a nawet erotyczne) - to wszystko znajdziecie w tej niepozornej, starej (wydanej w 1796 roku) powieści. Zainteresowani?

Tytułowy mnich to Ambrozjo, młody opat jednego z madryckich klasztorów. Kiedy poznajemy go na samym początku książki, uchodzi za wzór wszelkich cnót i całe miasto go wysławia. Szybko jednak okaże się, że tak świątobliwa - wydawałoby się - osoba może zejść na złą drogę. Ambrozjo to główna postać w powieści, jednak mamy tutaj do czynienia także z historiami innych osób. Jest więc Agnes, zakochana dziewczyna, którą rodzice umieszczają w klasztorze i która za wszelką cenę próbuje połączyć się ze swoim ukochanym. Jest i Antonia, śliczna i niewinna, którą za obiekt westchnień obiera sobie Ambrozjo. Jest piękna i diaboliczna Matylda, która pomaga mnichowi w realizacji jego planów. Dodatkowo cała historia okraszona jest niesamowitymi opowieściami, dramatycznymi zbiegami okoliczności, erotyzmem (opis gwałtu) i makabrą (lochy, rozkładające się ciała...). A to wszystko napisał w 10 tygodni chłopak, który nie miał nawet 20 lat!

"Zamczysko w Otranto", o którym ostatnio pisałam, zapoczątkowało nurt powieści gotyckiej i jego pierwszą odmianę, historyczną. W przypadku "Mnicha" mamy z kolei do czynienia z kolejną odmianą, horrorem gotyckim, gothic terror. Powieść szybko stała się niezwykle popularna. Na pewno chodziło o to, że autor nie bał się wykorzystywać kontrowersyjnych tematów. W dodatku Lewis nie zawahał się przed wykorzystaniem w swojej książce drastycznych opisów, a jego bohaterowie naprawdę obcowali z siłami nadnaturalnymi - nie były one tylko wytworem ich wyobraźni. W książce mamy też do czynienia z opisem rytuałów satanistycznych oraz z wprowadzeniem postaci diabła - nie był on już tylko bliżej nieokreślonym złym bytem, lecz jak najbardziej realnym bohaterem, który miał bardzo istotny wpływ na przebieg akcji. To wszystko musiało szokować (zwłaszcza w porównaniu do sentymentalnych gotyckich powieści Ann Radcliffe) ale i wywoływać zaciekawienie. 


Podobał mi się sposób, w jaki autor połączył wszystkie historie swoich bohaterów w jedną całość. Oraz to, że wykorzystał w powieści historie i motywy, z którymi zaznajomił się w czasie swojego pobytu w Weimarze, między innymi opowieść o broczącej krwią mniszce i o Żydzie Wiecznym Tułaczu. Widać również, że autor miał poczucie humoru - podobał mi się tutaj wątek Leonelli, kobiety w średnim wieku, rudej i zezowatej, przekonanej że zdobyła serce młodego, przystojnego człowieka. Chociaż oczywiście zostało to wszystko wyolbrzymione do gigantycznych rozmiarów;)

Z drugiej strony, współczesnego czytelnika może razić ilość nieszczęść spotykających głównych bohaterów, może mieć on też dosyć wszystkich intryg i niecnych planów, wprowadzonych przez autora w tak dużej ilości. Z tego też powodu lektura może być trochę męcząca i od czasu do czasu trzeba od niej odpoczywać. W dodatku wiele rozwiązań zastosowanych przez autora dzisiaj już tylko śmieszy, a nie straszy (znakomicie napisała o tym w swojej recenzji Pyza). 

Nie znaczy to jednak, że "Mnicha" nie warto przeczytać. Teraz też możemy się dobrze przy tym bawić i śledzić nieprawdopodobne losy bohaterów z zainteresowaniem. Nie spodziewajcie się przerażenia. Przy wszystkich wadach tej powieści, nie można odmówić autorowi wyobraźni, zdolności łączenia wątków (czasem trochę na siłę, no ale...) i wplatania w swoją opowieść innych historii, zasłyszanych lub wyczytanych gdzieś indziej. "Mnich" to niezwykła podróż do czasów, kiedy współczesny horror dopiero się kształtował i kiedy można było (choć nie bez krytyki, książka Lewisa zebrała jej sporo) wydać tak niezwykłą i oryginalną mieszankę grozy, obrzydliwości, intryg i romantyzmu - i odnieść olbrzymi sukces. 

Moja ocena: 4,5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
_______________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3764768/mnich
2. unsplash.com

środa, 22 marca 2017

Guido van Genechten "Jakie to szczęście, że cię znalazłem"





Autor: Guido van Genechten
Tytuł: "Jakie to szczęście, że cię znalazłem"
Tytuł oryginału: "Wat een geluk dat ik jou gevonden heb"
Wydawnictwo: Adamada
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 32







Kicek to bardzo wesoły królik. Uwielbia kicać, jeść słodkie marchewki i odpoczywać w cieniu jodły (bo pod jodłą odpoczywa się najlepiej!). Jego dni zawsze wyglądały tak samo: węszenie, kicanie, chrupanie, węszenie, kicanie, chrupanie, węszenie... Nosek Kicka był niezawodny i zawsze potrafił doprowadzić go do smacznego jedzenia. Zawsze też węch wskazywał mu, gdzie najlepiej pokicać i jakie miejsca warto odwiedzić. Pewnego dnia Kicek wyczuł jednak zapach, którego zupełnie nie znał. Była to woń najpiękniejsza ze wszystkich. Pokicał tym tropem i... resztę musicie przeczytać sami;)

"Jakie to szczęście, że cię znalazłem" to pełna uroku opowieść, która spodoba się i tym młodszym i starszym czytelnikom. Sama historia królika Kicka jest dosyć prosta, jednak została dobrze opowiedziana przez autora. Dodatkową zaletą książki są piękne ilustracje, które na pewno przyciągną wzrok dzieci (i nie tylko). Sama książka może być również świetnym pomysłem na prezent. W końcu, kto oprze się pięknie ilustrowanym opowieściom o zwierzętach? Polecam.

Zdziwieni tą krótką "recenzją"? Przecież u mnie ostatnio tylko horrory i horrory...;) W pracy muszę czasem pisać recenzje, ponieważ współpracujemy z lokalnym tygodnikiem, który zamieszcza nasze teksty. Oczywiście muszą to być książki, które można potem kupić w naszej księgarni. A ponieważ klasyka horroru, która często gości u mnie na blogu, nie zawsze jest dostępna w sprzedaży, a coś napisać wypada, czasem sięgam po książki dla dzieci;) Dlatego czasem podobne teksty będą się pojawiać i tutaj.
_________________
Źródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/300296/jakie-to-szczescie-ze-cie-znalazlem 
2. unsplash.com

poniedziałek, 20 marca 2017

Ponure Poniedziałki: Guy de Maupassant "Fear"

Opowiadanie można przeczytać (w języku angielskim) online TUTAJ
"Fear [...] is something horrible, an atrocious sensation, a sort of decomposition of the soul"
Dzisiaj, moi drodzy, odpowiemy sobie na pytanie: czym jest strach? A pomoże nam w tym Guy de Maupassant.
Głównym bohaterem jego opowiadania jest człowiek, którego nie poznamy nawet z imienia. Nie wiemy o nim zbyt dużo - głównie tyle, ile sam zdradza. A dzieli się on z nami dwiema historiami ze swojego życia. Opisuje sytuacje, w których poczuł prawdziwy, namacalny, nie dający się pomylić z żadnym innym uczuciem STRACH. Pierwsza opowieść rozgrywa się na pustyni. W tym mało przyjaznym dla człowieka miejscu każdy dziwny dzwięk może wywołać uczucie lęku. I z takim właśnie przypadkiem miał do czynienia nasz bohater. Kolejna historia rozgrywa się na północy Francji, kiedy mężczyzna podróżuje wraz z przewodnikiem przez ciemne i bardzo ponure lasy. W końcu znajdują nocleg w małej chatce. I nie tylko poznają mroczne wydarzenie z przeszłości jej mieszkańców, ale również sami stykają się z koszmarem, który powraca do nich co roku o tej samej porze...

Nie da się ukryć, że bardziej przypadła mi do gustu właśnie ta druga opowieść. Ciemne lasy, tajemnicze zdarzenia - to zdecydowanie bardziej moje klimaty. Zwłaszcza, że wydarzenia rozgrywające się na pustyni można było łatwo wytłumaczyć (a przynajmniej tak się wydaje).


Dużą zaletą opowiadania jest opis przeżyć głównego bohatera, to jak definiuje on prawdziwy strach i jak sam go przeżywa. Autor przedstawia nam coraz mroczniejsze wydarzenia - od krótkiej historii, która przestraszyła dowódcę statku (gdzie rozgrywa się cała akcja), przez opis wydarzeń na pustyni i dziwnego dzwięku, który przeraził całą karawanę, aż do wydarzeń rozgrywających się w ponurych lasach Francji. Każdy z tych fragmentów niepokoi coraz bardziej. A kiedy tekst się kończy, czytelnik może zastanowić się nad tym, czy kiedyś sam miał do czynienia z prawdziwym strachem... Guy de Maupassant tak dobrze definiuje to uczucie, że raczej nikt nie będzie miał problemu z odpowiedzią na to pytanie.

Opowiadanie, noszące w oryginale tytuł "La Peur", zostało po raz pierwszy opublikowane w 1882 roku. Dwa lata pózniej autor stworzył kolejny tekst o tym samym tytule i o podobnej tematyce. Sam tekst nie jest przerażający, ale traktuję go jako niezwykłą ciekawostkę i okazję do dyskusji o strachu właśnie. Czy wydarzyło się kiedyś coś, co naprawdę Was przeraziło i na wspomnienie czego do dziś przechodzą Was dreszcze?

Moja ocena: 4/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
______________
Źródło zdjęcia: unsplash.com

środa, 15 marca 2017

Horace Walpole "Zamczysko w Otranto"

Autor: Horace Walpole
Tytuł: "Zamczysko w Otranto. Opowieść gotycka"
Tytuł oryginału: "The castle of Otranto"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 1974
Liczba stron: 114

"Manfred, książę na Otranto, miał dwoje potomstwa: syna i osiemnastoletnią córkę Matyldę, najpiękniejszą z dziewic. Syn Konrad, młodszy o lat trzy, nieurodziwy i wątły, a i usposobieniem większych nadziei nie rokujący, był jednak ulubieńcem rodzica, który żadnych oznak przywiązania nie okazywał Matyldzie"
Tymi słowami rozpoczyna się "Zamczysko w Otranto". Powieść, która odegrała bardzo ważną rolę w kształtowaniu się współczesnego horroru. Powieść gotycka, jak dodał autor w podtytule. Chcecie przenieść się do świata ponurych zamków, mrocznych sekretów, pięknych księżniczek i fantastycznych wydarzeń? Zapraszam!

Jak już wiecie, książę Otranto miał dwoje dzieci. Nie dbał jednak o córkę, to syn był jego ulubieńcem. I to małżeństwo syna skrupulatnie zaplanował. Konrad miał pojąć za żonę piękną księżniczkę Izabelę. I oczywiście spłodzić dziedzica, umacniając tym samym panowanie rodu Manfreda nad Otranto. Jednak tuż przed ślubem wydarzyło się ogromne nieszczęście: Konrad zginął, przygnieciony przez... olbrzymi szyszak, który spadł z nieba prosto na niego. A to dopiero początek dziwnych wydarzeń!

Wiem, że zarys fabuły może brzmieć śmiesznie i wcale tego nie neguję. Sama dosyć sceptycznie odnoszę się do hełmów spadających z nieba i innych tego rodzaju pomysłów. Po dosyć dziwnym (choć bardzo obiecującym!) początku dałam się jednak bez reszty wciągnąć historii rodu Manfreda, który bezprawnie zajął księstwo Otranto i starał się za wszelką cenę utrzymać władzę, nawet mimo przepowiedni, zapowiadającej jego upadek. Dostajemy tutaj wszystko, co powinno się znaleźć w dobrej powieści gotyckiej: ponury zamek (z nie mniej ponurymi lochami i tajemniczymi przejściami), piękne i niewinne dziewczęta, niecne intrygi, przerażające duchy, a także trochę romansu. Horace Walpole połączył te wszystkie wątki w niesamowity sposób, dając się bez reszty ponieść wyobraźni. Jak sam później przyznał: Pisałem wbrew prawidłom, krytykom i filozofom; zdaje mi się, że tak chyba było najlepiej. Miał rację. To właśnie "Zamczysko w Otranto", początkowo wydane pod pseudonimem (również z obawy przed krytyką publiczności), ta dzisiaj już raczej śmieszna (choć pełna uroku) historia i zarazem ukochane literackie dziecko Walpole'a odegrało niezwykle ważną rolę w kształtowaniu współczesnego horroru. Swoim utworem autor zapoczątkował nowy gatunek literacki, zwany romansem grozy oraz jego pierwszą (z trzech) odmianę: historyczną. Dopiero po tej wydanej w 1764 roku powieści zaczęły powstawać dzieła takie, jak na przykład "Frankenstein". "Zamczysko..." na nowo rozbudziło zainteresowanie fantastyką, grozą i niezwykłością. I chociaż dzisiaj nie wywiera już na czytelnikach takiego wrażenia, jak w XVIII wieku, zdecydowanie warto po nie sięgnąć.
"W tym momencie uderzenie pioruna wstrząsnęło zamkiem aż do posad, zachwiała się ziemia i rozległ szczęk zbroi, która nie mogła służyć człekowi śmiertelnemu"
Czy ten cytat nie działa na Waszą wyobraźnię? A może bardziej przypadłaby Wam do gustu scena (moja ulubiona), w której jeden z bohaterów powieści wchodzi do kaplicy i widzi zakonnika modlącego się przy ołtarzu. Wydaje się, że to inna z postaci, znany już czytelnikowi ojciec Hieronim . Kiedy jednak ta postać odzywa się, a później odwraca... Och, to już musicie przeczytać sami. Ten moment może wywołać u współczesnego czytelnika lekki dreszcz grozy. 

"Zamczysko w Otranto" rozbudziło mój apetyt na powieść gotycką, na historie o nawiedzonych zamczyskach i mrocznych intrygach. Teraz czeka na mnie Matthew Gregory Lewis i jego "Mnich" (może w tym miesiącu zdążę przeczytać!), ale też chętnie sięgnęłabym po którąś z książek autorstwa Ann Radcliffe. Te powieści nie straszą współczesnego czytelnika, ale nie można im odmówić niepowtarzalnego klimatu i mrocznej atmosfery, których na próżno szukać w nowszych książkach. I to właśnie urzekło mnie w horrorze gotyckim.

Moja ocena: 5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
 ______________
Źródła zdjęć:
1. Własne
2. unsplash.com

poniedziałek, 13 marca 2017

Ponure Poniedziałki: Joseph Sheridan Le Fanu "Duch pani Crowl"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Duch pani Crowl" (C&T, 2013)
"Opowieść o duchach jest sama w sobie formą nieco staroświecką i wskazana jest w jej przypadku pewna nieśpieszność - chętniej jej słuchamy, gdy narrator zwraca się do nas jako osoba starsza lub umiejscawia wydarzenia jakoś przed trzydziestu laty" [M.R. James, ze wstępu do powyższego zbioru opowiadań]
Tak też jest w przypadku "Ducha pani Crowl". Narratorką jest tutaj stara opiekunka, pani Jolliffee, która opowiada słuchaczom o dziwnym zdarzeniu, które miało miejsce w jej młodości. Jako trzynastoletnia dziewczyna rozpoczęła ona służbę w posiadłości pani Crowl, która miała już wówczas ponad 90 lat. Trzeba było się nią opiekować i pilnować, żeby staruszka - która nie była już w pełni władz umysłowych, za to fizycznie czuła się całkiem dobrze - nie zrobiła krzywdy sobie i innym. Narratorka już podczas podróży do swojego miejsca pracy usłyszała od współpasażerów w dyliżansie, że panią Crowl opętał diabeł i jest na wpół duchem. Nic dziwnego, że dziewczyna była przerażona. Bała się więc spotkania ze staruszką, a z drugiej strony była nią zafascynowana, chciała w końcu zobaczyć osobę, o której mówiono takie rzeczy... Jak to się skończyło?

Autor opowiadania
Zdecydowanie najlepszym fragmentem opowiadania jest dla mnie ten opisujący spotkanie dziewczyny i pani Crowl. Wyobraźcie sobie: staruszka śpi w łóżku ze szczelnie zasłoniętymi kotarami. A dziewczyna, którą zostawiono na chwilę samą w pokoju obok, bardzo się boi. Próbuje czymś zająć myśli. Aż w końcu nie wytrzymuje, przekracza próg, podchodzi do łóżka, dotyka zasłony i... Mistrzowskie budowanie napięcia i bardzo sugestywne opisy, którymi posłużył się tutaj Le Fanu sprawiają, że chociaż cała sytuacja w innych okolicznościach mogła wydawać się zabawna, tutaj wcale śmieszna nie była. Byłam pod takim wrażeniem tej sceny, że nawet późniejsze pojawienie się ducha i straszna tajemnica z przeszłości, którą przy okazji odkryto, specjalnie mnie nie poruszyły. 

Kolejny plus tego tekstu to stylizacja języka. Tę historię opowiada starsza, pewnie niewykształcona kobieta, która siłą rzeczy nie mogła posługiwać się piękną, poprawną angielszczyzną. To działa na korzyść opowiadania, sprawia że jest bardziej autentyczne i ma niepowtarzalny klimat. I wcale nie przeszkadza w odbiorze. 
"Żebym ino mogła zebrać myśli, to bym się odwróciła i zemkła. Ale nie mogłam oderwać od niej spojrzenia i cofałam się tak prędko, jak tylko byłam w stanie"
"Duch pani Crowl" to niezwykła, mroczna opowieść. Spodoba się miłośnikom XIX-wiecznej grozy oraz klasycznych ghost stories. Sam zbiór również będzie dla nich znakomitym prezentem: wstęp samego M.R. Jamesa, piękne ilustracje... Naprawdę polecam.

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
 ___________________
Źródło zdjęcia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Sheridan_Le_Fanu#/media/File:Sheridan_Le_Fanu_002.png

sobota, 11 marca 2017

Patryk Pleskot "Przekręt. Najwięksi kanciarze PRL-u i III RP"




Autor: Patryk Pleskot
Tytuł: "Przekręt. Najwięksi kanciarze PRL-u i III RP"
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 384









Genialny fałszerz. Fałszywy konsul. Uzdrowiciel, który skutecznie leczy z nadmiaru pieniędzy. Agent, gotowy zdradzić każdego pracodawcę. Bezwzględny uwodziciel. Kobieta, dla której połowa polskiego sejmu straciła głowę. Złodziej i mistrz kierownicy w jednym. To o nich jest ta książka.

W "Przekręcie" Patryk Pleskot opisuje siedem osób, określanych mianem "największych kanciarzy PRL-u i III RP". Każdemu oszustowi (bądź oszustce) poświęca osobny rodział, w którym przedstawia ich pochodzenie, rozwój "kariery", a także dalsze losy kanciarzy. Liczyłam na interesującą i wciągającą lekturę, jednak... trochę się zawiodłam. A szkoda, bo tematyka jest naprawdę fascynująca, a na podstawie losów każdej z opisywanych postaci można by napisać odrębną książkę bądź też nakręcić film (co w kilku przypadkach się udało).

Najbardziej podobały mi się rozdziały poświęcone Jerzemu Kalibabce oraz Czesławowi Śliwie. To były chyba (może jeszcze oprócz Zdzisława Najmrodzkiego) najbarwniejsze postacie w całej galerii oszustów. Może też dlatego opis ich losów tak bardzo zapada w pamięć. Ale pomyślcie sami - czy nie zafascynowałaby Was historia sprytnego uwodziciela, któremu nie może oprzeć się żadna kobieta, a który bezwzględnie to wykorzystuje? Albo opowieść o oszuście podającym się za austriackiego konsula, któremu udaje się utrzymać tę iluzję przez dwa miesiące, w międzyczasie gromadząc pracowników mającej dopiero powstać ambasady, żyjąc wystawnie i świetnie się bawiąc? To dopiero fantazja! W tych (i innych opisanych w "Przekręcie" historiach) czai się jednak pewna pułapka. Możemy łatwo zatracić się w przygodach tych kanciarzy zapominając przy tym, że ich głównym celem było działanie na szkodę zwykłych ludzi. I - może przy okazji - szukanie poklasku.

W książce Patryka Pleskota nie podobało mi się kilka rzeczy. Na przykład zawarte we wstępie odniesienia do postaci i wątków z "Gry o tron" (jeśli ktoś jeszcze nie czytał/nie oglądał, uwaga na czające się tam spoilery!). Chaotyczność niektórych rozdziałów. Oraz wybranie na jednego z bohaterów książki Zbigniewa Nowaka ("ręce, które leczą"). Osobiście nie mam zdania na jego temat, nie wiem czy jest oszustem i sądzę, że nie mnie o tym decydować. Zresztą sam autor również szczegółowo uzasadnia umieszczenie tej właśnie postaci w swojej książce i nie można mu tutaj niczego zarzucić. Wydaje mi się jednak, że Zbyszek Nowak po prostu nie pasuje do tej galerii oszustów, do osób z których większość miała postawione zarzuty i które były powszechnie znane ze swojej niezbyt uczciwej (nazwijmy to delikatnie) działalności.

Moim głównym zarzutem w stosunku do tej książki jest fakt, że... liczyłam na większe emocje podczas lektury. Myślałam, że dam się bardziej wciągnąć w ten barwny (choć niezbyt uczciwy i z pewnością nie nadający się do naśladowania) świat i te historie, że będę je poznawać z wypiekami na twarzy. Może po prostu styl pisania autora nie przypadł mi do gustu. A może... a może musicie przekonać się sami czy dacie się uwieść i oszukać opisywanym w "Przekręcie" kanciarzom-celebrytom. Chcecie spróbować?

Moja ocena: 4/6
_________________
Źródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4183455/przekret-najwieksi-kanciarze-prl-u-i-iii-rp
2. unsplash.com

poniedziałek, 6 marca 2017

Ponure Poniedziałki: Joe Hill "Czarny telefon"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Upiory XX wieku" (Wydawnictwo Albatros, 2009).

"Pierwsze dziecko znikło dwa lata temu, niedługo po tym, jak stopniał śnieg"
Potem znikały kolejne. Zawsze chłopcy. Finney myślał, że jego to nie spotka, w końcu porywacz wybierał na swoje ofiary najwyżej dwunastolatków, a on miał już trzynaście lat. Jak się jednak okazało, bardzo się mylił. Chłopak znalazł się w sidłach porywacza, groteskowo grubego (jak określił go autor) mężczyzny, Alberta. Al oczywiście nie miał dobrych zamiarów. Zamknął chłopaka w piwnicy. Jednak coś - albo ktoś - przeszkodziło mu we wcieleniu w życie złowieszczego planu. Przynajmniej chwilowo. Pojawiał się tylko na chwilę i znikał, a Finney siedział samotnie w piwnicy i rozpaczliwie starał się znalezć wyjście z tej sytuacji. Jego uwagę od razu przyciągnął staroświecki, czarny telefon, przymocowany na ścianie. Oczywiście nie działał... Dlaczego jednak chłopak od czasu do czasu słyszał jego dzwonek? 
Kto wygra w tej walce? Dziecko czy porywacz? I jaką rolę odegra we wszystkim czarny telefon?

To mogła być zwykła opowieść o porwaniu, niewyróżniająca się niczym szczególnym. Autorowi udało się jednak w świetny sposób zbudować atmosferę całego tekstu. Czujemy desperację towarzyszącą chłopakowi, który za wszelką cenę chce się uwolnić, zanim spotka go... Właśnie, co takiego chce zrobić porywacz? Kolejnym aspektem działającym na korzyść opowiadania jest wykorzystanie ciekawego rekwizytu, tytułowego telefonu. Od razu domyślamy się, że nie może on działać. To byłoby przecież niedorzeczne - porwać kogoś, a potem zostawić sam na sam z czynnym telefonem, tak żeby mógł wezwać pomoc. Paradoksalnie jednak, to właśnie czarny telefon (a raczej to, czego dzięki niemu dowiedział się Finney) odegra w tej historii główną rolę. 

Bardzo zainteresował mnie jeszcze jeden motyw - czarne balony. To one wypadły z furgonetki porywacza, kiedy ten odgrywał scenkę mającą na celu przyciągnięcie uwagi chłopca i uprowadzenie go. To był pierwszy sygnał, że coś tutaj jest bardzo nie w porządku. A sam obraz czarnych balonów szybujących wolno nad drogą, a pózniej zaplątanych w linię telefoniczną(!) jest niezwykle niepokojący. I bardzo znaczący. Niby szczegół, a jak bardzo przyczynia się do zbudowania napięcia i przyciągnięcia uwagi czytelnika. 

"Czarny telefon" to dobre opowiadanie. Nie wybitne, jednak potrafiące zatrzymać na chwilę i dające przedsmak tego, do czego zdolny jest Joe Hill. A to naprawdę utalentowany autor (zresztą nic dziwnego, kiedy ma się takiego ojca jak Stephen King). Polecam nie tylko ten tekst, ale i cały zbiór, bardzo mroczny, odwołujący się do największych osiągnięć twórców horroru XX wieku. 

Poza tym wspominam dzisiaj o tym autorze nieprzypadkowo. 1 marca miała miejsce premiera jego najnowszej powieści "Strażak". Zapowiada się naprawdę dobra, wciągająca lektura dla wszystkich miłośników grozy. Przeczytacie?

Moja ocena: 4,5/6
_____________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

piątek, 3 marca 2017

Nowości w biblioteczce

Dzisiaj post o książkach, które niedawno trafiły do mojej biblioteczki. Nie znaczy to jednak, że od razu zostaną przeczytane;) Pewnie będą musiały cierpliwie (i długo) poczekać na swoją kolej...
Ostatnio moim łupem stały się:


Przyznaję, że w tej książce urzekła mnie przede wszystkim okładka. Piękna i niepokojąca zarazem. Ale i sama historia może być niezwykle intrygująca.

To zdecydowanie pozycja do przeczytania na pózniej, kiedy już obejrzę wszystkie dokumenty Andrzeja Fidyka, o których mowa w książce. Wybrałam ją ze względu na moje zainteresowanie filmem (zwłaszcza polskim), do którego dobrze byłoby wrócić. To taka książka-motywacja.

Tego pana chyba nie muszę przedstawiać. Zapowiada się świetna lektura. O ile tylko moje oczy to wytrzymają - czcionka jest trochę za mała, jak dla mnie. Ale nawet jeśli sama nie przeczytam, książka na pewno spodoba się mojemu Tacie. Tak czy inaczej - ktoś będzie zadowolony;)

Wprawdzie mój pomysł na kolekcjonowanie wybranych reportaży Czarnego na razie nie doczekał się realizacji, ale tej książce nie mogłam się oprzeć. Zwłaszcza, że dostałam ją zupełnie za darmo (I to nie jako egzemplarz do recenzji, więc mogę sięgnąć po nią w dowolnym momencie, kiedy tylko przyjdzie mi na to ochota. Nawet za 5 lat;)

Mam trochę wyrzutów sumienia w związku z tym, że moja biblioteczka tak gwałtownie się powiększa. Ale.. pracuję w księgarni. Więc ciężko się oprzeć nowościom wydawniczym oraz starszym książkom. I w ogóle książkom;) A to, że mogę sama dobierać sobie lektury i nie jestem od nikogo zależna (nie gonią mnie terminy, nie muszę pisać recenzji, kiedy czuję że o danej książce nie mam nic do powiedzenia...) jest dla mnie niezwykle wygodne;)

niedziela, 26 lutego 2017

Stephanie Garber "Caraval"




Autor: Stephanie Garber
Tytuł: "Caraval. Chłopak, który smakował jak północ"
Tytuł oryginału: "Caraval"
Wydawnictwo: OMG Books (Znak)
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 414








Kiedy Scarlett była mała, co roku słała listy do Legendy, Mistrza Caravalu. Listy z prośbą, aby przybył on na wyspę na której mieszkała wraz z siostrą i właśnie tam zorganizował swoje magiczne przedstawienie. Jednak nigdy nie doczekała się odpowiedzi. Do czasu... Cóż jednak z zaproszeń na tę niezwykłą grę, kiedy Scarlett właśnie ma wyjść za mąż i ostatecznie uwolnić siebie i siostrę, Tellę, spod wpływu ojca-tyrana? Przecież gdyby dziewczyny uciekły, by wziąć udział w Caravalu, czekałaby je okrutna kara. A może warto zaryzykować i spełnić marzenia o zobaczeniu widowiska, które przesiąknięte jest magią? Siostry, przy pomocy poznanego przez Tellę żeglarza, Juliana, uciekają z rodzinnej wyspy i trafiają na teren Caravalu. Jednak na miejscu okazuje się, że nie wszystko jest tam bezpieczne i pełne uroku. Tella znika, porwana przez Legendę. Jej odnalezienie jest celem tegorocznego Caravalu. Który pozornie jest na poły grą, na poły magicznym przedstawieniem, w czasie którego dzieją się cudowne rzeczy, a uczestnicy świetnie się bawią. Scarlett jednak dostrzega, że za zasłoną tej "gry", kryje się o wiele więcej. I że chcąc odnalezć siostrę musi się liczyć z tym, że ją samą spotka coś bardzo złego... Czasem zwycięstwo wymaga ofiar.

Ta powieść oczarowuje. Już pierwszy rzut oka na okładkę wystarcza, żeby poczuć zaciekawienie i ekscytację na myśl o tajemniczym Caravalu, pełnym magii widowisku, o którym od dziecka marzyła główna bohaterka. Aż chciałoby się znalezć na jej miejscu i samemu odwiedzić ten niezwykły świat stworzony przez Legendę i jego aktorów. Świat, w którym na każdym kroku można napotkać magię. W którym spełniają się marzenia. Jednak, pomimo przestróg, że "to tylko gra", trzeba liczyć się z tym, że Caraval może pochłonąć kilka ofiar. Nie bez przyczyny przed wejściem na jego teren uczestnicy muszą podpisać swoją krwią specjalne oświadczenie. W czasie lektury naprawdę szybko okazuje się, że Caraval (wbrew skojarzeniom, które przychodzą do głowy ze względu na jego nazwę) nie przypomina karnawału, wypełnionego beztroską zabawą. Na uczestników czekają prawdziwe niebezpieczeństwa. A sam Legenda potrafi być bezwzględny i mieć naprawdę mroczne pomysły.

Książka jest naprawdę dobra. Spodobała mi się sama koncepcja Caravalu i to, że główna bohaterka musiała za wszelką cenę skupić się na odnalezieniu siostry. Bo - wbrew pozorom - to powieść o sile siostrzanej miłości. Wprawdzie mamy tutaj magię, przystojnych mężczyzn (sama Scarlett ulega urokowi jednego z nich, choć jest przecież zaręczona z nieznanym jej hrabią) i tajemnice, jednak to wątek poświęcenia dla siostry przewija się przez całą książkę. To na odnalezieniu Telli Scarlett skupia wszystkie siły, to dla niej może poświęcić bardzo dużo. Jednak czy jej beztroska siostra naprawdę to doceni? Może świetnie się bawi obserwując wysiłki uczestników gry i flirtując z kolejnymi mężczyznami? Żeby się tego dowiedzieć, musicie przeczytać do końca. Podobało mi się również to, że chociaż autorka wprowadziła wątki romansowe, nie stały się one osią całej fabuły i - jakkolwiek ważne - nie przesłoniły istoty powieści. Zresztą Stephanie Garber co chwilę wyprowadza czytelników w pole, mieszając im w głowach (jak na Mistrza Caravalu przystało) - nie możemy być pewni, komu z bohaterów zaufać i czy naprawdę są tymi, za których się podają. Do samego końca nie wiadomo również, co jest czystą iluzją, a co samą prawdą. To ogromna zaleta tej książki.

Również postać samej Scarlett zyskała moje uznanie. To naprawdę mądra i odważna dziewczyna, gotowa wiele poświęcić dla dobra swojej siostry, dla ochronienia jej przed złem (głównie w osobie ich ojca). I choć łatwo mogłaby się całkowicie zatracić w magii Caravalu i w zauroczeniu przystojnym Julianem (albo Dantem albo jeszcze innymi mężczyznami) nie robi tego. Konsekwentnie próbuje odnalezć siostrę, choć nie zawsze dokonuje przy tym dobrych wyborów. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że gdyby to Tella była na jej miejscu, nie omieszkałaby skorzystać z każdej atrakcji oferowanej przez Caraval. Na czele ze sklepem z zachwycającymi sukniami. Właśnie, drogie panie... byłybyście gotowe oddać dwa dni swojego życia za najpiękniejszą suknię jaką kiedykolwiek widziałyście?

Powieść wydała mi się chwilami nieco chaotyczna. Mogła to być jednak wina tego, że czytałam ją przez dłuższy czas, po trochę, po prostu z braku czasu. W dodatku byłam chora, więc ciężko było mi się skupić na czymkolwiek. A może konstrukcja fabuły była taka celowo i - jak wcześniej wspominałam - autorka zrobiła to dlatego, żeby troszkę namieszać czytelnikom w głowach? Niech poczują się jak uczestnicy Caravalu i sama Scarlett, niech nie będą pewni prawdziwości wypowiedzianych przez aktorów słów i tego, co ma być kolejną podpowiedzią!
Mam jeszcze jeden zarzut, ale to już do polskiego wydawcy. Książka otrzymała podtytuł "Chłopak, który smakował jak północ". Dlaczego? Jeśli miało się to odnosić do bohatera, który bardzo zainteresował Scarlett, to dlaczego w tekście jego usta smakowały jak ten moment, w którym noc wydaje na świat poranek? I po co ten dodatek, skoro książka jest przede wszystkim o siostrzanej miłości? Ta romantyczna, między kobietą a mężczyzną, również jest w niej ważna, jednak schodzi na dalszy plan. 

Żeby jednak nie kończyć tego tekstu narzekaniem... w "Caravalu" podobało mi się coś jeszcze. Scarlett widzi kolory uczuć. Niejednokrotnie są to bardzo żywe barwy, a ich opisywanie - i w ogóle pomysł na taką zdolność bohaterki, coś w rodzaju synestezji (nie jestem pewna czy można to określić tym mianem, ale takie było moje pierwsze skojarzenie, może psycholodzy znający się na temacie mi wybaczą) był bardzo oryginalny. Dzięki temu nie tylko sam Caraval mienił się wszystkimi kolorami. Było ich też pełno w głowie Scarlett. 

PS. "Caraval" będzie miał jeszcze drugą część, do której prawa już wcześniej wykupiło wydawnictwo Znak. Pozostaje tylko czekać, aż autorka zabierze się za jej napisanie...

Moja ocena: 4,5/6
__________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4127843/caraval-chlopak-ktory-smakowal-jak-polnoc
2. unsplash.com

poniedziałek, 20 lutego 2017

Ponure Poniedziałki: Algernon Blackwood "Pradawna magia"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Wendigo i inne upiory" (C&T, 2006).
"Z powodu snów i z powodu kotów"
Tymi słowami ostrzeżono głównego bohatera opowiadania, spokojnego i nieśmiałego Anglika, przed pozostaniem w małym, francuskim miasteczku. Tyle przynajmniej zrozumiał Vezin z całej wypowiedzi Francuza, który najwidoczniej chciał mu pomóc. Było już jednak za późno, mężczyzna podjął decyzję. Wysiadł z pociągu na przypadkowej stacji, zmęczony podróżą w niezwykle hałaśliwym i irytującym towarzystwie. Postanowił przenocować w pobliskim miasteczku i nazajutrz wsiąść do kolejnego, może już mniej zatłoczonego, pociągu. Jednak to, co spotkało Vezina w tym miejscu sprawiło, że spędził tam o wiele więcej czasu... A może tylko tak mu się wydawało.

Niezwykle senna atmosfera miasteczka, prawie pusta gospoda, w której znalazł nocleg i wrażenie, że wszyscy mieszkańcy bacznie go obserwują, choć na pozór zajmują się tylko swoimi sprawami... To mogło budzić niepokój. I dlaczego we wszystkich zachowaniach ludzi, których napotykał, Vezin dopatrywał się podobieństwa do zachowania kotów? O co chodziło z tytułową pradawną magią? To musicie sprawdzić już sami. Zdradzę tylko, że - podobnie jak w poprzednim opowiadaniu Blackwooda, o którym niedawno pisałam - także i tu będziemy mieć do czynienia z podejrzanymi rytuałami i wyznawcami kultu zła. Szczegóły musicie jednak poznać sami.

Ten tekst spodobał mi się mniej niż "Sekretny kult". Jego atmosfera była zbyt senna, a same wydarzenia były opisywane w rozwlekły sposób. Nie czułam grozy, która powinna towarzyszyć mi podczas lektury. O tak, pomysł z kotami był świetny. A przedstawienie małego, urokliwego (czy na pewno?) francuskiego miasteczka niezwykle dokładne i pobudzające wyobraźnię. Jednak główny bohater i jego niepewność, niezdecydowanie, mogły bardzo irytować. Wszystko mogło rozegrać się szybciej, w bardziej zdecydowany sposób. Na szczęście pojawienie się postaci Ilse wprowadziło do tekstu trochę ożywienia.

Zdaję sobie sprawę z tego, że senna atmosfera opowiadania i powolna narracja były celowym zabiegiem - miały pasować do fabuły, do francuskiego miasteczka, w którym życie toczyło się spokojnie i leniwie (przynajmniej na pozór) i do obrazu kotów, cicho przemykających uliczkami i leniwie wygrzewających się na parapetach. Kotów, których Vezin nie widział w miasteczku. Ale do których mieszkańcy byli niezwykle podobni. Wolę teksty, w których wszystko dzieje się szybciej, bardziej dynamicznie. Natomiast nie mogę nie docenić całości. "Pradawna magia" na pewno spodoba się wszystkim niestrudzonym tropicielom diabelskich kultów w literaturze. Oraz miłośnikom kotów.

Moja ocena: 4/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
 ________________
Źródło zdjęcia: unsplash.com

czwartek, 16 lutego 2017

Gustav Meyrink "Golem"



Autor: Gustav Meyrink
Tytuł: "Golem"
Tytuł oryginału: "Der Golem"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 280



Znacie legendę o Golemie? Jedna z najbardziej znanych wersji opowiada o praskim rabinie Jehudzie Low ben Bezalelu, który stworzył glinianego człowieka. Golem mógł być ożywiony za pomocą czarów i służył swojemu właścicielowi tak długo, dopóki miał w ustach fragment pergaminu ze słowem "Emet". Wymazanie pierwszej litery powodowało jego śmierć. Jedna z wersji tej legendy podaje, że rabin wyjął z ust golema pergamin i ukrył nieprzydatnego już glinianego człowieka na strychu synagogi. W powieści Gustava Meyrinka mamy do czynienia właśnie z historią o golemie. Ale nie dajcie się zwieść, cała opowieść nie dotyczy tylko i wyłącznie tego dziwnego stwora, przywoływanego do życia za pomocą tajemnych rytuałów. Akcja książki rozgrywa się w Pradze przełomu XIX i XX wieku. Jej głównym bohaterem jest mistrz Pernath, człowiek w średnim wieku, mieszkający w dzielnicy żydowskiej i zajmujący się szlifowaniem kamieni. Podobno w przeszłości Pernath przebywał w szpitalu psychiatrycznym, przeżył załamanie nerwowe, na skutek którego nie pamięta nic ze swojego dzieciństwa i młodości. Teraz mężczyzna doświadcza dziwnych wizji, których znaczenia nie do końca rozumie. Gdzie w tym wszystkim golem? Podobno od czasu unieszkodliwienia go przez rabina Bezalela, mimo wszystko pojawia się w Pradze. Regularnie, co 33 lata. Wywołuje przy tym niepokój wśród miejscowej ludności. Właśnie mijają 33 lata od ostatniego takiego incydentu... I w całej powieści można wyczuć atmosferę napięcia i oczekiwania. A czy dojdzie do spotkania z tytułowym glinianym człowiekiem? Być może szybciej, niż przypuszczacie...


Powieść jest niezwykle tajemnicza i łączy w sobie wiele wątków. Historia mistrza Pernatha jest złożona i pełna niedopowiedzeń, w których czasem (szczególnie na początku lektury) ciężko się czytelnikowi odnaleźć. Kiedy już jednak przyzwyczaimy się do osobliwej narracji, tekst Meyrinka nas wciągnie i będziemy chcieli poznać wszystkie jego tajemnice.

W swojej książce autor odwołuje się do kabały i wiedzy ezoterycznej,co do końca mi się spodobało. Doceniam natomiast atmosferę starej Pragi, którą udało się oddać Meyrinkowi. Kiedy podczas lektury towarzyszymy Pernathowi w wędrówkach ciemnymi, dusznymi uliczkami miasta... I kiedy lekturę uzupełnimy oglądaniem ilustracji... możemy na chwilę przenieść się do tego tajemniczego, opanowanego przez strach przed golemem miasta.


Szczerze przyznaję, że lektura tej powieści trochę mnie przerosła. Chociaż bardzo spodobał mi się klimat całości oraz odniesienie się do legendy o golemie. W połączeniu ze starą Pragą oraz opisaniem dzielnicy żydowskiej i zamieszkujących ją ludzi, otrzymujemy naprawdę niezwykłą książkę. Natomiast sam język, którym posługiwał się Meyrink, nie do końca przypadł mi do gustu. Chwilami był zbyt poetycki. A skomplikowana fabuła, wszystkie niedopowiedzenia, które znajdujemy w powieści, z jednej strony są ogromnym atutem "Golema", a z drugiej - utrudniły mi nieco odbiór.

Tak, to było niezwykłe spotkanie z klasyką horroru. Niestety, z grozą w takim wydaniu, jakiego nie do końca lubię. Nie sposób jednak nie docenić tej powieści oraz jej mrocznej atmosfery. A także samej historii o golemie, pojawiającym się regularnie w Pradze i przemykającym jej ciemnymi uliczkami.

Moja ocena: 4,5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2" 
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
_________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/263219/golem
2. https://pl.pinterest.com