poniedziałek, 19 czerwca 2017

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Cookie jar"

Opowiadanie można przeczytać online TUTAJ


Wiadomo, że Stephen King jest moim ulubionym pisarzem. I uważam, że w jego wykonaniu nawet śmieszne z pozoru pomysły przeradzają się w przerażające historie. Zapraszam Was zatem, moi drodzy, na tekst dotyczący horroru o... słoju na ciastka.

"There was a certain accord between them, right from the beginning."

Dale, trzynastoletni chłopak i Rhett, jego dziewięćdziesięcioletni pradziadek. Spotkali się, bo nastolatek miał do wykonania projekt szkolny polegający na rozmowie z najstarszą osobą w rodzinie. Oczekiwał pewnie opowieści o tym, jak to było przed wynalezieniem telewizji ("you were stuck with radio, huh?”) albo narzekania starego człowieka. Był zaskoczony tym, że pradziadek ma całkiem niezłe poczucie humoru (Rhett czuł to samo w stosunku do wnuka). I oprócz standardowej historii o tym, jak wyglądało jego dzieciństwo, pradziadek opowiedział mu jeszcze jedną: nieco szaloną, trudną do uwierzenia i taką, która mogła wpłynąć na całe późniejsze życie Dale'a. Była to historia o słoju na ciastka, który należał kiedyś do mamy Rhetta. I który zawsze był pełny, choćby jadło się z niego ciastka kilogramami.

"the thing she was afraid of was in the house with her all along."
"What? What was she afraid of?"
She was afraid of the cookie jar.”

Co przerażającego może być w tak prozaicznym przedmiocie? Nawet, jeśli dowiemy się o jego niezwykłych właściwościach, będziemy się raczej cieszyć niż bać - w końcu kto nie chciałby mieć dostępu do niewyczerpanego zapasu ciasteczek? Jednak z tytułowym słojem wiązała się pewna mroczna tajemnica. A wszystko miało związek z szaleństwem mamy Rhetta, obcą planetą, tajemniczą mgłą i krwiożerczymi stworzeniami...

Jak to zwykle bywa z prozą Kinga - podobało mi się to opowiadanie. Warto zwrócić uwagę na jego warstwę obyczajową: przedstawienie relacji wnuczek-pradziadek (właściwie świeżo nawiązanej, jednak bardzo obiecującej) i opowieść starszego człowieka o czasach swojej młodości (a także jego wspomnienia z czasów II wojny światowej, których decyduje się nie ujawniać). W tym wszystkim kryje się jednak pewna groza. Staruszek, przekonany że wkrótce umrze, chce podzielić się z wnuczkiem swoim sekretem. Historią tak szaloną i nieprawdopodobną, że naprawdę ciężko w nią uwierzyć. Znajduje jednak w Dale'u dobrego słuchacza a to, jak chłopak może wykorzystać zdobytą wiedzę i jak może ona na niego wpłynąć, jest naprawdę niepokojące.

To nie jest najbardziej przerażające opowiadanie Kinga. Natomiast autorowi udało się stworzyć tekst, który zaczyna się dosyć niewinnie, a następnie stoponiowo przeradza się w opowieść pełną niepokoju. Ostatnie zdania pozostawiają czytelnika z pytaniami: co będzie dalej? Czy stanie się najgorsze? Czy staruszek zrobił to specjalnie? Podobało mi się to. Lubię historie, które prowokują do tworzenia w głowie rozmaitych scenariuszy jeszcze na długo po zakończeniu lektury.

"Too many sweets weren’t good for you."
 Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2" (horror współczesny)
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
__________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

środa, 14 czerwca 2017

Guy N. Smith "Przyczajeni"






Autor: Guy N. Smith
Tytuł: Przyczajeni
Tytuł oryginału: "Lurkers"
Wydawnictwo: Phantom Press
Rok wydania: 1991 (po raz pierwszy książkę wydano w 1982 r.)
Liczba stron: 174






"Janie Fogg czuła, że coś jest na zewnątrz. Przejmował ją dreszcz przerażenia, a jakaś dziwna siła zmuszała do ciągłego wyglądania na dwór. Za brudnym, okratowanym oknem kobieta widziała jednak tylko ciemny, jodłowy las"
Zaczyna się obiecująco, prawda? Peter Fogg, pisarz, ma zamiar pracować w ciszy i spokoju nad nową książką. Dlatego przeprowadza się wraz z żoną i synem do małej wioski gdzieś w górach Walii. Mało tego, wybiera dom położony na wyjątkowym odludziu. Najbliżsi sąsiedzi mieszkają za lasem, a w pobliżu samego budynku znajduje się stary, kamienny ołtarz, otoczony drzewami - najprawdopodobniej pozostałość jakiegoś dawnego kultu. Nic więc dziwnego, że cała rodzina, a zwłaszcza Janie, czuje się nieswojo. Dodatkowo mieszkańcy wioski niezbyt przyjaznie spoglądają na Anglików, którzy ich zdaniem zupełnie tam nie pasują i powinni wracać, skąd przyszli. A kiedy okazuje się, że ktoś brutalnie zamordował kota Foggów i pozostawił jego zwłoki w kamiennym kręgu... Uczucie przerażenia zaczyna narastać. Czy to sprawka miejscowych? A może to duchy druidów? Albo...

Wybrałam tę jedną z wielu (bardzo wielu) powieści Guy'a N. Smitha, ponieważ zainteresowała mnie jej fabuła: pisarz z rodziną wyjeżdża do domu na odludziu, gdzie zaczynają się dziać dziwne rzeczy (od razu przypomina się na przykład "Lśnienie"). Nie spodziewałam się wiele, w końcu tematem przewodnim "Klasyki horroru 2" na ten miesiąc jest horror klasy B (a Guy N. Smith jest jednym z polecanych pisarzy) i faktycznie, nie otrzymałam zbyt dużo. Zaledwie 174 strony, na których ciężko w pełni rozwinąć przerażającą, pełną szczegółów opowieść. Zacznijmy jednak od zalet tej książki.


Cóż, zdecydowaną zaletą jest to, że jest krótka;) Mimo wszystko. Dzięki temu czyta się ją naprawdę szybko, akcja mknie do przodu i czytelnik nie zdąży wyrzucić książki przez okno, zanim ta go ostatecznie zirytuje czy znudzi;) Kolejną zaletą, już bardziej poważnie, jest samo miejsce akcji, czyli "posiadłość" Hodre: niezbyt zadbany dom, szopa oraz fragment terenu otoczony jodłowym lasem. I kamienny ołtarz, położony bardzo blisko budynków. To, oraz fakt że Hodre położone jest z dala od sąsiadów, tworzy interesujący klimat. Wiemy, że jeśli bohaterów zaczną spotykać dziwne rzeczy i będą chcieli wezwać pomoc, ta niekoniecznie może się pojawić na czas. Zwłaszcza, że miejscowi są (delikatnie mówiąc) niezbyt przychylni, ktoś może odciąć telefon, a na zewnątrz może akurat szaleć śnieżyca. Dobry w powieści jest również sam pomysł - chociaż oklepany i tak typowy dla horrorów, to jednak był dobrym punktem wyjścia do stworzenia interesującej historii...

...co nie do końca się udało. Właściwie to prawie wcale.
Wszystko opisane jest bardzo powierzchownie. Autor nie troszczył się zbytnio o szczegóły, o przedstawienie wewnętrznych przeżyć głównych bohaterów... I tak o żonie Petera wiemy na przykład mniej więcej tyle, że Hodre i miejscowi ją przerażają i za wszelką cenę chce wyjechać, zabierając syna. O samym synu, że koledzy w szkole mu grożą i jest przerażony. O Peterze dowiadujemy się trochę więcej. Ale nie da się ukryć, że przemyślenia bohatera są niezbyt głębokie. Na przykład w sytuacji, w której pomimo grózb ze strony kolegów, że zabiją Gavina, rodzice i tak wysyłają go do szkoły (dodatkowo w sytuacji, kiedy kot chłopca zaginął): Miał nadzieję, że chłopcu nic się nie stało. Może jak dostanie królika, przestanie pytać o kota. Widzicie tę logikę? "Mojemu synowi grożą, ale może nic mu nie jest. Ktoś okrutnie zabił jego kota, kupmy mu więc nowe zwierzątko, może od razu zapomni o poprzednim". Podobnych przykładów jest w książce więcej. W ogóle postacie w powieści są tak przedstawione, że do żadnej - a już zwłaszcza do głównego bohatera - nie można poczuć większej sympatii.
Jeżeli natomiast chodzi o grozę - początkowo faktycznie można być zainteresowanym. Ktoś zabija zwierzęta i zostawia je w kamiennym kręgu, a miejscowi są bardzo nieprzychylni rodzinie Foggów. Nie do końca wiadomo czy to działanie miejscowych właśnie, czy też sprawka jakichś bliżej nieokreślonych sił związanych z dawnym kultem odbywającym się w tym miejscu. Rozwiązanie tej zagadki okazuje się jednak wyjątkowo banalne. Trochę szkoda. 

Sięgając po horrory Guy'a N. Smitha nie możecie się spodziewać prozy w stylu Stephena Kinga. Sama też się nie spodziewałam. Pomimo tego, że Smith pisze zupełnie inaczej i że jego horrory prezentują zupełnie inny poziom, przy lekturze bawiłam się dosyć dobrze. Tak, nawet pomimo jej licznych wad. Chyba po prostu byłam przygotowana na mniej więcej taki (niski) poziom lektury i cieszyła mnie sama historia osadzona w klimatach, które bardzo lubię. Wprawdzie wykonanie nieco rozczarowuje, jednak do tego rodzaju książek można odnosić się z pewnym sentymentem. Gdybym przeczytała "Przyczajonych" jakieś... 10 lat temu, być może nawet trochę bałabym się tej powieści. W każdym razie ta książka okazała się być świetnym przerywnikiem między bardziej ambitniejszymi pozycjami, czymś, przy czym nie trzeba za bardzo myśleć i można się zrelaksować (tak, horrory mnie relaksują). Podobna lektura od czasu do czasu nie powinna mi zaszkodzić;)
Na razie bawię się dosyć dobrze z horrorem klasy B;)

Moja ocena: 3,5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
____________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/62823/przyczajeni
2. unsplash.com

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Ponure Poniedziałki: Tim Pratt "Fool's Fire"

Opowiadanie można przeczytać online TUTAJ
“Near-death experiences are supposed to bring people closer together, right?”
Will i jego żona wybrali się w podróż. To wspólne doświadczenie miało ich znowu do siebie zbliżyć - małżeństwo przechodziło poważny kryzys i terapeuta doradził właśnie takie rozwiązanie. Jednak szybko okazało się, że nic nie szło po ich myśli. Korki na drodze, roboty drogowe... musieli kilka razy zmieniać trasę, stawali się coraz bardziej nerwowi, nadszedł już wieczór, a oni nadal nie dotarli do wynajętego domku. Will był coraz bardziej sfrustrowany, jego żona coraz bardziej narzekała... Mężczyzna starał się jednak nie zaogniać sytuacji. Wcześniej zrobił coś, co prawie zakończyło ich związek (Co to takiego? Na razie nie wiemy) i teraz naprawdę próbował wszystko naprawić. Tak jechali, coraz bardziej podenerwowani, aż nagle... w ostatniej chwili Dori zauważyła, że droga się kończy. O włos uniknęli upadku w urwisko i poważnych obrażeń, a może nawet śmierci. Dodatkowo - jak to w horrorach - nagle ich samochód przestał działać, a w oddali pojawiły się tajemnicze światła, które szybko się do nich zbliżały. To oczywiście nie zapowiadało niczego dobrego...

Tim Pratt to amerykański pisarz, urodzony w 1976 roku. Ma na swoim koncie powieści, zbiory opowiadań, a także wiersze. Za opowiadanie "Impossible Dreams" otrzymał Nagrodę Hugo. Na tego autora trafiłam zupełnie przypadkiem, przeglądając teksty zamieszczone na stronie Nightmare Magazine. Zaintrygował mnie tytuł opowiadania i sam jego początek:  The “going away together” part of the plan to save their marriage had gotten off to a bad start. To było bardzo obiecujące. I, na szczęście, nie zawiodłam się!


Jeśli chodzi o sceny, w których skłócone małżeństwo jest w podróży i nagle gubi drogę, niedoścignionym wzorem jest dla mnie Stephen King. Dialogi, które potrafi tworzyć są tak prawdziwe i naturalne... (Nie przypomnę sobie teraz, pomimo poszukiwań, w których opowiadaniach wypadło to najlepiej. Czy było to "Mają tu kapelę jak wszyscy diabli"? "To wrażenie można nazwać tylko po francusku"? Ktoś może pomóc?) Ale i Tim Pratt poradził sobie ze zbudowaniem nastroju. Spodobała mi się też konstrukcja opowiadania: najpierw tajemnicze wydarzenia na drodze i uniknięcie zagrożenia. Potem bliskie spotkanie z nieznanym (te światła zbliżające się do głównych bohaterów...) Następnie, kiedy już wydaje się nam, że mniej więcej wiemy, o co chodzi i rozgryzliśmy to opowiadanie, mamy do czynienia z nagłym zwrotem akcji. I wyjaśnieniem pewnej tajemnicy - dowiadujemy się wreszcie, co takiego główny bohater zrobił swojej żonie. Uwierzcie mi, wcale nie chodziło tutaj o zdradę, tylko o coś o wiele gorszego. Zwrot akcji, o którym wspomniałam, sprawił że poczułam się trochę zdezorientowana, ale też zaciekawiona. Wprawdzie nie było to nic, czego nie moglibyśmy się domyślić (chociaż ja nawet nie próbowałam), ale ten zabieg sprawił, że opowiadanie naprawdę jest dobre. O wiele lepsze, niż gdyby zakończyłoby się na samym spotkaniu z tajemniczymi siłami. 

"Fool's Fire" to zdecydowanie moje klimaty: jeden z ulubionych motywów (horror rozgrywający się "na wyjezdzie"), tajemnica (bo czy na pewno wiemy, skąd pochodzą tajemnicze światła i kto lub co się za nimi kryje?) i zwrot akcji, dzięki któremu nie byłam znudzona lekturą. Ten tekst zachęcił mnie do dokładniejszego prześledzenia twórczości Tima Pratta. Możecie się spodziewać, że jego kolejne opowiadania (o ile uda mi się znalezc je online) za jakiś czas zawitają w kolejnych Ponurych Poniedziałkach;)

PS. I jeszcze jedno nawiązanie do Kinga: wydaje mi się, że Stephenowi bardzo spodobałby się pomysł Pratt'a dotyczący dark gods of the GPS - dziwnych sił zmieniających rzeczywistość (i mapy w GPS) tak, aby specjalnie sprowadzić ludzi na manowce, aby ich zabijać, bo w końcu muszą coś jeść... Z jednej strony śmieszne, z drugiej lekko przerażające. Wiecie, jak wspaniałe opowiadanie mógłby napisać King w oparciu o ten motyw?

Moja ocena: 4,5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2" 
(zalicza się jednak do kategorii "horror współczesny")
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html

______________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

środa, 7 czerwca 2017

Agata Czykierda-Grabowska "Wszystkie twoje marzenia"




Autor: Agata Czykierda-Grabowska
Tytuł: "Wszystkie twoje marzenia"
Wydawnictwo: OMG Books
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 383









Właśnie takiej książki teraz potrzebowałam. Ale po kolei...

Maja i Kamil właśnie rozpoczęli studia i zamieszkali w tym samym akademiku. Poznali się, kiedy sfrustrowana dziewczyna kopała swój samochód w akcie zemsty za to, że się zepsuł. Wtedy wkroczył Kamil, opanował sytuację i pomógł dotoczyć astrę na parking. Nie udało mu się jednak odwieść dziewczyny od pomysłu wrzucenia grata do Wisły - Maja cały czas o tym marzyła. Od tego momentu ich drogi przecinały się nieustannie, zaczęła ich też łączyć wzajemna fascynacja. Maja jednak jasno postawiła granice: żadnego zakochiwania się, jedynie friends with benefits. Kamil przystał na to, z braku innych możliwości. Ale...

Sama historia nie jest niesamowicie oryginalna i dosyć łatwo przewidzieć, jak się zakończy. Dużą tajemnicą nie jest też przeszłość bohaterów, zdradzana przez autorkę kawałek po kawałku (ale jednak wcześniej można się domyślić, co spotkało kiedyś Maję). Mimo to (a może właśnie dlatego) powieść czytało mi się bardzo dobrze. Potrzebowałam teraz takiej historii miłosnej z gatunku new adult

Czytałam poprzednią powieść autorki, "Jak powietrze" i... nie podobała mi się aż tak bardzo. "Wszystkie twoje marzenia" oceniam o wiele lepiej. Może dlatego, że historia Kamila i Mai wydała mi się mniej sztuczna i mniej cukierkowa. Bardziej do mnie dotarła. Dużym plusem było też samo zakończenie - wydawało mi się, że sytuacja między dwójką głównych bohaterów jest już w jakiś sposób wyjaśniona, tymczasem nastąpił kolejny zwrot akcji, który bardzo mi się spodobał.

Krótkie podsumowanie: to przyjemna, lekko napisana powieść o dwójce bardzo zagubionych młodych ludzi z trudną przeszłością, którzy nagle spotykają się i... I pojawia się miłość. Ale droga do bycia razem nie jest prosta. Jeśli zainteresuje Was fabuła, spodoba się Wam styl pisania autorki i nie odstraszą zbyt idealni bohaterowie, szykujcie się na naprawdę przyjemną lekturę!

Moja ocena: 4,5/6
_______________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4119581/wszystkie-twoje-marzenia
2. unsplash.com

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Ponure Poniedziałki: Francis Paul Wilson "Soft"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Soft and Others" (1989 r.)
Można je przeczytać online TUTAJ

The sound comes in the night when all is quiet. It starts a day or two before a bone goes. A soft sound, like someone gently crinkling cellophane inside your head. No one else can hear it. Only you.
Opowiadanie rozpoczyna się sceną, w której ojciec z córką oglądają telewizję. I nagle prezenterowi odpada szczęka. Dosłownie. 
To objaw dziwnej choroby, która zdziesiątkowała ludność. Kiedy kości stają się miękkie, a poszczególne części ciała zaczynają się rozpadać, już wiesz, że nie ma dla ciebie nadziei. Chyba, że w jakiś sposób choroba w twoim ciele nagle się zatrzyma, jak było w przypadku głównego bohatera tekstu i jego córki. Stracili "tylko" nogi. Ale żyją, a wirus (lub cokolwiek innego to jest) nie postępuje. Dziwnym przypadkiem jest też ich sąsiad George, który cały czas, pomimo kontaktu z chorymi, pozostaje zdrowy. Chociaż ostatnio nie mają od niego żadnych wieści...

Sam pomysł na ten tekst i na dziwną przypadłość atakującą ludzi może wydawać się głupi, śmieszny i odrażający. I taki też jest. Ale Francis Paul Wilson jest bardzo przekonujący w tym, co pisze. I nagle łapiecie się na tym, że lektura was wciągnęła, a atmosfera opowiadania po prostu przytłoczyła i poddaliście się uczuciu niepokoju i beznadziei, podobnie jak główni bohaterowie "Soft". Przynajmniej ja tak miałam. 



Autora znam już z powieści "Twierdza", która zapowiadała się bardzo obiecująco, a pózniej naprawdę mnie rozczarowała. Z tym opowiadaniem było inaczej. Wiedziałam, jakiego rodzaju horroru mogę się spodziewać (Czyż tematem "Klasyki horroru 2" na ten miesiąc nie jest horror klasy B? A właśnie wyzwaniem sugerowałam się przy wyborze tekstu na dziś) i dokładnie to dostałam. Nie powiem, żebym była miłośniczką tego rodzaju horroru, ale od czasu do czasu zdarza mi się sięgnąć po podobne teksty. W opowiadaniu nie brakuje opisów tego, co tajemnicza choroba robi z ludzkim ciałem. Wilson jest bardzo sugestywny;) A kiedy dowiecie się, co stało się z sąsiadem głównych bohaterów... Cóż, zdecydowanie nie jest to tekst dla osób, które wolą klasyczne horrory. Na pewno jednak jest to propozycja dla miłośników nieco bardziej krwawych i - nie ukrywajmy - obrzydliwych klimatów. Zresztą, warto poznać Francisa Paula Wilsona i jeden z jego chyba najsłynniejszych tekstów. Tak samo, jak warto sięgnąć po "Twierdzę". Choćby po to, żeby przekonać się, że takie historie w ogóle nam nie odpowiadają;)

Moja ocena: 4,5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
____________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

środa, 31 maja 2017

Stanisław Lem "Śledztwo"





Autor: Stanisław Lem
Tytuł: "Śledztwo"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2016 (pierwsze wydanie: 1959 r.)
Liczba stron: 288








Porucznik Gregory prowadzi śledztwo. Jest ono niezwykle trudne, bo dotyczy bardzo nietypowych zdarzeń: z kostnic znikają zwłoki. Wszystko wskazuje na to, że nie chodzi o kradzież, że zwłoki nagle, w środku nocy, po prostu zaczynają się poruszać, wstają i wychodzą... Brak śladów włamania, brak śladów obecności innych osób - poza zmarłymi. Wygląda to na działanie sił nadnaturalnych. Ale Gregory nie chce przyjąć tego do wiadomości - jako policjant musi znaleźć realnego sprawcę i wyjaśnić niezwykłe zdarzenia w przyziemny sposób. Czy mu się to uda?

Książka imituje klasyczny angielski kryminał. Imituje, gdyż pod tą konstrukcją kryje się inna, o wiele poważniejsza opowieść. Jak pisze w posłowiu Jerzy Jarzębski, "Śledztwo" przepełnione jest nieokreślonym bólem i niewygodą, a jego bohaterowie cierpią z powodów, których na pierwszy rzut oka nie widać.

Sięgnęłam po tę książkę ze względu na wyzwanie "Klasyka horroru 2". Czy w powieści kryminalnej, będącej tak naprawdę czymś o wiele więcej, pozycją zawierającą rozważania filozoficzne i odniesienia do stanu współczesnej autorowi nauki, mogło być miejsce na horror? Jak już przekonaliście się, czytając pierwszy akapit: tak. Lem do literatury grozy nawiązuje już samym pomysłem na serię tajemniczych wypadków: oto zwłoki zdają się same wstawać i wychodzić z kostnic. Od razu na myśl przychodzą zombie, co zresztą zdaje się potwierdzać opis naocznego świadka: nogi mu się rozjeżdżały, a tak się kiwał, panie doktorze, jak pijany, na boki cały chodził i stukał, jak ślepy kijem stuka, a on to tak rękami. Wyjęte z horrorów zdają się być też okoliczności samych tych zdarzeń: środek nocy, kostnice przy cmentarzu, oddalone od ludzkich siedzib, mgła... Pod tym względem "Śledztwo" prezentuje się bardzo obiecująco.

To intrygująca powieść, którą można rozpatrywać na wielu różnych poziomach. Nie czuję się jednak na siłach, żeby rozkładać ją na czynniki pierwsze. Prawdę mówiąc, czytało mi się ją niezwykle ciężko. Może to ze względu na konstrukcję fabuły, na sposób prowadzenia śledztwa przez głównego bohatera i na jego gubienie się w hipotezach i domysłach - co było męczące i dla Gregory'ego i dla mnie. A może to przez wydarzenia z mojego życia prywatnego, które nie pozwalają mi się skupić na niczym innym;) W każdym razie lektura okazała się za ciężka, przynajmniej w tym momencie. Nadal wolę Lema z "Bajek robotów" czy historii o pilocie Pirxie. Mniej ambitnie, ale cóż, kiedy sprawia mi to przyjemność...

Moja ocena: 4/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
__________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/313006/sledztwo
2. unsplash.com

poniedziałek, 29 maja 2017

Ponure Poniedziałki: Jerzy Siewierski "Zwierciadło Wenus"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Sześć barw grozy" (Wydawnictwo Polskie, 1985 r.)

Timoteo to młody i zdolny uczeń wielkiego mistrza zajmującego się magią. Jednak tą dobrą odmianą magii, nieszkodliwą. Cóż z tego, kiedy mistrz Bartolomeo ma w swoich zbiorach przedmiot, który może wyrządzić wiele złego. A Timoteo, zwiedziony pięknością sławnej kurtyzany, która właśnie przybyła do miasta, ulegnie jej prośbom i za wszelką cenę będzie chciał zdobyć tajemnicze zwierciadło Wenus...

Po raz pierwszy spotkałam się z prozą Jerzego Siewierskiego. I jestem mile zaskoczona. "Zwierciadło Wenus" to utwór otwierający zbiór "Sześć barw grozy". Groza przedstawiona w tym opowiadaniu wynika z ludzkich przywar: próżności kurtyzany, która chce przejrzeć się w zwierciadle Wenus, dzięki czemu będzie jeszcze piękniejsza oraz niepohamowanej żądzy młodzieńca, który za wszelką cenę chce posiąść wdzięki tej kobiety. Dla niej gotowy jest zrobić wszystko, nawet zabić. Ta miłość, a raczej obsesja i żądza, zaburzają mu zdolność jasnego myślenia. 


"Zwierciadło Wenus" to dobre opowiadanie, choć nie wywoła ono u czytelnika przerażenia. Odsłania za to jedną z ciemnych stron ludzkiej natury i czyni to w interesujący, a także niepozbawiony humoru(!) sposób. Wystarczy tylko przytoczyć słowa mistrza Bartolomeo, który zauważył roztargnienie zakochanego ucznia: Smucisz mnie, Timoteo - rzekł - jesteś blady, roztargniony i mylisz przypadki deklinacyjne.

Chociaż nie odnalazłam w tym tekście zbyt wiele grozy (poza samym zakończeniem, które było jednak łatwe do przewidzenia), zaostrzył on mój apetyt na kolejne opowiadania ze zbioru. A ponieważ każde ma innych bohaterów i opisuje inne wydarzenia (oraz inne barwy grozy) może być naprawdę ciekawie!

Moja ocena: 4/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
__________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

czwartek, 18 maja 2017

Władysław St. Reymont "Wampir"





Autor: Władysław St. Reymont
Tytuł: "Wampir"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2012 (pierwsze wydanie: 1911)
Liczba stron: 289








Zenon, polski emigrant mieszkający w Londynie, ma piękną angielską narzeczoną i odnosi sukcesy literackie. Szczęście, prawda? Dopóki nie zaczyna się nim interesować tajemnicza miss Daisy, której magnetyczny wpływ przyciąga mężczyznę i sprawia, że ten może wpaść w sidła prawdziwego zła. Nie trzeba było iść na ten seans spirytystyczny...
"Wszystkie światła pogasły; tylko między oknami w zielonawej, kryształowej kuli mżył się rozpierzchły, ledwie dojrzany płomyk, jak gdyby świętojański robaczek trzepoczący się w ciemnościach"
Sceny grozy opisane takim językiem to prawdziwa gratka. Chociaż trzeba przyznać, że "Wampir" może być momentami trudny w odbiorze. Zwłaszcza w przypadku opisów niezwykłych stanów świadomości, jakich doświadczał Zenon. Czytelnik może się nieco zagubić... razem z głównym bohaterem. Przynajmniej ja czasem się tak czułam. Może tylko ja? 

Ale przyjrzyjmy się bliżej fabule powieści. Mamy tu do czynienia z wieloma, równie interesującymi wątkami. Na pierwszy plan wysuwa się postać Daisy, rudowłosej femme fatale o magnetycznym spojrzeniu. Jej wpływ może okazać się zgubny dla Zenona. Zwłaszcza, że Daisy nie jest zwykłą kobietą: bierze udział w dziwnych, satanistycznych rytuałach, bywa widziana w kilku miejscach jednocześnie, a jej zachowanie ma na Zenona taki wpływ, że mężczyzna zapomina o całym świecie i rzuca wszystko, posłuszny jej rozkazom. W porównaniu do tej postaci narzeczona głównego bohatera, Betsy, wypada niezwykle blado. To młoda Angielka, słodka i wesoła, bardzo zakochana w swoim "mr Zen". Nie ma jednak szans w starciu z Daisy. A kiedy pojawia się trzecia kobieta, również bardzo ważna dla Zenona... Cóż, nie będę zdradzać wszystkiego. Postaci kobiece są tu jednak ważne i bardzo zróżnicowane. 

Kolejny interesujący element powieści to miasto: mglisty, ponury Londyn. Reymot przedstawił go w tak przygnębiający sposób, że nie chcielibyście nigdy tam pojechać. Chyba, że lubicie totalny brak słońca, wieczny deszcz i wszechobecną mgłę. Mgła pojawia się prawie na każdej stronie tej książki. Nawet, kiedy w końcu zdarza się jeden pogodny dzień, to i tak nie możemy się całkiem od niej uwolnić (dzień był wyjątkowo pogodny, ciepły i suchy [...] pierwszy zmierzch już opadał niebieskawymi mgłami"). Nie da się ukryć, że takie miasto to idealna sceneria dla horroru. 

I wreszcie wątki paranormalne. Seanse spirytystyczne, okultyzm... Reymont interesował się podobnymi zagadnieniami, poznawał je również podczas swojego pobytu w Londynie i dał temu wyraz właśnie w "Wampirze". 

Nie można zapomnieć o jeszcze jednym aspekcie "Wampira" - tęsknocie za ojczyzną. Ojczyzną porzuconą przez głównego bohatera (który miał jednak ważny powód) i na co dzień jakby zapomnianą. Jednak od czasu do czasu tęsknota daje o sobie znać: a to Zenon podczas szaleńczych wędrówek po Londynie spotka rodaków, a to dostanie list od kogoś z Polski, kto akurat jest na miejscu i koniecznie pragnie się z nim spotkać... 

"Wampir" to niezwykła powieść, nietypowa w porównaniu do reszty twórczości Władysława St. Reymonta. Łączy w sobie wiele wątków, jednak na pierwszy plan zdecydowanie  wysuwają się elementy grozy: okultyzm, postać tajemniczej Daisy (tytułowego wampira, ale czy na pewno w klasycznym rozumieniu tego słowa?), która może doprowadzić głównego bohatera do zguby... 

Dla mnie "Wampir" był momentami bardzo trudny w odbiorze ze względu na styl, jakim został napisany. Długie zdania, opisy dziwnych rytuałów i wizji doświadczanych przez Zenona, duszna (i mglista!) atmosfera... To specyficzna powieść, którą można długo analizować. Sama nie czuję się na siłach, żeby zrobić to dobrze. Tak czy inaczej, było to interesujące spotkanie z polską literaturą grozy. A postać Daisy zapadnie mi w pamięć na długo.

Powieść przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html

Moja ocena: 4,5/6
_______________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/157941/wampir
2. unsplash.com

poniedziałek, 15 maja 2017

Ponure Poniedziałki: Aleksander Groza "Biała róża Pinettiego"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Polska nowela fantastyczna. Ja gorę" (Wydawnictwo ALFA, 1983)

Starszy mężczyzna: magik, sztukmistrz, znany na całym świecie. I piękna, młoda kobieta: jego muza, jego ukochana, jego żona. Są razem, ale pod jednym warunkiem: ona nie może nigdy wnikać w kulisy zawodu męża, nie może dopytywać jakim sposobem wyczynia on takie dziwne rzeczy i skąd czerpie swoje moce. A jeśli nie wytrzyma, jeśli będzie zbyt ciekawa...?

Do przeczytania tego tekstu skłoniły mnie (oprócz oczywiście tematyki wyzwania "Klasyka horroru" na ten miesiąc;) nazwisko autora i sam tytuł opowiadania. Powiedzcie sami: czy "Aleksander Groza" nie brzmi jak wymarzone nazwisko dla twórcy horroru? Jak się jednak okazuje, książki nie można wybierać nie tylko po okładce czy tytule, ale także po nazwisku autora...;)

Sam tekst jest interesujący ze względu na ogólny zarys historii. Wykorzystuje on motyw znany między innymi z baśni o Sinobrodym. I oczywiście, jak to w podobnych opowieściach bywa, żona nie słucha ostrzeżeń męża i odkrywa jego sekret, co prowadzi do tragicznych konsekwencji. Mimo wszystko tajemnica nie jest na tyle oczywista i wstrząsająca, żeby przykuć na dłużej uwagę czytelnika. Jeśli o to chodzi, wyczuwam niewykorzystany potencjał. Za to najciekawszymi fragmentami tekstu są opisy magicznych sztuczek Pinettiego, którego charakteryzowało przy okazji duże poczucie humoru.

Jeśli szukacie grozy - tej prawdziwej, nie tylko z nazwiska - to opowiadanie możecie spokojnie pominąć. Nie dajcie się zwieść, tak jak ja;)

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html

Moja ocena: 3/6
_____________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

piątek, 12 maja 2017

Katharine McGee "Tysiąc pięter"





Autor: Katharine McGee
Tytuł: "Tysiąc pięter"
Tytuł oryginału: "The Thousandth Floor"
Wydawnictwo: Moondrive
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 414







Nowy Jork, 2118 rok. Nad miastem góruje ogromna Wieża. Ma tysiąc pięter i jest w niej wszystko, czego potrzeba do życia: mieszkania, szkoły, sklepy, restauracje, parki... Mieszka w niej mnóstwo ludzi. A im więcej mają pieniędzy, tym wyższe piętra zajmują. W tym świecie bogatych i rozpuszczonych nastolatków z najwyższych pięter oraz biednych młodych ludzi ze slumsów na najniższych poziomach jest ktoś, kto może poznać wszystkie ich sekrety. I wykorzystać je przeciwko nim. 

Powieść jest podzielona na rozdziały, skupiające się na poszczególnych bohaterach. Mamy więc na przykład Avery, nieziemsko piękną dziewczynę, której uroda została genetycznie zaprogramowana. Wraz z rodzicami i bratem mieszka na tysięcznym piętrze, tym najlepszym i najbardziej prestiżowym. Ma mnóstwo adoratorów, ale tak naprawdę kocha tylko jednego: swojego przyrodniego brata... Jest tu również Leda, szaleńczo zakochana w Atlasie, bracie Avery. Jest Eris, która z dnia na dzień dowiaduje się, że nagle stała się biedna i musi przeprowadzić się ze szczytu Wieży na jedno z najniższych pięter. Jest Rylin, dziewczyna mieszkająca prawie na samym dole, która zaczyna pracę u bogatego chłopaka i się w nim zakochuje. Problem w tym, że Rylin już kogoś ma i jakoś zapomniała powiedzieć o tym pracodawcy... To tylko część bohaterów. Ich losy splatają się ze sobą, często w najmniej oczekiwany sposób. Podobał mi się ten zabieg zastosowany przez pisarkę. 


Trzeba pamiętać, że w "Tysiącu pięter" najważniejsze nie są elementy fantastyczne (które swoją drogą ograniczają się do tego, że ludzie dysponują lepszą technologią niż my teraz), lecz wątki obyczajowe. Książka jest pełna sekretów i intryg, każdy coś ukrywa, a tajemnice bohaterów bywają naprawdę szokujące. Momentami może to męczyć czytelnika (coś jak "Moda na sukces" w wersji dla nastolatków;) ale przyznaję, że ogólnie mi się podobało - takiej lektury potrzebowałam. Wciągającej, lekko napisanej, nad którą nie trzeba się szczególnie zastanawiać. 

"Tysiąc pięter" powinno spodobać się miłośniczkom seriali "Plotkara" i "Pretty Little Liars". Tym, którzy lubią pokręcone historie o nastolatkach. Takie, w których aż roi się od sekretów. Sama dobrze się przy tej książce bawiłam i czekam na kolejną część - bo to wcale nie koniec historii. Muszę jeszcze wspomnieć o zabiegu, jaki zastosowała autorka: na samym początku dowiadujemy się, że w czasie imprezy jedna z dziewczyn spadła z samego dachu Wieży. Która to z bohaterek? Jak do tego doszło? Żeby się dowiedzieć, musimy przeczytać. Jak dla mnie - to świetna zachęta;)

Moja ocena: 4,5/6
_______________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4236367/tysiac-pieter
2. unsplash.com

poniedziałek, 8 maja 2017

Ponure Poniedziałki: Stefan Grabiński "Zemsta żywiołaków (Legenda strażacka)"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Demon ruchu i inne opowiadania" (Zysk i S-ka, 2011)

W tym miesiącu w wyzwaniu "Klasyka Horroru 2" gości polska groza. Przygotujcie się więc, że opanuje ona majowe Ponure Poniedziałki;) Oczywistym wyborem było sięgnięcie po opowiadania Stefana Grabińskiego. Mniej oczywistym, że tym razem tekst nie dotyczy kolei. Pozostajemy w tematyce strażackiej! Poczytajcie...

Antoni Czarnocki był zasłużonym naczelnikiem straży pożarnej. Praca była jego całym życiem, a walkę z pożarami uczynił swoją najważniejszą misją. Przez lata doświadczeń i obserwacji udało mu się ustalić, że jeśli zaznaczy na mapie miejsca pożarów i połączy je ze sobą, stworzą one niezwykłe obrazy: przeważnie kształty małych, śmiesznych stworzeń, które czasem przypominały wyglądem swym dzieci-potworki, kiedy indziej zbliżały się raczej do typu zwierzaków. Były to żywiołaki, zabawiające się wywoływaniem pożarów. A ponieważ Czarnocki z pożarami walczył, szybko stał się obiektem zemsty tajemniczych stworzeń. I chociaż nie miały łatwo, bo naczelnik straży mógł się pochwalić niezwykłą odpornością na ogień (wśród największej pożogi, wśród orgii płomieni mógł przechadzać się bezkarnie bez najlżejszego choćby poparzenia) to wymyślały coraz to nowe sposoby, żeby mu dokuczyć. I nie były to tylko niewinne żarty... W końcu musiało dojść do poważnej konfrontacji.


Przyzwyczaiłam się do Stefana Grabińskiego i jego horroru kolejowego (który bardzo lubię i o którym często piszę). Teraz miałam okazję poznać go od nieco innej strony. Jednak... czy naprawdę innej? Nie da się nie zauważyć podobieństw w konstrukcji tego opowiadania do innych tekstów Grabińskiego. Mamy tutaj wybitnego przedstawiciela swojego zawodu, żyjącego pracą i żywo zainteresowanego różnego rodzaju katastrofami. Dzięki wieloletniej obserwacji dochodzi on do wniosku, że pożary układają się w pewien wzór. I robi wszystko, żeby z nimi walczyć. Czy nie przypomina to na przykład opowiadania "Fałszywy alarm", gdzie naczelnik stacji kolejowej odkrywa wzór pozwalający mu przewidzieć, gdzie dojdzie do katastrofy kolejowej i za wszelką cenę próbuje zapobiec kolejnym wypadkom? Czy żywiołaki nie są w jakimś sensie podobne do smolucha? Te podobieństwa zupełnie jednak nie przeszkadzają w odbiorze. To po prostu bardzo charakterystyczny dla Grabińskiego styl pisania. Nie można przy tym zapominać, że każde opowiadanie tego autora - chociaż często mają wspólne cechy - jest jednak inne, różni się istotnymi szczegółami i bardzo często zaskakuje zakończeniem. 

Interesujące jest tutaj przedstawienie żywiołaków ognia: to złośliwe stworzenia przybierające różne kształty, uprzykrzające życie głównemu bohaterowi. Początkowo może wydawać się, że to takie szkodliwe, ale raczej śmieszne potworki, których działalność ogranicza się do wywoływania pożarów, zrzucenia na Czarnockiego jakiejś belki w czasie akcji ratunkowej, wypełnienia mu mieszkania nieprzyjemnym zapachem albo "wysyłania" listów z pogróżkami (węgielki w kształcie literek wyjmowane z domowego paleniska). Ciężko się nie uśmiechnąć, kiedy poznajemy ich imiona: żarnik, pełgot, czerwieniec, wodopłoch i dymostwór. Jednak zakończenie i tytułowa zemsta żywiołaków jest już zdecydowanie bardziej spektakularna. Grabiński nie zawodzi. Również pod względem językowym. Wystarczy sięgnąć po jego opis budzącego się do życia miasta (pod koniec opowiadania). Wiadomo, że jego teksty będą dobrze napisane. I że musi się w nich pojawić jakaś katastrofa. A czy będzie to katastrofa kolejowa czy ogromny pożar... To już ma trochę mniejsze znaczenie.

Czy to dobry tekst na rozpoczęcie przygody ze Stefanem Grabińskim? Myślę, że tak. Chociaż lepiej sięgnąć najpierw po horror kolejowy w jego wydaniu - to absolutna klasyka! "Zemsta żywiołaków" będzie natomiast dobrym uzupełnieniem takiej lektury.

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
_____
Zródło zdjęcia: unsplash.com

sobota, 6 maja 2017

Wyniki konkursu

Dziękuję wszystkim za udział w kawowo-zakładkowym konkursie i za piękne zdjęcia!

Nie przedłużając: zdecydowałam, że nagroda powędruje do Joli, która urzekła mnie zdjęciem kawy i pysznego ciasta (od razu zrobiłam się głodna;)


Jolu - niedługo się z Tobą skontaktuję w sprawie przekazania nagrody;)

Tymczasem myślę nad kolejnym konkursem, tym razem książkowym... Jacyś chętni?

środa, 3 maja 2017

Joe Hill "Strażak"





Autor: Joe Hill
Tytuł: "Strażak"
Tytuł oryginału: "The Fireman"
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 798







Dym dymi tu, dym dymi w szlugu. Jedzie Jakob w swoim pługu. Dym dymi tu, dymi każda chata, a co się nie spali, czeka koniec świata
Harper Grayson była szczęśliwa. Miała kochającego męża i dobrą pracę - jako pielęgniarka szkolna mogła być niczym jej ukochana Mary Poppins i opiekować się dziećmi, nieść dobro i miłość. Wszystko było pięknie, do czasu. Kiedy świat opanowała epidemia draco incendia trichophyton czyli smoczej łuski, jej marzenia i piękne życie pochłonął ogień. Dosłownie.

Smocza łuska to choroba, która maluje na ludzkiej skórze piękne, czarno-złote wzory wyglądające jak tatuaże. Miło, pomyślicie. Dopóki zarażeni nie zaczynają płonąć żywcem... Epidemia zbiera coraz to nowe ofiary, cały świat zdaje się płonąć, a Harper najpierw musi uciekać ze szpitala (do którego zgłasza się jako pielęgniarka-ochotniczka), potem odkrywa, że jest w ciąży, a następnie, że zaraziła się smoczą łuską. Jej mąż zaczyna się dziwnie zachowywać, po okolicy krążą Szwadrony Kremacyjne likwidujące chorych, a Harper - jeśli chce przeżyć i urodzić zdrowe dziecko (podobno jest na to szansa) - musi uciekać. Pomoże jej w tym tytułowy tajemniczy strażak. Co to za gość? Och, bardzo niezwykły. Wygląda na to, że potrafi władać płomieniami... Ale jeśli spodziewacie się typowego superbohatera, możecie się bardzo rozczarować. 

Chyba już większość osób słyszała, że Joe Hill to tak naprawdę Joseph Hillstrom King, syn Stephena. Kiedy dowiedziałam się, że jego nowa powieść będzie czymś na miarę "Bastionu", byłam jej szalenie ciekawa. I rzeczywiście, podobnie jak w słynnej książce Kinga mamy tu do czynienia z epidemią, która ogarnia cały świat i z grupą ludzi walczącą o przetrwanie. Hill jednak podszedł do tematu po swojemu i zrobił to zupełnie inaczej niż ojciec - a jednak wciąż bardzo dobrze. 


Wbrew pozorom główną bohaterką "Strażaka" jest kobieta, pielęgniarka Harper. To z jednej strony pełna marzeń i idealizmu postać, miłośniczka Julie Andrews, Mary Poppins i starych musicali, a z drugiej niezwykle silna osobowość. To w końcu Harper przeprowadzi trepanację czaszki za pomocą wiertarki udarowej i nawet przy tym nie mrugnie, to ona sprzeciwi się temu, co będzie się działo w obozie Wyndham który powoli ogarnia szaleństwo i to ona będzie miała ogromne szanse na przeżycie. Z drobną pomocą strażaka... który tak naprawdę strażakiem nie jest, ale idealnie do tej roli pasuje. Cudowny, przejaskrawiony, nieco głupiutki i niezwyciężony, jak opisuje go główna bohaterka. Uwielbiający się popisywać. Mówiący z obłędnym angielskim akcentem. Człowiek budzący postrach wśród Szwadronów Kremacyjnych. Potrafiący wykorzystać smoczą łuskę do swoich celów, jednak będący też po ludzku słaby. Ta dwójka bohaterów stanowi świetny duet, a ich losy interesują i wzruszają czytelnika. Joe Hill sprawił, że naprawdę się do nich przywiązałam. I troszkę nie mogę wybaczyć mu końcówki książki...

"Strażak" to nie tylko opowieść o apokalipsie, o płomieniach trawiących ziemię i ludzi, ale też pewnego rodzaju alegoria. Co dzieje się ze społeczeństwem podzielonym na dwie tak wyrazne grupy: zdrowych i chorych? Jak jedni starają się odciąć od drugich, jak organizują swoje życie na nowo? Obóz Wyndham, do którego w pewnym momencie trafia Harper, początkowo wydaje się być świetnym miejscem do życia: zarażeni, którzy nauczyli się żyć z chorobą i mają silne poczucie wspólnoty, dobrotliwy Ojciec Storey, ich przywódca... Jednak wiemy, że coś tu jest bardzo nie w porządku. A w miarę jak stosunkowo bezpieczny i poukładany świat obozowiczów zaczyna się sypać, ich hierarchia wartości ulega zmianie. Ciężko oprzeć się porównaniom do wydarzeń znanych dobrze wszystkim z historii. 

Powieść Joe Hilla to chwytająca za serce historia, która ma nie tylko swoją brutalną stronę (choć opisów ludzkiego okrucieństwa i walki z chorobą w niej nie brakuje). Hill już w zbiorze opowiadań "Upiory XX wieku" dał się poznać jako niezwykle przenikliwy i nieco refleksyjny pisarz. "Strażak" jest opowieścią (trochę nietypową) nie o ludziach uciekających przed epidemią, ale o zarażonych, którzy usiłują przeżyć i pozostać ludzmi. O tym, jak społeczeństwo dzieli się i zwraca przeciwko sobie w obliczu tak dużego zagrożenia. O tym, że poczucie wspólnoty może ratować, ale też być wyjątkowo zgubne. To nie kopia "Bastionu", to jego zupełnie inna wersja. Kolejna historia o apokalipsie. Tym razem takiej, w czasie której cały świat stanie w ogniu.
"To przerażająco niesprawiedliwe, jeśli umierasz w trakcie dobrej historii, zanim dowiesz się, jak się skończyła"

Moja ocena: 5/6
_________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4092599/strazak 
2. unsplash.com

poniedziałek, 1 maja 2017

Ponure Poniedziałki: Algernon Blackwood "The Wood of the Dead"

Opowiadanie można przeczytać TUTAJ

Tekst zaczyna się dosyć typowo dla tego rodzaju historii. Mamy więc mężczyznę, który postanowił wybrać się na pieszą wędrówkę po uroczych zakątkach Anglii. Nieco strudzony, ale i zachwycony okolicą i pięknem przyrody, je właśnie obiad w gospodzie, kiedy w sali w której samotnie przebywa, pojawia się tajemniczy, starszy człowiek. Staruszek, poza jednym skinieniem głowy, nie zwraca na naszego bohatera uwagi. Siada w fotelu przy oknie i wydaje się być pogrążony w rozmyślaniach. W końcu jednak się odzywa i po wymianie kilku zdań proponuje wędrowcowi spotkanie w pobliskim lesie. Ale nie jest to zwykły las, zwykła nie jest również pora, o której mają się zobaczyć. I wreszcie - jaki mają w tym cel?
Come to-night, I heard the old man say, come to me to-night into the Wood of the Dead. Come at midnight
Już chyba wiadomo - staruszek nie jest zwykłym staruszkiem i coś tu jest bardzo nie w porządku. W dodatku widzi go chyba tylko nasz główny bohater. Czy będąc na jego miejscu, skorzystalibyście z zaproszenia? Pewnie nie... A gdybyście poznali miejscową legendę, z uroczym staruszkiem w roli głównej? No cóż, ja na pewno już nawet nie spojrzałabym w kierunku tajemniczego lasu. Wędrowiec jednak - jak na bohatera horroru przystało - wybiera się na wycieczkę w sam środek Wood of the Dead. Ciekawe czy jeszcze wróci...

Ta historia niesamowicie mi się spodobała. Może z pewnymi wyjątkami (dziwny stan, w jaki popadł mężczyzna podczas rozmowy ze staruszkiem, jego filozoficzne rozważania, będące może odzwierciedleniem poglądów samego autora... to wolałabym pominąć). Kiedy jednak przejdziemy do samej historii, dosyć w gruncie rzeczy typowej i przewidywalnej, możemy odkryć, że w wersji Blackwooda jest ona niezwykle atrakcyjna. I może nawet wywołać lekki dreszczyk. Czy już sam tytuł opowiadania, w połączeniu ze złowieszczym nazwiskiem autora, nie przyprawia Was o niepokój?

Ogromną zaletą tekstu jest opis przyrody. Najpierw tej uroczej i łagodnej: kwitnących drzew owocowych, słodko śpiewających ptaków, promieni słońca przeświecających przez gałęzie, kwiatów... Kiedy jednak nasz bohater wkracza do tytułowego lasu, robi się coraz bardziej niepokojąco. Drzewa wydają się nieustannie szeptać, a wiatr w ich gałęziach nigdy nie milknie (przypominają się Wam "Wierzby"?). Przyroda u Blackwooda żyje. I nie zawsze jest przyjazna. 

Jak już wspominałam, opowiadanie jest dosyć przewidywalne. Jednak w wydaniu Blackwooda zdecydowanie zasługuje na uwagę. Autor nadał mu niepowtarzalny klimat. I pozostawił kilka niedopowiedzeń. Bo chociaż główna historia kończy się dosyć typowo, pozostaje pytanie: co spotkało tajemniczego staruszka, że zaczął widzieć pewne niedostępne dla innych rzeczy? Z kim rozmawiał w lesie umarłych? I dlaczego akurat ten las stał się tak ważnym dla fabuły miejscem?

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html


A dla wszystkich, którzy lubią kawę i zakładki, mam KONKURS!
_________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

czwartek, 27 kwietnia 2017

KAWOWO-ZAKŁADKOWY KONKURS


Dzisiaj zapraszam na konkurs. Do wygrania tym razem nie książka, ale kawa i zestaw zakładek - czyli coś, co może uczynić lekturę jeszcze bardziej przyjemną! Wszystko dzięki Dorocie Gąsiorowskiej i jej najnowszej książce "Antykwariat spełnionych marzeń". Jej bohaterowie co chwilę piją aromatyczną kawę lub herbatę i aż chce się pójść ich śladem. Razem z Wydawnictwem Znak mogę Wam to umożliwić;)

Zasady: 
1. Konkurs trwa od 27.04.2017 do 05.05.2017.
2. Wyniki pojawią się na blogu 06.05.2017, wtedy też skontaktuję się ze zwycięzcą.
3. Nagrodami są: paczka aromatycznej kawy z przyprawami i zestaw zakładek. Sponsorem nagród jest Wydawnictwo Znak.
4. Żeby wziąć udział, wystarczy zrobić zdjęcie kawy/herbaty i książki i wysłać je na adres mailowy: azumi.90@hotmail.com. W temacie wiadomości proszę o wpisanie: KONKURS
Przykładowe zdjęcie:

5. Zwycięzca zostanie wybrany na podstawie subiektywnej oceny organizatorki konkursu - czyli mnie;)

Kawa i zakładki czekają na zwyciężcę


Ktoś chętny do udziału w konkursie? A może przy okazji podzielicie się w komentarzach informacją, co najbardziej lubicie pić podczas czytania? Kawę, herbatę, a może jeszcze coś innego...?;)


poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Ponure Poniedziałki: Robert Murray Gilchrist "Witch In-Grain"

Opowiadanie można przeczytać TUTAJ

To bardzo krótki tekst, napisany nieco poetyckim językiem. W dodatku czytałam go w oryginale, co tylko utrudniło odbiór. Ale...

Narratorem jest mężczyzna, tyle wiemy. Jest on zakochany w kobiecie, która lubi spędzać swój czas szperając w starych księgach. Pojawienie się w miejscu ich zamieszkania starej kobiety podejrzanej o czary, wywołuje duże zamieszanie. Ukochana narratora na widok wiedzmy popada w histerię. Teraz trzeba zmusić staruszkę, żeby cofnęła urok... A jeśli to nie jej sprawka?

Niewiele wiemy o bohaterach tekstu. Sama akcja toczy się bardzo szybko, aż do zaskakującego zakończenia. I to ono jest tutaj największym atutem. Nie da się jednak ukryć, że język, jakim posługiwał się autor, jest największą przeszkodą w docenieniu całości. Wyszukane słownictwo, niezwykłe porównania, archaiczny styl... Może, gdybym czytała całość w polskim przekładzie, mój odbiór byłby nieco inny. Może też niefortunnie wybrałam tekst. "Witch In-Grain" to bardzo krótki utwór. A nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdyby cała historia została odpowiednio rozbudowana i napisana nieco prostszym językiem, mogłaby wiele zyskać. 

Robert Murray Gilchrist napisał około 100 opowiadań. Na pewno wśród nich znajdą się teksty lepsze niż "Witch In-Grain". A ten polecam... tym, którzy lubią tropić literackie wiedzmy i nie boją się starych opowiadań grozy.

Moja ocena: 3,5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
__________
Zródło zdjęcia: https://pl.pinterest.com/pin/97179304440292947/

środa, 19 kwietnia 2017

Thomas Tryon "Harvest Home"





Autor: Thomas Tryon
Tytuł: "Harvest Home"
Polski tytuł: "Pan żniw"
Wydawnictwo: Knopf
Rok wydania: 1973
Liczba stron: 401







"I awakened that morning to birdsong. It was only the little yellow bird who lives in the locust tree outside our bedroom window, but I could have wrung his neck, for it was not yet six and I had a hangover"
Tak zaczyna się ta powieść. Jej narratorem jest Ned Constantine, który przeprowadza się wraz z żoną Beth i córką Kate do starego domu w małej, uroczej miejscowości Cornwall Coombe. Rodzina już od jakiegoś czasu szukała nowego miejsca do życia, zmęczona Nowym Jorkiem. Jednak żaden dom nie wydawał się idealny. Do czasu, aż Ned i reszta przypadkowo (ale czy na pewno?) trafili do Cornwall Coombe i wprost zakochali się w wiekowym domu, który szczęśliwym trafem był na sprzedaż. Jakby na nich czekał. Od teraz dla Neda i jego rodziny zaczęło się nowe życie. Musieli przyzwyczaić się do tego, że ludzie w Cornwall Coombe nie korzystają zbytnio z dobrodziejstw cywilizacji, zwłaszcza przy uprawie kukurydzy, z której żyje cała miejscowość. Mają swoje old ways, według których postępowali ich ojcowie, dziadkowie, pradziadkowie... I najważniejsza jest dla nich kukurydza, a rytm życia wyznacza nie zwykły kalendarz, ale wydarzenia związane z kukurydzą właśnie - z jej siewem, wzrastaniem, ze żniwami... Constantinowie mogą więc obserwować Agnes Fair, czyli targ, na którym lokalna społeczność prezentuje swoje wyroby, gdzie odbywają się konkursy i gdzie wybierany jest nowy Pan Żniw. Właśnie, kim jest ta tajemnicza postać? Co się stanie, kiedy jego siedmioletnie panowanie dobiegnie końca? Dlaczego nowo wybrany do tej roli chłopak wydaje się być przerażony? I jakie sekrety skrywa Cornwall Coombe i jego mieszkańcy?

Początkowo wydaje się, że Cornwall Coombe jest uroczą, staroświecką miejscowością. Że żyjący tam ludzie są sympatyczni, choć bardzo przywiązani do swoich tradycji. Że to idealne miejsce do życia. Szybko jednak zauważamy, że nie wszystko jest takie, jakie się wydaje. Przemiła staruszka, wdowa Fortune, jest miejscową znachorką, z której zdaniem liczy się każdy. Czasem jej metody leczenia i wtrącanie się do wszystkiego wydają się śmieszne, ale... spróbujcie się jej sprzeciwić. Trzynastoletnia Missy Penrose jest niepełnosprawną intelektualnie dziewczynką, którą wszyscy traktują jak miejscową wyrocznię. Uważają, że potrafi przepowiadać przyszłość. Zabawne? Nieszkodliwe? Do czasu, kiedy Missy wskazuje umazanym krwią palcem na Neda i duka coś o tym, że grozi mu niebezpieczeństwo. I jeszcze ta wszechobecna kukurydza. Nie wolno żartować ani z niej, ani z miejscowych zwyczajów. A kiedy ktoś z zewnątrz spróbuje poznać lokalne tajemnice (jak historia Grace Everdeen, którą wszyscy wspominają z odrazą i którą pochowali poza terenem cmentarza), może się to skończyć tragicznie. 

"I was looking at a human skull, and it was from behind the parted jaws that the screams came"
Czy muszę dodawać, że włóczenie się po okolicznych lasach też nie jest zbyt dobrym pomysłem? Można osobiście spotkać ducha nawiedzającego ponoć te tereny.... albo znaleźć ludzką czaszkę. Czaszkę osoby, którą ewidentnie ktoś zamordował. I podzielić jej los. 

"Harvest Home" to znakomity przykład folk horroru. Mamy tutaj małą, zamkniętą społeczność, silnie uzależnioną od natury i mającą prawdziwą obsesję na punkcie kukurydzy i dobrych zbiorów. Kto wie, do czego może to doprowadzić? Bardzo ciekawą postacią jest tutaj Pan Żniw, czyli mężczyzna wybierany spośród mieszkańców - króluje on siedem lat, dostępuje wszelkich zaszczytów i jest jakby uosobieniem bóstwa, dzięki któremu zbiory są obfite. Jednak po siedmiu latach jego miejsce zajmuje ktoś inny. Rytuały i dziwne zwyczaje mieszkańców Cornwall Coombe, zwłaszcza te opisane na samym końcu, są niesamowicie niepokojące. Ale nie trzeba odwoływać się aż do nich. Wystarczy pozbierać wskazówki pozostawione przez narratora w całej historii żeby wiedzieć, że z wioską i jej mieszkańcami jest coś bardzo nie w porządku. Pozostaje tylko odkryć, o co tak naprawdę chodzi. A w tym przypadku pewne tajemnice powinny jednak pozostać nieodkryte...

Jestem pod wrażeniem. To świetna historia, z niesamowitym klimatem. Autor bardzo dobrze przedstawił obraz małej, zamkniętej społeczności, pilnie strzegącej swoich sekretów. Możemy obserwować, jak zmieniały się uczucia głównego bohatera wobec Cornwall Coombe i jego mieszkańców - od ufności i nadziei na nowe, idealne życie, przez lekkie zaniepokojenie, podejrzliwość, aż wreszcie straszliwą pewność. Opis tego, jak zawodzą wszyscy, których lojalności wcześniej był pewny, jak zmieniają się jego żona i córka, a on sam za wszelką cenę stara się poznać tajemnicę Cornwall Coombe, zasługuje na uznanie. 

Po tej lekturze będziecie trochę inaczej patrzeć na kukurydzę;) I może wyciągniecie z niej kilka cennych lekcji? Na przykład, że przemiłe staruszki nie zawsze są tak urocze i dobrotliwe, jak to może się wydawać. Że nie warto chodzić samemu po nieznanym lesie. Że nie można denerwować tubylców, natrętnie wypytując o ich sekrety. I że w pewnych okolicznościach nikomu nie można wierzyć.

Ciekawe, czy "Harvest Home" było pewną inspiracją dla "Dzieci kukurydzy" Kinga?

Moja ocena: 5/6

Powieść przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
_________________
Źródła zdjęć: 
1. http://www.goodreads.com/book/show/816085.Harvest_Home
2. unsplash.com

czwartek, 13 kwietnia 2017

Nowości w biblioteczce

Kolejne nowości na moich półkach. Zastanawiam się czy będą długo czekały na przeczytanie...


























1. Roald Dahl "Fantastyczny pan lis" - książka wybrana raczej z chęci uzupełnienia biblioteczki o klasykę dziecięcą, niż z potrzeby jej natychmiastowego przeczytania. Może ją kiedyś komuś podaruję, może poczeka na lepsze czasy...

2. Mary Kay Andrews "Babski wieczór" - powieść miała trafić do mojej przyjaciółki - jako prezent - ale na razie leżakuje u mnie. Może sama skuszę się na lekturę? 

3. Joe Hill "Strażak" - tę książkę akurat czytam (chociaż chwilowo porzuciłam lekturę na rzecz "Harvest Home" Thomasa Tryona, ale zamierzam niebawem do "Strażaka" powrócić)

4. Rosemary Sullivan "Córka Stalina" - zdecydowanie nie mam teraz na nią czasu, ale chciałabym przeczytać (Może na kolejnym urlopie? Może na emeryturze?)

A Wy, co ostatnio dostaliście/kupiliście? Dużo książek czeka u Was na swoją kolej?

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Ponure Poniedziałki: M. R. James "Jesion"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Opowieści starego antykwariusza" (C&T, 2005)
"W Irlandii powiada się, że spanie w pobliżu jesionu przynosi pecha"
Hm, wydaje mi się, że gatunek drzewa nie ma większego związku z ilością pecha. To raczej dziwne istoty, które mogły zagniezdzić się w jego pniu... Ale po kolei. 
W jednej z angielskich miejscowości dawno temu doszło do procesu czarownic. Jedna z oskarżonych kobiet została skazana głównie dzięki zeznaniom dziedzica pewnej posiadłości, na której rósł właśnie tytułowy jesion, drzewo już wtedy stare i bardzo masywne. Coś musiało być na rzeczy, gdyż umierając kobieta powiedziała coś, co - z pozoru pozbawione sensu - mogło jednak zabrzmieć jak grozba: do dworu zawitają goście. Wkrótce potem dziedzic zmarł w dziwnych okolicznościach, prawdopodobnie otruty. Jego pokój zamknięto i prawie nikt już tam nie wchodził, jesion za oknem rósł dalej, a w okolicy zaczęły ginąć zwierzęta...

Przykładowa ilustracja przerażającego drzewa
Brzmi to wszystko fascynująco. Ale okazuje się, że M. R. James wcale nie przedstawił tej historii w interesujący sposób. A i sama fabuła jest dosyć schematyczna i przewidywalna. "Jesion" to relacja z wydarzeń rozgrywających się na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Opowiedziana jednak stylem chwilami tak beznamiętnym, że nie wywołuje wielu emocji. Dodatkowo kolejne wypadki są bardzo łatwe do przewidzenia. Wrażenie wywarł na mnie tylko jeden fragment - zakończenie i ujawnienie tego, czym były tajemnicze stwory zamieszkujące jesion. Może, gdybym naprawdę się ich nie bała, i tutaj pozostałabym niewzruszona. To jednak nie były wiewiórki, jak wydawało się jednemu z bohaterów. I miały znacznie więcej nóg...

"Jesion" to opowiadanie nie wnoszące niczego nowego i nie wywołujące strachu. Trochę szkoda, bo połączenie historii o czarownicy, starym jesionie i niewyjaśnionych zgonach mogło okazać się nadzwyczaj interesujące. To jednak zdecydowanie nie był dobry (w znaczeniu: przerażający) przykład folk horroru. 

Moja ocena: 3,5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
___________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com