Ponure Poniedziałki: Honore de Balzac "Tajemniczy dwór"

Ponure Poniedziałki: Honore de Balzac "Tajemniczy dwór"

Opowiadanie pochodzi z antologii "Fantastyczne opowieści" (Wydawnictwo Literackie)

Dom, którego właścicielka zmarła, zgodnie z jej testamentem przez 50 lat ma pozostać zupełnie pusty. Nikomu nie wolno się nawet do niego zbliżyć. Tajemniczy dwór i to, co mogło kiedyś się w nim wydarzyć, rozbudza wyobraznię całego miasteczka. Mężczyzna, który jest narratorem tego opowiadania, postanawia rozwiązać zagadkę opustoszałej budowli. Czy nie będzie tego żałował?

Nie wiedziałam, że Balzac ma w swoim dorobku podobne opowieści. "Tajemniczy dwór" to trochę niepokojące opowiadanie. Zagadka domu, do którego zgodnie z ostatnią wolą właścicielki nie można się nawet zbliżać, jest niezwykle fascynująca. Jej rozwiązanie może okazać się z jednej strony nieco banalne, z drugiej jednak - niezwykle ponure. Muszę przyznać, że zakończenie (oraz opisane w nim okrucieństwo) wywarło na mnie niemałe wrażenie.
Nie to miał na myśli Balzac, ale...;)

Po usłyszeniu ostrzeżenia przed wejściem do tytułowego tajemniczego dworu narrator stwierdza, że przyszły mu do głowy wyjaśnienia tej zagadki rodem z powieści Ann Radcliffe - znanej autorki romansów gotyckich. I to odwołanie poczynione przez autora nie jest (moim zdaniem) bezzasadne. Wprawdzie w momencie lektury opowiadania Balzaca nie znałam jeszcze prozy Radcliffe, wydaje mi się jednak, że tę historię z chęcią wykorzystaliby autorzy powieści gotyckich. Dodając oczywiście od siebie jeszcze kilka elementów.

Nie przedłużając - "Tajemniczy dwór" to interesujące opowiadanie, które warto przeczytać. Spodobała mi się zagadka tego domu i jego nieszczęśliwych mieszkańców. A może chcecie zgadnąć jeszcze przed lekturą, jaka była tajemnica tytułowego dworu?

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
____________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

Matthew Gregory Lewis "Mnich"

Matthew Gregory Lewis "Mnich"





Autor: Matthew Gregory Lewis
Tytuł: "Mnich"
Tytuł oryginału: "The Monk: A Romance"
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 464







Upiorne lochy, stare zamczyska, niecne występki, pakty z diabłem, a także historie miłosne (a nawet erotyczne) - to wszystko znajdziecie w tej niepozornej, starej (wydanej w 1796 roku) powieści. Zainteresowani?

Tytułowy mnich to Ambrozjo, młody opat jednego z madryckich klasztorów. Kiedy poznajemy go na samym początku książki, uchodzi za wzór wszelkich cnót i całe miasto go wysławia. Szybko jednak okaże się, że tak świątobliwa - wydawałoby się - osoba może zejść na złą drogę. Ambrozjo to główna postać w powieści, jednak mamy tutaj do czynienia także z historiami innych osób. Jest więc Agnes, zakochana dziewczyna, którą rodzice umieszczają w klasztorze i która za wszelką cenę próbuje połączyć się ze swoim ukochanym. Jest i Antonia, śliczna i niewinna, którą za obiekt westchnień obiera sobie Ambrozjo. Jest piękna i diaboliczna Matylda, która pomaga mnichowi w realizacji jego planów. Dodatkowo cała historia okraszona jest niesamowitymi opowieściami, dramatycznymi zbiegami okoliczności, erotyzmem (opis gwałtu) i makabrą (lochy, rozkładające się ciała...). A to wszystko napisał w 10 tygodni chłopak, który nie miał nawet 20 lat!

"Zamczysko w Otranto", o którym ostatnio pisałam, zapoczątkowało nurt powieści gotyckiej i jego pierwszą odmianę, historyczną. W przypadku "Mnicha" mamy z kolei do czynienia z kolejną odmianą, horrorem gotyckim, gothic terror. Powieść szybko stała się niezwykle popularna. Na pewno chodziło o to, że autor nie bał się wykorzystywać kontrowersyjnych tematów. W dodatku Lewis nie zawahał się przed wykorzystaniem w swojej książce drastycznych opisów, a jego bohaterowie naprawdę obcowali z siłami nadnaturalnymi - nie były one tylko wytworem ich wyobraźni. W książce mamy też do czynienia z opisem rytuałów satanistycznych oraz z wprowadzeniem postaci diabła - nie był on już tylko bliżej nieokreślonym złym bytem, lecz jak najbardziej realnym bohaterem, który miał bardzo istotny wpływ na przebieg akcji. To wszystko musiało szokować (zwłaszcza w porównaniu do sentymentalnych gotyckich powieści Ann Radcliffe) ale i wywoływać zaciekawienie. 


Podobał mi się sposób, w jaki autor połączył wszystkie historie swoich bohaterów w jedną całość. Oraz to, że wykorzystał w powieści historie i motywy, z którymi zaznajomił się w czasie swojego pobytu w Weimarze, między innymi opowieść o broczącej krwią mniszce i o Żydzie Wiecznym Tułaczu. Widać również, że autor miał poczucie humoru - podobał mi się tutaj wątek Leonelli, kobiety w średnim wieku, rudej i zezowatej, przekonanej że zdobyła serce młodego, przystojnego człowieka. Chociaż oczywiście zostało to wszystko wyolbrzymione do gigantycznych rozmiarów;)

Z drugiej strony, współczesnego czytelnika może razić ilość nieszczęść spotykających głównych bohaterów, może mieć on też dosyć wszystkich intryg i niecnych planów, wprowadzonych przez autora w tak dużej ilości. Z tego też powodu lektura może być trochę męcząca i od czasu do czasu trzeba od niej odpoczywać. W dodatku wiele rozwiązań zastosowanych przez autora dzisiaj już tylko śmieszy, a nie straszy (znakomicie napisała o tym w swojej recenzji Pyza). 

Nie znaczy to jednak, że "Mnicha" nie warto przeczytać. Teraz też możemy się dobrze przy tym bawić i śledzić nieprawdopodobne losy bohaterów z zainteresowaniem. Nie spodziewajcie się przerażenia. Przy wszystkich wadach tej powieści, nie można odmówić autorowi wyobraźni, zdolności łączenia wątków (czasem trochę na siłę, no ale...) i wplatania w swoją opowieść innych historii, zasłyszanych lub wyczytanych gdzieś indziej. "Mnich" to niezwykła podróż do czasów, kiedy współczesny horror dopiero się kształtował i kiedy można było (choć nie bez krytyki, książka Lewisa zebrała jej sporo) wydać tak niezwykłą i oryginalną mieszankę grozy, obrzydliwości, intryg i romantyzmu - i odnieść olbrzymi sukces. 

Moja ocena: 4,5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
_______________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/3764768/mnich
2. unsplash.com
Guido van Genechten "Jakie to szczęście, że cię znalazłem"

Guido van Genechten "Jakie to szczęście, że cię znalazłem"





Autor: Guido van Genechten
Tytuł: "Jakie to szczęście, że cię znalazłem"
Tytuł oryginału: "Wat een geluk dat ik jou gevonden heb"
Wydawnictwo: Adamada
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 32







Kicek to bardzo wesoły królik. Uwielbia kicać, jeść słodkie marchewki i odpoczywać w cieniu jodły (bo pod jodłą odpoczywa się najlepiej!). Jego dni zawsze wyglądały tak samo: węszenie, kicanie, chrupanie, węszenie, kicanie, chrupanie, węszenie... Nosek Kicka był niezawodny i zawsze potrafił doprowadzić go do smacznego jedzenia. Zawsze też węch wskazywał mu, gdzie najlepiej pokicać i jakie miejsca warto odwiedzić. Pewnego dnia Kicek wyczuł jednak zapach, którego zupełnie nie znał. Była to woń najpiękniejsza ze wszystkich. Pokicał tym tropem i... resztę musicie przeczytać sami;)

"Jakie to szczęście, że cię znalazłem" to pełna uroku opowieść, która spodoba się i tym młodszym i starszym czytelnikom. Sama historia królika Kicka jest dosyć prosta, jednak została dobrze opowiedziana przez autora. Dodatkową zaletą książki są piękne ilustracje, które na pewno przyciągną wzrok dzieci (i nie tylko). Sama książka może być również świetnym pomysłem na prezent. W końcu, kto oprze się pięknie ilustrowanym opowieściom o zwierzętach? Polecam.

Zdziwieni tą krótką "recenzją"? Przecież u mnie ostatnio tylko horrory i horrory...;) W pracy muszę czasem pisać recenzje, ponieważ współpracujemy z lokalnym tygodnikiem, który zamieszcza nasze teksty. Oczywiście muszą to być książki, które można potem kupić w naszej księgarni. A ponieważ klasyka horroru, która często gości u mnie na blogu, nie zawsze jest dostępna w sprzedaży, a coś napisać wypada, czasem sięgam po książki dla dzieci;) Dlatego czasem podobne teksty będą się pojawiać i tutaj.
_________________
Źródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/300296/jakie-to-szczescie-ze-cie-znalazlem 
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Guy de Maupassant "Fear"

Ponure Poniedziałki: Guy de Maupassant "Fear"

Opowiadanie można przeczytać (w języku angielskim) online TUTAJ
"Fear [...] is something horrible, an atrocious sensation, a sort of decomposition of the soul"
Dzisiaj, moi drodzy, odpowiemy sobie na pytanie: czym jest strach? A pomoże nam w tym Guy de Maupassant.
Głównym bohaterem jego opowiadania jest człowiek, którego nie poznamy nawet z imienia. Nie wiemy o nim zbyt dużo - głównie tyle, ile sam zdradza. A dzieli się on z nami dwiema historiami ze swojego życia. Opisuje sytuacje, w których poczuł prawdziwy, namacalny, nie dający się pomylić z żadnym innym uczuciem STRACH. Pierwsza opowieść rozgrywa się na pustyni. W tym mało przyjaznym dla człowieka miejscu każdy dziwny dzwięk może wywołać uczucie lęku. I z takim właśnie przypadkiem miał do czynienia nasz bohater. Kolejna historia rozgrywa się na północy Francji, kiedy mężczyzna podróżuje wraz z przewodnikiem przez ciemne i bardzo ponure lasy. W końcu znajdują nocleg w małej chatce. I nie tylko poznają mroczne wydarzenie z przeszłości jej mieszkańców, ale również sami stykają się z koszmarem, który powraca do nich co roku o tej samej porze...

Nie da się ukryć, że bardziej przypadła mi do gustu właśnie ta druga opowieść. Ciemne lasy, tajemnicze zdarzenia - to zdecydowanie bardziej moje klimaty. Zwłaszcza, że wydarzenia rozgrywające się na pustyni można było łatwo wytłumaczyć (a przynajmniej tak się wydaje).


Dużą zaletą opowiadania jest opis przeżyć głównego bohatera, to jak definiuje on prawdziwy strach i jak sam go przeżywa. Autor przedstawia nam coraz mroczniejsze wydarzenia - od krótkiej historii, która przestraszyła dowódcę statku (gdzie rozgrywa się cała akcja), przez opis wydarzeń na pustyni i dziwnego dzwięku, który przeraził całą karawanę, aż do wydarzeń rozgrywających się w ponurych lasach Francji. Każdy z tych fragmentów niepokoi coraz bardziej. A kiedy tekst się kończy, czytelnik może zastanowić się nad tym, czy kiedyś sam miał do czynienia z prawdziwym strachem... Guy de Maupassant tak dobrze definiuje to uczucie, że raczej nikt nie będzie miał problemu z odpowiedzią na to pytanie.

Opowiadanie, noszące w oryginale tytuł "La Peur", zostało po raz pierwszy opublikowane w 1882 roku. Dwa lata pózniej autor stworzył kolejny tekst o tym samym tytule i o podobnej tematyce. Sam tekst nie jest przerażający, ale traktuję go jako niezwykłą ciekawostkę i okazję do dyskusji o strachu właśnie. Czy wydarzyło się kiedyś coś, co naprawdę Was przeraziło i na wspomnienie czego do dziś przechodzą Was dreszcze?

Moja ocena: 4/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
______________
Źródło zdjęcia: unsplash.com

Horace Walpole "Zamczysko w Otranto"

Horace Walpole "Zamczysko w Otranto"

Autor: Horace Walpole
Tytuł: "Zamczysko w Otranto. Opowieść gotycka"
Tytuł oryginału: "The castle of Otranto"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 1974
Liczba stron: 114

"Manfred, książę na Otranto, miał dwoje potomstwa: syna i osiemnastoletnią córkę Matyldę, najpiękniejszą z dziewic. Syn Konrad, młodszy o lat trzy, nieurodziwy i wątły, a i usposobieniem większych nadziei nie rokujący, był jednak ulubieńcem rodzica, który żadnych oznak przywiązania nie okazywał Matyldzie"
Tymi słowami rozpoczyna się "Zamczysko w Otranto". Powieść, która odegrała bardzo ważną rolę w kształtowaniu się współczesnego horroru. Powieść gotycka, jak dodał autor w podtytule. Chcecie przenieść się do świata ponurych zamków, mrocznych sekretów, pięknych księżniczek i fantastycznych wydarzeń? Zapraszam!

Jak już wiecie, książę Otranto miał dwoje dzieci. Nie dbał jednak o córkę, to syn był jego ulubieńcem. I to małżeństwo syna skrupulatnie zaplanował. Konrad miał pojąć za żonę piękną księżniczkę Izabelę. I oczywiście spłodzić dziedzica, umacniając tym samym panowanie rodu Manfreda nad Otranto. Jednak tuż przed ślubem wydarzyło się ogromne nieszczęście: Konrad zginął, przygnieciony przez... olbrzymi szyszak, który spadł z nieba prosto na niego. A to dopiero początek dziwnych wydarzeń!

Wiem, że zarys fabuły może brzmieć śmiesznie i wcale tego nie neguję. Sama dosyć sceptycznie odnoszę się do hełmów spadających z nieba i innych tego rodzaju pomysłów. Po dosyć dziwnym (choć bardzo obiecującym!) początku dałam się jednak bez reszty wciągnąć historii rodu Manfreda, który bezprawnie zajął księstwo Otranto i starał się za wszelką cenę utrzymać władzę, nawet mimo przepowiedni, zapowiadającej jego upadek. Dostajemy tutaj wszystko, co powinno się znaleźć w dobrej powieści gotyckiej: ponury zamek (z nie mniej ponurymi lochami i tajemniczymi przejściami), piękne i niewinne dziewczęta, niecne intrygi, przerażające duchy, a także trochę romansu. Horace Walpole połączył te wszystkie wątki w niesamowity sposób, dając się bez reszty ponieść wyobraźni. Jak sam później przyznał: Pisałem wbrew prawidłom, krytykom i filozofom; zdaje mi się, że tak chyba było najlepiej. Miał rację. To właśnie "Zamczysko w Otranto", początkowo wydane pod pseudonimem (również z obawy przed krytyką publiczności), ta dzisiaj już raczej śmieszna (choć pełna uroku) historia i zarazem ukochane literackie dziecko Walpole'a odegrało niezwykle ważną rolę w kształtowaniu współczesnego horroru. Swoim utworem autor zapoczątkował nowy gatunek literacki, zwany romansem grozy oraz jego pierwszą (z trzech) odmianę: historyczną. Dopiero po tej wydanej w 1764 roku powieści zaczęły powstawać dzieła takie, jak na przykład "Frankenstein". "Zamczysko..." na nowo rozbudziło zainteresowanie fantastyką, grozą i niezwykłością. I chociaż dzisiaj nie wywiera już na czytelnikach takiego wrażenia, jak w XVIII wieku, zdecydowanie warto po nie sięgnąć.
"W tym momencie uderzenie pioruna wstrząsnęło zamkiem aż do posad, zachwiała się ziemia i rozległ szczęk zbroi, która nie mogła służyć człekowi śmiertelnemu"
Czy ten cytat nie działa na Waszą wyobraźnię? A może bardziej przypadłaby Wam do gustu scena (moja ulubiona), w której jeden z bohaterów powieści wchodzi do kaplicy i widzi zakonnika modlącego się przy ołtarzu. Wydaje się, że to inna z postaci, znany już czytelnikowi ojciec Hieronim . Kiedy jednak ta postać odzywa się, a później odwraca... Och, to już musicie przeczytać sami. Ten moment może wywołać u współczesnego czytelnika lekki dreszcz grozy. 

"Zamczysko w Otranto" rozbudziło mój apetyt na powieść gotycką, na historie o nawiedzonych zamczyskach i mrocznych intrygach. Teraz czeka na mnie Matthew Gregory Lewis i jego "Mnich" (może w tym miesiącu zdążę przeczytać!), ale też chętnie sięgnęłabym po którąś z książek autorstwa Ann Radcliffe. Te powieści nie straszą współczesnego czytelnika, ale nie można im odmówić niepowtarzalnego klimatu i mrocznej atmosfery, których na próżno szukać w nowszych książkach. I to właśnie urzekło mnie w horrorze gotyckim.

Moja ocena: 5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
 ______________
Źródła zdjęć:
1. Własne
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Joseph Sheridan Le Fanu "Duch pani Crowl"

Ponure Poniedziałki: Joseph Sheridan Le Fanu "Duch pani Crowl"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Duch pani Crowl" (C&T, 2013)
"Opowieść o duchach jest sama w sobie formą nieco staroświecką i wskazana jest w jej przypadku pewna nieśpieszność - chętniej jej słuchamy, gdy narrator zwraca się do nas jako osoba starsza lub umiejscawia wydarzenia jakoś przed trzydziestu laty" [M.R. James, ze wstępu do powyższego zbioru opowiadań]
Tak też jest w przypadku "Ducha pani Crowl". Narratorką jest tutaj stara opiekunka, pani Jolliffee, która opowiada słuchaczom o dziwnym zdarzeniu, które miało miejsce w jej młodości. Jako trzynastoletnia dziewczyna rozpoczęła ona służbę w posiadłości pani Crowl, która miała już wówczas ponad 90 lat. Trzeba było się nią opiekować i pilnować, żeby staruszka - która nie była już w pełni władz umysłowych, za to fizycznie czuła się całkiem dobrze - nie zrobiła krzywdy sobie i innym. Narratorka już podczas podróży do swojego miejsca pracy usłyszała od współpasażerów w dyliżansie, że panią Crowl opętał diabeł i jest na wpół duchem. Nic dziwnego, że dziewczyna była przerażona. Bała się więc spotkania ze staruszką, a z drugiej strony była nią zafascynowana, chciała w końcu zobaczyć osobę, o której mówiono takie rzeczy... Jak to się skończyło?

Autor opowiadania
Zdecydowanie najlepszym fragmentem opowiadania jest dla mnie ten opisujący spotkanie dziewczyny i pani Crowl. Wyobraźcie sobie: staruszka śpi w łóżku ze szczelnie zasłoniętymi kotarami. A dziewczyna, którą zostawiono na chwilę samą w pokoju obok, bardzo się boi. Próbuje czymś zająć myśli. Aż w końcu nie wytrzymuje, przekracza próg, podchodzi do łóżka, dotyka zasłony i... Mistrzowskie budowanie napięcia i bardzo sugestywne opisy, którymi posłużył się tutaj Le Fanu sprawiają, że chociaż cała sytuacja w innych okolicznościach mogła wydawać się zabawna, tutaj wcale śmieszna nie była. Byłam pod takim wrażeniem tej sceny, że nawet późniejsze pojawienie się ducha i straszna tajemnica z przeszłości, którą przy okazji odkryto, specjalnie mnie nie poruszyły. 

Kolejny plus tego tekstu to stylizacja języka. Tę historię opowiada starsza, pewnie niewykształcona kobieta, która siłą rzeczy nie mogła posługiwać się piękną, poprawną angielszczyzną. To działa na korzyść opowiadania, sprawia że jest bardziej autentyczne i ma niepowtarzalny klimat. I wcale nie przeszkadza w odbiorze. 
"Żebym ino mogła zebrać myśli, to bym się odwróciła i zemkła. Ale nie mogłam oderwać od niej spojrzenia i cofałam się tak prędko, jak tylko byłam w stanie"
"Duch pani Crowl" to niezwykła, mroczna opowieść. Spodoba się miłośnikom XIX-wiecznej grozy oraz klasycznych ghost stories. Sam zbiór również będzie dla nich znakomitym prezentem: wstęp samego M.R. Jamesa, piękne ilustracje... Naprawdę polecam.

Moja ocena: 5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
 ___________________
Źródło zdjęcia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Sheridan_Le_Fanu#/media/File:Sheridan_Le_Fanu_002.png
Patryk Pleskot "Przekręt. Najwięksi kanciarze PRL-u i III RP"

Patryk Pleskot "Przekręt. Najwięksi kanciarze PRL-u i III RP"




Autor: Patryk Pleskot
Tytuł: "Przekręt. Najwięksi kanciarze PRL-u i III RP"
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 384









Genialny fałszerz. Fałszywy konsul. Uzdrowiciel, który skutecznie leczy z nadmiaru pieniędzy. Agent, gotowy zdradzić każdego pracodawcę. Bezwzględny uwodziciel. Kobieta, dla której połowa polskiego sejmu straciła głowę. Złodziej i mistrz kierownicy w jednym. To o nich jest ta książka.

W "Przekręcie" Patryk Pleskot opisuje siedem osób, określanych mianem "największych kanciarzy PRL-u i III RP". Każdemu oszustowi (bądź oszustce) poświęca osobny rodział, w którym przedstawia ich pochodzenie, rozwój "kariery", a także dalsze losy kanciarzy. Liczyłam na interesującą i wciągającą lekturę, jednak... trochę się zawiodłam. A szkoda, bo tematyka jest naprawdę fascynująca, a na podstawie losów każdej z opisywanych postaci można by napisać odrębną książkę bądź też nakręcić film (co w kilku przypadkach się udało).

Najbardziej podobały mi się rozdziały poświęcone Jerzemu Kalibabce oraz Czesławowi Śliwie. To były chyba (może jeszcze oprócz Zdzisława Najmrodzkiego) najbarwniejsze postacie w całej galerii oszustów. Może też dlatego opis ich losów tak bardzo zapada w pamięć. Ale pomyślcie sami - czy nie zafascynowałaby Was historia sprytnego uwodziciela, któremu nie może oprzeć się żadna kobieta, a który bezwzględnie to wykorzystuje? Albo opowieść o oszuście podającym się za austriackiego konsula, któremu udaje się utrzymać tę iluzję przez dwa miesiące, w międzyczasie gromadząc pracowników mającej dopiero powstać ambasady, żyjąc wystawnie i świetnie się bawiąc? To dopiero fantazja! W tych (i innych opisanych w "Przekręcie" historiach) czai się jednak pewna pułapka. Możemy łatwo zatracić się w przygodach tych kanciarzy zapominając przy tym, że ich głównym celem było działanie na szkodę zwykłych ludzi. I - może przy okazji - szukanie poklasku.

W książce Patryka Pleskota nie podobało mi się kilka rzeczy. Na przykład zawarte we wstępie odniesienia do postaci i wątków z "Gry o tron" (jeśli ktoś jeszcze nie czytał/nie oglądał, uwaga na czające się tam spoilery!). Chaotyczność niektórych rozdziałów. Oraz wybranie na jednego z bohaterów książki Zbigniewa Nowaka ("ręce, które leczą"). Osobiście nie mam zdania na jego temat, nie wiem czy jest oszustem i sądzę, że nie mnie o tym decydować. Zresztą sam autor również szczegółowo uzasadnia umieszczenie tej właśnie postaci w swojej książce i nie można mu tutaj niczego zarzucić. Wydaje mi się jednak, że Zbyszek Nowak po prostu nie pasuje do tej galerii oszustów, do osób z których większość miała postawione zarzuty i które były powszechnie znane ze swojej niezbyt uczciwej (nazwijmy to delikatnie) działalności.

Moim głównym zarzutem w stosunku do tej książki jest fakt, że... liczyłam na większe emocje podczas lektury. Myślałam, że dam się bardziej wciągnąć w ten barwny (choć niezbyt uczciwy i z pewnością nie nadający się do naśladowania) świat i te historie, że będę je poznawać z wypiekami na twarzy. Może po prostu styl pisania autora nie przypadł mi do gustu. A może... a może musicie przekonać się sami czy dacie się uwieść i oszukać opisywanym w "Przekręcie" kanciarzom-celebrytom. Chcecie spróbować?

Moja ocena: 4/6
_________________
Źródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4183455/przekret-najwieksi-kanciarze-prl-u-i-iii-rp
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Joe Hill "Czarny telefon"

Ponure Poniedziałki: Joe Hill "Czarny telefon"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Upiory XX wieku" (Wydawnictwo Albatros, 2009).

"Pierwsze dziecko znikło dwa lata temu, niedługo po tym, jak stopniał śnieg"
Potem znikały kolejne. Zawsze chłopcy. Finney myślał, że jego to nie spotka, w końcu porywacz wybierał na swoje ofiary najwyżej dwunastolatków, a on miał już trzynaście lat. Jak się jednak okazało, bardzo się mylił. Chłopak znalazł się w sidłach porywacza, groteskowo grubego (jak określił go autor) mężczyzny, Alberta. Al oczywiście nie miał dobrych zamiarów. Zamknął chłopaka w piwnicy. Jednak coś - albo ktoś - przeszkodziło mu we wcieleniu w życie złowieszczego planu. Przynajmniej chwilowo. Pojawiał się tylko na chwilę i znikał, a Finney siedział samotnie w piwnicy i rozpaczliwie starał się znalezć wyjście z tej sytuacji. Jego uwagę od razu przyciągnął staroświecki, czarny telefon, przymocowany na ścianie. Oczywiście nie działał... Dlaczego jednak chłopak od czasu do czasu słyszał jego dzwonek? 
Kto wygra w tej walce? Dziecko czy porywacz? I jaką rolę odegra we wszystkim czarny telefon?

To mogła być zwykła opowieść o porwaniu, niewyróżniająca się niczym szczególnym. Autorowi udało się jednak w świetny sposób zbudować atmosferę całego tekstu. Czujemy desperację towarzyszącą chłopakowi, który za wszelką cenę chce się uwolnić, zanim spotka go... Właśnie, co takiego chce zrobić porywacz? Kolejnym aspektem działającym na korzyść opowiadania jest wykorzystanie ciekawego rekwizytu, tytułowego telefonu. Od razu domyślamy się, że nie może on działać. To byłoby przecież niedorzeczne - porwać kogoś, a potem zostawić sam na sam z czynnym telefonem, tak żeby mógł wezwać pomoc. Paradoksalnie jednak, to właśnie czarny telefon (a raczej to, czego dzięki niemu dowiedział się Finney) odegra w tej historii główną rolę. 

Bardzo zainteresował mnie jeszcze jeden motyw - czarne balony. To one wypadły z furgonetki porywacza, kiedy ten odgrywał scenkę mającą na celu przyciągnięcie uwagi chłopca i uprowadzenie go. To był pierwszy sygnał, że coś tutaj jest bardzo nie w porządku. A sam obraz czarnych balonów szybujących wolno nad drogą, a pózniej zaplątanych w linię telefoniczną(!) jest niezwykle niepokojący. I bardzo znaczący. Niby szczegół, a jak bardzo przyczynia się do zbudowania napięcia i przyciągnięcia uwagi czytelnika. 

"Czarny telefon" to dobre opowiadanie. Nie wybitne, jednak potrafiące zatrzymać na chwilę i dające przedsmak tego, do czego zdolny jest Joe Hill. A to naprawdę utalentowany autor (zresztą nic dziwnego, kiedy ma się takiego ojca jak Stephen King). Polecam nie tylko ten tekst, ale i cały zbiór, bardzo mroczny, odwołujący się do największych osiągnięć twórców horroru XX wieku. 

Poza tym wspominam dzisiaj o tym autorze nieprzypadkowo. 1 marca miała miejsce premiera jego najnowszej powieści "Strażak". Zapowiada się naprawdę dobra, wciągająca lektura dla wszystkich miłośników grozy. Przeczytacie?

Moja ocena: 4,5/6
_____________
Zródło zdjęcia: unsplash.com

Nowości w biblioteczce

Nowości w biblioteczce

Dzisiaj post o książkach, które niedawno trafiły do mojej biblioteczki. Nie znaczy to jednak, że od razu zostaną przeczytane;) Pewnie będą musiały cierpliwie (i długo) poczekać na swoją kolej...
Ostatnio moim łupem stały się:


Przyznaję, że w tej książce urzekła mnie przede wszystkim okładka. Piękna i niepokojąca zarazem. Ale i sama historia może być niezwykle intrygująca.

To zdecydowanie pozycja do przeczytania na pózniej, kiedy już obejrzę wszystkie dokumenty Andrzeja Fidyka, o których mowa w książce. Wybrałam ją ze względu na moje zainteresowanie filmem (zwłaszcza polskim), do którego dobrze byłoby wrócić. To taka książka-motywacja.

Tego pana chyba nie muszę przedstawiać. Zapowiada się świetna lektura. O ile tylko moje oczy to wytrzymają - czcionka jest trochę za mała, jak dla mnie. Ale nawet jeśli sama nie przeczytam, książka na pewno spodoba się mojemu Tacie. Tak czy inaczej - ktoś będzie zadowolony;)

Wprawdzie mój pomysł na kolekcjonowanie wybranych reportaży Czarnego na razie nie doczekał się realizacji, ale tej książce nie mogłam się oprzeć. Zwłaszcza, że dostałam ją zupełnie za darmo (I to nie jako egzemplarz do recenzji, więc mogę sięgnąć po nią w dowolnym momencie, kiedy tylko przyjdzie mi na to ochota. Nawet za 5 lat;)

Mam trochę wyrzutów sumienia w związku z tym, że moja biblioteczka tak gwałtownie się powiększa. Ale.. pracuję w księgarni. Więc ciężko się oprzeć nowościom wydawniczym oraz starszym książkom. I w ogóle książkom;) A to, że mogę sama dobierać sobie lektury i nie jestem od nikogo zależna (nie gonią mnie terminy, nie muszę pisać recenzji, kiedy czuję że o danej książce nie mam nic do powiedzenia...) jest dla mnie niezwykle wygodne;)
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger