Peter Straub "Ghost Story"

Peter Straub "Ghost Story"

Autor: Peter Straub
Tytuł: "Ghost Story" 
Wydawnictwo: Pocket Books
Rok wydania: 1989
Liczba stron: 567

What was the worst thing you've ever done?
I won't tell you that, but I'll tell you the worst thing that ever happened to me... the most dreadful thing...
The Chowder Society, grupa czterech starszych mężczyzn, spotykająca się regularnie i opowiadająca sobie straszne historie. Czy jej członkowie zdają sobie sprawę z tego, że opowieści o duchach mają w sobie cząstkę prawdy? I że ich cykliczne spotkania i tematy na nich poruszane mogą przyczynić się do tego, że w małym, spokojnym Milburn nadprzyrodzone istoty naprawdę się pojawią? A może już to wiedzą, bo w przeszłości widzieli coś strasznego, co naznaczyło ich życie na zawsze... Zapraszam Was na opowieść o duchach. Opowieść, jakiej jeszcze nigdy nie słyszeliście...

He didn't have eyes. He just had holes. The rest of his face was smiling.
Po dosyć niejasnym (przynajmniej dla mnie) wstępie, autor przechodzi do właściwej akcji i trafiamy do wspomnianego już Milburn - cichego, małego miasteczka, w którym życie toczy się swoim rytmem. Poznajemy członków Chowder Society i dowiadujemy się, że rok wcześniej ich przyjaciel (również należący do grupy) umarł w niejasnych okolicznościach. Teraz pozostali nie mogą uwolnić się od przerażających koszmarów. W dodatku na kolejnych spotkaniach opowiadają sobie coraz potworniejsze historie. W ich dosyć spokojne do tej pory życie wkracza szaleństwo... wkraczają też duchy i inne stworzenia nadprzyrodzone, które naprawdę pojawiają się w Milburn. Czym są? Czego chcą? Żeby się tego dowiedzieć, należy połączyć wszystkie wątki, wszystkie opowieści. Bo chociaż pozornie ze sobą niezwiązane, Peter Straub sprawił, że tworzą one jedną całość. Poznajemy ją kawałek po kawałku, jednocześnie śledząc przerażające wydarzenia mające miejsce w Milburn - śmierć kolejnych osób, halucynacje innych, duchy pojawiające się coraz powszechniej... Obserwujemy też walkę starszych mężczyzn ze złymi siłami. Na szczęście mogą oni liczyć na pomoc, głównie ze strony krewnego ich zmarłego wcześniej kolegi - pisarza, który też miał w swoim życiu do czynienia z mrożącymi krew w żyłach wydarzeniami.

Zdjęcie nie ma związku z książką, ale nie mogłam się powstrzymać;)


Książka jest świetna. Na uwagę zasługuje już sama jej konstrukcja. Poznajemy nie tylko wydarzenia dziejące się obecnie, ale też historie z przeszłości opowiadane przez samych bohaterów. Początkowo wydaje się, że to tylko straszne opowieści wplecione w fabułę, ale szybko okazuje się, że wszystko (naprawdę wszystko) łączy się ze sobą i ma sens, tworzy jedną, konkretną historię. Peter Straub naprawdę dobrze sobie tutaj poradził. Podobała mi się również atmosfera małego miasteczka - coś, co znam już chociażby z powieści Stephena Kinga. Milburn robiło się coraz mroczniejsze, a autor konsekwentnie dozował emocje, najpierw opisując wręcz idylliczną miejscowość (gdyby tylko nie ta ponura pazdziernikowa pogoda!), aby następnie przejść do przedstawienia zmiany w zachowaniu jej mieszkańców. Zmiany na gorsze, oczywiście. Bo kiedy w niejasnych okolicznościach giną kolejne osoby, a miasteczko zaczyna zasypywać śnieg, grudniowe Milburn w niczym nie przypomina tego uroczego miejsca, jakim zazwyczaj stawało się przed Bożym Narodzeniem. Mróz, kolejne warstwy śniegu, dziwna muzyka słyszana nocami na ulicach i duchy ich bliskich zmarłych, wciąż i wciąż pojawiające się głównym bohaterom. I to coś, co czyha na ich życie. Trzeba się tego pozbyć, ale... jak zabić istotę nadprzyrodzoną?

To była naprawdę dobra lektura, ostatnia ukończona przeze mnie w tym roku i zarazem ostatnia należąca do wyzwania "Klasyka horroru 2". Idealnie wpasowująca się w tematykę zaproponowaną przez Lukę na ten miesiąc, czyli historie o duchach. Trafiłam na nią, szukając propozycji do postu o horrorach na grudzień - "Ghost Story" (w polskim tłumaczeniu "Upiorna opowieść") pojawiało się niemal na każdej liście. I faktycznie, książka naprawdę świetnie wypada czytana właśnie w grudniu - to w tym miesiącu dzieją się tam najważniejsze wydarzenia. A jeśli za Waszym oknem właśnie szaleje śnieżyca, lektura tym bardziej wpłynie na Waszą wyobraznię;)

W "Ghost Story" znalazło się wiele elementów, które lubię w horrorach. Peter Straub przekonał mnie do siebie tą powieścią i bardzo mnie to cieszy, bo zraziłam się do niego już dawno temu. A teraz mam ochotę na więcej jego prozy. Podsumowując: jeśli lubicie horrory o duchach (tutaj w nietypowym ujęciu), opowieści o życiu małych miasteczek (w takich miejscach dzieją się najdziwniejsze rzeczy) oraz precyzyjną konstrukcję powieści, w której wszystko (nie od razu, ale z czasem) łączy się w fantastyczną całość... ta książka będzie dla Was idealna. Gorąco ją polecam.

Moja ocena: 5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
https://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
________________
Zródła zdjęć:
1. Moje
2. Photo by Toa Heftiba on Unsplash
Shirley Jackson "Nawiedzony"

Shirley Jackson "Nawiedzony"


Autor: Shirley Jackson
Tytuł: "Nawiedzony"
Tytuł oryginału: "The Haunting of Hill House"
Rok wydania: 2000
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 231

Pomiędzy drewnem a kamieniami Domu na Wzgórzu zalegała głucha cisza, a to, co po nim chodziło, chodziło samotnie
Do Domu na Wzgórzu, który cieszył się sławą nawiedzonego miejsca, na zaproszenie doktora Montague przybyła trójka gości: cicha Eleanor, przebojowa Theodora oraz pewny siebie Luke. Kobiety miały już wcześniej do czynienia z paranormalnymi zjawiskami. Luke natomiast był przyszłym spadkobiercą Domu na Wzgórzu. Ta grupa miała spędzić lato w posiadłości i przy okazji zbadać, czy naprawdę w niej straszy. A jeśli tak - jaka jest natura i przyczyna tych zjawisk. 

Coś tu pewno wyskakuje nagle na ludzi w ciemnych korytarzach i śmieje się im w twarz
Dom na Wzgórzu już od początku wywiera na przybyłych niegościnne i wręcz odpychające wrażenie. Drzwi nieustannie same się zamykają, bardzo łatwo się zgubić wśród licznych korytarzy i pomieszczeń, a na dodatek osoby mające zajmować się posiadłością - państwo Dudley - wyglądają i zachowują się jak żywcem wyjęci z opowieści grozy. Na początek pan Dudley nie chce wpuścić Eleanor i Theo na teren domu, uparcie odmawiając otworzenia bramy i radząc, aby jak najszybciej stamtąd wyjechały. Pózniej nie jest lepiej - pani Dudley mechanicznie odpowiada na wszelkie pytania, powtarzając te same (jakby dobrze wyuczone) kwestie i dodając jedynie, że w nocy nikt nie usłyszy krzyków gości, gdyż dom położony jest na odludziu, a ona sama z mężem nocują w pobliskiej wiosce. Wszystko zapowiada się niesamowicie interesująco. Tylko czekać na pierwsze paranormalne zjawiska i na grozę, która ogarnie czytelnika...


...albo i nie. Muszę przyznać, że trochę zawiodłam się na tej lekturze. Podobnie jak Pyza, która o swoich wrażeniach napisała TUTAJ. Nawiedzony dom na wzgórzu był swego czasu jednym z moich ulubionych motywów w horrorach i wciąż mam do niego sentyment. Dlatego sam pomysł bardzo mi się spodobał. Nie mam też nic do zarzucenia kreacji bohaterów (Eleanor z czasem zaczęła mnie bardzo denerwować, nie wątpię jednak że był to celowy zabieg autorki) oraz pięknemu stylowi Shirley Jackson. Tylko... cały czas czekałam na coś naprawdę przerażającego. I choć otrzymałam kilka tego rodzaju scen (zwłaszcza napisy na ścianach oraz nierozwiązaną zagadkę - kogo Eleanor trzymała w nocy za rękę?), to spodziewałam się ich w o wiele większej ilości.  Kiedy czytałam "Nawiedzonego" w takich samych okolicznościach, jak na pierwszym zdjęciu z tego postu (na fotografii akurat inna książka, ale wiecie o co chodzi - noc, tylko światło lampki, ja i horror) przyznaję, że miałam ciarki. Natomiast ogólnie oczekiwałam od tej lektury o wiele więcej. Może była dla mnie zbyt subtelna? Z drugiej strony, krew i flaki też niespecjalnie mnie straszą, raczej obrzydzają. 

Powieść jest jak najbardziej godna polecenia i miłośnicy klasycznego horroru powinni ją poznać. Jednak przyznaję, że sama odczuwam po tej lekturze niedosyt. Niby wszystko było na miejscu: pomysł, bohaterowie, klimat... A jednak chyba bardziej obawiałam się pani Dudley niż samego domu, który z jednymi gośćmi niebezpiecznie sobie igrał, a innych uparcie ignorował... 

Czy macie podobne odczucia po lekturze?

Moja ocena: 4/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
_______________________________
Zródła zdjęć:
1. Moje
2. Photo by Jessie Renée on Unsplash


Ponure Poniedziałki: M. R. James "Przyjdę na twoje wezwanie, mój chłopcze!"

Ponure Poniedziałki: M. R. James "Przyjdę na twoje wezwanie, mój chłopcze!"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Opowieści starego antykwariusza" (C&T, 2005).

Profesor Parkins, korzystając z przerwy w wykładach, wyjechał na kilka dni nad morze. Tam miał zająć się grą w golfa, pracą naukową oraz... odnalezieniem miejsca, gdzie kiedyś stało preceptorium templariuszy. To ostatnie miało być przysługą wyświadczoną znajomemu. Mężczyzna bardzo szybko odnalazł ślady dawnej siedziby templariuszy, mało tego, znalazł coś jeszcze: mały gwizdek z dziwnymi inskrypcjami, który nieopatrznie zabrał ze sobą do gospody. Już w drodze powrotnej śledziła go tajemnicza postać. A kiedy (bardzo nierozsądnie) profesor dmuchnął w gwizdek... wyglądało na to, że kogoś przywołał. A raczej coś.

Początek opowiadania wydał mi się nieco przegadany, nie wątpię jednak że był to celowy zabieg autora - chodziło o przedstawienie głównego bohatera i okoliczności całego zdarzenia, a ponadto upodobnienie opowiadania do ustnej relacji, przekazywanej szerszemu gronu słuchaczy. Zresztą w takim celu powstały te opowiadania... M. R. James przekazywał je swoim studentom. 

Atmosfera grozy narasta w tekście stopniowo. Najpierw dziwne znalezisko i postać, którą zobaczył profesor na plaży. Potem niepokojące wizje, jakim ulegał. Następnie zmięta pościel na drugim łóżku, na którym nikt nie spał oraz tajemnicza postać w oknie, przywołująca małego chłopca. Kulminacją jest ukazanie się stwora przywołanego przez Parkinsa. Pojawia się on tylko na chwilę i przyjmuje bardzo nieokreślony kształt. Nie mamy pojęcia czym jest, ale jedno krótkie spojrzenie w jego twarz niesamowicie przeraziło głównego bohatera.
Groza, jaką przeżył, graniczyła z szaleństwem
To dobre opowiadanie, chociaż - przynajmniej dla mnie - nieco mniej klimatyczne i przerażające niż "Hrabia Magnus". Ma jednak swój niezaprzeczalny urok. Myślę, że bardzo polubię się z prozą M. R. Jamesa i będę sięgać po więcej opowieści tego uczonego (był nawet rektorem Uniwersytetu w Cambridge!), który choć tak potrafił przestraszyć czytelników, sam nie wierzył w duchy...

Moja ocena: 4,5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
https://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html


Stephen King, Owen King "Śpiące królewny"

Stephen King, Owen King "Śpiące królewny"

Autorzy: Stephen King, Owen King
Tytuł: "Śpiące królewny"
Tytuł oryginału: "Sleeping Beauties"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 736

Mamisynkowie tego świata będą musieli szybko wydorośleć
Coś dziwnego dzieje się z kobietami na cały świecie. Zasypiają i już się nie budzą. Śnią, oplątane białą przędzą, w czymś na kształt owadzich kokonów. A kiedy tylko ktoś zakłóci ich spokój... atakują. Brutalnie i bez litości.

Stephen King i jego syn Owen przedstawiają czytelnikowi przerażającą wizję. Nie chodzi o to, że "Śpiące królewny" to horror w klasycznym rozumieniu tego terminu. Raczej o sam pomysł, że na świecie mogłoby zabraknąć jednej płci. Co zrobiliby sami mężczyźni? Jak szybko doszłoby do aktów agresji? I czy kobiety, gdyby miały możliwość powrotu z... gdziekolwiek trafiały, zasypiając, na pewno chciałyby wrócić?

Miejscem akcji jest - jak to u Stephena Kinga - małe miasteczko. Tym razem jednak nie Castle Rock, a Dooling. W tych dniach kryzysu najwyraźniej to ono stało się centrum wydarzeń. Bo być może w nim, gdzieś w jednej z cel kobiecego więzienia, przebywa osoba, która może powstrzymać to całe szaleństwo. Jak to zazwyczaj bywa w prozie tego autora, bardzo podobały mi się opisy małomiasteczkowej rzeczywistości, skupianie się na relacjach między mieszkańcami oraz reakcje różnych ludzi na coś, czego ich umysł nie jest w stanie zrozumieć. Nie miałam do tej pory okazji przeczytać niczego autorstwa Owena, nie wiem czy pisze w podobnym stylu, co jego ojciec... "Śpiące królewny" są natomiast tak spójne i tak dopracowane, że bez konkretnej informacji na okładce ciężko byłoby mi się domyślić, że mają więcej niż jednego autora. Narracja bardzo przypominała mi wcześniejsze książki Stephena Kinga, w szczególności "Pod kopułą".

To zdjęcie jest głównie po to, żeby pochwalić się nowym kubkiem;)
Również sam pomysł przypadł mi do gustu. Brakowało mi natomiast informacji o Evie - kim dokładnie była? Kogo reprezentowała? Dlaczego zachowywała się w tak nieracjonalny sposób? Chociaż to od niej wszystko się zaczęło, potem raczej biernie wszystko obserwowała, musieli działać ludzie. Polubiłam jednego z głównych bohaterów, więziennego psychiatrę Clinta. Oraz jego syna, Jareda. Nieco mniejszą sympatią darzyłam żonę Clinta, miejscową panią szeryf. Wiecznie naćpany chirurg plastyczny Flickinger wydał mi się interesującą i barwną postacią, zaskakująco pozytywną. Agresywny Frank budził agresję i u mnie... Mogłabym jeszcze tak wymieniać, ponieważ książka ma wielu bohaterów. Na wyróżnienie zasługuje jeszcze pewien lis, który był bardzo dobrym posłańcem. Lubię lisy.

Autorzy poruszyli bardzo poważny temat - tego, jak trudne bywają relacje kobiet i mężczyzn, a zwłaszcza jak bardzo mężczyźni niejednokrotnie krzywdzą kobiety. Pod różnymi względami. Prawie każda bohaterka miała za sobą przejścia z ojcem, bratem czy mężem, które niekorzystnie wpłynęły na jej późniejsze życie. Można to nazwać przesadą, jednak kobiety z Dooling miały reprezentować całą kobiecą populację. I jako tego rodzaju przedstawicielki płci pięknej, wypadły znakomicie.

To kolejna wersja apokalipsy, którą zaserwował nam Stephen King. Jak się zakończyła cała historia? Jakie wnioski można z niej wyciągnąć? O tym musicie przekonać się sami. Zapamiętajcie tylko dwie rzeczy: Stephen i Owen to znakomity pisarski duet; świat bez kobiet szybko mógłby się stać przerażającym miejscem...

Moja ocena: 5/6 

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2" (kategoria: horror współczesny)
https://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
 

Ponure Poniedziałki: Joseph Sheridan Le Fanu "Dziecko, które odjechało z elfami"

Ponure Poniedziałki: Joseph Sheridan Le Fanu "Dziecko, które odjechało z elfami"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Duch pani Crowl" (C&T, 2013)
Ileż to opowieści usłyszała zimą przy kominku o dzieciach porwanych o zmierzchu w odludnych miejscach przez elfy!
Na wschód od Limerick, wśród wzgórz i torfowisk, w małej zniszczonej chatce, mieszkała wdowa Mary Ryan z czwórką dzieci. Ponieważ w okolicy od dawna krążyły legendy o elfach, które wcale nie były dobrymi duszkami, kobieta bardzo dbała o swoje pociechy i pilnowała, żeby wraz z nadejściem zmroku wszystkie były bezpieczne w domu. Tego jednego wieczoru się to nie udało...

Tak to jest, kiedy nie masz czasu i wyboru opowiadania dokonujesz, sugerując się jedynie tytułem. Elfy - czyli pewnie będzie coś o Świętach, w sam raz na grudzień! Otóż nie;) Wszystko dzieje się jesienią, a tytułowe istoty wcale nie są pomocnikami Świętego Mikołaja (nie, żebym jakoś specjalnie liczyła na to ostatnie, biorąc pod uwagę że to proza Le Fanu;) Nie znaczy to jednak, że opowiadanie okazało się słabe. Wręcz przeciwnie.

Ponure wzgórza porośnięte wrzoścem, nie mniej ponure torfowiska i tajemnicza Lisnavoura - wzgórze będące podobno siedzibą elfów. Miejsce, do którego nie należy się zbliżać. Co spotkało dzieci biednej wdowy? Ile z nich - jeżeli którekolwiek - wróciło do domu? I co z tym wszystkim ma wspólnego pewna Murzynka, którą poznają czytelnicy "Carmilli"? O tym musicie przekonać się sami... Opowiadanie jest krótkie, lecz pełne tajemnic. Autor w bardzo dobry sposób podkreśla klimat grozy, najpierw opisem okolicy (niezbyt przyjemnej), a następnie stopniowym zdradzaniem tego, co spotkało dzieci. Do końca zastanawiałam się, kogo (lub co) spotkały one na swojej drodze. Postać Murzynki wskazuje na to, że całe zdarzenie mogło mieć związek z wampirami. Natomiast wielokrotnie wspomniane elfy, to całkiem inne - choć pewnie nie mniej grozne - siły. Według mitologii irlandzkiej, są "rasą istot nadprzyrodzonych, dość mocno odmiennych od ludzi", mieszkającą pod pagórkami lub kurhanami. Mają w zwyczaju porywanie nowo narodzonych dzieci, jednak dzieci z opowiadania są znacznie starsze. Czy Le Fanu odnosił się do jakiejś innej wersji irlandzkiej legendy o elfach? A może wykorzystał tylko jej fragmenty? "Na szybko" nie udało mi się znalezć żadnej interpretacji. Macie jakieś własne pomysły albo możecie skierować mnie do konkretnego tekstu? Będę wdzięczna;)

Podsumowując: to bardzo baśniowe opowiadanie o elfach, które wcale nie są zbyt przyjazne, z akcją w dosyć ponurej irlandzkiej okolicy. Wybrane do tego zbioru przez samego M. R. Jamesa, a więc z pewnością warte uwagi. Lektura nie zajmie Wam dużo czasu. Zdecydowanie warto!

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
https://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html

Pani Bukowa "Wielki Ogarniacz Życia czyli Jak być szczęśliwym nie robiąc niczego"

Pani Bukowa "Wielki Ogarniacz Życia czyli Jak być szczęśliwym nie robiąc niczego"

Autor: Pani Bukowa
Tytuł: "Wielki Ogarniacz Życia czyli Jak być szczęśliwym nie robiąc niczego"
Wydawnictwo: Flow Books
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 304
Moje życie to chaos. Gdyby ktoś wynalazł Ogarniacz Życia, to otrzymałby nie tylko Nagrodę Nobla, ale też wszystkie moje pieniądze. Zwłaszcza że jest koniec miesiąca
Czy Wy też macie wrażenie, że tak trudno zapanować nad swoim życiem? Że sprawy wymykają się Wam spod kontroli? Czy wszystko, czego potrzebujecie do szczęścia to Wielki Ogarniacz Życia? Cóż, właśnie możecie go nabyć za niewielkie pieniądze. A przynajmniej książkę o takim właśnie tytule. Że to nie to samo? Kto by się przejmował... książka Pani Bukowej otworzy Wam oczy na kilka spraw i pomoże zorganizować swoje życie... albo dojść do wniosku, że dobrze Wam z tym, jak jest.

To książka napisana przez osobę, która "Lubi jedzenie i internety. I wino. I leżeć sobie". Dla mnie brzmi niemal jak pokrewna dusza (tylko wino wymieniłabym na kawę i książki, ewentualnie rum). Może znacie ją z profilu na Facebooku. Z "Wielkiego Ogarniacza Życia" dowiemy się między innymi, jak nie biegać, jak uzależnić się od seriali, jak się nie wysypiać oraz jak się zbłaźnić na rozmowie kwalifikacyjnej. Same przydatne porady;) A wszystko ładnie zilustrowane.

"Wielki Ogarniacz Życia" to świetna książka na chwilę relaksu i na poprawę humoru. Oraz prawdziwa kopalnia cytatów o życiu, które trafią do (prawie) każdej kobiety. Zaskoczyło mnie zakończenie, a dokładniej ostatni rozdział zatytułowany "Jak żyć...?". Pani Bukowa pisze w nim takie rzeczy, które naprawdę bardzo do mnie trafiły. I okazuje się, że nie trzeba całej książki psychologiczno-motywacyjnej, żeby trafnie podsumować moją obecną sytuację życiową i podsunąć kilka wskazówek, co dalej robić.

Mam właściwie tylko jedno zastrzeżenie, ale to już do wydawnictwa: naprawdę, papierowa okłądka się nie sprawdza i bardzo szybko niszczy. Już egzemplarze, które przyjechały do mojej księgarni bezpośrednio z magazynu Znaku, były lekko podniszczone. Niestety nie wygląda to dobrze:(

Dla fanów Pani Bukowej, dla osób chcących poprawić sobie humor oraz dla tych, którzy chcą ogarnąć swoje życie (albo i nie...) - polecam!;)

Moja ocena: 5/6
________________________
Zródło zdjęcia: moje
Ponure Poniedziałki: M.R. James "Hrabia Magnus"

Ponure Poniedziałki: M.R. James "Hrabia Magnus"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Opowieści starego antykwariusza" (C&T, 2005)
"...to był przystojny mężczyzna, a wtedy nie miał twarzy, cała twarz została jakby wyssana z jego ciała, aż po kości"
To nie opis tytułowego hrabiego Magnusa. Raczej ofiary jakichś nieznanych, nie do końca określonych złowrogich sił, z rzeczonym hrabią współpracujących. Zacznijmy jednak od początku...

Narrator opowiadania streszcza czytelnikowi zapiski niejakiego pana Wraxalla, które znalazł w odziedziczonym przez siebie domu. Dotyczyły one podróży mężczyzny do Szwecji i miały na celu udokumentowanie jej, aby autor mógł następnie stworzyć książkę-relację z wędrówek po tym kraju i opis wszystkich interesujących rzeczy i ludzi, których napotkał na swojej drodze. Wycieczka ta zakończyła się jednak bardzo szybko, a zapiski odnosiły się w zasadzie tylko do jednego epizodu. Otóż Wraxall trafił do pewnej miejscowości, w której był stary dwór. O jego dawnym właścicielu, hrabim Magnusie, krążyły wśród miejscowej ludności pewne legendy, których zasłyszane strzępki bardzo Wraxalla zainteresowały. Postać hrabiego coraz mocniej go intrygowała. Koniecznie chciał się też dostać do mauzoleum, w którym spoczywały szczątki szlachcica, a najlepiej otworzyć trumnę i zobaczyć je na własne oczy. Wiecie, nie zawsze warto być ciekawskim, bo może się to obrócić przeciwko Wam...


Ta opowieść jest fenomenalna. Już sama jej forma bardzo mi się spodobała - mamy tu do czynienia z relacją z drugiej ręki, a nie z fragmentami dziennika głównego bohatera, jak to często bywa w przypadku tego rodzaju opowiadań. Ten sposób przedstawienia historii sprawił, że całość wypada bardzo spójnie, a i narrator mógł dodać wszelkie potrzebne poboczne informacje na temat całej sprawy. Uniknięto przy okazji przydługich rozważań natury filozoficznej czy też domysłów na temat pochodzenia nadprzyrodzonych sił, z którymi zetknął się Wraxall. M. R. James ujawnił czytelnikowi tyle szczegółów, ile uważał za stosowne, resztę pozostawiając w sferze domysłów. I to było najlepsze, co mógł zrobić. 

Chociaż łatwo domyślić się, co takiego zrobił kiedyś hrabia Magnus i jakiego straszliwego pomocnika zyskał, pewne niedopowiedzenia pojawiające się w tekście tworzą niesamowity klimat grozy. Niby wiemy, o co chodzi, a jednak nie możemy poznać wszystkich szczegółów i rzucane od czasu do czasu opisy tajemniczych postaci w długich płaszczach i kapturach lub tego, co stało się z ludzmi, którzy weszli im w drogę, znakomicie podkreślają atmosferę grozy i tajemniczości. 

Zarówno opowiadanie "Hrabia Magnus", jak i cały zbiór "Opowieści starego antykwariusza" będzie świetną lekturą na grudniowe wieczory. Przy tej okazji warto powtórzyć za autorem wstępu do wymienionego zbioru, Markiem S. Nowowiejskim, że: "Większość opowiadań napisał James z myślą, by odczytywać je przyjaciołom, zwykle w okresie świąt Bożego Narodzenia".

Moja ocena: 5/6

Groza na grudzień - jakie horrory warto przeczytać w tym miesiącu?

Groza na grudzień - jakie horrory warto przeczytać w tym miesiącu?

Z horrorami kojarzy mi się głównie jesień, bo właśnie o tej porze roku pogoda najbardziej pasuje do opowieści grozy - jest zimno, deszczowo, ciemno, ponuro... Ale lubię horrory i chętnie czytam je przez cały rok. I może ktoś z Was również. Dlatego pomyślałam, że warto stworzyć zestawienie kilku tytułów, po które można sięgnąć w grudniu, zamiast cukierkowych świątecznych opowieści o miłości (nie mówię, że takie książki są złe, ale wiecie - ja naprawdę lubię horrory). Zapraszam!


Przede wszystkim: Joe Hill i jego powieść "Nos4a2", o której pisałam TUTAJ. W Gwiazdkowej Krainie Boże Narodzenie trwa cały rok i wszystkie dzieci są tam mile widziane. Szkoda tylko, że Krainę stworzył pewien Upiór, dzieci są w niej uwięzione, a każdy dorosły który tam trafi, zostanie rozerwany przez nie na strzępy... Idealna książka na grudzień.

Stephen King "Lśnienie". Jack Torrance i jego rodzina spędzają zimę w położonym na odludziu hotelu Panorama, w którym dzieją się bardzo dziwne rzeczy. Idealna lektura na czas, kiedy za oknem szaleje burza śnieżna.

Dan Simmons "Terror". Kolejna mrozna lektura. Tym razem o wyprawie w okolice Bieguna Północnego. I o pewnym potworze... Autor wykorzystał prawdziwą historię ekspedycji, której członkowie niestety nie powrócili już do domów. 


Peter Straub "Upiorna opowieść". Ta książka pojawiała się chyba we wszystkich rankingach horrorów na grudzień, które przejrzałam przy okazji przygotowań do napisania tego posta. Opowiada o grupie osób, które spotykają się regularnie, żeby dzielić się ze sobą strasznymi historiami. Co ma wspólnego z grudniem? Jeszcze nie wiem, ale chętnie się przekonam.

Phil Rickman "December". Jak mówi opis z portalu Goodreads: "Thirteen years ago on a cold December night, a rock band called The Philosophers Stone gathered in the ancient ruins of an abbey to record their new album.The evening ended in bloodshed and death". Czy muszę Was dalej zachęcać?

M. R. James i jego opowieści o duchach. Klasyka gatunku. Sama planuję po nie sięgnąć właśnie w grudniu, w związku z wyzwaniem "Klasyka horroru". 


Czytaliście coś z powyższej listy? A może macie własne pomysły na grudniową grozę?
______________
Zródła zdjęć:
1. Moje 
Pozostałe: http://lubimyczytac.pl/ https://www.goodreads.com/
Ponure Poniedziałki: Marek Krajewski "Darłowskie śledztwo Eberharda Mocka"

Ponure Poniedziałki: Marek Krajewski "Darłowskie śledztwo Eberharda Mocka"

Opowiadanie można przeczytać online TUTAJ. Można też go posłuchać (co bardzo polecam) TUTAJ
Za drzwiami ktoś dmuchał w dziecinne organki. Dźwięki cichły i potężniały, jakby grający zbliżał się do progu sypialni, a potem się od niej oddalał. Skrzypiały deski podłogi w przedpokoju. Raz bliżej sypialni, raz dalej. Mock sięgnął pod łóżko po pistolet.
Ale czy pistolet może ochronić przed duchami...?
Zacznijmy jednak od tego, co Mock - znany już Wam może z kryminałów Marka Krajewskiego - robi w Darłowie. I w Ponurych Poniedziałkach. Marek Krajewski nie pisze przecież horrorów, a Mock rezyduje w swoim ukochanym Breslau. Widzicie, tym razem autor zdecydował się na krótszą formę, czyli właśnie opowiadanie, i na trochę inny gatunek niż zwykle. A radca kryminalny Eberhard Mock wyruszył aż nad morze aby zbadać sprawę zaginięcia syna pewnego bogatego przedsiębiorcy. Czy chodziło o porwanie, ucieczkę, zabójstwo... a może o coś o wiele bardziej mroczniejszego?

Już kryminały Marka Krajewskiego są bardzo ponure i czasami naprawdę blisko im do horrorów. "Darłowskie śledztwo..." nie odbiega od nich klimatem. Jest w nim jednak jeden bardzo niepokojący element, który może wywołać u czytelnika gęsią skórkę. Ten dzwięk dziecinnych organków, który Mock słyszy w mieszkaniu nawet przy pozamykanych szczelnie drzwiach, przez które nikt - przynajmniej nikt żywy - nie mógłby się przedostać. I ten sam dzwięk, niosący się zamglonymi ulicami miasteczka, które Mock przemierza o trzeciej w nocy, w godzinie upiorów...

Autorowi udało się stworzyć niesamowitą atmosferę. Sam tekst jest dosyć krótki, ale świetnie opisuje całe śledztwo i to, jak zakończyła się sprawa, nad którą pracował radca kryminalny. Jest tajemniczo, chwilami strasznie. Fani Eberharda Mocka nie powinni być zawiedzeni, choć tym razem wszystko nie dzieje się we Wrocławiu. Mock jest sobą - nie stroni od alkoholu i dobrego jedzenia, ale przy tym wszystkim jest niezwykle odważny i zrobi bardzo dużo, żeby rozwiązać sprawę. Ale nawet jego pewne rzeczy przerażają...

Podsumowując: polecam. Nie tylko fanom Mocka. Również tym, którzy lubią niesamowite, klimatyczne historie.

Moja ocena: 5/6

https://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
 
Ruth Ware "W ciemnym, mrocznym lesie"

Ruth Ware "W ciemnym, mrocznym lesie"





Autor: Ruth Ware
Tytuł: "W ciemnym, mrocznym lesie"
Tytuł oryginału: "In a Dark, Dark Wood"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 376


Jestem biegaczką. Uciekanie wychodzi mi najlepiej. Ale czasami nie można już dłużej uciekać
Nora jest nie tylko biegaczką. Bieganie to jej hobby oraz sposób na ucieczkę (raczej w przenośni) od problemów. Zawodowo zajmuje się pisaniem kryminałów i jest w tym całkiem dobra. Całkowicie odcięła się od przeszłości, mieszka samotnie w Londynie i wiedzie dosyć uporządkowane i spokojne życie. Do czasu, aż w skrzynce mailowej znajduje zaproszenie na wieczór panieński dziewczyny, która kiedyś była jej najlepszą przyjaciółką, a której nie widziała od dziesięciu lat. Nora ma poważne wątpliwości, czy przyjąć propozycję i spotkać się z Clare. Ostatecznie zgadza się. I okazuje się, że popełniła poważny błąd. Nie tylko dlatego, że cała impreza odbywa się w domku gdzieś w głębi lasu, a towarzystwo średnio się ze sobą dogaduje. Także z tego powodu, że... ktoś wszystkich obserwuje. Na śniegu są ślady, które nie należą do żadnego z gości. A w salonie nad kominkiem wisi strzelba, podobno naładowana tylko ślepakami... Ale czy chcielibyście to sprawdzić?

Zaintrygował mnie już sam pomysł. Wieczór panieński w ciemnym, mrocznym lesie. Jak widać, moje zainteresowanie tematyką ślubną wykracza nieco poza czytanie poradników;) W każdym razie, autorka postawiła tutaj na klasyczny motyw wykorzystywany w kryminałach i horrorach, jeden z moich ulubionych: grupa osób znajduje się w jednym miejscu i wiemy, że ktoś bardzo im zagraża - pytanie tylko, czy jest to ktoś ze zgromadzonych czy też ktoś inny czai się na skraju lasu i obserwuje, czeka na odpowiedni moment... Te wątpliwości towarzyszą nam podczas całej lektury. Ponieważ już na początku dowiadujemy się, że na wieczorze panieńskim stało się coś bardzo złego. Problem w tym, że Nora nie pamięta, co dokładnie się wydarzyło. Krew obecna na jej ubraniu i obrażenia, jakie odniosła kobieta oraz strzępki rozmów zasłyszanych w szpitalu pozwalają nam wyciągnąć wniosek, że ktoś zginął. Tylko kto? I kto był tutaj napastnikiem? Może sama narratorka? 


Autorka uchyliła czytelnikowi rąbka tajemnicy już na samym początku, ale to tylko zwiększyło moją ciekawość. Wiedząc, że wieczór panieński skończy się tragicznie, chętnie śledziłam kolejne rozdziały. I o ile wszystko, co zdarzyło się na feralnej imprezie bardzo mnie interesowało, to już fragmenty dotyczące pobytu Nory w szpitalu i jej próby odzyskania pamięci nie przykuwały mojej uwagi tak mocno. Był to jednak ciekawy zabieg, podkręcający tempo całej powieści. Inaczej opowieść o wieczorze panieńskim mogłaby się wydać dosyć nudna, nawet pomimo ciągle obecnego wśród bohaterów napięcia. Bo i sam wieczór (a raczej weekend) panieński nie należał do typowych. Biorąc pod uwagę, jak popularną osobą była Clare, zjawiło się bardzo mało osób: jej najlepsza przyjaciółka i największa fanka w jednym, organizatorka całej imprezy; Nora oraz jej znajoma jeszcze z czasów szkolnych, wybuchowa Nina; młoda matka (której imienia już nawet nie pamiętam), bez przerwy zamartwiająca się o męża i dziecko, których po raz pierwszy zostawiła samych w domu; oraz Tom, jedyny mężczyzna w tym gronie, jednak odmiennej orientacji (co zapewne zakwalifikowało go do zaproszenia na imprezę zarezerwowaną tylko dla dziewczyn). Od początku pomiędzy uczestnikami zabawy wybuchały większe lub mniejsze konflikty, a kolejne "atrakcje" zaplanowane na ten weekend tylko zwiększały napięcie. Wizyta na strzelnicy, wywoływanie duchów... To nie były najlepsze pomysły. Samej Norze niezwykle ciężko było przetrwać ten weekend, zwłaszcza kiedy dowiedziała się, za kogo wychodzi Clare. To obudziło wszystkie niechciane wspomnienia z przeszłości i wyciągnęło na jaw tajemnice, o których Nora wolałaby nie myśleć. 

Ruth Ware przedstawia całą historię krok po kroku, starając się zwodzić czytelnika i co chwilę podkręcając napięcie. Nie wszystkie jej zabiegi przypadły mi do gustu, ale część dotycząca wydarzeń rozgrywających się w domku gdzieś w lesie oraz opis konfliktów pomiędzy uczestnikami imprezy naprawdę mi się spodobały. Wyjaśnienie tajemnicy wieczoru panieńskiego nie rozczarowało mnie - i muszę przyznać, że nie udało mi się wszystkiego odgadnąć. "W ciemnym, mrocznym lesie" wpisuje się w popularny obecnie nurt thrillerów psychologicznych pokroju "Dziewczyny z pociągu" i wielu, wielu innych. Ciężko mi porównywać tę powieść do innych wydanych ostatnio, gdyż nie czytałam ich zbyt dużo. Jednak książka Ruth Ware podobała mi się i uważam ją za bardzo dobrą lekturę na długie, jesienne wieczory. Zwłaszcza, że jej akcja również rozgrywa się jesienią... Przypadek?

Moja ocena: 5/6
_______________
Zródła zdjęć: 
1. Moje
2. Photo by Andrew Ridley on Unsplash
Ponure Poniedziałki: Guy de Maupassant "Horla"

Ponure Poniedziałki: Guy de Maupassant "Horla"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Horla i inne opowiadania" (1961), można je też przeczytać online TUTAJ

Główny bohater opowiadania prowadzi pamiętnik. Z tego właśnie dziennika dowiadujemy się o wszystkim, co mu się przydarzyło i jak z normalnego młodego mężczyzny stał się zastraszonym, na wpół oszalałym człowiekiem. A wszystko przez pewien brazylijski statek, przepływający kiedyś niedaleko jego domu. A raczej przez niewidzialnego pasażera tego właśnie okrętu...

Uczucie obecności drugiej istoty, znikająca woda z karafki, nagłe osłabienie głównego bohatera, przedmioty, które same się poruszają... Czy to jakiś duch, który postanowił nagle kogoś prześladować i przejąć władzę nad jego ciałem (są momenty, w których mężczyzna nie jest w stanie zrobić nic z własnej woli, tylko postępuje według rozkazów niewidzialnego prześladowcy)? A może jakaś inna nadnaturalna istota? Kto to wie...

Ten tekst ma trzy wersje, które autor stworzył w latach 1886-1887. Pierwsza ma postać listu głównego bohatera do znajomego lekarza. Narratorem kolejnej jest lekarz, opiekujący się mężczyzną nękanym przez tajemniczą istotę. Trzecia (ta, którą sama czytałam) jest w formie pamiętnika tego właśnie mężczyzny. Początkowo nie zamierzałam poprzestać na tylko jednej wersji opowiadania, muszę jednak przyznać że sposób narracji i refleksje mężczyzny znużyły mnie tak bardzo, że zrezygnowałam. 

Trochę szkoda, bo sama fabułą jest naprawdę interesująca: niewidoczna postać prześladująca pewnego człowieka, jego rozpaczliwe próby odkrycia, kim lub czym ona jest, a następnie pozbycia się jej... A w to wszystko wplecione wiejskie legendy i opowieści o seansach hipnotycznych. 

Niektórzy badacze uważają, że na fabułę opowiadania miała duży wpływ choroba autora. Maupassant cierpiał bowiem na schizofrenię, co było widoczne już w momencie pisania "Horli". Inni natomiast twierdzą, że pewne wątki pojawiły się tam w wyniku zainteresowania pisarza hipnozą i jej wpływem na zachowanie człowieka. Jakkolwiek było, sam tekst naprawdę zasługuje na uwagę. Zwłaszcza postać Horli, owego niematerialnego bytu, nękającego głównego bohatera. Czy to duch? Kolejne ogniwo w łańcuchu ewolucji, byt doskonalszy od człowieka, który wkrótce całkowicie go zastąpi? A może istota pozaziemska...? Interpretacji może być wiele. Jaka jest Wasza?

Moja ocena: 4,5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
https://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html

________________________
Zródło zdjęcia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Horla#/media/File:Horla-Apparition.png
Joseph Sheridan Le Fanu "Carmilla"

Joseph Sheridan Le Fanu "Carmilla"


Autor: Joseph Sheridan Le Fanu
Tytuł: "Carmilla"
Tytuł oryginału: "Carmilla"
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 1974
Liczba stron: 85


Jesteś moja, będziesz moja, ty i ja należymy do siebie na wieki.
Narratorką powieści jest młoda kobieta, Laura, która opisuje niesamowite i przerażające zdarzenia, rozgrywające się kiedyś w jej rodzinnym zamku. Zaczyna od wspomnienia o strasznym śnie, koszmarze, którego doświadczyła jako dziecko. Jest to ważne dla fabuły, gdyż tę samą twarz, która tak ją wtedy przestraszyła, ujrzała ponownie dwanaście lat pózniej. Była to Carmilla, przepiękna młoda dziewczyna. Za sprawą dziwnego zbiegu okoliczności miała przez jakiś czas być gościem narratorki i jej ojca. Początkowe zdziwienie i odraza szybko przerodziły się w serdeczną przyjazń: Carmilla wyjawiła, że ona również dwanaście lat wcześniej miała przerażający sen, w którym widziała twarz Laury. Dziwne zjawisko poszło w zapomnienie, obie panienki coraz bardziej się do siebie zbliżały... a w okolicy zaczął grasować upiór. Wampir, którego ofiarą padały młode kobiety. Carmilla zaś zaczęła momentami bardzo dziwnie się zachowywać. Nerwowo reagowała na pewne sytuacje oraz okazywała niezwykłą czułość Laurze (aż ta zaczęła się zastanawiać, czy to możliwe że jej przyjaciółka to tak naprawdę przebrany młodzieniec, który zapałał do niej miłością i za pomocą podstępu starał się do niej zbliżyć...). Wiecie już pewnie, kim była Carmilla? 

Powieść ukazała się w 1871 roku. Autor stworzył w niej postać kobiety-wampira. Wampira o... homoseksualnych skłonnościach. Wygląda bowiem na to, że tytułowa bohaterka zapałała miłością do Laury: Zdarzało się nieraz, że po okresach apatii moja osobliwa i piękna towarzyszka ujmowała mą dłoń, ściskając ją przyjaźnie raz po raz; twarz jej nabierała kolorów, wpatrywała się we mnie błyszczącymi, pełnymi tęsknoty oczyma, jej pierś falowała szybkim, urywanym oddechem. Było w tym coś z namiętności kochanka. Onieśmielało mnie to i budziło niechęć, było jednak zniewalające. Obok mrocznej atmosfery, ta wyrazista postać jest według mnie największym atutem tego utworu.


Na samą atmosferę składają się natomiast miejsce akcji (posiadłość położona wśród lasów, z dala od innych ludzkich siedzib) oraz opisy niezwykłych wydarzeń mających miejsce w domu Laury i w okolicy. Kiedy w księżycową noc pojawia się Carmilla, a ojciec Laury szybko zgadza się ugościć ją w swoim domu, zaczynają się dziać coraz dziwniejsze rzeczy. Atmosfera grozy narasta: w okolicy pojawia się upiór, który zabija młode kobiety, sama Laura również zaczyna czuć się dziwnie i ma niepokojące sny, a Carmilla staje się momentami bardzo nerwowa, a chwilami niezwykle czuła... Nie trzeba rozlewu krwi, żeby stworzyć niezwykły nastrój.

Oczywiście sama fabuła nie będzie zbyt trudna do przewidzenia, a podstępy wampirów mające na celu zaproszenie ich do swojego domu (tak, aby mogły uprzykrzać życie nowej ofierze) wydają się być grubymi nićmi szyte. Nie pozbawia to jednak opowieści Le Fanu uroku, wręcz przeciwnie. Carmilla jest na tyle niezwykłą postacią i tak się wyróżnia na tle innych literackich kobiet-wampirów, że zdecydowanie warto ją poznać. Chcecie wyruszyć w literacką wędrówkę z Carmillą i samodzielnie odkryć wszystkie tajemnice kryjące się w tej książce, a także wytropić powielane pózniej przez innych twórców motywy? Zapraszam...

Moja ocena: 4,5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
https://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
___________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/55342/carmilla
2. https://en.wikipedia.org/wiki/Carmilla#/media/File:Carmilla.jpg

Ponure Poniedziałki: John William Polidori "Wampir"

Ponure Poniedziałki: John William Polidori "Wampir"

Kiedy lord Ruthven pojawia się w Londynie, z miejsca budzi zaciekawienie tamtejszej elity. A zwłaszcza kobiet. Jest przystojny, tajemniczy, przyciąga spojrzenia. Jest w nim też coś dziwnego, demonicznego, co jednak większość ludzi zdaje się ignorować. Ale...

spojrzenie jego szarych, zimnym blaskiem błyszczących oczu, powodowało nawet u najodważniejszych pewne niewytłumaczalne odrętwienie, które tłumiło każdą naturalną wesołość
Wesoły gość, prawda? Robił furorę na salonach, kobiety za nim szalały, i nikt nie zauważał że jeśli ktoś zetknął się z Ruthvenem na dłużej, zazwyczaj marnie kończył.

Rzekomy dżentelmen dysponował osobliwą sugestywną mocą i za jej pomocą budził u tych, którzy mu zaufali, pierwotne instynkty, wywoływał prostackie odczucia i złowrogie myśli, a to, co dobre w naturze ludzkiej, obracał w zło.
Jego postacią zafascynował się pewien młodzieniec, miłośnik tajemniczych i nadnaturalnych zjawisk. Udało mu się zwrócić na siebie uwagę lorda i ostatecznie obaj wyruszyli we wspólną podróż po Europie. Aubrey (takie nazwisko nosił młodzieniec) szybko zauważył to, co już mogliście przeczytać - lord Ruthven potrafił na każdego, z kim się zetknął, sprowadzić jakieś nieszczęście. W końcu Aubrey, zszokowany zachowaniem towarzysza (zwłaszcza jego postępowaniem wobec kobiet) oddziela się od niego i wyrusza do Grecji, gdzie poznaje piękną dziewczynę. Ta opowiada mu o wampirach. A wizerunek upiorów kreślony przez piękną Janthe bardzo kogoś Aubrey'owi przypomina...


Trzeba zacząć od tego, że u Polidoriego wampir nie ma jeszcze tych wszystkich cech, które tradycyjnie kojarzymy z tymi właśnie stworami. Ruthvenowi nie przeszkadza słońce, nic nie wiemy o jego strachu przed krzyżami czy czosnkiem, upiorowi wystarczy też posmakowanie krwi (osoby niewinnej, to ważne) tylko raz do roku. Trzeba jednak pamiętać, że "Wampir" to utwór który powstał w 1816 roku i jako pierwszy wprowadził postać tego upiora do literatury angielskiej. Polidori przedstawia tytułowego wampira jako niezwykle fascynującą postać, mężczyznę bez problemu potrafiącego oczarować swoje otoczenie i wykorzystać ludzi do własnych celów. Jego ofiarami padają przede wszystkim kobiety, ale ofiarą tutaj jest również Aubrey - który nieświadomie staje się marionetką w rękach upiora a pózniej, znając już jego prawdziwą twarz, związany tajemnicą nie może niczego ujawnić przed światem. I to właśnie ten aspekt osobowości wampira jest w utworze najciekawszy - nie jego nadnaturalne moce czy wysysanie krwi z kolejnych ofiar, ale jego władza nad ludzkimi umysłami. To, z jaką łatwością zjednuje sobie ludzi i doprowadza ich do ruiny. To jest jego najgrozniejsza cecha. 

Miłośnicy epoki romantyzmu odnajdą w tekście Polidoriego wiele cech charakterystycznych utworów z tego właśnie okresu. Innym może to przeszkadzać, tak samo jak niestandardowe (w porównaniu do dzisiejszych czasów) przedstawienie postaci wampira. Trzeba jednak przyznać, że "Wampir" jest tekstem przełomowym. Może nie wybitnym, jeśli chodzi o warstwę językową, za to bardzo ważnym dla całego gatunku. Polecam jego przeczytanie. Oraz poszukanie informacji o samym autorze i okolicznościach powstania utworu. Dla miłośników klasycznej grozy - pozycja obowiązkowa!

Moja ocena: 5/6

Tekst powstał w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
__________________
Zródło zdjęcia:  https://pl.pinterest.com/pin/129689664245209804/
Imogen Edwards-Jones "Ślubny Babylon"

Imogen Edwards-Jones "Ślubny Babylon"





Autor: Imogen Edward-Jones & Autor Anonimowy
Tytuł: "Ślubny Babylon"
Tytuł oryginału: "Wedding Babylon"
Wydawnictwo: Pascal
Data wydania: 2013
Liczba stron: 441

Śluby wydobywają z kobiet to, co najgorsze
Jak wygląda praca wedding plannera? Jak różne osoby zachowują się na chwilę przed swoim ślubem i jakie mają wymagania dotyczące całej uroczystości? Czy rzeczywiście to wszystko jest takie straszne? Cóż, jeśli wezmiemy pod uwagę to, co zostało zawarte w książce "Ślubny Babylon", napisanej przez Imogen Edward-Jones oraz anonimowego autora zajmującego się organizacją ślubów, są to naprawdę koszmarne uroczystości.

Wrzeszczące panny młode, ich matki za wszelką cenę chcące postawić na swoim, przyszli panowie młodzi, których poniósł melanż na wieczorze kawalerskim, katastrofy kulinarne, okropne toasty... Ta książka jest pełna tego rodzaju zdarzeń. Wszystko zostało przedstawione w formie opisu jednego tygodnia z życia wedding plannera. Zdarzenia podobno są prawdziwe, jednak połączono je ze sobą i zmieniono pewne szczegóły, aby nikogo nie urazić. Mamy więc tutaj do czynienia z opisem planowania ślubu, przygotowań do ceremonii, a także samej uroczystości (co okazało się doskonałym zwieńczeniem tej książki, tak spektakularna katastrofa na pewno pozostanie w pamięci czytelników na długo). Jak zauważa autorka już we wstępie:
Wszystko wygląda tak właśnie: panny młode znajdują się w centrum uwagi, matki usiłują je stamtąd wypchnąć, a panowie młodzi mają maleńkie role do odegrania w przedstawieniu, na którym wszyscy zarabiają.
Wydało mi się to wszystko bardzo smutne. I raczej odstręczające. Mam tutaj na myśli nie tylko zachowanie narzeczonych oraz ich rodzin, ale także samych wedding plannerów. Nie chciałabym mieć do czynienia z taką ekipą, jak narrator książki i jego współpracownicy. Owszem, potrafią wszystko doskonale załatwić. Ale kiedy już wiem, co tak naprawdę myślą i co robią, kiedy panny młode znikają za horyzontem... Wolałabym wszystko od początku do końca zaplanować sama. Albo skorzystać z pomocy kogoś milszego, jednak nadal profesjonalnego;)

"Ślubny Babylon" to niesamowity zbiór wielu historii, który z założenia miał chyba przede wszystkim zaszokować czytelnika. I pewnie nieco rozbawić. Cóż, to pierwsze z pewnością w moim przypadku się udało. Wszystko zostało napisane dość potocznym językiem i okraszone wieloma przekleństwami. Książka obnaża okrutną prawdę o wielu ślubach (przynajmniej tych bardziej zamożnych osób, bo takie też były w niej opisane): nie zawsze jest to najszczęśliwszy dzień w życiu państwa młodych, nie zawsze mogą oni liczyć na bliskie osoby, a ludzie - zwłaszcza ci bogaci - bywają nieprzewidywalni, bardzo nieuprzejmi i miewają naprawdę szalone pomysły. Niby nic nowego - ale dobrze czasem to sobie uświadomić.

Mimo wszystko lektura przede wszystkim mnie zniesmaczyła. Nie chciałabym mieć do czynienia z opisanymi w książce ludzmi. I mam nadzieję, że mój wielki dzień będzie wyglądał zupełnie inaczej i będzie bardziej udany - choć z pewnością o wiele skromniejszy;)

Moja ocena: 3/6
_________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/173704/slubny-babylon
2. https://unsplash.com/photos/ibKI6M5XZz4
Ponure Poniedziałki: Richard Middleton "On the Brighton Road"

Ponure Poniedziałki: Richard Middleton "On the Brighton Road"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Fear" (Penguin, 2017)

Samotny włóczęga budzi się wśród śniegu w mroźny, zimowy dzień. Bardzo szybko rusza w drogę. Dokąd idzie? Czy to tylko bezmyślna wędrówka? I kim jest chłopak, którego spotyka w jej trakcie? Jak traktować jego dziwne słowa...?
'It's a wonder I didn't die,' the tramp said. The boy looked at him sharply.
'How do you know you didn't?'
To bardzo krótkie opowiadanie, liczące zaledwie kilka stron długości, znalazłam w zbiorze "Fear. Tales of Terror and Suspense". Teksty w nim zawarte zostały wybrane przez Roalda Dahla. Autorem "On the Brighton Road" jest natomiast Richard Barham Middleton, żyjący w latach 1882-1911. Cierpiał na depresję, a po jego przedwczesnej śmierci (popełnił samobójstwo), Edward Jepson i Artur Machen zadbali, żeby pamiętano o jego opowiadaniach. Jego teksty pojawiały się w różnych antologiach.

"On the Brighton Road" jest z pozoru bardzo spokojnym tekstem - opisuje wędrówkę dwóch włóczęgów. Niepokojąca od początku jest pogoda. Z pozoru bardzo spokojny, dopiero budzący się do życia zimowy dzień. Niepokojąca jest również postać chłopaka, którego spotyka główny bohater. Mówi on dziwne rzeczy i nie do końca wiadomo, na ile to tylko wytwór jego wyobraźni, a na ile prawda... W tego rodzaju opowieściach prawdą mogą okazać się nawet najbardziej szalone rzeczy.

I chociaż zakończenie łatwo przewidzieć, nie odbiera to (dosyć makabrycznego) uroku całemu opowiadaniu. Mi się podobało, był to idealny tekst na czas, kiedy czasu na czytanie praktycznie nie mam. Chociaż gdyby nie ta sytuacja, pewnie poczułabym lekki niedosyt.

Nie jest to lektura w klimacie Halloween, ale... kto by się tym przejmował? Chyba jestem kiepska w dopasowywaniu czytanych książek do aktualnej pory roku. Trudno;)

Moja ocena: 4,5/6
_____________
Zródło zdjęcia: https://www.instagram.com/p/BazXxOoDSha/?taken-by=azumi.90
Brett McBean "The Last Motel"

Brett McBean "The Last Motel"





Autor: Brett McBean
Tytuł: "The Last Motel"
Wydawnictwo: Biting Dog Publications
Rok wydania: 2005
Liczba stron: 276








Halloween. Do niewielkiego motelu położonego z dala od głównej drogi, gdzieś wśród gór i lasów, przybywają goście. Dwójka przyjaciół, którzy ukradli auto z trupem w bagażniku. Małżeństwo, które przez przypadek kogoś zabiło. I ojciec z synem... a może raczej morderca ze swoją kolejną ofiarą. Tej nocy oni, a także właścicielka hotelu, będą świadkami całej serii dziwnych zdarzeń. Tej nocy ktoś z nich zginie... a może zginą wszyscy?

Znalazłam tę książkę dzięki Goodreads, kiedy szukałam interesujących horrorów na jesień (na pewno już komuś wspominałam o tym, że według mnie to idealny czas na historie z dreszczykiem). O ile wiem, "The Last Motel" nie był wydany u nas, a przynajmniej nie udało mi się odszukać polskiej wersji, dlatego czytałam w oryginale. Nie stanowiło to większego problemu, autor nie posługiwał się bardzo wyszukanym językiem i mogłam dużo zrozumieć, a nawet wciągnąć się w akcję. Czy jednak ten horror spełnił moje oczekiwania? I tak, i nie.


Z jednej strony, mamy tutaj bardzo interesującą historię. Do motelu przybywają goście, każdy z nich ma coś na sumieniu, każdy ma coś do ukrycia. Ich tajemnice poznajemy stopniowo, co bardzo mi się podobało - autor nie odsłonił wszystkich kart od razu. Kolejną zaletą książki jest to, że losy jej bohaterów okazują się ze sobą powiązane - ostatecznie nie dostajemy kilku odrębnych historii, ale jedną, ze wspólnym zakończeniem. Dodatkowo "The Last Motel" ma naprawdę przyjemny klimat - hotelik na odludziu, tajemnice, noc Halloween... 

...jednak nie podobało mi się tutaj kilka rzeczy. Na przykład sceny seksu. Ok, ogólnie nie mam nic przeciwko, ale miałam wrażenie, że autor umieścił je w powieści trochę na siłę, może żeby uatrakcyjnić cały tekst...bo tak naprawdę wcale dużo nie wnoszą. Może nie będę spoilerować, ale naprawdę te fragmenty nie były zbyt istotne dla fabuły, zwłaszcza opis pewnego trójkąta, który miał podglądać przez okno jeden z bohaterów... i tutaj przechodzimy do kolejnego zarzutu: wspomniany przed chwilą bohater nie był jednym z gości motelu, tak naprawdę do akcji wkroczył dopiero pod sam koniec. Jednak co jakiś czas mieliśmy sceny z jego udziałem, ale autor nie wyjaśnił do końca, jaka była dokładnie historia tej postaci. Według mnie cały ten wątek można było spokojnie pominąć. 
I jeszcze zakończenie - może trochę zbyt szybkie? Spodziewałam się jeszcze chociaż kilku stron wyjaśnień, tymczasem... no cóż. Lekkie rozczarowanie. 

Pomimo moich narzekań, "The Last Motel" okazał się całkiem przyjemną i klimatyczną lekturą. Może i taką, w której nie wszystkie wydarzenia są ze sobą logicznie powiązane i mają jakiś głębszy sens, jednak... książka powinna spodobać się miłośnikom współczesnej grozy. Kto nie lubi historii o domkach na odludziu, w których dzieją się dziwne rzeczy?;) Nie jest to najlepszy horror, jaki mogłam wybrać na pazdziernik i po lekturze czuję lekki niedosyt, ale... i tak bawiłam się całkiem niezle.

Moja ocena: 4/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2" (kategoria: horror współczesny)
https://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
 
_____________
Zródła zdjęć:
1. https://www.goodreads.com/book/show/216217.The_Last_Motel?ac=1&from_search=true
2. https://unsplash.com/photos/xpj_hCmINpw
Ponure Poniedziałki: Daphne du Maurier "Niebieskie soczewki"

Ponure Poniedziałki: Daphne du Maurier "Niebieskie soczewki"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Niebieskie soczewki i inne opowiadania"

Marda West przeszła operację. Miała widzieć lepiej niż kiedykolwiek przedtem, najpierw jednak musiała uzbroić się w cierpliwość i wytrzymać długie tygodnie bólu i mroku, kiedy musiała leżeć w szpitalu z bandażem na oczach. Było to dziwne uczucie, tylko słyszeć odwiedzające ją osoby. Nawet jej mąż stał się stopniowo tylko jednym z wielu głosów. Kobieta nie mogła się doczekać zdjęcia bandaży. Zaczęła nawet podejrzewać, że trwa to tak długo, bo tak naprawdę nigdy już nie odzyska wzroku. Kiedy jednak lekarz powiedział jej, że nazajutrz dopasują jej soczewki - co oznaczało koniec udręki - nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Tylko że... albo operacja nie do końca się udała, albo zle dopasowano soczewki. Bo świat, który widziała Marda po zdjęciu opatrunków, wcale nie był taki, jaki zapamiętała sprzed zabiegu... A może właśnie dopiero teraz kobieta dowiedziała się, jak wszystko wygląda naprawdę?


Daphne du Maurier pisała niesamowite opowiadania. Atmosfera niepokoju obecna w jej tekstach nie pozwala czytelnikowi na spokojną lekturę - nawet jeśli mowa o pozornie zwykłych zdarzeniach. Cały czas ma się wrażenie, że za chwilę wydarzy się coś strasznego. I to prawda... Nawet jeśli sam pomysł na tekst, opowiadany komuś tak po prostu, może wzbudzić uśmiech (tak jak w przypadku "Niebieskich soczewek"), to jednak podczas lektury wcale nie jest już do śmiechu. Zwłaszcza, kiedy główna bohaterka opowiadania odzyskuje wzrok i widzi... no właśnie, co takiego? W co zmienili się otaczający ją ludzie? Bohaterka:
"widziała ludzi takimi, jacy naprawdę byli"
Bylibyście na to gotowi? Czy też myślelibyście, jak Marda, że to jakiś spisek? Że wszyscy czyhają na jej życie?
"Nikt nie wyglądał po ludzku, nikt nie wzbudzał zaufania"
A jak wyglądała sama Marda?

To opowiadanie jest świetne. Zapadło mi w pamięć na bardzo, bardzo długo, nawet na dłużej niż "Nie oglądaj się teraz". Daphne du Maurier jest autorką, którą trzeba znać - nie tylko z "Rebeki", ale również z krótszych tekstów, takich jak "Ptaki" czy właśnie "Niebieskie soczewki".
Aż boję się pomyśleć co by się stało, gdybym znalazła się na miejscu głównej bohaterki... 

Jesteście ciekawi co zobaczyła Marda i czy operacja się powiodła?

Moja ocena: 5,5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
https://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
__________________
Zródło zdjęcia:  https://unsplash.com/photos/QRawWgV6gmo
Ponure Poniedziałki: Ray Bradbury "Pazdziernikowa kraina"

Ponure Poniedziałki: Ray Bradbury "Pazdziernikowa kraina"


Opowiadania pochodzą ze zbioru "Pazdziernikowa kraina" (C&T, 2009)


Pazdziernik to piękny miesiąc. Liście zmieniają kolory i wszystko wygląda zupełnie inaczej. Robi się trochę zimniej i może momentami bardziej ponuro, ale... to wszystko ma swój urok. Dodatkowo ten miesiąc jest idealny do czytania horrorów;) Dlatego kiedy Luka z Przestrzeni Tekstu zaproponowała na pazdziernik twórczość (między innymi) Raya Bradbury'ego wiedziałam, że muszę wrócić do tego właśnie zbioru opowiadań. Dzisiaj, trochę nietypowo jak na Ponure Poniedziałki, zapraszam na wpis o trzech tekstach jednego autora - każdy jest inny, a jeden bardziej przerażający od drugiego...


Na początek: "Zbiegowisko".
Zastanawialiście się kiedyś jak to jest, że w miejscach wypadków bardzo szybko zbierają się gapie? Pół biedy, jeśli ten tłum nie przeszkadza poszkodowanym, wzywa służby ratunkowe, a nawet sam jest pomocny. Gorzej, jeśli tłoczy się wokół ofiary wypadku, zabiera jej powietrze... I jak to jest, że bardzo często w tym tłumie widać te same twarze?

Głównym bohaterem tekstu jest mężczyzna o nazwisku Spallner. Miał on wypadek samochodowy, z którego na szczęście wyszedł prawie cało, choć nie obyło się bez wizyty w szpitalu. Bardziej jednak niż dolegliwości fizyczne, Spallnera męczyło coś innego - to wrażenie, że tłum gapiów pojawił się wokół niego prawie natychmiast po całym zdarzeniu. Nie daje mu to spokoju, staje się wręcz obsesją. Zaczyna śledzić informacje o innych tego rodzaju zdarzeniach i dochodzi do zaskakującego wniosku - twarze w tłumie się powtarzają. Ale dlaczego? Czego chcą od ofiar? Kim są? 

To dobre opowiadanie, choć nie takie, które zapadnie w pamięć na dłużej. Chociaż, tak jak w przypadku innych tekstów Bradbury'ego, również i ten jest bardzo niepokojący. Razem z głównym bohaterem zaczynamy się zastanawiać, kim są tajemniczy ludzie, czerpiący taką przyjemność z obserwowania skutków różnych wypadków. Wyjaśnienie nie do końca mnie usatysfakcjonowało, ale... 

...ale kolejnym opowiadaniem, które przeczytałam, był "Pajacyk z pudełka". I tutaj już było o wiele lepiej.

Edwin to chłopiec, który mieszka wraz z matką w ogromnej posiadłości, będącej dla nich całym światem. Dom jest otoczony przez gęsty las, w którym mieszkają Bestie, dlatego Edwin nie może tam chodzić. Nie chce przecież zostać przez nie zgnieciony, jak kiedyś jego ojciec... Dni chłopca mijają na zabawach z matką, nauce w towarzystwie tajemniczej Nauczycielki i zwiedzaniu ogromnego domu. Edwin musi jednak pamiętać, że niektóre drzwi są zamknięte nie bez powodu, do niektórych pomieszczeń naprawdę nie wolno wchodzić. Ale przecież potrzebną mu wiedzę czerpie z opowieści Nauczycielki i z książek. To nic, że wiele tomów ma część stron wyrwanych lub zaklejonych, że tak wielu rzeczy mu nie wolno...

To piękny, wręcz baśniowy tekst. Skrywający tajemnicę, którą nie jest bardzo trudno przejrzeć. Zdecydowanie zrobicie to szybciej niż Edwin. Tytułowy pajacyk z pudełka jest tutaj pewnym symbolem, który również będzie łatwo rozszyfrować. Sam pomysł jednak, jak również i wykonanie, zasługują na najwyższą ocenę. Opowiadanie może wywołać dreszcze, a historia Edwina nie opuści nas jeszcze przez jakiś czas od zakończenia lektury. Przynajmniej tak było w moim przypadku. To połączenie baśniowości z bardzo prozaicznym zakończeniem... niesamowicie spodobał mi się ten pomysł.

Ostatnim tekstem, o którym dzisiaj napiszę, jest "Kosa".

Wszystko zaczęło się bardzo obiecująco: oto mamy rodzinę, która musiała opuścić swoje dotychczasowe miejsce zamieszkania i znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Mieli jednak siebie i mieli środek transportu... przynajmniej do czasu, aż skończyła im się benzyna. Stało się to jednak w pobliżu chatki, otoczonej ogromnym polem pszenicy. Jak się okazało, poprzedni właściciel domku zmarł i teraz rodzina mogła zamieszkać w tym miejscu - mieli dach nad głową, pełną spiżarnię...czego chcieć więcej? Tylko... co z kosą, znalezioną przy martwym staruszku? Co miał znaczyć wyryty na niej napis: Kto mną włada - włada  całym światem! I dlaczego pszenica otaczająca chatę miała takie dziwne właściwości...?

To opowiadanie spodobało mi się chyba najbardziej. Ray Bradbury ponownie świetnie połączył ze sobą elementy baśniowe oraz te bardzo prozaiczne. Mamy więc tajemniczą chatkę, do której bohaterowie trafiają na pewno nie bez powodu. Dziwne zboże, które niedługo po ścięciu gnije, a na drugi dzień wyrasta ponownie. Kosę, która nie jest tylko i wyłącznie symbolem, ale ma konkretne działanie. A to wszystko nie tak daleko autostrady prowadzącej do Kalifornii i stłoczonych na niej aut...

Mam trochę zastrzeżeń co do samego zakończenia, ale nie będę teraz o tym pisać, żeby wszystkiego nie zdradzić. Mimo wszystko, tutaj - tak jak i w poprzednim opowiadaniu - urzekła mnie atmosfera całego tekstu. Oraz niepokój, jaki Ray Bradbury potrafił wprowadzić do wszystkiego, co pisał. To niewygodne uczucie, że pozornie nie dzieje się nic niezwykłego, ale pod powierzchnią codziennych (przynajmniej dla bohaterów) zdarzeń kryje się coś strasznego. Autor udowodnił, że nie trzeba bardzo wyszukanych i fantastycznych pomysłów, żeby wywołać u czytelnika dreszcze. Wystarczy napisać o niezwykłych przypadkach w - wydawałoby się - zwykłym życiu...

Tak, pazdziernik to zdecydowanie najlepsza pora na lekturę opowiadań Raya Bradbury'ego.

Teksty przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
https://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html

_________________
Zródła zdjęć: https://pl.pinterest.com
Mieciu Mietczyński "Wykłady Profesora Niczego"

Mieciu Mietczyński "Wykłady Profesora Niczego"





Autor: Mieciu Mietczyński
Tytuł: "Wykłady Profesora Niczego"
Wydawnictwo: Flow Books
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 316









Znacie kanał Miecia na YouTube? Jeśli nie, odsyłam Was TUTAJ Znajdziecie tam nie tylko materiały dotyczące filmów (Masochista), ale też filmiki, w których Mietczyński omawia epoki literackie i streszcza lektury. I robi to w bardzo niekonwencjonalny sposób... Na przykład tak (chyba łatwo zgadnąć, jakiego dzieła dotyczy fragment streszczenia): 
"pierwotny kandydat na zięcia Orgona przychodzi ze sprutą do swej niedoszłej małżonki, wyrzucając jej, że obiła mu się o uszy wieść o jej zaręczynach z Tartuffe'em. Zamiast jak troskliwy mężczyzna zapytać ukochaną, o co chodzi i czy czasem ktoś nie stwarza problemów wbrew jej woli, zaczyna marudzić, jak to on się czuje oszukany, i w ogóle strzela focha"
Jeśli znaliście już filmy Miecia, język jakim napisana jest książka nie będzie dla Was żadnym zaskoczeniem. Może tylko zdziwicie się, że w książce znalazło się zdecydowanie mniej wulgaryzmów;) Jeśli Miecia nie znaliście, to już wiecie, czego się po nim spodziewać. To podróż przez epoki literackie z Profesorem Niczego, który bardzo dosadnie wytłumaczy Wam, dlaczego na przykład romantyzm był zły i o co chodziło z tym Hamletem. Swoją drogą, liczyłam raczej na streszczenie "Makbeta", który był według mnie zdecydowanie ciekawszy. I jakoś nie było mi zle z tym, że już zdążyłam zapomnieć, co się działo w "Szewcach", a teraz, dzięki tej książce, niestety akurat to pamiętam...;)

"Wykłady Profesora Niczego" mogą się nie spodobać wielu osobom. Widziałam już narzekania, że to powtarzanie treści z YT, że informacje zawarte w książce są zbyt powierzchowne i w ogóle jak to tak... Ale wiecie, mi się podobało. Sam autor też podszedł do tego na luzie i uczciwie przyznał, że tak, to jest kolejna książka youtubera, ale przynajmniej dotyczy konkretnego tematu, sam ją napisał i jest z niej bardzo zadowolony. Nie można traktować jej jak typowego streszczenia czy pomocy szkolnej, nie opanujemy dzięki niej całego materiału, ale w ramach powtórki sprawdzi się bardzo dobrze. Mi Profesor Niczego przypomniał mnóstwo informacji, które już dawno wyleciały mi z głowy, a jednak dobrze mieć o nich jakieś pojęcie (zwłaszcza w moim zawodzie). A że wszystko napisane jest bardzo luznym językiem... W ogóle mi to nie przeszkadza. Przy lekturze bawiłam się świetnie. No i spójrzcie na okładkę: te stare wydania lektur (ok, chyba zakradła się tam jedna nowa książka), paprotka, szklanka z herbatą - wszystko kojarzące się z typową, nudną lekcją języka polskiego i niezbyt interesującym nauczycielem... i w środku tego Miecio, ze swoim zawadiackim uśmiechem. Już to mnie kupiło;)

Podsumowując, to książka dla Was, jeśli:
- lubicie i oglądacie autora na YT,
- już dawno skończyliście szkołę i chcecie odświeżyć swoją wiedzę o literaturze,
- chodzicie do szkoły i chcecie przypomnieć sobie, o co chodziło na przykład w "Weselu",
- przemawia do Was poczucie humoru autora,
- kolekcjonujecie książki youtuberów;)

Swoją drogą, czy są jakieś książki youtuberów, na które właśnie czekacie? Sama chętnie zajrzę do takich tytułów, jak "Cały ten Rock" i "Koszmarne istoty, które spotykasz każdego dnia".

Moja ocena: 4/6
_____________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4745144/wyklady-profesora-niczego
2. https://unsplash.com/photos/9ShzlH_o2Yk
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger