poniedziałek, 16 października 2017

Ponure Poniedziałki: Ray Bradbury "Pazdziernikowa kraina"


Opowiadania pochodzą ze zbioru "Pazdziernikowa kraina" (C&T, 2009)


Pazdziernik to piękny miesiąc. Liście zmieniają kolory i wszystko wygląda zupełnie inaczej. Robi się trochę zimniej i może momentami bardziej ponuro, ale... to wszystko ma swój urok. Dodatkowo ten miesiąc jest idealny do czytania horrorów;) Dlatego kiedy Luka z Przestrzeni Tekstu zaproponowała na pazdziernik twórczość (między innymi) Raya Bradbury'ego wiedziałam, że muszę wrócić do tego właśnie zbioru opowiadań. Dzisiaj, trochę nietypowo jak na Ponure Poniedziałki, zapraszam na wpis o trzech tekstach jednego autora - każdy jest inny, a jeden bardziej przerażający od drugiego...


Na początek: "Zbiegowisko".
Zastanawialiście się kiedyś jak to jest, że w miejscach wypadków bardzo szybko zbierają się gapie? Pół biedy, jeśli ten tłum nie przeszkadza poszkodowanym, wzywa służby ratunkowe, a nawet sam jest pomocny. Gorzej, jeśli tłoczy się wokół ofiary wypadku, zabiera jej powietrze... I jak to jest, że bardzo często w tym tłumie widać te same twarze?

Głównym bohaterem tekstu jest mężczyzna o nazwisku Spallner. Miał on wypadek samochodowy, z którego na szczęście wyszedł prawie cało, choć nie obyło się bez wizyty w szpitalu. Bardziej jednak niż dolegliwości fizyczne, Spallnera męczyło coś innego - to wrażenie, że tłum gapiów pojawił się wokół niego prawie natychmiast po całym zdarzeniu. Nie daje mu to spokoju, staje się wręcz obsesją. Zaczyna śledzić informacje o innych tego rodzaju zdarzeniach i dochodzi do zaskakującego wniosku - twarze w tłumie się powtarzają. Ale dlaczego? Czego chcą od ofiar? Kim są? 

To dobre opowiadanie, choć nie takie, które zapadnie w pamięć na dłużej. Chociaż, tak jak w przypadku innych tekstów Bradbury'ego, również i ten jest bardzo niepokojący. Razem z głównym bohaterem zaczynamy się zastanawiać, kim są tajemniczy ludzie, czerpiący taką przyjemność z obserwowania skutków różnych wypadków. Wyjaśnienie nie do końca mnie usatysfakcjonowało, ale... 

...ale kolejnym opowiadaniem, które przeczytałam, był "Pajacyk z pudełka". I tutaj już było o wiele lepiej.

Edwin to chłopiec, który mieszka wraz z matką w ogromnej posiadłości, będącej dla nich całym światem. Dom jest otoczony przez gęsty las, w którym mieszkają Bestie, dlatego Edwin nie może tam chodzić. Nie chce przecież zostać przez nie zgnieciony, jak kiedyś jego ojciec... Dni chłopca mijają na zabawach z matką, nauce w towarzystwie tajemniczej Nauczycielki i zwiedzaniu ogromnego domu. Edwin musi jednak pamiętać, że niektóre drzwi są zamknięte nie bez powodu, do niektórych pomieszczeń naprawdę nie wolno wchodzić. Ale przecież potrzebną mu wiedzę czerpie z opowieści Nauczycielki i z książek. To nic, że wiele tomów ma część stron wyrwanych lub zaklejonych, że tak wielu rzeczy mu nie wolno...

To piękny, wręcz baśniowy tekst. Skrywający tajemnicę, którą nie jest bardzo trudno przejrzeć. Zdecydowanie zrobicie to szybciej niż Edwin. Tytułowy pajacyk z pudełka jest tutaj pewnym symbolem, który również będzie łatwo rozszyfrować. Sam pomysł jednak, jak również i wykonanie, zasługują na najwyższą ocenę. Opowiadanie może wywołać dreszcze, a historia Edwina nie opuści nas jeszcze przez jakiś czas od zakończenia lektury. Przynajmniej tak było w moim przypadku. To połączenie baśniowości z bardzo prozaicznym zakończeniem... niesamowicie spodobał mi się ten pomysł.

Ostatnim tekstem, o którym dzisiaj napiszę, jest "Kosa".

Wszystko zaczęło się bardzo obiecująco: oto mamy rodzinę, która musiała opuścić swoje dotychczasowe miejsce zamieszkania i znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Mieli jednak siebie i mieli środek transportu... przynajmniej do czasu, aż skończyła im się benzyna. Stało się to jednak w pobliżu chatki, otoczonej ogromnym polem pszenicy. Jak się okazało, poprzedni właściciel domku zmarł i teraz rodzina mogła zamieszkać w tym miejscu - mieli dach nad głową, pełną spiżarnię...czego chcieć więcej? Tylko... co z kosą, znalezioną przy martwym staruszku? Co miał znaczyć wyryty na niej napis: Kto mną włada - włada  całym światem! I dlaczego pszenica otaczająca chatę miała takie dziwne właściwości...?

To opowiadanie spodobało mi się chyba najbardziej. Ray Bradbury ponownie świetnie połączył ze sobą elementy baśniowe oraz te bardzo prozaiczne. Mamy więc tajemniczą chatkę, do której bohaterowie trafiają na pewno nie bez powodu. Dziwne zboże, które niedługo po ścięciu gnije, a na drugi dzień wyrasta ponownie. Kosę, która nie jest tylko i wyłącznie symbolem, ale ma konkretne działanie. A to wszystko nie tak daleko autostrady prowadzącej do Kalifornii i stłoczonych na niej aut...

Mam trochę zastrzeżeń co do samego zakończenia, ale nie będę teraz o tym pisać, żeby wszystkiego nie zdradzić. Mimo wszystko, tutaj - tak jak i w poprzednim opowiadaniu - urzekła mnie atmosfera całego tekstu. Oraz niepokój, jaki Ray Bradbury potrafił wprowadzić do wszystkiego, co pisał. To niewygodne uczucie, że pozornie nie dzieje się nic niezwykłego, ale pod powierzchnią codziennych (przynajmniej dla bohaterów) zdarzeń kryje się coś strasznego. Autor udowodnił, że nie trzeba bardzo wyszukanych i fantastycznych pomysłów, żeby wywołać u czytelnika dreszcze. Wystarczy napisać o niezwykłych przypadkach w - wydawałoby się - zwykłym życiu...

Tak, pazdziernik to zdecydowanie najlepsza pora na lekturę opowiadań Raya Bradbury'ego.

Teksty przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
https://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html

_________________
Zródła zdjęć: https://pl.pinterest.com

piątek, 6 października 2017

Mieciu Mietczyński "Wykłady Profesora Niczego"





Autor: Mieciu Mietczyński
Tytuł: "Wykłady Profesora Niczego"
Wydawnictwo: Flow Books
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 316









Znacie kanał Miecia na YouTube? Jeśli nie, odsyłam Was TUTAJ Znajdziecie tam nie tylko materiały dotyczące filmów (Masochista), ale też filmiki, w których Mietczyński omawia epoki literackie i streszcza lektury. I robi to w bardzo niekonwencjonalny sposób... Na przykład tak (chyba łatwo zgadnąć, jakiego dzieła dotyczy fragment streszczenia): 
"pierwotny kandydat na zięcia Orgona przychodzi ze sprutą do swej niedoszłej małżonki, wyrzucając jej, że obiła mu się o uszy wieść o jej zaręczynach z Tartuffe'em. Zamiast jak troskliwy mężczyzna zapytać ukochaną, o co chodzi i czy czasem ktoś nie stwarza problemów wbrew jej woli, zaczyna marudzić, jak to on się czuje oszukany, i w ogóle strzela focha"
Jeśli znaliście już filmy Miecia, język jakim napisana jest książka nie będzie dla Was żadnym zaskoczeniem. Może tylko zdziwicie się, że w książce znalazło się zdecydowanie mniej wulgaryzmów;) Jeśli Miecia nie znaliście, to już wiecie, czego się po nim spodziewać. To podróż przez epoki literackie z Profesorem Niczego, który bardzo dosadnie wytłumaczy Wam, dlaczego na przykład romantyzm był zły i o co chodziło z tym Hamletem. Swoją drogą, liczyłam raczej na streszczenie "Makbeta", który był według mnie zdecydowanie ciekawszy. I jakoś nie było mi zle z tym, że już zdążyłam zapomnieć, co się działo w "Szewcach", a teraz, dzięki tej książce, niestety akurat to pamiętam...;)

"Wykłady Profesora Niczego" mogą się nie spodobać wielu osobom. Widziałam już narzekania, że to powtarzanie treści z YT, że informacje zawarte w książce są zbyt powierzchowne i w ogóle jak to tak... Ale wiecie, mi się podobało. Sam autor też podszedł do tego na luzie i uczciwie przyznał, że tak, to jest kolejna książka youtubera, ale przynajmniej dotyczy konkretnego tematu, sam ją napisał i jest z niej bardzo zadowolony. Nie można traktować jej jak typowego streszczenia czy pomocy szkolnej, nie opanujemy dzięki niej całego materiału, ale w ramach powtórki sprawdzi się bardzo dobrze. Mi Profesor Niczego przypomniał mnóstwo informacji, które już dawno wyleciały mi z głowy, a jednak dobrze mieć o nich jakieś pojęcie (zwłaszcza w moim zawodzie). A że wszystko napisane jest bardzo luznym językiem... W ogóle mi to nie przeszkadza. Przy lekturze bawiłam się świetnie. No i spójrzcie na okładkę: te stare wydania lektur (ok, chyba zakradła się tam jedna nowa książka), paprotka, szklanka z herbatą - wszystko kojarzące się z typową, nudną lekcją języka polskiego i niezbyt interesującym nauczycielem... i w środku tego Miecio, ze swoim zawadiackim uśmiechem. Już to mnie kupiło;)

Podsumowując, to książka dla Was, jeśli:
- lubicie i oglądacie autora na YT,
- już dawno skończyliście szkołę i chcecie odświeżyć swoją wiedzę o literaturze,
- chodzicie do szkoły i chcecie przypomnieć sobie, o co chodziło na przykład w "Weselu",
- przemawia do Was poczucie humoru autora,
- kolekcjonujecie książki youtuberów;)

Swoją drogą, czy są jakieś książki youtuberów, na które właśnie czekacie? Sama chętnie zajrzę do takich tytułów, jak "Cały ten Rock" i "Koszmarne istoty, które spotykasz każdego dnia".

Moja ocena: 4/6
_____________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4745144/wyklady-profesora-niczego
2. https://unsplash.com/photos/9ShzlH_o2Yk

poniedziałek, 2 października 2017

Piotr Nesterowicz "Każdy został człowiekiem"





Autor: Piotr Nesterowicz
Tytuł: "Każdy został człowiekiem"
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 240








"Manipulacja i cenzura nie były najboleśniejszymi formami nacisku władz komunistycznych. Niemniej wywierały istotny wpływ na poglądy i wybory życiowe młodzieży, która na początku lat pięćdziesiątych wkraczała w dorosłe życie"
To właśnie o ludziach, których młodość przypadła na czasy powojenne, opowiada reportaż Piotra Nesterowicza. Poznajemy czwórkę głównych bohaterów: Reginę, Adelę, Mariana i Jana. Ich pamiętniki, które oprócz rozmów z ich rodzinami i znajomymi były głównym źródłem informacji dla autora, zostały opublikowane w dziewięciotomowym zbiorze "Młode pokolenie wsi Polski Ludowej".

Lektura tego reportażu była dla mnie fascynującym doświadczeniem. Książka dotyczy czasów nie tak bardzo odległych, o których jednak nie wiem zbyt wiele. Jak wyglądały próby odbudowy Polski po zniszczeniach wojennych i działania mające na celu utworzenie komunistycznego państwa z wzorowymi młodymi obywatelami? Jakim manipulacjom poddawano młodzież i jak bardzo niektórzy wierzyli w Polskę Ludową i ideały komunizmu? Jak ta ukochana ojczyzna potraktowała ich w dorosłym już życiu? O tych wszystkich sprawach dowiadywałam się na przykładzie głównych bohaterów. Na przykład Mariana, aktywnego członka Związku Młodzieży Polskiej, który w swoim młodzieńczym pamiętniku zapisał między innymi takie przemyślenia: "Będę walczył z miejscową kliką reakcyjnych niedobitków i zrobię wszystko, by wyprowadzić, jeżeli nie całą wieś, to przynajmniej moich rówieśników, z marazmu i niebezpiecznej śpiączki". Albo Reginy, której marzeniem było zostać nauczycielką. Czytałam o tym, jak ideały tych młodych ludzi blakły w porównaniu z prozą codziennego życia, które wcale nie było łatwe w powojennej Polsce. Jak szukali oni swojego miejsca na świecie i kogoś, z kim mogliby przez ten świat iść. Jak bardzo kochali swoją ojczyznę i szczerze pragnęli ciężko pracowac dla jej dobra. Jak dobre mieli intencje i jak często były one koszmarnie wykorzystywane przez obecne władze.

Nie będę tutaj opisywać losów głównych bohaterów oraz innych osób, których historie autor wplótł w swój reportaż. Jeżeli jesteście zainteresowani tamtymi czasami i tym, jak mogło wyglądać codzienne życie pokolenia Waszych dziadków, sięgnijcie po "Każdy został człowiekiem". Dla mnie była to niesamowita lekcja historii.

Tymczasem zostawiam Was z listą marzeń pewnej studentki z tamtych czasów:
"Moja koncepcja szczęścia:

1. Pensja w miarę wystarczająca - około 2 tys. zł.

2. Możliwie porządny typ na "towarzysza życia" (ładne dzieci - co najmniej 2).

3. Mieszkanie - najmniej 2 pokoje.

4. Motor.

5. Pies

i żeby mnie zęby nie bolały"
Moja ocena: 5/6
_________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/298112/kazdy-zostal-czlowiekiem
2. https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Mlodziez.jpg

środa, 27 września 2017

Marek Krajewski "Mock. Ludzkie zoo"






Autor: Marek Krajewski
Tytuł: "Mock. Ludzkie zoo"
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 394







Wrocław, rok 1914. Eberhard Mock, młody i szalenie ambitny policjant, ma problem. Nie wie, jak zakończyć romans z Marią, dziewczyną z którą spotykał się od kilku miesięcy. To dziwne, bo nigdy wcześniej nie miał takich rozterek, A może czas w końcu się ustatkować i zamiast zerwać, powinien się oświadczyć? Targany rozterkami Mock zmierza do mieszkania Marii, aby tam usłyszeć szaloną i przerażającą jednocześnie historię, która będzie początkiem jego kolejnego trudnego śledztwa. Śledztwa, które może go zaprowadzić do prawdziwego piekła na ziemi... 
"- To wszystko przez duchy, Ebi. One są wszystkiemu winne - powiedziała Maria bardzo poważnie. - One mnie zadręczą... Wciąż mnie budzą po nocach... Cienkie dziecięce głosiki, płacz niemowląt..."
Czyżby dziewczyna zwariowała? W końcu słyszenie głosów nie należy do normalnych objawów... Eberhard postanawia jednak wszystko sprawdzić i tak trafia na trop czegoś niezwykle mrocznego. Co kryje się w podziemiach nieczynnego dworca? Kim jest tajemniczy Gad, który wydaje się mieć szerokie kontakty w policji? Co z całą sprawą ma wspólnego wystawa "ludzkie zoo"? I czy cytat z "Jądra ciemności", umieszczony na początku książki, może sugerować że Mock w pogoni za swoim przeciwnikiem wyruszy do samej Afryki...? 

Marek Krajewski jest w świetnej formie. Chociaż nie znam wielu jego książek, polubiłam tego właśnie bohatera, Eberharda Mocka, ze wszystkimi jego zaletami i wadami. Do tych pierwszych należą na przykład ogromna wiedza z zakresu filologii klasycznej oraz nieustępliwość w tropieniu przestępców. Do drugich - pociąg do alkoholu i kobiet, również (a może zwłaszcza) kobiet lekkich obyczajów. To fascynujący bohater, który musi się zmierzyć z niezwykle mrocznymi i skomplikowanymi sprawami, odsłaniającymi wszelkie okropieństwa ludzkiego charakteru.

Akcja powieści toczy się szybko, a Mock w miarę trwania śledztwa odkrywa coraz to nowe fakty i jest coraz bliżej prawdy o ludzkim zoo, okrutnych eksperymentach i miejscu, które nazwane zostało Hadesem. Przy okazji możemy obserwować jego relacje z Marią i wewnętrzne rozterki Mocka na temat dziewczyny i tego, czy powinien się w końcu ustatkować. Do tego bardzo szybko policjant zostanie postawiony przed dramatycznym wyborem: życie matki Marii czy życie dziecka, które uratował z Hadesu i do którego bardzo się przywiązał. Podobała mi się pierwsza część książki, w której akcja rozgrywała się we Wrocławiu. O wiele bardziej jednak przemówiła do mnie druga, dotycząca wydarzeń w Afryce... Wtedy w pełni poczułam, że początkowy cytat z "Jądra ciemności" był naprawdę uzasadniony i przekonałam się (po raz kolejny), że Marek Krajewski potrafi stworzyć niesamowicie mroczną historię, od której ciężko będzie mi się oderwać.

Podziwiam również wiedzę autora, szczególnie tę dotyczącą dawnego Wrocławia. Wszystkie ulice, które przemierza główny bohater i miejsca, w których przebywa, mają swoje odniesienie w rzeczywistości, a czytelnik od razu może zapoznać się z ich współczesnymi nazwami. To doskonały materiał na literacką wędrówkę śladami Eberharda Mocka... Chętnie wybrałabym się na taką wycieczkę, a Wy?

PS. "Mock. Ludzkie zoo" to druga część nowej serii Marka Krajewskiego, poświęconej początkom kariery Eberharda Mocka w policji. O części pierwszej pisałam TUTAJ.

PS2. Jakkolwiek może wydawać się to szokujące, to wiele spraw, o których pisał Krajewski w tej powieści, miało miejsce naprawdę. Informacje o tym znajdziecie w posłowiu.

Moja ocena: 5/6
_________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4662320/mock-ludzkie-zoo
2. Photo by Jack Cain on Unsplash

poniedziałek, 25 września 2017

Ponure Poniedziałki: Clive Barker "Piekielna konkurencja"

Opowiadania można posłuchać TUTAJ
"Tego września na ulice i place Londynu wyszło Piekło"
Tak rozpoczyna się opowiadanie Clive'a Barkera. Opisuje on wyścig, z pozoru niezbyt ważny, którego stawką będzie jednak panowanie nad światem... Otóż w wyścigu tym ulicami Londynu ściga się wielu znanych biegaczy. Swojego reprezentanta wystawiło również Piekło. Jeśli wygra jeden z ludzi, nic się nie stanie. Jeżeli jednak ludzie przegrają... 

To nie był najlepszy wybór opowiadania. Mogłam się przecież spodziewać, że styl Barkera (odpowiedzialnego między innymi za "Nocny pociąg z mięsem") nie przypadnie mi specjalnie do gustu. A może po prostu powinnam sięgnąć po inny tekst tego autora...


Sam pomysł na opowiadanie jest dobry. Bardzo prosty, ale zarazem taki, na którym można zbudować naprawdę przerażającą i pokręconą fabułę. Tymczasem opowiadanie - choć rzeczywiście lekko niepokojące - nie zapada w pamięć na długo. Ot, wyścig ulicami Londynu, piekielne siły, kozie skóry i tajemnicze rytuały w piwnicy. Jedynie opisy tego, co działo się z zawodnikami w trakcie samego wyścigu, wydają mi się nieco ciekawsze. 

"Księgi krwi", czyli zbiory opowiadań-horrorów, z których pochodzi również "Piekielna konkurencja", były jednymi z pierwszych dzieł autora. I to niestety widać. Podobno w pózniejszych książkach jego styl jest już o wiele lepszy. Tutaj być może opowiadanie uratowałby (przynajmniej w moich oczach) jeszcze bardziej rozbudowany opis wyścigu i przeżyć biegaczy. I darowanie sobie tych zwierzęcych skór;) 
Na razie spotkanie z Clivem Barkerem nie było zbyt udane. Napisał on jednak tyle opowiadań, że nie tracę nadziei, że jeszcze znajdę coś dla siebie;)

Moja ocena: 3,5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2" (tekst wydano po raz pierwszy w 1984 roku)
https://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html

________________
Zródło zdjęcia: https://unsplash.com/photos/9fA6CxP0lEE

środa, 20 września 2017

Blake Crouch "Pustkowia"




Autor: Blake Crouch
Tytuł: "Pustkowia"
Tytuł oryginału: "Desert Places"
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 304






"Witam. Na twojej posiadłości znajduje się zakopane ciało, całe we krwi. Nazwisko tej nieszczęsnej młodej damy brzmi Rita Jones. Na pewno widziałeś twarz tej zaginionej nauczycielki w wiadomościach. W kieszeni jej dżinsów znajdziesz kawałek papieru z numerem telefonu. Masz jeden dzień, żeby zadzwonić pod ten numer"
Kiedy pisarz Andrew Thomas znajduje w swojej skrzynce pocztowej powyższy list, początkowo uznaje go za żart. W końcu tworzy kryminały i już niejednokrotnie miał okazję poznać makabryczne poczucie humoru swoich fanów. Jednak coś w tym liście nie daje mu spokoju. Postanawia poszukać ciała... i znajduje je. Jak również numer telefonu w kieszeni ofiary. Od tej pory poukładane życie Andrew zmienia się całkowicie. Kto go prześladuje? Czego chce? I do czego posunie się pisarz, żeby uwolnić się od psychopatycznego mordercy?

Autora kojarzyłam do tej pory tylko z książkami z serii "Wayward Pines" (tak, najpierw były książki, potem serial). "Pustkowia" były jego debiutem i zarazem pierwszą powieścią Croucha, którą przeczytałam. Czy był to debiut udany? Jak najbardziej. Chociaż mam też kilka zastrzeżeń.


Przede wszystkim spodobał mi się tutaj sam pomysł: ktoś śledzi znanego pisarza i dzięki zręcznej intrydze jest w stanie kontrolować wszystkie jego poczynania. Jeśli Andrew Thomas nie będzie słuchał swojego prześladowcy, ten z łatwością wrobi go w swoje zbrodnie lub zlikwiduje jego bliskich. A skoro już o bliskich mowa... tożsamość mordercy była dużym zaskoczeniem, choć autor zdecydował się na jej ujawnienie dosyć szybko. Nie przeszkadzało mi to jednak w odbiorze powieści, wręcz przeciwnie. Bardzo dobrym wątkiem jest również przemiana zachodząca w głównym bohaterze. Myślę, że to jeden z najlepszych elementów całej książki. 

Zakończenie jest dobre, choć wielu czytelnikom nie przypadło ono do gustu. Ja jednak jestem w stanie uwierzyć w taką właśnie zmianę Andrew Thomasa. Ale sama rozwiązałabym to inaczej...
SPOILERY
Mordercą szybko okazuje się być brat blizniak Andrew, który za wszelką cenę chce rozbudzić w pisarzu mordercze instynkty. W powieści nie brakuje też momentów, w których Andrew za pomocą wyobrazni przenosi się w inne miejsca (na przykład będąc uwięzionym w domu na pustkowiu marzy o tym, że jest bezpieczny w swoim domu nad jeziorem, co pozwala mu zasnąć). O ileż ciekawiej byłoby, gdyby Orson, złowieszczy brat blizniak, okazał się tylko i wyłącznie wymysłem głównego bohatera, pozwalającym mu usprawiedliwiać swoje zbrodnie i przerzucać winę na kogoś innego? Taką jego... mroczną połową?;)
KONIEC SPOILERÓW

Ogólnie książkę oceniam naprawdę dobrze. Obok kilku niedopracowanych wątków pojawiają się też te doskonale poprowadzone, a całość trzyma w napięciu. Tytułowe pustkowia odnoszą się nie tylko do domku pośrodku niczego, gdzie przetrzymywany jest Andrew, można je również rozmieć bardziej filozoficznie...
Przeczytałam tę książkę z polecenia Goodreads - szukałam czegoś mrocznego na urlop. I znalazłam!
"Coś istniało tam, w lesie, w mojej głowie, i to wprawiało mnie w niepokój"

Moja ocena: 4,5/6
____________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/94346/pustkowia
2. Photo by Nathan Anderson on Unsplash

poniedziałek, 18 września 2017

Ponure Poniedziałki: Abraham Merrit "Lud z otchłani"

Opowiadania można posłuchać TUTAJ

Dwaj podróżnicy przebywający gdzieś na terenach Alaski, rozbili obóz z widokiem na niezwykłą górę o pięciu szczytach, która swoim kształtem przypominała ludzką dłoń. Kiedy nadeszła noc, mężczyzni zaobserwowali niezwykłe zjawisko: snop światła, które wydobywało się z opisanej góry, a chwilę potem rozpadło na miliony oddzielnych światełek. Ogarnęło ich przerażenie. I właśnie wtedy do ich obozu przybył człowiek. Śmiertelnie zmęczony, poraniony... Opowiedział im, że był w rozpadlinie na dnie góry. Opisał to, co tam zobaczył: schody prowadzące w dół, niezwykłe miasto na dnie otchłani, upiorne światła... prawdziwe piekło. Chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o istotach zamieszkujących otchłań? Nie jestem pewna, czy jest to dobry pomysł...

Autorem tego opowiadania jest Abraham Merrit, żyjący w latach 1884-1943. Był dziennikarzem, a pisanie utworów fantastycznych traktował raczej jako hobby. Przyczynił się do popularyzacji twórczości H.P. Lovecrafta oraz Roberta E. Howarda. Sam tworzył teksty utrzymane w nieco podobnych klimatach.


Wydany w 1918 roku "Lud z otchłani" to opowieść o tajemniczej i przerażającej cywilizacji, zamieszkującej dno pewnej góry gdzieś z daleka od ludzkich siedzib. Te złowróżbne istoty powinny dawno wymrzeć, bo należą raczej do czasów starożytnych. Jednak przetrwały miliony lat i nadal czyhają na nowe ofiary. A jeśli już ktoś wpadnie w ich ręce (a raczej macki lub coś podobnego...), będzie miał olbrzymie problemy z powrotem do świata zewnętrznego. 

Relacja człowieka, któremu pomogli dwaj podróżnicy, jest niezwykle sugestywna i naprawdę może wywołać ciarki. Merrit dobrze wiedział, jak wpłynąć na wyobraznię czytelnika i jakie koszmarne obrazy mu podsunąć, żeby ten jeszcze długą chwilę po lekturze nie mógł się od nich uwolnić. Opowiadanie powinno spodobać się miłośnikom prozy Lovecrafta. I myślę, że idealnie pasuje do wrześniowej odsłony wyzwania "Klasyka horroru 2". Polecam.

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
 __________________________
Zródło zdjęcia: https://en.wikipedia.org/wiki/A._Merritt#/media/File:A._Merrit%27s_Fantasy_Magazine_December_1949.jpg

środa, 13 września 2017

Mary Kay Andrews "Babski wieczór"

Autor: Mary Kay Andrews
Tytuł: "Babski wieczór" 
Tytuł oryginału: "Ladies' Night"
Wydawnictwo: Między Słowami
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 589

Grace to bardzo znana i ogromnie popularna blogerka lifestylowa. Miesza wraz z mężem w prawdziwej rezydencji na zamkniętym osiedlu i na co dzień korzysta z naprawdę ekskluzywnych i drogich produktów (również dzięki reklamodawcom, którzy udostępniają jej różne rzeczy w zamian za promowanie ich na łamach Świata według Grace). Jej życie jest bardzo poukładane i naprawdę szczęśliwie... tak jej się przynajmniej wydaje. Do czasu, kiedy nakrywa swojego męża i asystentkę w garażu w niedwuznacznej sytuacji. Dalej wszystko dzieje się już bardzo szybko: Grace wjeżdża ukochanym samochodem Bena do basenu, ten wzywa policję, sprawa o rozwód zostaje wniesiona do sądu, a kobieta zostaje bez środków do życia - mąż bardzo postarał się, żeby odciąć ją od pieniędzy, rzeczy osobistych oraz bloga, który był jej jedynym zródłem utrzymania. W dodatku Grace zostaje przymusowo wysłana na terapię dla rozwodników. Czy może być gorzej? Wspomnijmy jeszcze, że sędzia prowadzący jej sprawę jest zaciekłym wrogiem kobiet... Jak wyplątać się z tego całego zamieszania, odzyskać stracone rzeczy (i własną godność) oraz rozpocząć życie na nowo? O tym właśnie będzie ta opowieść.

Mary Kay Andrews określana jest przez wydawcę jako mistrzyni ciętej riposty. Przyznaję, że nie do końca zauważyłam to w powieści, a przynajmniej nie bawiła mnie ona tak jak koleżankę, która podczas lektury co chwilę wybuchała głośnym śmiechem. Nie znaczy to jednak, że "Babski wieczór" jest złą książką. O nie.


Właściwie od początku czujemy sympatię do głównej bohaterki. Może nas zrazić pierwsza scena, kiedy Grace komponuje idealną scenerię do zdjęcia na bloga (ale z drugiej strony - kto z nas, blogerów, kiedyś tak nie robił?;) i dostajemy opis jej wspaniałego świata, w którym absolutnie nie ma miejsca na przypadkowość i bylejakość. Jednak już chwilę pózniej, przy opisie zdrady Bena, zaczynamy kobiecie współczuć. Potem towarzyszymy jej przez całą powieść i obserwujemy zmagania Grace z naprawdę niesympatycznym prawie-byłym-mężem, jej próby ponownego poukładania sobie życia, spotkania grupy terapeutycznej i nowe znajomości. I wtedy okazuje się, że Grace to naprawdę niezwykła kobieta, bardzo zdolna i bardzo uparta, która naprawdę zasługuje na kolejną szansę od losu i szczęśliwe życie. Zaczynamy coraz bardziej jej kibicować. Czy nie o to chodziło autorce?

Powieść porusza bardzo trudny i przykry temat, jakim jest rozpad związku i rozwód. Chociaż współczujemy bohaterom, to czasem trudno się nie uśmiechnąć, kiedy poznajemy ich historie (mąż lubiący przebierać się w damską bieliznę i tańczyć do pewnej piosenki oraz załamana żona, która w ramach zemsty wrzuca filmik z takim "przedstawieniem" na YouTube?). W książce nie brakuje też innych - już naprawdę zabawnych momentów - na przykład prób przemycania pieska na terapię grupową (jakoś nikogo nie dziwiła torba, która od czasu do czasu się poruszała i wydawała dziwne dzwięki) czy scen z udziałem zadziornej papugi Landrynki. Jednak ogólnie "Babski wieczór" wydał mi się po prostu powieścią obyczajową, bardzo ciepłą i niosącą optymistyczne przesłanie - nawet jeżeli nasze życie się zawali, możemy wszystko ułożyć sobie na nowo. Musimy mieć jednak ekipę, która będzie nas wspierać. Nawet, jeśli tą grupą będą ludzie poznani na terapii dla rozwodników;)

Nie jest to może niesamowicie oryginalna lektura, ale naprawdę przypadła mi do gustu. Autorka z humorem opowiedziała o trudnych wydarzeniach w życiu swoich bohaterów i oczywiście pozwoliła im na szczęśliwe zakończenie. Dodatkowym atutem "Babskiego wieczoru" są fragmenty, w których Grace zajmuje się dekoracją wnętrz. To może być ciekawa inspiracja do zwrócenia większej uwagi na przestrzeń wokół nas oraz do jej zmian. Albo do pisania bloga! Bo o blogowaniu bardzo dużo możemy w "Babskim wieczorze" przeczytać.

Moja ocena: 4,5/6
_________________
Zródła zdjęć: 
1. Moje własne
2. Photo by Annie Spratt on Unsplash

poniedziałek, 11 września 2017

Ponure Poniedziałki: Robert W. Chambers "Naprawiacz reputacji"

Opowiadania wysłuchałam TUTAJ
"Strange is the night where black stars rise"

Stany Zjednoczone, 1920 rok. Główny bohater opowiadania, o którym wiemy że odbył leczenie psychiatryczne (i który twierdzi, że został niesłusznie wysłany do szpitala), jest zafascynowany sztuką "Król w żółci". Często odwiedza pana Wilde, tytułowego naprawiacza reputacji, a także mieszkających w pobliżu płatnerza i jego piękną córkę, Constance. W Constance zakochany jest kuzyn bohatera, jednak mężczyzna nie może pozwolić na ich małżeństwo. Czy myślicie, że chodzi o nieodwzajemnioną miłość? O nie, tutaj w grę wchodzą zupełnie inne powody. Czym zajmuje się naprawiacz reputacji? O czym jest tajemnicza sztuka, która wywiera niezwykły wpływ na każdego, kto ją przeczyta? I jakie są prawdziwe zamiary głównego bohatera?

To bardzo niepokojące opowiadanie. Obserwujemy w nim narastające szaleństwo głównego bohatera, Hildreda Castaigne. Po raz pierwszy w twórczości Chambersa mamy również do czynienia z "Królem w żółci", sztuką o której będzie wspomniał również w kolejnych swoich tekstach, sztuką podobno szokującą i zakazaną. Do tego możemy zapoznać się z wizją Stanów Zjednoczonych przyszłości (Fakt, tekst dotyczy lat 20. XX wieku. Jednak został wydany w 1895 roku). USA to w niej państwo silne, uporządkowane, takie które nie przyjmuje imigrantów i w którym właśnie otwarto pierwsze komory śmierci - ponieważ władze uznały, że każdy obywatel ma prawo popełnić samobójstwo, jeśli nie jest już w stanie dłużej znosić życia. Komora śmierci nie odgrywa może w opowiadaniu istotnej roli, jednak cały czas jest obecna gdzieś w tle: bohaterowie spacerują w jej pobliżu, mogą zaobserwować ludzi, którzy chcą z niej skorzystać, a narrator (i jednocześnie główny bohater) bardzo często o niej wspomina. To dodatkowy element wzmagający nastrój niepokoju.


Jednak głównym wątkiem, który naprawdę fascynuje czytelnika, jest "Król w żółci". To książka całkowicie zmyślona przez Chambersa, ale w jego opowiadaniach przybiera naprawdę realną postać - znajdziemy w nich cytaty ze sztuki oraz bohaterów, na których przeczytanie tego tekstu pozostawiło prawdziwe piętno. W "Naprawiaczu reputacji" wielokrotnie jest mowa o mieście Carcosa, o czarnych gwiazdach, o żółtym znaku, a także o samej postaci Króla w żółci. Te wzmianki, w połączeniu z narastającym szaleństwem głównego bohatera (które możemy lepiej poznać dzięki pierwszoosobowej narracji) sprawiają, że cały tekst odebrałam jako niezwykle interesujący i wywołujący dreszczyk przerażenia. Naprawdę warto go uważnie przeczytać, tym bardziej że autor zastosował w nim niezwykle ciekawy zabieg: początkowo wierzymy głównemu bohaterowi, jednak bardzo szybko zauważamy oznaki jego szaleństwa. A ponieważ wszystkie wydarzenia poznajemy z jego perspektywy, szybko możemy zacząć kwestionować cały świat przedstawiony...

O Carcosie, Królu w żółci, inspiracjach Chambersa i o tym, kto z kolei inspirował się jego pracami, można pisać bardzo długo. Zachęcam, żebyście sami prześledzili te wątki, najlepiej zaczynając właśnie od "Naprawiacza reputacji", a następnie sięgając po inne opowiadania ze zbioru "Król w żółci". To literackie śledztwo doprowadzi Was do twórczości H.P. Lovecrafta oraz Amrose'a Bierce'a, a także... do serialu "True Detective". Jesteście na to gotowi? 

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
_____________________
Zródło zdjęcia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Repairer_of_Reputations_Chapter_1.jpg

czwartek, 7 września 2017

Frances Gies, Joseph Gies "Życie w średniowiecznym zamku"





Autorzy: Frances Gies, Joseph Gies
Tytuł: "Życie w średniowiecznym zamku"
Tytuł oryginału: "Life in a Medieval Castle"
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 320







"Zanurzamy się w to niechlujne, niebezpieczne i nieprzyjemne, a jednak zarazem tak nieodparcie czarujące życie trzynastego stulecia"

Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądało życie codzienne w średniowieczu? Albo jak budowano zamki i czy w takiej średniowiecznej warowni było miejsce np. na toaletę? Co jedzono w XIII wieku na śniadanie? Jaka była ulubiona rozrywka rycerzy? Na te i wiele innych pytań odpowiada wydana niedawno przez Znak książka małżeństwa historyków, zafascynowanych czasami średniowiecza.

Książka podzielona jest na kilkanaście rozdziałów, a każdy z nich dotyczy innej kwestii związanej z życiem na zamku. Najbardziej podobał mi się ten zatytułowany "Pani zamku", w którym poruszono między innymi temat życia małżeńskiego oraz romansów. Najtrudniej było mi z kolei przebrnąć przez części poświęcone architekturze, polowaniom oraz prowadzeniu wojen.

"Życie w średniowiecznym zamku" jest bardzo ładnie wydane, chociaż nie ukrywam, że liczyłam na twardą oprawę (i się zawiodłam). Ale oprócz wartości estetycznych zawiera również olbrzymią dawkę wiedzy, podanej w przystępny sposób. Chociaż nie jest to książka dla tych, którzy historię omijali do tej pory szerokim łukiem. Za to dla zainteresowanych tematem oraz osób chcących poszerzyć swoją wiedzę i uzupełnić wiadomości pozyskane z innych źródeł będzie idealna. Sprawdzi się również jako prezent dla pasjonatów historii.

Jestem zadowolona z lektury. Chociaż niektóre kwestie naprawdę mnie nie interesowały, o innych czytałam z zaciekawieniem. I nareszcie, choć trochę, miałam szansę wrócić do czytania książek historycznych - co bardzo zaniedbałam już po maturze (i czego żałuję, bo wiele wiadomości już wyleciało mi z głowy - a byłam naprawdę dobra z historii). Szkoda tylko, że autorzy skupiali się głównie na zamkach i zwyczajach angielskich (ewentualnie odnosząc się do całej Europy Zachodniej). Teraz muszę poszukać kolejnej książki, tym razem odnoszącej się do Polski. Chociaż... "Boże igrzysko" już od dawna czeka na półce;)

Moja ocena: 5/6
__________
Zródła zdjęć:

1.  http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4548842/zycie-w-sredniowiecznym-zamku


2. Photo by Megan Sanford on Unsplash

poniedziałek, 4 września 2017

Ponure Poniedziałki: Ray Bradbury "Naznaczona ogniem"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Pazdziernikowa kraina" (C&T, 2009)
"Przez długi czas stali w oślepiającym blasku słońca, obserwując jaśniejące cyferblaty swoich staroświeckich zegarków na łańcuszku, choć cienie chwiały się, słaniały im u stóp, a pod przewiewnymi letnimi kapeluszami pełzły strużki potu"
Dwóch staruszków wpatrujących się w drzwi pewnej kamienicy w upalny, letni dzień. Na kogo czekają? Czy to umówione spotkanie? A może mają zamiar śledzić tę osobę? Co mają z tym wszystkim wspólnego wysokie temperatury oraz narastająca wściekłość? I co się stanie, kiedy termometr wskaże 33 stopnie Celsjusza?

Ponieważ zaczął się wrzesień, postanowiłam wrócić do kojarzącego się z jesienią zbioru opowiadań Raya Bradbury'ego. I zaskoczyło mnie w nim opowiadanie pasujące bardziej do wakacji - o upale oraz o tym, jak działa on na ludzi. Wiadomo przecież, że zbyt wysokie temperatury mogą mieć wpływ na bardziej agresywne zachowania, co potwierdzają badania współczesnych psychologów. Ale już Szekspir pisał, że w tak gorące dni krew nie jest lodem. Nie należy się więc dziwić głównym bohaterom "Naznaczonej ogniem", że są dosyć zaniepokojeni zachowaniem obserwowanej przez nich kobiety. Jeden z nich chce za wszelką cenę zapobiec mogącemu się zdarzyć nieszczęściu. Tylko... czy mu się to uda? I kto w całej tej historii będzie prawdziwym agresorem?


Bardzo lubię opowiadania Bradbury'ego. Nie musiał epatować brutalnością, żeby stworzyć niezwykły, mroczny nastrój swoich tekstów. Tak jak i tutaj. Z pozoru w opowiadaniu nie dzieje się nic, co mogłoby przerażać: ot, wściekła na cały świat kobieta i dwóch staruszków, którzy uparli się, żeby ją śledzić. To brzmi nawet zabawnie. Gdyby nie to, że do końca nie wiemy, co konkretnie złego może się stać. Za to przeczuwamy, że coś wydarzy się na pewno. 

Muszę sobie dozować teksty tego autora. Niektóre są dla mnie niezwykle przygnębiające. Jednak ich ponury klimat i piękny, literacki język (a także tytuł całego zbioru;) sprawiają, że są one świetną lekturą na jesień. Która - przynajmniej dla mnie - rozpoczęła się już z początkiem września;)

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
____________________
Zródło zdjęcia:

środa, 30 sierpnia 2017

William Hope Hodgson "Szalupy z Glen Carrig"





Autor: William Hope Hodgson
Tytuł: "Szalupy z Glen Carrig"
Tytuł oryginału: "The Boats of the Glen Carrig"
Wydawnictwo: C&T
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 162







"Zmierzchające powietrze przepojone było boleściwym jękiem - zauważyłem, że był w nim niezwykły, łkający ton, nad wyraz ludzka nuta w tym rozpaczliwym płaczu [...] gdy nadeszła noc i raptownie gęstniejący mrok, owo dziwne łkanie i szloch ucichło, a po krainie poniósł się nowy dzwięk: odległe, ponure warczenie [...] była tu nuta głodu, wyjątkowo ponura dla ucha. I właśnie to najbardziej ze wszystkich tych niesamowitych dzwięków zasiało w mym sercu przerażenie"
"Szalupy z Glen Carrig" to opowieść człowieka, któremu udało się uniknąć śmierci podczas katastrofy tytułowego statku. Podróżował on wraz z ocalałą częścią załogi w dwóch szalupach, a to, co widzieli podczas tego rejsu, przekraczało granice ludzkiego pojmowania. Najpierw trafili na Ziemię Samotności, na której nie było widać żywych stworzeń, za to w dzień i w nocy rozlegały się przerażające odgłosy. I jeszcze te drzewa, których kora w pewnych miejscach do złudzenia przypominała ludzkie twarze... Pózniej marynarze dostali się na bezludną wyspę, otoczoną morzem wodorostów. A ohydne stworzenia, które w tych wodorostach żyły, były śmiertelnie niebezpieczne. "Szalupy..." to morska opowieść pełna przygód. Macie na nią ochotę?

William Hope Hodgson znał się na morzu i żeglowaniu. Przez osiem lat był marynarzem, podejrzewam więc że wszelkie opisy sztormów oraz spraw technicznych (takich jak ustawianie masztów i rozpinanie takielunku) były przez niego przedstawione z dużą precyzją. Może tylko zbyt szczegółowo... A przynajmniej mi, osobie która nie ma zielonego pojęcia o statkach i żegludze, utrudniały nieco lekturę. Z drugiej strony dodawały one całej opowieści elementu realności. Za to opisy przerażających zjawisk i ohydnych morskich stworzeń znakomicie podkreślały klimat grozy. 


Muszę jednak przyznać, że o wiele bardziej podobała mi się pierwsza część powieści, dotycząca wspominanej już przeze mnie Ziemi Samotności. Miała niesamowity klimat, tym bardziej że nie było do końca wiadomo, kto lub co stanowi zagrożenie dla marynarzy (początkowo zupełnie nieświadomych, w jakie kłopoty się pakują). Dalsze rozdziały, poświęcone opisowi pobytu na wyspie, nie były już dla mnie tak interesujące. Karkołomne próby wydobycia z wodorostów statku, który zauważyli marynarze, powtarzające się codzienne czynności, sumiennie wymieniane przez narratora, a także opis historii miłosnej (w czym Hodgson zdecydowanie nie był zbyt dobry), nie wzbudziły już mojego ogromnego zaciekawienia.

Pomimo tego, że tematyka "Szalup..." nie do końca mi odpowiadała (wszelkie morskie opowieści nie są mi zbyt bliskie, może dlatego że mieszkam w górach;) lektura całości była ciekawym doświadczeniem. Tym bardziej, że - o ile pamiętam - było to pierwsze przeczytane przeze mnie dzieło tego autora, określanego jako "angielski klasyk opowieści grozy". Cieszę się więc, że po nie sięgnęłam. 

Moja ocena: 4/6

Powieść przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
___________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4296672/szalupy-z-quot-glen-carrig-quot
2. Photo by Jeremy Vessey on Unsplash

środa, 16 sierpnia 2017

Magdalena Kalisz "Nic zobowiązującego"





Autor: Magdalena Kalisz
Tytuł: "Nic zobowiązującego"
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 365








"Nigdy nie należałam do tych dziewczyn, które uważają, że jedna wspólnie spędzona z kimś noc świadczy o wielkiej miłości i wróży świetlaną przyszłość we dwoje [...] Nigdy nie zastanawiałam się, co będzie, jeśli poczuję do mężczyzny, z którym się prześpię, coś więcej, bo uważałam, że nigdy, przenigdy nie przywiążę się do osoby, z którą połączył mnie tylko seks [...]
Może powinnam choćby przelotnie o tym pomyśleć"
Milena jest przedszkolanką. Ma własne mieszkanie i rudego kota. Nie ma narzeczonego, z którym rozstała się po czterech latach związku. Nie ma też dużej rodziny, zostali jej tylko brat i babcia. Jej życie toczy się dosyć spokojnie w małym, sennym miasteczku. Do czasu, aż poznaje Adama, który działa na nią jak jeszcze nikt wcześniej. Dziewczyna postanawia chociaż raz w życiu zrobić coś szalonego i ląduje z Adamem w łóżku... a raczej na tylnym siedzeniu jego sportowego samochodu. I od tej chwili nic już nie będzie jak wcześniej...

Zacznę może od tego, że nie raczej nie sięgnęłabym po książkę o podobnej fabule, gdyby nie to, że autorką akurat tej powieści jest moja koleżanka. A moja przyjaciółka (i przyjaciółka tejże koleżanki-autorki) gorąca polecała ten tytuł. Nie miałam więc wyjścia;) Tym bardziej że lubię Magdę i wiem, że naprawdę potrafi pisać, a to co stworzy czyta się z przyjemnością i z uśmiechem. Lepszej rekomendacji nie było mi trzeba.

"Nic zobowiązującego" nie jest typowym romansem. To bardziej skomplikowana historia dziewczyny, która chce ułożyć sobie życie po swojemu (a jest nieco dziwna, przynajmniej jak na obowiązujące powszechnie standardy - cicha, ironiczna, niezbyt kobieca). I w życiu której pojawia się mężczyzna, dla którego traci głowę. Co z tego, kiedy po wspólnie spędzonej nocy Adam przestaje się odzywać, a Milena zostaje sama z milionem myśli i z poważnym zauroczeniem... 


Podobała mi się ta historia. Podobało mi się, że główna bohaterka nie była typem kobiety uganiającej się za wszelką cenę za facetem i że miała swoją godność. Że naprawdę próbowała wybić sobie Adama z głowy. Że gdzieś w tej opowieści pojawiły się problemy ze zdrowiem (i że Milena była na tyle rozsądna, żeby podejrzewać ciążę, chyba jako jedyna bohaterka w podobnej sytuacji - ale czy to faktycznie była ciąża, nie zdradzę), mała dziewczynka i jej samotna matka oraz kolejny mężczyzna, dla którego jednak Milena nie straciła głowy od pierwszego wejrzenia. Od drugiego też nie. Podobało mi się, że bohaterka naprawdę się zmieniła, a przynajmniej zaczęła nieco inaczej patrzeć na inne sprawy i że nie stało się to w jednym momencie, tylko wymagało czasu oraz pomocy innych osób. Podobało mi się też samo zakończenie, które nie było cukierkowe ani przesłodzone, ale które niosło nadzieję, że Milena poukłada sobie życie. I że wszystko będzie dobrze.

Chociaż przyznaję, chwilami rozmyślania głównej bohaterki na temat Adama i tego, dlaczego zachował się tak, a nie inaczej, bywały męczące. Z doświadczenia wiem jednak, że jeśli kobiety nie potrafią zrozumieć facetów, mogą godzinami, dniami, a nawet miesiącami rozkminiać ich zachowanie. I że Magda świetnie wszystko opisała. 

"Nic zobowiązującego" to pełna humoru i dobrze napisana powieść, z niebanalną główną bohaterką. Autorka nie skupiała się na wątku romantycznym (zresztą tak naprawdę romansu tam nie znajdziecie, za to skomplikowane relacje damsko-męskie jak najbardziej) i poruszała inne, czasami trudne tematy. Myślę, że polubicie Milenę, jej zamiłowanie do herbaty (czarnej, z plasterkiem cytryny), jej życzliwe podejście do ludzi (a przynajmniej próby bycia życzliwą), jej ironię i jej rudego kota. 
Pozostaje mi teraz zapytać autorkę, kiedy kolejna książka;) 
I zapytać Was, czy wiecie, co w mowie kwiatów oznaczają stokrotki?

Moja ocena: 4,5/6
__________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4518302/nic-zobowiazujacego
2. Photo by ORNELLA BINNI on Unsplash

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Nocny przypływ"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Nocna zmiana" (Albatros, 2015; pierwsze wydanie ukazało się w 1978 roku)
"I przypływ, nocny przypływ, wzbijający w powietrze rozbryzgi piany, klekoczące nieustannie o brzegi przylądka fale, bezkresne morze"
Grupa młodych ludzi spędza wieczór i noc na plaży. Idealny plan na wakacje, prawda? Gdyby nie to, że ludzkość właśnie została zdziesiątkowana przez epidemię grypy, a bohaterowie opowiadania należą do nielicznych (a być może jedynych) ocalałych. I chociaż jest sierpień, a oni mają całą plażę dla siebie (i mają siebie, a w tej sytuacji to bardzo ważne), wcale nie sprawia to, że czują się lepiej. Ani trochę. 
 "Stanąłem nad samą wodą i rozejrzałem się. Nie zobaczyłem nic z wyjątkiem będących w nieustannym ruchu garbów fal z delikatnymi lokami piany na grzbietach. Powietrze drżało od grzmotu bijącego w brzegi morza - większego niż cały świat; zupełnie jakbym trafił w sam środek burzy z piorunami [...] Nawet jeśli jesteśmy ostatnimi ludzmi, to co z tego? Bez nas świat również będzie toczył się własnym torem"
To bardzo krótki tekst. Ale Kingowi udało się w nim zawrzeć dużo treści. Z pozoru to tylko opis jednego wieczora i jednej nocy z życia ludzi, którym udało się uniknąć epidemii. Z łatwością jednak można wczuć się w sytuację jednego z bohaterów i zarazem narratora opowiadania. Poczuć atmosferę beznadziei, poczuć rezygnację i narastające szaleństwo. Dlaczego to ostatnie? Wystarczy przeczytać, co cała grupa zrobiła ze spotkanym przypadkowo chłopakiem (a więc jednak ktoś oprócz nich jeszcze żył...) To nie miało sensu i było wyjątkowo okrutne, a jednak wszyscy z radością przystali na pomysł, żeby... Resztę musicie doczytać sami.


Opowiadanie nie ma konkretnego zakończenia. Zostawiamy naszych bohaterów w równie beznadziejnej sytuacji, w jakiej ich zastaliśmy (no, może trochę gorszej...). Ale wciąż mają oni siebie i morze, które jest tutaj wyjątkowo ponure jak na letnią porę. I właśnie ze względu na morskie klimaty sięgnęłam po to opowiadanie. 

King doskonale potrafi opisać koniec świata, tym bardziej że robił to niejednokrotnie, zarówno w powieściach, jak i opowiadaniach. W "Nocnym przypływie" znajdziemy zresztą wątek znany z "Bastionu" - King wykorzystał i rozwinął pomysł z tego opowiadania i stworzył znakomitą książkę. Ten krótki tekst to doskonały przerywnik między lekturami utrzymanymi w zupełnie innych klimatach. U mnie świetnie sprawdził się na rozpoczęcie wolnego weekendu. Jak zawsze w przypadku Stephena Kinga - polecam!
"A przypływ bił w brzegi przylądka, bił i bił. Bez końca"

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
 ________________
Zródło zdjęcia:

środa, 2 sierpnia 2017

Colleen Hoover "Confess"




Autor: Colleen Hoover
Tytuł: "Confess"
Tytuł oryginału: "Confess"
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 299








"To niesamowite, że nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo byliśmy samotni i przerażeni, dopóki nie zjawia się ktoś u naszego boku"
Auburn właśnie przeprowadziła się do Teksasu. Znajduje pracę jako fryzjerka, ale jest w naprawdę kiepskiej sytuacji finansowej i bardzo przydałoby się jej dodatkowe zajęcie. Kiedy więc widzi na drzwiach galerii sztuki ogłoszenie "Zatrudnię do pomocy", postanawia zaryzykować. Tak poznaje Owena, młodego, przystojnego i niesamowicie utalentowanego malarza, który jako inspirację do swojej sztuki wykorzystuje anonimowe wyznania innych ludzi. Ta dwójka jest sobą od początku zafascynowana. Ale jeśli spodziewacie się, że będzie to typowa historia miłosna, jesteście w błędzie. Auburn oraz Owen mają za sobą niezwykle trudną przeszłość, ich obecna sytuacja również jest skomplikowana. I chociaż bardzo chcieliby być razem, będą musieli pokonać ogromne przeszkody.

Lubię Colleen Hoover. Wprawdzie "Hopeless" mnie nie zachwyciło i nawet nie doczytałam do końca, za to już "Maybe someday" przeczytałam z zainteresowaniem, a "Ugly love" wręcz pochłonęłam. Po "Confess" spodziewałam się wiele, a otrzymałam... no cóż. 


Zacznijmy jednak od zalet. Pomysł wykorzystania anonimowych wyznań (co ważne: prawdziwych, nie zmyślonych przez autorkę!) jest świetny. Sama historia dwójki głównych bohaterów jest interesująca i naprawdę pokręcona, co tylko dodaje fabule smaczku. Książka podzielona jest na dwie części i tę drugą przeczytałam ze znacznie większym zainteresowaniem...

...ale mimo wszystko nie mogłam się wciągnąć w całą historię. Losy Auburn i Owena, choć tragiczne, nie chwyciły mnie za serce. Zakończenie powieści mnie nie przekonało - wydaje mi się, że wszystko poszło zbyt gładko. Dodatkowo stwierdzenie głównych bohaterów, że zaczęli się w sobie zakochiwać dopiero długo po ich pierwszym spotkaniu i zaryzykowaniu wszystkiego, co dla nich w życiu najważniejsze... Jakoś nie wydaje mi się to wiarygodne. Albo byłaby to miłość od pierwszego wejrzenia, albo tylko fascynacja. Ale dla niej samej Auburn nie powinna całkowicie poświęcać swojej przyszłości, Owen podobnie. Wydało mi się to naprawdę nierozsądne i mało wiarygodne. I jeszcze niektóre wyrażenia opisujące reakcję Auburn na Owena... nie, to nie jest ani fajne, ani wzruszające, ani romantyczne: skóra, która wygląda tak nieskazitelnie, że mam ochotę popędzić za jego ojcem i przybić mu piątkę za spłodzenie tak wzorcowego syna? Naprawdę?

To nie jest bardzo zła książka, po prostu wyjątkowo nie przypadła mi do gustu. W sieci można spotkać jednak głównie entuzjastyczne opinie, więc... chyba sami powinniście się przekonać czy "Confess" się Wam spodoba. Sama chętnie podam tę powieść dalej, może ucieszy kogoś innego;) Nie będę jednak rezygnować z kolejnych książek autorki bo wiem, że zdarzają się wśród nich takie tytuły, którymi jestem absolutnie zachwycona. Szkoda byłoby je przegapić;)

Moja ocena: 3,5/6
_______________
Zródła zdjęć:
1. lubimyczytac.pl/ksiazka/4408249/confess
2. Photo by Mike Petrucci on Unsplash

poniedziałek, 31 lipca 2017

Ponure Poniedziałki: Arthur Conan Doyle "Sprawozdanie J. Habakuka Jephsona"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Dziwne zjawiska" (C&T, 2015).
"W grudniu 1873 roku brytyjski statek Dei Gratia wpłynął do Gibraltaru, holując brygantynę Marie Celeste"
Słyszeliście o sprawie statku Marie Celeste? Wypłynął on z portu w Nowym Jorku 5 listopada 1872 roku. 5 grudnia został dostrzeżony przez załogę Dei Gratia. Miał częściowo uszkodzone żagle. Wszystkie szalupy ratunkowe na miejscu. Nie miał jednak załogi... Do dziś nie wyjaśniono, co tak naprawdę stało się z uczestnikami feralnego rejsu. Zagadka ta jednak fascynuje wiele osób. Musiała również intrygować samego Arthura Conan Doyle'a, skoro ten podjął literacką próbę odpowiedzi na pytanie, gdzie zniknęła załoga Marie Celeste.

Opowiadanie jest - jak sugeruje sam tytuł - sprawozdaniem J. Habakuka Jephsona, który płynął na Marie Celeste w czasie, kiedy wydarzyła się cała historia. Z niego, a także z fragmentów dziennika prowadzonego przez mężczyznę podczas rejsu, możemy poznać całą historię zaginionej załogi. Nie ukrywam, liczyłam na ogromne emocje i byłam mocno zaciekawiona, ponieważ o Marie Celeste słyszałam już dawno temu i była to opowieść wywołująca we mnie lekki dreszczyk. I chociaż nie mam zarzutów co do stylu autora czy sposobu skonstruowania tekstu (oddanie głosu jednemu z bohaterów było tutaj dobrym pomysłem) to całość naprawdę mnie zawiodła. Wyjaśnienie zagadki wydało mi się zbyt... naturalne. Chociaż opowiadanie wywołuje niepokój, to jednak - gdybym sama miała puścić wodze fantazji i wymyślić, co spotkało pasażerów statku - postawiłabym na bardziej fantastyczne rozwiązanie.

Nie znaczy to jednak, że "Sprawozdania..." należy unikać. Spodoba się ono miłośnikom morskich klimatów i opowieści o tym, co nadal pozostaje niewyjaśnione. Jeśli jeszcze nie słyszeliście o zagadce Marie Celeste, poczytajcie najpierw o tym prawdziwym statku, a pózniej przejdzcie do literackiej wersji jego historii. Ciekawe czy spodoba się Wam bardziej niż mnie?

Moja ocena: 4,5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
_________________
Zródło zdjęcia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Mary_Celeste#/media/File:Mary_Celeste_engraving.jpg

środa, 19 lipca 2017

JP Delaney "Lokatorka"




Autor: JP Delaney
Tytuł: "Lokatorka"
Tytuł oryginału: "The Girl Before"
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 416








"Mieszkać tutaj... to trochę tak, jakby zostać uwięzioną w jego głowie"

W domu przy Folgate Street 1 mieszkała kiedyś Emma. Przeszła niezwykle trudną weryfikację, jakiej podlegają wszyscy potencjalni lokatorzy. Zgodziła się też na dziwne warunki wynajmu: żadnych książek w domu, żadnych ozdób, żadnych zwierząt, utrzymywanie nieskazitelnego porządku, wypełnianie od czasu do czasu kolejnych formularzy (przypominających ten weryfikacyjny) wyglądających bardziej jak psychotesty... Nie trwało to jednak długo. Emma już nie żyje.
W domu przy Folgate Street 1 chce zamieszkać Jane...

Pomysł na fabułę jest intrygujący. Dwie lokatorki tego samego domu, które łączy nie tylko miejsce zamieszkania, ale również więź z właścicielem Folgate Street 1 oraz niezwykłe podobieństwo fizyczne. Wiemy od początku, że Emma już nie żyje, a jej miejsce chce zająć Jane. Czy ona również zginie? I kto zabił Emmę? Chętnie podejrzewamy Edwarda, właściciela budynku. Ale im dłużej czytamy, tym więcej skrywanych do tej pory faktów wychodzi na jaw, a cała historia staje się coraz bardziej skomplikowana.

Bardzo spodobała mi się konstrukcja książki: rozdziały pisane są naprzemiennie z perspektywy Emmy oraz Jane. Powoli poznajemy wszystkie wydarzenia, od tego co doprowadziło do przeprowadzki obu kobiet, przez ich próby przystosowania się do nowego domu i panujących w nim warunków oraz ich rozwijającą się znajomość z Edwardem. Zauważamy pewne schematy i mnóstwo podobieństw ich sytuacji. Z czasem jednak widzimy coraz więcej różnic.

"Lokatorka" to bardzo dobry thriller psychologiczny, którego zakończenie... trochę mnie rozczarowało. Spodziewałam się czegoś innego, może nawet bardziej oczywistego, a to co otrzymałam mnie nie zachwyciło. Wiem jednak z dobrych źródeł, że nie wszyscy są tego samego zdania, co ja;)

Tak czy inaczej powieść JP Delaney zasługuje na uwagę - pomysł i wykonanie są bardzo dobre, a pewne wątki na długo zapadają w pamięć. Czy bylibyście zdolni zostawić większość swoich rzeczy i zamieszkać w niezwykle pięknym, surowym i nowoczesnym wnętrzu domu przy Folgate Street 1? Co byście dzięki temu zyskali? A co moglibyście stracić...?

Moja ocena: 4,5/6
_____________
Zródło zdjęć:
1.  http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4461437/lokatorka
2. unsplash.com

poniedziałek, 17 lipca 2017

Ponure Poniedziałki: Arthur Conan Doyle "Kapitan Gwiazdy Polarnej"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Dziwne zjawiska" (C&T, 2015)
"Wciąż sprawia wrażenie trochę roztargnionego, jednak w jego oczach pozostał wyraz szaleństwa, jaki góral ze szkockich wyżyn uznałby za znak nawiedzenia"
Tak w swoim dzienniku opisywał tytułowego kapitana statku "Gwiazda Polarna" John McAlister Ray, jeden z uczestników wyprawy, lekarz pokładowy. Faktycznie, w zachowaniu kapitana było coś osobliwego. Przez większą część czasu był nadmiernie nerwowy i pobudzony, wypatrywał czegoś na horyzoncie - i czasami to dostrzegał, choć chyba tylko on... Mówił do siebie i nikogo nigdy nie wpuszczał do swojej kajuty. Jeśli dodamy do tego fakt, że "Gwiazda Polarna" pozostawała uwięziona przez lód, powoli wyczerpywały się zapasy jedzenia, a załoga podobno widywała w pobliżu statku niezwykłą, białą postać, zawodzącą przerazliwie i przyprawiającą samym swoim widokiem o dreszcze... Będziemy już wiedzieć, że "Gwiazda Polarna" i przebywający na niej marynarze znalezli się w naprawdę nieciekawej sytuacji.
"Czy ktoś kiedykolwiek znalazł się w położeniu takim jak ja, między oszalałym kapitanem i oficerem widującym ducha?"
Opowiadanie jest bardzo dobre. Arthur Conan Doyle świetnie wczuł się w klimat i niezwykle sugestywnie opisał sytuację marynarzy uwięzionych przez lód i nawiedzanych przez ducha, dodatkowo zmuszonych do poradzenia sobie z kapitanem, który najwyrazniej pogrążał się w szaleństwie. Fragmenty dotyczące pojawiania się tajemniczej zjawy oraz opisy przyrody zagrażającej człowiekowi należą do najlepszych w całym tekście. W kontraście do nadnaturalnych zjawisk pozostaje przekonanie lekarza okrętowego, że wszystko to są wymysły zabobonnych marynarzy. McAlister jest niezwykle racjonalny i trzezwo myślący, stara się wytłumaczyć wszelkie dziwne zjawiska w bardzo przyziemny sposób. Niepokoją go jedynie warunki pogodowe oraz zachowanie kapitana. Jednak do czasu...

Dodatkowym atutem opowiadania jest jego zakończenie. Przyznam, że byłam nim trochę zdziwiona. Ale pomysł na taki, a nie inny finał całej historii, okazał się świetny. Pozostawia nam pole do domysłów i sprawia, że jeszcze przez jakiś czas po skończeniu lektury będziemy się nad nią zastanawiać. 

Chcecie poznać Arthura Conan Doyle'a od trochę innej strony, nie tylko tej związanej z Sherlockiem? Chcecie się przekonać, jak dobry był w kreowaniu atmosfery grozy i jaka była historia kapitana "Gwiazdy Polarnej" oraz jego załogi? I kim - albo czym - była nawiedzająca marynarzy zjawa? Bardzo zachęcam do lektury! Nie tylko miłośników morskich klimatów;)

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
 _______________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

niedziela, 9 lipca 2017

Carrie Denny "Panna młoda. Instrukcja obsługi"


Autor: Carrie Denny
Tytuł: "Panna młoda. Instrukcja obsługi"
Tytuł oryginału: "The Bride's: Instruction Manual"
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 223

"Jeśli kiedykolwiek poczujesz, że to cię przerasta - zrób sobie przerwę. Idz na spacer albo randkę ze swoim przyszłym - i nie rozmawiajcie o ślubie! Pamiętajcie, że nie ma reguł, nieważne, co jest modne a co nie. Ślub ma wyglądać tak, jak ty sobie tego życzysz. I choć to na pewno wielki dzień, to jednak tylko... jeden dzień. Tak naprawdę jednak planujesz przecież coś ważniejszego: cudowną resztę życia ze swoim ukochanym"
Te słowa zawarte we wstępie ostatecznie przekonały mnie po sięgnięcia po najnowszą książkę z serii "Instrukcja obsługi". Oraz to, że aktualnie planuję własny ślub (i dlatego nie ma mnie w blogosferze). Liczyłam na to, że dowiem się o najważniejszych rzeczach związanych z organizacją ślubu. I faktycznie, otrzymałam rzetelny poradnik, w którym w krótki, przystępny i żartobliwy sposób opisano kwestie nurtujące przyszłą pannę młodą. Szkoda tylko, że część tekstu dotyczyła typowego amerykańskiego wesela... Nie ma się co dziwić, w końcu autorka pochodzi z USA i pisała na podstawie własnych doświadczeń. Nie zastosuję jednak wszystkich rad zawartych w tej książeczce przy organizacji mojego wesela gdzieś w bieszczadzkiej wsi :P Trochę szkoda.

Ale i tak "Panna młoda. Instrukcja obsługi" okazała się dosyć przydatna. Wiem już na przykład, o co zapytać fotografa przed podpisaniem umowy. Bardzo szybko przeszłam też od poziomu "nie znam się na kwiatach i nie wiem, jaki chcę bukiet" do "ten będzie idealny!". Wystarczyło kilka stron, na których autorka opisuje typy bukietów i rodzaje najczęściej wykorzystywanych kwiatów oraz rozmowa z Mamą na temat jej bukietu ślubnego. I wpisanie w google na chybił trafił frazy "bukiet ślubny frezje" ;)

Jeśli znacie już książeczki z serii "Instrukcja obsługi", będziecie wiedzieć, czego mniej więcej się spodziewać. A jeżeli dodatkowo macie zająć się organizacją swojego wesela i nie macie pojęcia jak zacząć i co z tym wszystkim zrobić, ten poradnik będzie bardzo przydatny. Trzeba tylko pamiętać, że nie wszystkie zawarte w nim rady mogą się odnosić do polskich realiów. Chociaż... kto Wam zabroni zorganizować ślub i wesele w amerykańskim stylu? To przecież Wasz dzień;)
Autorka bardzo rozsądnie podchodzi do tematu (co widać już po umieszczonym przeze mnie na początku cytacie). Na końcu książki znajduje się też aneks, a tabele w nim zawarte pomogą sprawnie sporządzić listę gości, wybrać odpowiednich dostawców oraz podliczyć wszystkie wydatki. 


Podsumowując: książka mi się przydała, a ponieważ jestem dopiero na samym początku planowania wesela, na pewno jeszcze z niej skorzystam. Chociaż przyznaję, że po lekturze odczuwam pewien niedosyt i z chęcią sięgnęłabym po inne tytuły o podobnej tematyce, tym razem bardziej związane z polskimi realiami. Może ktoś coś poleci?

PS. Istnieje też książka "Pan młody. Instrukcja obsługi", przeznaczona dla przyszłych panów młodych. Tylko ją przeglądałam, ale wygląda naprawdę interesująco. Nie testowałam jej na narzeczonym (i raczej nie będę tego robić), ale polecam wszystkim mężczyznom zainteresowanym tematem;)

Moja ocena: 4/6
___________________
Zródła zdjęć:
1. Własne
2. i 3. Ilustracje z wydania oryginalnego, pochodzą ze strony pinterest.com