środa, 16 sierpnia 2017

Magdalena Kalisz "Nic zobowiązującego"





Autor: Magdalena Kalisz
Tytuł: "Nic zobowiązującego"
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 365








"Nigdy nie należałam do tych dziewczyn, które uważają, że jedna wspólnie spędzona z kimś noc świadczy o wielkiej miłości i wróży świetlaną przyszłość we dwoje [...] Nigdy nie zastanawiałam się, co będzie, jeśli poczuję do mężczyzny, z którym się prześpię, coś więcej, bo uważałam, że nigdy, przenigdy nie przywiążę się do osoby, z którą połączył mnie tylko seks [...]
Może powinnam choćby przelotnie o tym pomyśleć"
Milena jest przedszkolanką. Ma własne mieszkanie i rudego kota. Nie ma narzeczonego, z którym rozstała się po czterech latach związku. Nie ma też dużej rodziny, zostali jej tylko brat i babcia. Jej życie toczy się dosyć spokojnie w małym, sennym miasteczku. Do czasu, aż poznaje Adama, który działa na nią jak jeszcze nikt wcześniej. Dziewczyna postanawia chociaż raz w życiu zrobić coś szalonego i ląduje z Adamem w łóżku... a raczej na tylnym siedzeniu jego sportowego samochodu. I od tej chwili nic już nie będzie jak wcześniej...

Zacznę może od tego, że nie raczej nie sięgnęłabym po książkę o podobnej fabule, gdyby nie to, że autorką akurat tej powieści jest moja koleżanka. A moja przyjaciółka (i przyjaciółka tejże koleżanki-autorki) gorąca polecała ten tytuł. Nie miałam więc wyjścia;) Tym bardziej że lubię Magdę i wiem, że naprawdę potrafi pisać, a to co stworzy czyta się z przyjemnością i z uśmiechem. Lepszej rekomendacji nie było mi trzeba.

"Nic zobowiązującego" nie jest typowym romansem. To bardziej skomplikowana historia dziewczyny, która chce ułożyć sobie życie po swojemu (a jest nieco dziwna, przynajmniej jak na obowiązujące powszechnie standardy - cicha, ironiczna, niezbyt kobieca). I w życiu której pojawia się mężczyzna, dla którego traci głowę. Co z tego, kiedy po wspólnie spędzonej nocy Adam przestaje się odzywać, a Milena zostaje sama z milionem myśli i z poważnym zauroczeniem... 


Podobała mi się ta historia. Podobało mi się, że główna bohaterka nie była typem kobiety uganiającej się za wszelką cenę za facetem i że miała swoją godność. Że naprawdę próbowała wybić sobie Adama z głowy. Że gdzieś w tej opowieści pojawiły się problemy ze zdrowiem (i że Milena była na tyle rozsądna, żeby podejrzewać ciążę, chyba jako jedyna bohaterka w podobnej sytuacji - ale czy to faktycznie była ciąża, nie zdradzę), mała dziewczynka i jej samotna matka oraz kolejny mężczyzna, dla którego jednak Milena nie straciła głowy od pierwszego wejrzenia. Od drugiego też nie. Podobało mi się, że bohaterka naprawdę się zmieniła, a przynajmniej zaczęła nieco inaczej patrzeć na inne sprawy i że nie stało się to w jednym momencie, tylko wymagało czasu oraz pomocy innych osób. Podobało mi się też samo zakończenie, które nie było cukierkowe ani przesłodzone, ale które niosło nadzieję, że Milena poukłada sobie życie. I że wszystko będzie dobrze.

Chociaż przyznaję, chwilami rozmyślania głównej bohaterki na temat Adama i tego, dlaczego zachował się tak, a nie inaczej, bywały męczące. Z doświadczenia wiem jednak, że jeśli kobiety nie potrafią zrozumieć facetów, mogą godzinami, dniami, a nawet miesiącami rozkminiać ich zachowanie. I że Magda świetnie wszystko opisała. 

"Nic zobowiązującego" to pełna humoru i dobrze napisana powieść, z niebanalną główną bohaterką. Autorka nie skupiała się na wątku romantycznym (zresztą tak naprawdę romansu tam nie znajdziecie, za to skomplikowane relacje damsko-męskie jak najbardziej) i poruszała inne, czasami trudne tematy. Myślę, że polubicie Milenę, jej zamiłowanie do herbaty (czarnej, z plasterkiem cytryny), jej życzliwe podejście do ludzi (a przynajmniej próby bycia życzliwą), jej ironię i jej rudego kota. 
Pozostaje mi teraz zapytać autorkę, kiedy kolejna książka;) 
I zapytać Was, czy wiecie, co w mowie kwiatów oznaczają stokrotki?

Moja ocena: 4,5/6
__________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4518302/nic-zobowiazujacego
2. Photo by ORNELLA BINNI on Unsplash

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Nocny przypływ"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Nocna zmiana" (Albatros, 2015; pierwsze wydanie ukazało się w 1978 roku)
"I przypływ, nocny przypływ, wzbijający w powietrze rozbryzgi piany, klekoczące nieustannie o brzegi przylądka fale, bezkresne morze"
Grupa młodych ludzi spędza wieczór i noc na plaży. Idealny plan na wakacje, prawda? Gdyby nie to, że ludzkość właśnie została zdziesiątkowana przez epidemię grypy, a bohaterowie opowiadania należą do nielicznych (a być może jedynych) ocalałych. I chociaż jest sierpień, a oni mają całą plażę dla siebie (i mają siebie, a w tej sytuacji to bardzo ważne), wcale nie sprawia to, że czują się lepiej. Ani trochę. 
 "Stanąłem nad samą wodą i rozejrzałem się. Nie zobaczyłem nic z wyjątkiem będących w nieustannym ruchu garbów fal z delikatnymi lokami piany na grzbietach. Powietrze drżało od grzmotu bijącego w brzegi morza - większego niż cały świat; zupełnie jakbym trafił w sam środek burzy z piorunami [...] Nawet jeśli jesteśmy ostatnimi ludzmi, to co z tego? Bez nas świat również będzie toczył się własnym torem"
To bardzo krótki tekst. Ale Kingowi udało się w nim zawrzeć dużo treści. Z pozoru to tylko opis jednego wieczora i jednej nocy z życia ludzi, którym udało się uniknąć epidemii. Z łatwością jednak można wczuć się w sytuację jednego z bohaterów i zarazem narratora opowiadania. Poczuć atmosferę beznadziei, poczuć rezygnację i narastające szaleństwo. Dlaczego to ostatnie? Wystarczy przeczytać, co cała grupa zrobiła ze spotkanym przypadkowo chłopakiem (a więc jednak ktoś oprócz nich jeszcze żył...) To nie miało sensu i było wyjątkowo okrutne, a jednak wszyscy z radością przystali na pomysł, żeby... Resztę musicie doczytać sami.


Opowiadanie nie ma konkretnego zakończenia. Zostawiamy naszych bohaterów w równie beznadziejnej sytuacji, w jakiej ich zastaliśmy (no, może trochę gorszej...). Ale wciąż mają oni siebie i morze, które jest tutaj wyjątkowo ponure jak na letnią porę. I właśnie ze względu na morskie klimaty sięgnęłam po to opowiadanie. 

King doskonale potrafi opisać koniec świata, tym bardziej że robił to niejednokrotnie, zarówno w powieściach, jak i opowiadaniach. W "Nocnym przypływie" znajdziemy zresztą wątek znany z "Bastionu" - King wykorzystał i rozwinął pomysł z tego opowiadania i stworzył znakomitą książkę. Ten krótki tekst to doskonały przerywnik między lekturami utrzymanymi w zupełnie innych klimatach. U mnie świetnie sprawdził się na rozpoczęcie wolnego weekendu. Jak zawsze w przypadku Stephena Kinga - polecam!
"A przypływ bił w brzegi przylądka, bił i bił. Bez końca"

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
 ________________
Zródło zdjęcia:

środa, 2 sierpnia 2017

Colleen Hoover "Confess"




Autor: Colleen Hoover
Tytuł: "Confess"
Tytuł oryginału: "Confess"
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 299








"To niesamowite, że nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo byliśmy samotni i przerażeni, dopóki nie zjawia się ktoś u naszego boku"
Auburn właśnie przeprowadziła się do Teksasu. Znajduje pracę jako fryzjerka, ale jest w naprawdę kiepskiej sytuacji finansowej i bardzo przydałoby się jej dodatkowe zajęcie. Kiedy więc widzi na drzwiach galerii sztuki ogłoszenie "Zatrudnię do pomocy", postanawia zaryzykować. Tak poznaje Owena, młodego, przystojnego i niesamowicie utalentowanego malarza, który jako inspirację do swojej sztuki wykorzystuje anonimowe wyznania innych ludzi. Ta dwójka jest sobą od początku zafascynowana. Ale jeśli spodziewacie się, że będzie to typowa historia miłosna, jesteście w błędzie. Auburn oraz Owen mają za sobą niezwykle trudną przeszłość, ich obecna sytuacja również jest skomplikowana. I chociaż bardzo chcieliby być razem, będą musieli pokonać ogromne przeszkody.

Lubię Colleen Hoover. Wprawdzie "Hopeless" mnie nie zachwyciło i nawet nie doczytałam do końca, za to już "Maybe someday" przeczytałam z zainteresowaniem, a "Ugly love" wręcz pochłonęłam. Po "Confess" spodziewałam się wiele, a otrzymałam... no cóż. 


Zacznijmy jednak od zalet. Pomysł wykorzystania anonimowych wyznań (co ważne: prawdziwych, nie zmyślonych przez autorkę!) jest świetny. Sama historia dwójki głównych bohaterów jest interesująca i naprawdę pokręcona, co tylko dodaje fabule smaczku. Książka podzielona jest na dwie części i tę drugą przeczytałam ze znacznie większym zainteresowaniem...

...ale mimo wszystko nie mogłam się wciągnąć w całą historię. Losy Auburn i Owena, choć tragiczne, nie chwyciły mnie za serce. Zakończenie powieści mnie nie przekonało - wydaje mi się, że wszystko poszło zbyt gładko. Dodatkowo stwierdzenie głównych bohaterów, że zaczęli się w sobie zakochiwać dopiero długo po ich pierwszym spotkaniu i zaryzykowaniu wszystkiego, co dla nich w życiu najważniejsze... Jakoś nie wydaje mi się to wiarygodne. Albo byłaby to miłość od pierwszego wejrzenia, albo tylko fascynacja. Ale dla niej samej Auburn nie powinna całkowicie poświęcać swojej przyszłości, Owen podobnie. Wydało mi się to naprawdę nierozsądne i mało wiarygodne. I jeszcze niektóre wyrażenia opisujące reakcję Auburn na Owena... nie, to nie jest ani fajne, ani wzruszające, ani romantyczne: skóra, która wygląda tak nieskazitelnie, że mam ochotę popędzić za jego ojcem i przybić mu piątkę za spłodzenie tak wzorcowego syna? Naprawdę?

To nie jest bardzo zła książka, po prostu wyjątkowo nie przypadła mi do gustu. W sieci można spotkać jednak głównie entuzjastyczne opinie, więc... chyba sami powinniście się przekonać czy "Confess" się Wam spodoba. Sama chętnie podam tę powieść dalej, może ucieszy kogoś innego;) Nie będę jednak rezygnować z kolejnych książek autorki bo wiem, że zdarzają się wśród nich takie tytuły, którymi jestem absolutnie zachwycona. Szkoda byłoby je przegapić;)

Moja ocena: 3,5/6
_______________
Zródła zdjęć:
1. lubimyczytac.pl/ksiazka/4408249/confess
2. Photo by Mike Petrucci on Unsplash