1/05/2015 01:30:00 AM

Ponure Poniedziałki: Roald Dahl "The Landlady" ("Właścicielka pensjonatu")

Ponure Poniedziałki: Roald Dahl "The Landlady" ("Właścicielka pensjonatu")
Opowiadanie w oryginale przeczytałam TUTAJ.
W wersji polskiej zostało opublikowane w zbiorze "Niespodzianki" (Książka i Wiedza, 1984 r.).

"The air was deadly cold and the wind was like a flat blade of ice on his cheeks"
W taką właśnie pogodę siedemnastoletni Billy Weaver przybył do Bath. Była to podróż służbowa. Wysiadłszy z pociągu, chłopak spytał bagażowego o tani hotel w pobliżu dworca. Ten polecił The Bell and Dragon i właśnie tam szedł Billy, kiedy... jego uwagę przyciągnęło ogłoszenie wywieszone w oknie jednego z mijanych domów: "BED AND BREAKFAST". Nie wiedząc nawet, jak i kiedy się to stało, Billy już dzwonił do drzwi, które natychmiast otworzyła niesamowicie sympatyczna kobieta w średnim wieku. Chłopak znalazł nocleg. Wprawdzie właścicielka pensjonatu wydała mu się slightly dotty, a sam przybytek nie gościł aktualnie nikogo (dziwne, za tak niską cenę...), ale Billy stwierdził że przecież nie ma w tym nic bardzo podejrzanego. Co za naiwność.

Opowiadanie opublikowano po raz pierwszy w czasopiśmie The New Yorker w 1959 roku. Rok później trafiło do zbioru Kiss Kiss. Warto wspomnieć, że Roald Dahl (tak, ten od "Charliego i fabryki czekolady") otrzymał za ten tekst nagrodę im. Edgara Allana Poe.


Muszę przyznać, że "The Landlady" skojarzyła mi się z "Psychozą". To przez ten motyw podejrzanego motelu (tutaj pensjonatu) i jego właściciela. Chociaż niewymieniona z nazwiska przemiła gospodyni w opowiadaniu Dahla na pierwszy rzut oka nie sprawia wrażenia niebezpiecznej, nie da się ukryć, że coś tutaj bardzo brzydko pachnie. Gorzkimi migdałami.

To, że stanie się coś złego, było oczywiste właściwie od początku. Po prostu pensjonat i jego właścicielka wyglądali zbyt dobrze - to powinno budzić wątpliwości. I jeszcze ten brak innych gości... Cóż, Billy sam doszedł do takiego wniosku. Jednak... chyba trochę za późno.

Tekst jest krótki i konkretny, a jednocześnie niepozbawiony wartości literackiej. Czytałam go tylko w języku angielskim i chociaż co chwilę sięgałam po słownik, żeby sprawdzić znaczenie poszczególnych wyrazów, nie miałam problemów ze zrozumieniem całości. Autorowi świetnie udało się oddać atmosferę towarzyszącą opisywanym wydarzeniom. Właścicielka pensjonatu, choć niepozorna, ma w sobie coś przerażającego. Zakończenie jest otwarte. Chociaż i tak wszyscy dobrze wiemy, jaki los spotka biednego Billy'ego...

Moja ocena: 4,5/6

TynipicTynipicTynipic
___________________
Źródło zdjęcia: http://www.pinterest.com/pin/9992430399353253/

12/31/2014 01:30:00 AM

Stephen King "Sklepik z marzeniami"

Stephen King "Sklepik z marzeniami"



Autor: Stephen King
Tytuł: "Sklepik z marzeniami"
Tytuł oryginału: "Needful things"
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 671



"Widzisz ten dom po drugiej stronie głównej ulicy? Trzy domy za pustą parcelą, gdzie kiedyś stało Emporium Galorium? Ten z zieloną markizą, tak, właśnie ten. Okna ma zamalowane, interes jeszcze nie ruszył. Szyld głosi: Sklepik z marzeniami - do diabła, co to właściwie ma znaczyć? Nie, ja też nie wiem, ale stąd płyną moje złe przeczucia."
Wyobraź sobie, że ktoś ofiarowuje ci jakąś rzecz - tylko jedną, być może dla innych kompletnie bezwartościową, ale dla ciebie będącą spełnieniem marzeń. Oczywiście, nie otrzymasz tego za darmo. Jednak czy niewielka suma pieniędzy i obietnica spłatania komuś niewinnego figla to zbyt wysoka cena za twoje marzenia?

W Castle Rock otwarto nowy sklep. Jego właściciel, pan Leland Gaunt, oferuje mieszkańcom miasteczka wszystko, czego zapragną. Przedmioty, które sprzedaje, wydają się mieć magiczną moc. Klienci są zachwyceni i zaborczo chronią nowe nabytki. Większość mieszkańców Castle Rock chętnie odwiedza pana Gaunta i ma do niego duże zaufanie. Jednak kiedy przychodzi czas zapłaty okazuje się, że z pozoru niewinne żarty wywołują w miasteczku prawdziwy chaos. Sytuację może opanować chyba tylko szeryf Pangborn, któremu do tej pory jakoś nie po drodze było do "Sklepiku z marzeniami" i którego duszy pan Gaunt nie zdołał jeszcze zagarnąć.


Pomysł jest świetny. W końcu każdy z nas ma jakieś pragnienia, za spełnienie których potrafiłby oddać prawie wszystko. Można się jedynie zastanowić, czy byłoby warto. A w każdym razie pamiętać, że nie od wszystkich można przyjmować podobne "prezenty"...
"Jakaś część jego duszy, do tej pory śpiąca, przebudziła się i zaczęła wrzeszczeć, żeby tego nie robił, że popełnia błąd, nie miało to jednak najmniejszego znaczenia, bo Eddie nagle przestał być sobą. Zmienił się w ducha, wiszącego nad swym własnym ramieniem, przyglądającego się temu, co się dzieje. Kontrolę nad nim przejął upiór."
Jak zwykle Stephen King doskonale poradził sobie z przedstawieniem atmosfery małego miasteczka i narastających w nim konfliktów. Tyle że ten zabieg o wiele bardziej podobał mi się w powieści "Pod kopułą" (już nie wspominając o klaustrofobicznej atmosferze tamtejszego miasta).

W książce znajdują się liczne odniesienia do poprzednich prac Stephena Kinga, takich jak "Cujo" czy "Martwa strefa". Miło, tym bardziej że to nie pierwsza jego powieść rozgrywająca się w Castle Rock. Sam pomysł na fabułę jest z kolei interesującą wersją opowieści o pakcie z diabłem. W końcu kim innym może być pan Gaunt, zawierający podejrzane transakcje z mieszkańcami miasteczka? Czy nie przypomina Wam też pewnej konkretnej postaci wymyślonej przez Kinga, a pojawiającej się w "Bastionie" czy cyklu "Mroczna wieża"?

Powieść była dobra, ale nie rewelacyjna. I nie do końca wiem, z czego to wynika. Gawędziarski styl Kinga mi nie przeszkadza, wręcz go lubię. Już dawno nie bałam się przy lekturze jego książek, więc to też nie jest poważny zarzut. Może oczekiwałam, że cała fabuła rozwinie się trochę inaczej, a finał będzie bardziej wstrząsający (chociaż pozornie wszystko było w porządku). Naprawdę nie wiem... powieść nie wywołała we mnie takich emocji, jakich oczekiwałam. Ale będę ją polecać. Może Wam spodoba się bardziej?

Moja ocena: 4,5/6

TynipicTynipicTynipic
___________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/173726/sklepik-z-marzeniami
2. https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgo4MxoVAZDTNr6GqRK-WpaKaGlQCldGop6yxlDUrCJaCKrXPV7gyqCHi8dODMckN59Zv7rD1HwLwx_URArgVJFdo17PJe6mXdMxvwKhqHXhpoZ8BclxG8nBkgIqCrrXjxgBEymcV4OGQqn/s1600/Needful+Things.jpg

12/29/2014 01:30:00 AM

Ponure Poniedziałki: Bill Crider "Jak zostałem nastoletnim wampirem"

Ponure Poniedziałki: Bill Crider "Jak zostałem nastoletnim wampirem"
Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Krwawe powroty" (Fabryka Słów, 2009).

"Bycie wampirem nie jest aż takie fajne, jak może wam się wydawać. Pewnie wyobrażacie sobie, że wszystko polega na pelerynach, błyszczących kłach i dobrej zabawie po zmierzchu. Jeśli tak nie myślicie, to dobrze. Ale ja tak uważałem i okazało się, że byłem w błędzie. Niejako śmiertelnym błędzie, według wampirzego poczucia humoru"
Siostra narratora opowiadania, Kate, organizuje przyjęcie z okazji swoich osiemnastych urodzin. Impreza ma się odbyć w Halloween. Dziewczyna, miłośniczka horrorów, wymyśliła sobie, że wspaniałą atrakcją dla gości i jej samej będzie zaproszenie na tę uroczystość prawdziwego wampira. To zadanie powierza bratu, którego kolega podobno zna odpowiednią osobę. Szalone? Być może. Ale czego się nie robi dla dobrej zabawy...

Tekst znajduje się w zbiorze "Krwawe powroty", który jest antologią łączącą opowiadania zawierające dwa wspólne elementy: wampiry i wątek urodzin. Pomysł ciekawy, zwłaszcza że każdy z autorów podszedł do tematu w inny sposób.

Nastolatki i wampiry? Takie mam skojarzenie.

"Jak zostałem nastoletnim wampirem" od początku przypominało mi sposobem narracji i samą atmosferą książki z serii "Szkoła przy cmentarzu" - jedne z moich ulubionych w dzieciństwie. Miło było powrócić do tych klimatów i do tego rodzaju historii.
Fabuła jest prosta - od początku wiemy, że główny bohater już jest wampirem i że zaraz odkryjemy, jak do tego doszło. Zagadka nie jest zbyt skomplikowana i czytelnik choć trochę znający się na temacie nie będzie miał problemów z jej rozgryzieniem. Za to zakończenie jest już trochę poważniejsze i - jak dla mnie - smutne. Życie wampira, przynajmniej według tej wersji, naprawdę nie jest ekscytujące.

Czytało się przyjemnie. Wprawdzie autor nie wysilił się zbytnio i wykorzystał dobrze znane schematy oraz stworzył bardzo prostą historię, jednak w tego rodzaju opowieści - mam wrażenie, że skierowanej głównie do nastolatków - to wystarczyło. Miły przerywnik między poważniejszymi (albo straszniejszymi) lekturami.

Moja ocena: 4/6

TynipicTynipicTynipic
____________________
Źródło zdjęcia: http://www.pinterest.com/pin/420523683930304180/
Copyright © 2016 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger