Stanisław Lem "Śledztwo"

Stanisław Lem "Śledztwo"





Autor: Stanisław Lem
Tytuł: "Śledztwo"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2016 (pierwsze wydanie: 1959 r.)
Liczba stron: 288








Porucznik Gregory prowadzi śledztwo. Jest ono niezwykle trudne, bo dotyczy bardzo nietypowych zdarzeń: z kostnic znikają zwłoki. Wszystko wskazuje na to, że nie chodzi o kradzież, że zwłoki nagle, w środku nocy, po prostu zaczynają się poruszać, wstają i wychodzą... Brak śladów włamania, brak śladów obecności innych osób - poza zmarłymi. Wygląda to na działanie sił nadnaturalnych. Ale Gregory nie chce przyjąć tego do wiadomości - jako policjant musi znaleźć realnego sprawcę i wyjaśnić niezwykłe zdarzenia w przyziemny sposób. Czy mu się to uda?

Książka imituje klasyczny angielski kryminał. Imituje, gdyż pod tą konstrukcją kryje się inna, o wiele poważniejsza opowieść. Jak pisze w posłowiu Jerzy Jarzębski, "Śledztwo" przepełnione jest nieokreślonym bólem i niewygodą, a jego bohaterowie cierpią z powodów, których na pierwszy rzut oka nie widać.

Sięgnęłam po tę książkę ze względu na wyzwanie "Klasyka horroru 2". Czy w powieści kryminalnej, będącej tak naprawdę czymś o wiele więcej, pozycją zawierającą rozważania filozoficzne i odniesienia do stanu współczesnej autorowi nauki, mogło być miejsce na horror? Jak już przekonaliście się, czytając pierwszy akapit: tak. Lem do literatury grozy nawiązuje już samym pomysłem na serię tajemniczych wypadków: oto zwłoki zdają się same wstawać i wychodzić z kostnic. Od razu na myśl przychodzą zombie, co zresztą zdaje się potwierdzać opis naocznego świadka: nogi mu się rozjeżdżały, a tak się kiwał, panie doktorze, jak pijany, na boki cały chodził i stukał, jak ślepy kijem stuka, a on to tak rękami. Wyjęte z horrorów zdają się być też okoliczności samych tych zdarzeń: środek nocy, kostnice przy cmentarzu, oddalone od ludzkich siedzib, mgła... Pod tym względem "Śledztwo" prezentuje się bardzo obiecująco.

To intrygująca powieść, którą można rozpatrywać na wielu różnych poziomach. Nie czuję się jednak na siłach, żeby rozkładać ją na czynniki pierwsze. Prawdę mówiąc, czytało mi się ją niezwykle ciężko. Może to ze względu na konstrukcję fabuły, na sposób prowadzenia śledztwa przez głównego bohatera i na jego gubienie się w hipotezach i domysłach - co było męczące i dla Gregory'ego i dla mnie. A może to przez wydarzenia z mojego życia prywatnego, które nie pozwalają mi się skupić na niczym innym;) W każdym razie lektura okazała się za ciężka, przynajmniej w tym momencie. Nadal wolę Lema z "Bajek robotów" czy historii o pilocie Pirxie. Mniej ambitnie, ale cóż, kiedy sprawia mi to przyjemność...

Moja ocena: 4/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
__________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/313006/sledztwo
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Jerzy Siewierski "Zwierciadło Wenus"

Ponure Poniedziałki: Jerzy Siewierski "Zwierciadło Wenus"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Sześć barw grozy" (Wydawnictwo Polskie, 1985 r.)

Timoteo to młody i zdolny uczeń wielkiego mistrza zajmującego się magią. Jednak tą dobrą odmianą magii, nieszkodliwą. Cóż z tego, kiedy mistrz Bartolomeo ma w swoich zbiorach przedmiot, który może wyrządzić wiele złego. A Timoteo, zwiedziony pięknością sławnej kurtyzany, która właśnie przybyła do miasta, ulegnie jej prośbom i za wszelką cenę będzie chciał zdobyć tajemnicze zwierciadło Wenus...

Po raz pierwszy spotkałam się z prozą Jerzego Siewierskiego. I jestem mile zaskoczona. "Zwierciadło Wenus" to utwór otwierający zbiór "Sześć barw grozy". Groza przedstawiona w tym opowiadaniu wynika z ludzkich przywar: próżności kurtyzany, która chce przejrzeć się w zwierciadle Wenus, dzięki czemu będzie jeszcze piękniejsza oraz niepohamowanej żądzy młodzieńca, który za wszelką cenę chce posiąść wdzięki tej kobiety. Dla niej gotowy jest zrobić wszystko, nawet zabić. Ta miłość, a raczej obsesja i żądza, zaburzają mu zdolność jasnego myślenia. 


"Zwierciadło Wenus" to dobre opowiadanie, choć nie wywoła ono u czytelnika przerażenia. Odsłania za to jedną z ciemnych stron ludzkiej natury i czyni to w interesujący, a także niepozbawiony humoru(!) sposób. Wystarczy tylko przytoczyć słowa mistrza Bartolomeo, który zauważył roztargnienie zakochanego ucznia: Smucisz mnie, Timoteo - rzekł - jesteś blady, roztargniony i mylisz przypadki deklinacyjne.

Chociaż nie odnalazłam w tym tekście zbyt wiele grozy (poza samym zakończeniem, które było jednak łatwe do przewidzenia), zaostrzył on mój apetyt na kolejne opowiadania ze zbioru. A ponieważ każde ma innych bohaterów i opisuje inne wydarzenia (oraz inne barwy grozy) może być naprawdę ciekawie!

Moja ocena: 4/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
__________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

Władysław St. Reymont "Wampir"

Władysław St. Reymont "Wampir"





Autor: Władysław St. Reymont
Tytuł: "Wampir"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2012 (pierwsze wydanie: 1911)
Liczba stron: 289








Zenon, polski emigrant mieszkający w Londynie, ma piękną angielską narzeczoną i odnosi sukcesy literackie. Szczęście, prawda? Dopóki nie zaczyna się nim interesować tajemnicza miss Daisy, której magnetyczny wpływ przyciąga mężczyznę i sprawia, że ten może wpaść w sidła prawdziwego zła. Nie trzeba było iść na ten seans spirytystyczny...
"Wszystkie światła pogasły; tylko między oknami w zielonawej, kryształowej kuli mżył się rozpierzchły, ledwie dojrzany płomyk, jak gdyby świętojański robaczek trzepoczący się w ciemnościach"
Sceny grozy opisane takim językiem to prawdziwa gratka. Chociaż trzeba przyznać, że "Wampir" może być momentami trudny w odbiorze. Zwłaszcza w przypadku opisów niezwykłych stanów świadomości, jakich doświadczał Zenon. Czytelnik może się nieco zagubić... razem z głównym bohaterem. Przynajmniej ja czasem się tak czułam. Może tylko ja? 

Ale przyjrzyjmy się bliżej fabule powieści. Mamy tu do czynienia z wieloma, równie interesującymi wątkami. Na pierwszy plan wysuwa się postać Daisy, rudowłosej femme fatale o magnetycznym spojrzeniu. Jej wpływ może okazać się zgubny dla Zenona. Zwłaszcza, że Daisy nie jest zwykłą kobietą: bierze udział w dziwnych, satanistycznych rytuałach, bywa widziana w kilku miejscach jednocześnie, a jej zachowanie ma na Zenona taki wpływ, że mężczyzna zapomina o całym świecie i rzuca wszystko, posłuszny jej rozkazom. W porównaniu do tej postaci narzeczona głównego bohatera, Betsy, wypada niezwykle blado. To młoda Angielka, słodka i wesoła, bardzo zakochana w swoim "mr Zen". Nie ma jednak szans w starciu z Daisy. A kiedy pojawia się trzecia kobieta, również bardzo ważna dla Zenona... Cóż, nie będę zdradzać wszystkiego. Postaci kobiece są tu jednak ważne i bardzo zróżnicowane. 

Kolejny interesujący element powieści to miasto: mglisty, ponury Londyn. Reymot przedstawił go w tak przygnębiający sposób, że nie chcielibyście nigdy tam pojechać. Chyba, że lubicie totalny brak słońca, wieczny deszcz i wszechobecną mgłę. Mgła pojawia się prawie na każdej stronie tej książki. Nawet, kiedy w końcu zdarza się jeden pogodny dzień, to i tak nie możemy się całkiem od niej uwolnić (dzień był wyjątkowo pogodny, ciepły i suchy [...] pierwszy zmierzch już opadał niebieskawymi mgłami"). Nie da się ukryć, że takie miasto to idealna sceneria dla horroru. 

I wreszcie wątki paranormalne. Seanse spirytystyczne, okultyzm... Reymont interesował się podobnymi zagadnieniami, poznawał je również podczas swojego pobytu w Londynie i dał temu wyraz właśnie w "Wampirze". 

Nie można zapomnieć o jeszcze jednym aspekcie "Wampira" - tęsknocie za ojczyzną. Ojczyzną porzuconą przez głównego bohatera (który miał jednak ważny powód) i na co dzień jakby zapomnianą. Jednak od czasu do czasu tęsknota daje o sobie znać: a to Zenon podczas szaleńczych wędrówek po Londynie spotka rodaków, a to dostanie list od kogoś z Polski, kto akurat jest na miejscu i koniecznie pragnie się z nim spotkać... 

"Wampir" to niezwykła powieść, nietypowa w porównaniu do reszty twórczości Władysława St. Reymonta. Łączy w sobie wiele wątków, jednak na pierwszy plan zdecydowanie  wysuwają się elementy grozy: okultyzm, postać tajemniczej Daisy (tytułowego wampira, ale czy na pewno w klasycznym rozumieniu tego słowa?), która może doprowadzić głównego bohatera do zguby... 

Dla mnie "Wampir" był momentami bardzo trudny w odbiorze ze względu na styl, jakim został napisany. Długie zdania, opisy dziwnych rytuałów i wizji doświadczanych przez Zenona, duszna (i mglista!) atmosfera... To specyficzna powieść, którą można długo analizować. Sama nie czuję się na siłach, żeby zrobić to dobrze. Tak czy inaczej, było to interesujące spotkanie z polską literaturą grozy. A postać Daisy zapadnie mi w pamięć na długo.

Powieść przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html

Moja ocena: 4,5/6
_______________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/157941/wampir
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Aleksander Groza "Biała róża Pinettiego"

Ponure Poniedziałki: Aleksander Groza "Biała róża Pinettiego"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Polska nowela fantastyczna. Ja gorę" (Wydawnictwo ALFA, 1983)

Starszy mężczyzna: magik, sztukmistrz, znany na całym świecie. I piękna, młoda kobieta: jego muza, jego ukochana, jego żona. Są razem, ale pod jednym warunkiem: ona nie może nigdy wnikać w kulisy zawodu męża, nie może dopytywać jakim sposobem wyczynia on takie dziwne rzeczy i skąd czerpie swoje moce. A jeśli nie wytrzyma, jeśli będzie zbyt ciekawa...?

Do przeczytania tego tekstu skłoniły mnie (oprócz oczywiście tematyki wyzwania "Klasyka horroru" na ten miesiąc;) nazwisko autora i sam tytuł opowiadania. Powiedzcie sami: czy "Aleksander Groza" nie brzmi jak wymarzone nazwisko dla twórcy horroru? Jak się jednak okazuje, książki nie można wybierać nie tylko po okładce czy tytule, ale także po nazwisku autora...;)

Sam tekst jest interesujący ze względu na ogólny zarys historii. Wykorzystuje on motyw znany między innymi z baśni o Sinobrodym. I oczywiście, jak to w podobnych opowieściach bywa, żona nie słucha ostrzeżeń męża i odkrywa jego sekret, co prowadzi do tragicznych konsekwencji. Mimo wszystko tajemnica nie jest na tyle oczywista i wstrząsająca, żeby przykuć na dłużej uwagę czytelnika. Jeśli o to chodzi, wyczuwam niewykorzystany potencjał. Za to najciekawszymi fragmentami tekstu są opisy magicznych sztuczek Pinettiego, którego charakteryzowało przy okazji duże poczucie humoru.

Jeśli szukacie grozy - tej prawdziwej, nie tylko z nazwiska - to opowiadanie możecie spokojnie pominąć. Nie dajcie się zwieść, tak jak ja;)

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html

Moja ocena: 3/6
_____________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com
Katharine McGee "Tysiąc pięter"

Katharine McGee "Tysiąc pięter"





Autor: Katharine McGee
Tytuł: "Tysiąc pięter"
Tytuł oryginału: "The Thousandth Floor"
Wydawnictwo: Moondrive
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 414







Nowy Jork, 2118 rok. Nad miastem góruje ogromna Wieża. Ma tysiąc pięter i jest w niej wszystko, czego potrzeba do życia: mieszkania, szkoły, sklepy, restauracje, parki... Mieszka w niej mnóstwo ludzi. A im więcej mają pieniędzy, tym wyższe piętra zajmują. W tym świecie bogatych i rozpuszczonych nastolatków z najwyższych pięter oraz biednych młodych ludzi ze slumsów na najniższych poziomach jest ktoś, kto może poznać wszystkie ich sekrety. I wykorzystać je przeciwko nim. 

Powieść jest podzielona na rozdziały, skupiające się na poszczególnych bohaterach. Mamy więc na przykład Avery, nieziemsko piękną dziewczynę, której uroda została genetycznie zaprogramowana. Wraz z rodzicami i bratem mieszka na tysięcznym piętrze, tym najlepszym i najbardziej prestiżowym. Ma mnóstwo adoratorów, ale tak naprawdę kocha tylko jednego: swojego przyrodniego brata... Jest tu również Leda, szaleńczo zakochana w Atlasie, bracie Avery. Jest Eris, która z dnia na dzień dowiaduje się, że nagle stała się biedna i musi przeprowadzić się ze szczytu Wieży na jedno z najniższych pięter. Jest Rylin, dziewczyna mieszkająca prawie na samym dole, która zaczyna pracę u bogatego chłopaka i się w nim zakochuje. Problem w tym, że Rylin już kogoś ma i jakoś zapomniała powiedzieć o tym pracodawcy... To tylko część bohaterów. Ich losy splatają się ze sobą, często w najmniej oczekiwany sposób. Podobał mi się ten zabieg zastosowany przez pisarkę. 


Trzeba pamiętać, że w "Tysiącu pięter" najważniejsze nie są elementy fantastyczne (które swoją drogą ograniczają się do tego, że ludzie dysponują lepszą technologią niż my teraz), lecz wątki obyczajowe. Książka jest pełna sekretów i intryg, każdy coś ukrywa, a tajemnice bohaterów bywają naprawdę szokujące. Momentami może to męczyć czytelnika (coś jak "Moda na sukces" w wersji dla nastolatków;) ale przyznaję, że ogólnie mi się podobało - takiej lektury potrzebowałam. Wciągającej, lekko napisanej, nad którą nie trzeba się szczególnie zastanawiać. 

"Tysiąc pięter" powinno spodobać się miłośniczkom seriali "Plotkara" i "Pretty Little Liars". Tym, którzy lubią pokręcone historie o nastolatkach. Takie, w których aż roi się od sekretów. Sama dobrze się przy tej książce bawiłam i czekam na kolejną część - bo to wcale nie koniec historii. Muszę jeszcze wspomnieć o zabiegu, jaki zastosowała autorka: na samym początku dowiadujemy się, że w czasie imprezy jedna z dziewczyn spadła z samego dachu Wieży. Która to z bohaterek? Jak do tego doszło? Żeby się dowiedzieć, musimy przeczytać. Jak dla mnie - to świetna zachęta;)

Moja ocena: 4,5/6
_______________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4236367/tysiac-pieter
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Stefan Grabiński "Zemsta żywiołaków (Legenda strażacka)"

Ponure Poniedziałki: Stefan Grabiński "Zemsta żywiołaków (Legenda strażacka)"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Demon ruchu i inne opowiadania" (Zysk i S-ka, 2011)

W tym miesiącu w wyzwaniu "Klasyka Horroru 2" gości polska groza. Przygotujcie się więc, że opanuje ona majowe Ponure Poniedziałki;) Oczywistym wyborem było sięgnięcie po opowiadania Stefana Grabińskiego. Mniej oczywistym, że tym razem tekst nie dotyczy kolei. Pozostajemy w tematyce strażackiej! Poczytajcie...

Antoni Czarnocki był zasłużonym naczelnikiem straży pożarnej. Praca była jego całym życiem, a walkę z pożarami uczynił swoją najważniejszą misją. Przez lata doświadczeń i obserwacji udało mu się ustalić, że jeśli zaznaczy na mapie miejsca pożarów i połączy je ze sobą, stworzą one niezwykłe obrazy: przeważnie kształty małych, śmiesznych stworzeń, które czasem przypominały wyglądem swym dzieci-potworki, kiedy indziej zbliżały się raczej do typu zwierzaków. Były to żywiołaki, zabawiające się wywoływaniem pożarów. A ponieważ Czarnocki z pożarami walczył, szybko stał się obiektem zemsty tajemniczych stworzeń. I chociaż nie miały łatwo, bo naczelnik straży mógł się pochwalić niezwykłą odpornością na ogień (wśród największej pożogi, wśród orgii płomieni mógł przechadzać się bezkarnie bez najlżejszego choćby poparzenia) to wymyślały coraz to nowe sposoby, żeby mu dokuczyć. I nie były to tylko niewinne żarty... W końcu musiało dojść do poważnej konfrontacji.


Przyzwyczaiłam się do Stefana Grabińskiego i jego horroru kolejowego (który bardzo lubię i o którym często piszę). Teraz miałam okazję poznać go od nieco innej strony. Jednak... czy naprawdę innej? Nie da się nie zauważyć podobieństw w konstrukcji tego opowiadania do innych tekstów Grabińskiego. Mamy tutaj wybitnego przedstawiciela swojego zawodu, żyjącego pracą i żywo zainteresowanego różnego rodzaju katastrofami. Dzięki wieloletniej obserwacji dochodzi on do wniosku, że pożary układają się w pewien wzór. I robi wszystko, żeby z nimi walczyć. Czy nie przypomina to na przykład opowiadania "Fałszywy alarm", gdzie naczelnik stacji kolejowej odkrywa wzór pozwalający mu przewidzieć, gdzie dojdzie do katastrofy kolejowej i za wszelką cenę próbuje zapobiec kolejnym wypadkom? Czy żywiołaki nie są w jakimś sensie podobne do smolucha? Te podobieństwa zupełnie jednak nie przeszkadzają w odbiorze. To po prostu bardzo charakterystyczny dla Grabińskiego styl pisania. Nie można przy tym zapominać, że każde opowiadanie tego autora - chociaż często mają wspólne cechy - jest jednak inne, różni się istotnymi szczegółami i bardzo często zaskakuje zakończeniem. 

Interesujące jest tutaj przedstawienie żywiołaków ognia: to złośliwe stworzenia przybierające różne kształty, uprzykrzające życie głównemu bohaterowi. Początkowo może wydawać się, że to takie szkodliwe, ale raczej śmieszne potworki, których działalność ogranicza się do wywoływania pożarów, zrzucenia na Czarnockiego jakiejś belki w czasie akcji ratunkowej, wypełnienia mu mieszkania nieprzyjemnym zapachem albo "wysyłania" listów z pogróżkami (węgielki w kształcie literek wyjmowane z domowego paleniska). Ciężko się nie uśmiechnąć, kiedy poznajemy ich imiona: żarnik, pełgot, czerwieniec, wodopłoch i dymostwór. Jednak zakończenie i tytułowa zemsta żywiołaków jest już zdecydowanie bardziej spektakularna. Grabiński nie zawodzi. Również pod względem językowym. Wystarczy sięgnąć po jego opis budzącego się do życia miasta (pod koniec opowiadania). Wiadomo, że jego teksty będą dobrze napisane. I że musi się w nich pojawić jakaś katastrofa. A czy będzie to katastrofa kolejowa czy ogromny pożar... To już ma trochę mniejsze znaczenie.

Czy to dobry tekst na rozpoczęcie przygody ze Stefanem Grabińskim? Myślę, że tak. Chociaż lepiej sięgnąć najpierw po horror kolejowy w jego wydaniu - to absolutna klasyka! "Zemsta żywiołaków" będzie natomiast dobrym uzupełnieniem takiej lektury.

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
_____
Zródło zdjęcia: unsplash.com
Wyniki konkursu

Wyniki konkursu

Dziękuję wszystkim za udział w kawowo-zakładkowym konkursie i za piękne zdjęcia!

Nie przedłużając: zdecydowałam, że nagroda powędruje do Joli, która urzekła mnie zdjęciem kawy i pysznego ciasta (od razu zrobiłam się głodna;)


Jolu - niedługo się z Tobą skontaktuję w sprawie przekazania nagrody;)

Tymczasem myślę nad kolejnym konkursem, tym razem książkowym... Jacyś chętni?

Joe Hill "Strażak"

Joe Hill "Strażak"





Autor: Joe Hill
Tytuł: "Strażak"
Tytuł oryginału: "The Fireman"
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 798







Dym dymi tu, dym dymi w szlugu. Jedzie Jakob w swoim pługu. Dym dymi tu, dymi każda chata, a co się nie spali, czeka koniec świata
Harper Grayson była szczęśliwa. Miała kochającego męża i dobrą pracę - jako pielęgniarka szkolna mogła być niczym jej ukochana Mary Poppins i opiekować się dziećmi, nieść dobro i miłość. Wszystko było pięknie, do czasu. Kiedy świat opanowała epidemia draco incendia trichophyton czyli smoczej łuski, jej marzenia i piękne życie pochłonął ogień. Dosłownie.

Smocza łuska to choroba, która maluje na ludzkiej skórze piękne, czarno-złote wzory wyglądające jak tatuaże. Miło, pomyślicie. Dopóki zarażeni nie zaczynają płonąć żywcem... Epidemia zbiera coraz to nowe ofiary, cały świat zdaje się płonąć, a Harper najpierw musi uciekać ze szpitala (do którego zgłasza się jako pielęgniarka-ochotniczka), potem odkrywa, że jest w ciąży, a następnie, że zaraziła się smoczą łuską. Jej mąż zaczyna się dziwnie zachowywać, po okolicy krążą Szwadrony Kremacyjne likwidujące chorych, a Harper - jeśli chce przeżyć i urodzić zdrowe dziecko (podobno jest na to szansa) - musi uciekać. Pomoże jej w tym tytułowy tajemniczy strażak. Co to za gość? Och, bardzo niezwykły. Wygląda na to, że potrafi władać płomieniami... Ale jeśli spodziewacie się typowego superbohatera, możecie się bardzo rozczarować. 

Chyba już większość osób słyszała, że Joe Hill to tak naprawdę Joseph Hillstrom King, syn Stephena. Kiedy dowiedziałam się, że jego nowa powieść będzie czymś na miarę "Bastionu", byłam jej szalenie ciekawa. I rzeczywiście, podobnie jak w słynnej książce Kinga mamy tu do czynienia z epidemią, która ogarnia cały świat i z grupą ludzi walczącą o przetrwanie. Hill jednak podszedł do tematu po swojemu i zrobił to zupełnie inaczej niż ojciec - a jednak wciąż bardzo dobrze. 


Wbrew pozorom główną bohaterką "Strażaka" jest kobieta, pielęgniarka Harper. To z jednej strony pełna marzeń i idealizmu postać, miłośniczka Julie Andrews, Mary Poppins i starych musicali, a z drugiej niezwykle silna osobowość. To w końcu Harper przeprowadzi trepanację czaszki za pomocą wiertarki udarowej i nawet przy tym nie mrugnie, to ona sprzeciwi się temu, co będzie się działo w obozie Wyndham który powoli ogarnia szaleństwo i to ona będzie miała ogromne szanse na przeżycie. Z drobną pomocą strażaka... który tak naprawdę strażakiem nie jest, ale idealnie do tej roli pasuje. Cudowny, przejaskrawiony, nieco głupiutki i niezwyciężony, jak opisuje go główna bohaterka. Uwielbiający się popisywać. Mówiący z obłędnym angielskim akcentem. Człowiek budzący postrach wśród Szwadronów Kremacyjnych. Potrafiący wykorzystać smoczą łuskę do swoich celów, jednak będący też po ludzku słaby. Ta dwójka bohaterów stanowi świetny duet, a ich losy interesują i wzruszają czytelnika. Joe Hill sprawił, że naprawdę się do nich przywiązałam. I troszkę nie mogę wybaczyć mu końcówki książki...

"Strażak" to nie tylko opowieść o apokalipsie, o płomieniach trawiących ziemię i ludzi, ale też pewnego rodzaju alegoria. Co dzieje się ze społeczeństwem podzielonym na dwie tak wyrazne grupy: zdrowych i chorych? Jak jedni starają się odciąć od drugich, jak organizują swoje życie na nowo? Obóz Wyndham, do którego w pewnym momencie trafia Harper, początkowo wydaje się być świetnym miejscem do życia: zarażeni, którzy nauczyli się żyć z chorobą i mają silne poczucie wspólnoty, dobrotliwy Ojciec Storey, ich przywódca... Jednak wiemy, że coś tu jest bardzo nie w porządku. A w miarę jak stosunkowo bezpieczny i poukładany świat obozowiczów zaczyna się sypać, ich hierarchia wartości ulega zmianie. Ciężko oprzeć się porównaniom do wydarzeń znanych dobrze wszystkim z historii. 

Powieść Joe Hilla to chwytająca za serce historia, która ma nie tylko swoją brutalną stronę (choć opisów ludzkiego okrucieństwa i walki z chorobą w niej nie brakuje). Hill już w zbiorze opowiadań "Upiory XX wieku" dał się poznać jako niezwykle przenikliwy i nieco refleksyjny pisarz. "Strażak" jest opowieścią (trochę nietypową) nie o ludziach uciekających przed epidemią, ale o zarażonych, którzy usiłują przeżyć i pozostać ludzmi. O tym, jak społeczeństwo dzieli się i zwraca przeciwko sobie w obliczu tak dużego zagrożenia. O tym, że poczucie wspólnoty może ratować, ale też być wyjątkowo zgubne. To nie kopia "Bastionu", to jego zupełnie inna wersja. Kolejna historia o apokalipsie. Tym razem takiej, w czasie której cały świat stanie w ogniu.
"To przerażająco niesprawiedliwe, jeśli umierasz w trakcie dobrej historii, zanim dowiesz się, jak się skończyła"

Moja ocena: 5/6
_________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4092599/strazak 
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Algernon Blackwood "The Wood of the Dead"

Ponure Poniedziałki: Algernon Blackwood "The Wood of the Dead"

Opowiadanie można przeczytać TUTAJ

Tekst zaczyna się dosyć typowo dla tego rodzaju historii. Mamy więc mężczyznę, który postanowił wybrać się na pieszą wędrówkę po uroczych zakątkach Anglii. Nieco strudzony, ale i zachwycony okolicą i pięknem przyrody, je właśnie obiad w gospodzie, kiedy w sali w której samotnie przebywa, pojawia się tajemniczy, starszy człowiek. Staruszek, poza jednym skinieniem głowy, nie zwraca na naszego bohatera uwagi. Siada w fotelu przy oknie i wydaje się być pogrążony w rozmyślaniach. W końcu jednak się odzywa i po wymianie kilku zdań proponuje wędrowcowi spotkanie w pobliskim lesie. Ale nie jest to zwykły las, zwykła nie jest również pora, o której mają się zobaczyć. I wreszcie - jaki mają w tym cel?
Come to-night, I heard the old man say, come to me to-night into the Wood of the Dead. Come at midnight
Już chyba wiadomo - staruszek nie jest zwykłym staruszkiem i coś tu jest bardzo nie w porządku. W dodatku widzi go chyba tylko nasz główny bohater. Czy będąc na jego miejscu, skorzystalibyście z zaproszenia? Pewnie nie... A gdybyście poznali miejscową legendę, z uroczym staruszkiem w roli głównej? No cóż, ja na pewno już nawet nie spojrzałabym w kierunku tajemniczego lasu. Wędrowiec jednak - jak na bohatera horroru przystało - wybiera się na wycieczkę w sam środek Wood of the Dead. Ciekawe czy jeszcze wróci...

Ta historia niesamowicie mi się spodobała. Może z pewnymi wyjątkami (dziwny stan, w jaki popadł mężczyzna podczas rozmowy ze staruszkiem, jego filozoficzne rozważania, będące może odzwierciedleniem poglądów samego autora... to wolałabym pominąć). Kiedy jednak przejdziemy do samej historii, dosyć w gruncie rzeczy typowej i przewidywalnej, możemy odkryć, że w wersji Blackwooda jest ona niezwykle atrakcyjna. I może nawet wywołać lekki dreszczyk. Czy już sam tytuł opowiadania, w połączeniu ze złowieszczym nazwiskiem autora, nie przyprawia Was o niepokój?

Ogromną zaletą tekstu jest opis przyrody. Najpierw tej uroczej i łagodnej: kwitnących drzew owocowych, słodko śpiewających ptaków, promieni słońca przeświecających przez gałęzie, kwiatów... Kiedy jednak nasz bohater wkracza do tytułowego lasu, robi się coraz bardziej niepokojąco. Drzewa wydają się nieustannie szeptać, a wiatr w ich gałęziach nigdy nie milknie (przypominają się Wam "Wierzby"?). Przyroda u Blackwooda żyje. I nie zawsze jest przyjazna. 

Jak już wspominałam, opowiadanie jest dosyć przewidywalne. Jednak w wydaniu Blackwooda zdecydowanie zasługuje na uwagę. Autor nadał mu niepowtarzalny klimat. I pozostawił kilka niedopowiedzeń. Bo chociaż główna historia kończy się dosyć typowo, pozostaje pytanie: co spotkało tajemniczego staruszka, że zaczął widzieć pewne niedostępne dla innych rzeczy? Z kim rozmawiał w lesie umarłych? I dlaczego akurat ten las stał się tak ważnym dla fabuły miejscem?

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html


A dla wszystkich, którzy lubią kawę i zakładki, mam KONKURS!
_________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger