3/20/2019 08:11:00 AM

Mona Kasten "Begin Again"

Mona Kasten "Begin Again"

Autor: Mona Kasten
Tytuł: "Begin Again"
Tytuł oryginału: "Begin Again"
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 351
Po pierwsze: nie zawracasz mi głowy swoimi sprawami.
Po drugie: trzymasz buzię na kłódkę, kiedy sobie kogoś tu sprowadzam.
Po trzecie: między nami do niczego nie dojdzie. 
To trzy zasady wynajmu mieszkania, które ustanowił Kaden dla swojej nowej współlokatorki. Dla Allie brzmiało to dosyć dziwnie, ale zgodziła się - i tak nie miała zamiaru romansować z tym antypatycznym chłopakiem, a poza tym w czasie oglądania kolejnych mieszkań straciła już nadzieję, że uda się jej cokolwiek znaleźć. Tym sposobem dziewczyna zaczęła nowe życie w Woodshill. Z daleka od rodziny, z którą się nie dogadywała i przede wszystkim od pewnych traumatycznych wydarzeń, które spotkały ją w przeszłości. Tutaj nikt jej nie znał, mogła rozpocząć wymarzone studia i ułożyć sobie życie na nowo, tym razem według własnego planu, a nie pomysłu jej rodziców. Tylko ten Kaden i jego niemądre zasady...


"Begin Again" to typowa powieść z gatunku new adult. O młodych ludziach wkraczających dopiero w dorosłe życie, ale już obarczonych wieloma problemami, z którymi nie do końca potrafią sobie poradzić. A także o miłości między nimi, która okazuje się trudna, czasami prawie niemożliwa. I chociaż dobrze wiem, jaki jest schemat tego rodzaju książek, jak mniej więcej będzie przebiegała akcja i na czym cała historia się zakończy, to nie ukrywam że czytanie podobnych powieści sprawia mi wielką przyjemność (takie moje guilty pleasure). Oczywiście, o ile są dobrze napisane. W "Begin Again" widać, że autorka musi jeszcze popracować nad warsztatem (ale to jej debiut, pierwszym książkom jestem skłonna więcej wybaczyć), natomiast nie było na tyle źle, żebym porzuciła powieść. Wręcz przeciwnie, historia mnie wciągnęła, a lektura sprawiła wielką przyjemność. Chociaż wydaje się, że nie było w niej nic, czego już wcześniej bym nie czytała. 

Oprócz wątku głównych bohaterów podobały mi się również postaci drugoplanowe. Nawet pomimo tego, że zostały stworzone przede wszystkim po to, żeby stanowić efektowne tło dla Allie i Kadena, pojawiać się kiedy potrzebowali wsparcia i ratować sytuację. Oraz wprowadzać element komediowy. Na szczęście zdołaliśmy dowiedzieć się o nich czegoś więcej, a pewne wątki zostaną wykorzystane w kolejnych częściach cyklu (powstały jeszcze dwie). 

Wiem, że się powtarzam, ale... pomimo, że ta powieść nie jest arcydziełem, świetnie się przy niej bawiłam i chwilami trudno było mi się od niej oderwać. Dobrze czasem przeczytać historię, której bohaterowie zmagają się z ogromnymi problemami, ale w której wszystko dobrze się kończy (nie tak, jak w horrorach). Książka Mony Kasten spodobała mi się na tyle, że bez wahania sięgnę po kolejne części. Byle tylko nie przedawkować;)

Moja ocena: 4,5/6
___________________
Źródło zdjęcia: https://unsplash.com/photos/a7XUtljVEMc

3/13/2019 07:30:00 AM

A.V. Geiger "Ktoś mnie obserwuje"

A.V. Geiger "Ktoś mnie obserwuje"


Autor: A.V. Geiger
Tytuł: "Ktoś mnie obserwuje"
Tytuł oryginału: "Follow me back"
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 275
Gdyby kiedykolwiek napisał piosenkę o tym, co naprawdę czuje do fanek, zakazaliby jej odtwarzania we wszystkich krajach ze względu na wulgarny język.
Eric Thorn to niesamowicie popularny piosenkarz, bożyszcze nastolatek. Miliony fanek mają na jego punkcie obsesję. To powinno mu pochlebiać, a nawet go cieszyć, zamiast tego przyprawia jednak o dreszcze. Szczególnie od czasu, kiedy szalona fanka zamordowała jego kolegę po fachu.
Tessa boi się wychodzić ze swojego pokoju. Jeszcze niedawno była zwyczajną młodą dziewczyną, ale podczas ostatnich wakacji wydarzyło się coś, co śmiertelnie ją przeraziło. Teraz, zamiast pójść do college'u, Tessa spędza dni w domu, kontaktując się tylko ze swoją matką, terapeutką i chłopakiem. Ze światem zewnętrznym ma styczność jedynie za pośrednictwem internetu, w szczególności twittera. Zwłaszcza od kiedy zapoczątkowany przez nią hashtag #ericthornobsessed w krótkim czasie zyskał niesamowitą popularność. Tak, dziewczyna jest ogromną fanką Erica. Od czasu tajemniczych wakacyjnych wydarzeń stała się nawet więcej niż tylko jego zwykłą wielbicielką. Ma na jego punkcie obsesję. 
Nagle ta dwójka zaczyna się ze sobą kontaktować za pośrednictwem twittera. Tylko... czy Tessa wie, z kim naprawdę rozmawia? I czy Eric zdaje sobie sprawę, jakie konsekwencje będzie miało zapoczątkowanie dyskusji z jedną ze znienawidzonych przez niego fanek?

Można by pomyśleć, że to będzie typowa historia dla nastolatek: znany piosenkarz zaczyna rozmawiać ze swoją fanką, zakochują się w sobie i żyją długo i szczęśliwie. Ale "Ktoś mnie obserwuje" bardzo odbiega od tego rodzaju stereotypowych opowieści. To thriller dla młodzieży, który porusza tematy traumy, wielkiej sławy oraz tego, jak nieprzewidywalne konsekwencje może mieć wdawanie się w dyskusje w internecie z przypadkowymi ludźmi. I jak bardzo media społecznościowe mogą zmienić nasze życie. 


Podobało mi się, że książka nie składała się tylko z "suchej" narracji. Odnajdziemy w niej fragmenty stenogramów policyjnych, które - przeplatane zwykłymi rozdziałami - odsłonią przed nami całość historii, a także tweety i wiadomości głównych bohaterów. Część rozdziałów skupiała się na Tessie, część na Ericu, dzięki temu lepiej można było poznać motywacje i uczucia obu stron. Już na samym początku dowiadujemy się, że w sylwestrową noc stało się coś bardzo złego (stąd przesłuchanie na posterunku policji), jednak do samego końca trudno całkowicie przejrzeć intrygę wymyśloną przez autorkę. Zresztą nawet zakończenie książki nie zdradza nam wszystkiego. W miejscu, w którym inna powieść skończyłaby się, zostawiając swoich bohaterów bezpiecznych i szczęśliwych, "Ktoś mnie obserwuje" oferuje kolejny szalony zwrot akcji. Na razie polskim czytelnikom pozostaje się tylko domyślać, co dokładnie się stało i czekać na drugą (i ostatnią) część, która ma być wydana w tym roku. 

Czy coś mi się nie podobało? Trochę denerwowała mnie Tessa, ze swoją obsesją na punkcie Erica i ogromnym strachem przed wyjściem z domu. Miał on jednak, jak się okazało, bardzo dobre uzasadnienie. Nie wiem tylko, czy przekonuje mnie to, jak Tessa poradziła sobie z nim na samym końcu powieści (ale nie napiszę więcej, żeby nie zdradzać zbyt dużo z fabuły). Nie jest to wybitna książka, może jestem już troszkę za stara żeby bardzo się nią zachwycać, przyznaję jednak że lektura mnie wciągnęła i dostarczyła wiele przyjemności. I głównie o to mi chodziło. Nie ukrywam też, że chętnie sięgnę po kolejną część.

PS. Zapomniałam wspomnieć, że autorka zadebiutowała z pierwszą wersją swojej historii na Wattpadzie. Czytaliście może inne książki, które powstały w ten sposób?

Moja ocena: 4,5/6

Książka przeczytana w ramach mojego WYZWANIA CZYTELNICZEGO 2019 (kategoria: książka, której bohaterem jest muzyk)
_________________
Źródło zdjęcia: Photo by Jamie Street on Unsplash

3/11/2019 07:42:00 AM

Ponure Poniedziałki: Arthur Conan Doyle "Groza przestworzy"

Ponure Poniedziałki: Arthur Conan Doyle "Groza przestworzy"
Opowiadanie można znaleźć w zbiorze "17 podniebnych koszmarów" (Prószyński i S-ka, 2019).


Zastanawialiście się kiedyś nad tym, czy ponad chmurami, daleko poza zasięgiem naszego wzroku, żyją jakieś tajemnicze stworzenia? Oczywiście teraz wiemy, że tak nie jest, ale dawniej, kiedy lotnictwo dopiero raczkowało, mogło to być bardzo ważne pytanie. W opowiadaniu Arthura Conan Doyle'a poznajemy dziennik pewnego lotnika przekonanego o tym, że w powietrzu żyją niezwykle groźne istoty. Oczywiście dopiero na pewnej wysokości i tylko w określonych obszarach. Lotnik ten postanowił przekonać się naocznie czy jego teoria jest prawdziwa. Był niezwykle zdeterminowany i odważny. Czy jednak jego misja zakończyła się powodzeniem...?


Szczerze przyznaję, że o ile temat stworzeń żyjących w głębinach oceanu jest dla mnie fascynujący, tak nigdy nie myślałam o tym, co mogłoby - przynajmniej teoretycznie - żyć gdzieś ponad chmurami. Jak wyglądałyby takie istoty? Z czego składałyby się ich ciała? Czy byłyby niebezpieczne dla człowieka? Na te wszystkie pytania odpowiada Arthur Conan Doyle, do tego czyni to w sposób niezwykle ciekawy. I chociaż "Groza przestworzy" nie wywołuje dreszczy przerażenia u współczesnego czytelnika, osoby współczesne autorowi mogły odbierać ją zupełnie inaczej. Nawet teraz wizja lotnika wzbijającego się na coraz większą wysokość w swoim małym samolocie, samotnie, ma w sobie coś strasznego. Ma się świadomość, że cokolwiek wydarzy się gdzieś tam ponad chmurami, ten człowiek będzie z tym zupełnie sam. I chyba to przestraszyło mnie odrobinę podczas lektury, taka wizja samotnego stawiania czoła czemuś nieznanemu i niesamowicie tajemniczemu. 

Całość jest jak najbardziej poprawna, jednak raczej nie wywołuje skrajnych emocji. Nie po tylu latach. Jeśli jednak znacie tego autora tylko i wyłącznie z przygód Sherlocka Holmesa, warto sięgnąć po inny jego tekst. "Groza przestworzy" będzie tutaj dobrym wyborem, możecie też zajrzeć do wydanego przez C&T zbioru "Dziwne zjawiska". Choćby po to, żeby przekonać się, jak Arthur Conan Doyle, interesujący się przecież spirytyzmem i paranormalnymi zjawiskami, potrafił pisać o tego rodzaju sprawach. 

Moja ocena: 4/6
______________________
Źródło zdjęcia: Photo by Bryan Minear on Unsplash

3/07/2019 01:33:00 PM

Maria Dąbrowska "Na wsi wesele"

Maria Dąbrowska "Na wsi wesele"


Autor: Maria Dąbrowska
Tytuł: "Na wsi wesele"
Wydawnictwo: Czytelnik
Rok wydania: 1980
Liczba stron: 78

Podwarszawska wieś, lata 50. XX wieku. Czytelnik trafia w sam środek przygotowań do wesela Zuzi Jasnocianki i Cześka Rucińskiego. Jak wyglądały wesela na wsi niedługo po wojnie? Czy bliżej im było do tych z przeszłości, a może były już przesiąknięte nowymi zwyczajami? Opowiadanie Marii Dąbrowskiej daje odpowiedź na te pytania, ale kryje w sobie również o wiele więcej. To doskonałe studium tamtych czasów, ukazujące wycinek z życia wsi i jej mieszkańców, ich próby odnalezienia się w powojennej rzeczywistości.

Do tego tekstu przyciągnęły mnie dwie rzeczy: nazwisko autorki (tak, przeczytałam "Noce i dnie" jeszcze w liceum) oraz tematyka. Chociaż od mojego wesela minęło pięć miesięcy, nadal jestem zafascynowana tematyką ślubną. A jeśli połączymy to ze zwyczajami obecnymi na polskiej wsi (niezależnie od tego, jak dawne byłyby to zwyczaje) otrzymujemy niesamowicie interesującą dla mnie lekturę. Tak więc zagłębiłam się w tekst Marii Dąbrowskiej i... otrzymałam nie tylko to, czego oczekiwałam, ale także o wiele więcej.


Autorka opisuje gorączkowe przygotowania do wesela i samą uroczystość. Akcja rozpoczyna się dzień przed ślubem (który miał miejsce w słoneczną, październikową niedzielę). Poznajemy kolejnych gości przybywających na uroczystość, a o każdym z nich narrator ma coś ciekawego do opowiedzenia. Dowiadujemy się, jak radzono sobie z kwestiami technicznymi - poczęstunek czekał na gości w domu panny młodej, a tańczono w domu pana młodego. Obserwujemy niezwykłe przeplatanie się tradycji z nowoczesnością. Możemy także przyjrzeć się bliżej ludziom i temu, co czują i co myślą na różne tematy. A jest jedna rzecz, która w szczególności zaprząta ich umysły: polityka. Nie wszyscy są przychylni nowej władzy, inni z kolei popierają ją w pełni. Niektórzy nie do końca wiedzą, co o tym wszystkim myśleć, są zagubieni i nie potrafią określić, czy zmiany ustrojowe są dobre i do czego to wszystko zmierza. Pewnie wypowiadają się głównie zwolennicy nowego porządku. Cała reszta woli nie wdawać się w niepotrzebne dyskusje, ponieważ nigdy nie wiadomo kto akurat słucha i czy wyłapane gdzieś urywki rozmowy nie doprowadzą do poważnych konsekwencji.

Przeczytałam "Na wsi wesele" z dużym zainteresowaniem. Znalazłam tam nakreślony z dużą wprawą obraz polskiej wsi z czasów powojennych. Inspiracją dla autorki było prawdziwe wiejskie wesele w Grzegorzewicach pod Mszczonowem, w którym brała udział w październiku 1954 roku. Cała lektura wprawiła mnie w dosyć melancholijny nastrój. Rozterki bohaterów, trudna sytuacja życiowa niektórych z nich, a nawet fakt, że państwo młodzi nie pałali do siebie szczególnym uczuciem (a przynajmniej tak wynikało z obserwacji niektórych uczestników wesela) - to wszystko złożyło się na klimat tego opowiadania.

Chyba teraz będę częściej sięgać po tego rodzaju literaturę...

Moja ocena: 5/6

3/04/2019 02:19:00 PM

Ponure Poniedziałki: E. Michael Lewis "Ładunek"

Ponure Poniedziałki: E. Michael Lewis "Ładunek"
Opowiadanie można znaleźć w zbiorze "17 podniebnych koszmarów" (Prószyński i S-ka, 2018).
Słyszałem jeszcze inny dźwięk, dochodzący z wnętrza skrzyni koło mojego ucha. Coś się w niej szamotało, coś przesiąkłego wilgocią i skalanego, coś, czego nie chciałem zobaczyć, coś, co pragnęło się wydostać na zewnątrz.
Samoloty transportowe przewożą bardzo różne ładunki. Zwłaszcza te należące do wojska. Czasem mogą to być samochody, innym razem materiały wybuchowe, czasami po prostu żołnierze. Główny bohater tego opowiadania pracował na pokładzie takiego samolotu jako specjalista od załadunku i wydawałoby się, że niewiele może go zaskoczyć i przestraszyć. Miał doświadczenie i był naprawdę dobry w tym, co robił. Jednak tym razem wysłano go w taką misję, której naprawdę wolałby nie wykonać. Mówi Wam coś nazwa Jonestown?

Kiedy podróżujesz samolotem (chociaż nie tylko, ale w tym przypadku szczególnie), Twoją uwagę na pewno zwracają wszelkie dźwięki odbiegające od normy. Zazwyczaj sygnalizują one, że coś jest nie w porządku, a im szybciej wykryje się potencjalny problem, tym lepiej. Bohater opowiadania miał jednak opory przed zgłoszeniem pilotom, że od strony zgromadzonych w ładowni trumien dobiegają odgłosy dziecięcej zabawy... Postanowił sam to sprawdzić.


Opowiadanie jest krótkie i bardzo konkretne. Autor dobrze buduje napięcie, już na samym początku sygnalizując, że będziemy mieć do czynienia z dziwnymi zdarzeniami o trudnym do wytłumaczenia charakterze. Podobało mi się, że narratorem historii był mężczyzna, którego zadaniem było zajmowanie się ładunkiem i który bez wahania postanowił sprawdzić, co jest źródłem dziwnych dźwięków. A także fakt, że główny bohater bardzo szybko stracił pewność siebie... Szkoda tylko, że autor nie rozwinął bardziej swojego pomysłu. Jestem ciekawa co by było, gdyby lot trwał o wiele dłużej - jakie jeszcze niespodzianki czekałyby na bohaterów tekstu?

Czytałam już horror kolejowy (głównie w wydaniu Stefana Grabińskiego), ale nie przyszłoby mi do głowy, że można stworzyć cały zbiór opowiadań grozy dotyczących horroru...samolotowego?;) Jednak już pierwszy tekst przekonał mnie, że był to naprawdę trafiony pomysł. Nie mogę się doczekać dalszej lektury "17 podniebnych koszmarów", tym bardziej że w książce znalazły się teksty takich autorów, jak Arthur Conan Doyle, Roald Dahl, Ray Bradbury, Joe Hill czy Stephen King. Opowiadanie E. Michaela Lewisa było bardzo dobre, choć chętnie przeczytałabym jeszcze dłuższy tekst tego autora. Zbiór rozpoczął się mocnym akcentem, mam nadzieję że dalej będzie jeszcze lepiej.

Moja ocena: 4,5/6
____________________________
Źródło zdjęcia: https://unsplash.com/photos/aGpFT7AXhag

3/01/2019 02:03:00 PM

Wyzwanie czytelnicze - marzec (i podsumowanie lutego)

Wyzwanie czytelnicze - marzec (i podsumowanie lutego)

Dzień dobry! Witam Was w marcu;) Luty nie był dla mnie szczególnie udany, jeśli chodzi o czytanie. Przez większość czasu czułam się dosyć kiepsko, a koniec miesiąca spędziłam w łóżku z grypą. To wszystko nie ułatwiało lektury. Teraz jednak czuję się dobrze, mam dużo energii i zapału do pracy. Oby marzec był lepszy pod wszystkimi względami;)

Jak prezentuje się podsumowanie lutego?

Agnieszka z Mycoffeetime przeczytała: 
"Pierwsze słowo" Marta Kisiel (kategoria: książka, której tytuł składa się z 13 liter)
"Fałszywy krok" Alex Kava (kategoria: książka, której autor ma takie same inicjały, jak Ty)

Jak zwykle niezawodna Luka z Przestrzeni Tekstu przeczytała: 
"Zdrowaś mario. Reportaże o medycznej marihuanie" Aleksandra Pezda (kategoria: reportaż dotyczący miejsca, w którym mieszkasz)
"Najlepsza zupa na świecie" Susanna Isern (kategoria: picturebook)
"Krótka historia o długiej miłości" Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze (kategoria: książka, która ma mniej niż 200 stron)
"Nawiedzony dom na wzgórzu" Shirley Jackson (kategoria: książka należąca do klasyki, której jeszcze nigdy nie czytałeś)


Monika Olga przeczytała: 
"Sześć dni w grudniu" Jordi Sierra i Fabra (kategoria: książka, w której zamordowano co najmniej trzy osoby)
"Pociągi pod specjalnym nadzorem" Bohumił Hrabal (kategoria: książka, która ma mniej niż 200 stron)
"Pozwól mi wrócić" B.A. Paris (kategoria: książka, która zbiera złe recenzje)

Mi udało się przeczytać tylko dwie książki:
"Nowy dom na Wyrębach" Stefan Darda (kategoria: polski horror)
"Uniesienie" Stephen King (kategoria: książka, która ma mniej niż 200 stron)

Dziękuję za udział w tym miesiącu i gratuluję wyników! Rozumiem, że na razie wszyscy sięgamy po tytuły, które najłatwiej nam zakwalifikować do konkretnych kategorii;) Ja sama będę mieć duży problem w przypadku autora o takich samych inicjałach, jak moje... A Wy? Ale w końcu to wyzwanie, mam nadzieję że przy okazji poszukiwań kolejnych lektur odkryjemy fascynujące książki, a wybory czytelnicze innych będą dla nas inspiracją (jestem zwłaszcza ciekawa doboru lektur w kategorii "polski horror").

Lektury z marca oraz z poprzednich miesięcy zgłaszamy pod tym postem;)


2/23/2019 11:03:00 AM

Stephen King "Uniesienie"

Stephen King "Uniesienie"

Autor: Stephen King
Tytuł: "Uniesienie"
Tytuł oryginału: "Elevation"
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2018
Liczba stron: 171
Czas jest niewidzialny. W przeciwieństwie do wagi.
Ale.. czy na pewno? 
Scott Carey jest zwyczajnym facetem. Owszem, ma pewne problemy (rozwód z żoną, nadwaga), ale tak poza tym, nie wyróżnia się specjalnie spośród innych mieszkańców Castle Rock. Do czasu, aż odkrywa u siebie coś dziwnego - zaczyna gwałtownie chudnąć, na co wskazuje waga, ale zupełnie nie widać tego w jego wyglądzie. Nadal ma duży, obwisły brzuch, ciągle jest facetem przy kości... Chociaż z każdym dniem waży coraz mniej. Co to za dziwna przypadłość? Komu można o niej opowiedzieć? I najważniejsze: co się z nim stanie, kiedy waga niebezpiecznie zbliży się do zera?

"Uniesienie" to nie powieść. Raczej nowela, w której Stephen King po raz kolejny zabiera nas do Castle Rock. Tym razem jednak nie będzie nas straszył tajemniczym sklepikiem z marzeniami i jego właścicielem, dotkniętym wścieklizną psem czy też mroczną połową pewnego zwykłego gościa. Teraz autor zmusi nas do refleksji. Przedstawiając historię Scotta, Stephen King ukaże nam jednocześnie mieszkańców Castle Rock ze wszystkimi ich wadami i małomiasteczkową mentalnością. Czy Scottowi, który wraz z utratą wagi zyskuje coraz większą jasność umysłu i chęć, żeby coś zmienić, uda się poruszyć tych ludzi i wpłynąć na zachowanie choćby kilku z nich? 


Autor rozpoczął książkę słowami Z myślą o Richardzie Mathesonie. Nieprzypadkowo wspomniał właśnie o tym pisarzu, ponieważ "Uniesienie" to wyraźne odniesienie do "The Shrinking Man" Mathesona. Bohater tej drugiej powieści również nazywa się Scott Carey. Jego problemem jest jednak nie tyle utrata wagi, co gwałtowne kurczenie się. Kilka centymetrów można jeszcze przeoczyć, ale Carey z każdym dniem staje cię coraz niższy, a to już naprawdę ciężko zignorować. Pod przykrywką opowieści z nurtu science fiction Matheson chciał przedstawić pewien obraz współczesnego mu społeczeństwa, a zwłaszcza roli mężczyzny. Nie da się ukryć, że Stephen King robi coś podobnego, w szczególności uderzając w wyborców Trumpa (którego, jak wiadomo, jest wielkim przeciwnikiem) i obnażając ich hipokryzję i zaściankowość. 

"Uniesienie", choć nie jest horrorem, do którego przyzwyczaił nas Stephen King, ma w sobie pewien mrok. Po pierwsze, chodzi o wrogość zwykłych, porządnych obywateli wobec wszystkiego, co inne (sąsiadki Scotta, małżeństwo lesbijek, nie są akceptowane, a prowadzona przez nie restauracja jest wyraźnie bojkotowana). Po drugie... kiedy u Scotta zaczęła się ta dziwna utrata wagi i co jest jej przyczyną? Jak się zakończy? King nie daje nam tutaj wszystkich odpowiedzi, potrafi za to przykuć uwagę czytelnika od początku do końca. A także skłonić go do refleksji. I chociaż cały czas tęsknię za Kingiem w "starym" wydaniu, z jego naprawdę mocnymi horrorami, to jednak ta nowa odsłona jego twórczości również mi się podoba. Jest bardziej refleksyjnie i bardziej smutno. Szkoda tylko, że w tym przypadku tak krótko. Teraz pozostaje mi czekać na "Instytut"!

Moja ocena: 4,5/6

Książka przeczytana w ramach mojego WYZWANIA CZYTELNICZEGO 2019, kategoria: "Książka, która ma mniej niż 200 stron"

_______________
Źródło zdjęcia: Photo by Richard Bagan on Unsplash

2/18/2019 06:30:00 AM

Ponure Poniedziałki: Joyce Carol Oates "Where Are You Going, Where Have You Been?"

Ponure Poniedziałki: Joyce Carol Oates "Where Are You Going, Where Have You Been?"
Opowiadanie można przeczytać online TUTAJ
Her name was Connie. She was fifteen and she had a quick, nervous giggling habit of craning her neck to glance into mirrors or checking other people's faces to make sure her own was all right.
Ładna nastolatka, niezbyt dobrze dogadująca się z rodzicami i starszą siostrą. Znudzona, próbująca znaleźć jakąś rozrywkę w okazjonalnych wypadach z przyjaciółką do centrum handlowego i restauracji. Przy okazji tych wyjść próbująca skupić na sobie uwagę płci przeciwnej, co czasem się udawało. Dziewczyna, jakich wiele. A jednak musiało być w niej coś wyjątkowego, skoro pewnego wieczoru chłopak, który zobaczył ją na parkingu postanowił, że musi ją zdobyć. 
Gonna get you, baby
Kiedy Arnold przyjechał do domu Connie pewnego niedzielnego popołudnia i zaproponował wspólne spędzenie czasu, dziewczyna była na równi zaniepokojona, jak i zaintrygowana. W ogóle go nie znała (choć pamiętała go z tamtego wieczoru, kiedy widziała go przelotnie na parkingu), w dodatku w domu nie było nikogo oprócz niej. Ale takie zainteresowanie naprawdę może pochlebiać. Szczególnie kiedy ma się w perspektywie zrobienie czegoś ciekawego w to nudne, upalne popołudnie. Im dłużej jednak Connie rozmawiała z nieznajomym, tym bardziej coś jej nie pasowało...


Autorka zadedykowała swoje opowiadanie Bobowi Dylanowi. To jego piosenka It's All Over Now, Baby Blue zainspirowała ją do napisania tekstu. Luźno opartego na historii mordercy Charlesa Schmida. To jedno z bardziej znanych dzieł Joyce Carol Oates, które doczekało się mnóstwa interpretacji. Można rozumieć je dosłownie, ale również doszukiwać się w nim pewnych ukrytych znaczeń. Connie i Arnold mogą reprezentować pewne określone siły lub postawy, a tajemnicze liczby namalowane na samochodzie mężczyzny mogą być zarówno odniesieniem do konkretnego fragmentu Biblii, jak też do wieku bohaterów tekstu. Całą historię można również odczytywać alegorycznie i - podobnie jak w przypadku jej określonych fragmentów - na kilka sposobów. Tak naprawdę to od czytelnika zależy, którą interpretację wybierze, czy też może pozostanie przy dosłownym odczytaniu fabuły.

To intrygująca, wzbudzająca niepokój historia. Od początku wiadomo, że nie skończy się dobrze, chociaż pierwsze akapity nie zapowiadają jeszcze niczego szczególnego: ot, opis życia znudzonej nastolatki, skupionej na podrywaniu chłopaków. Cały tekst ma jednak niesamowicie ponurą i duszną atmosferę, a im dłużej go czytamy, tym większe mamy przekonanie, że wszystko zmierza w naprawdę złym kierunku. Joyce Carol Oates udało się stworzyć świetnie napisane i bardzo sugestywne opowiadanie, dające możliwość wielu różnych interpretacji. Z pewnością warto je przeczytać. A jeśli jesteście zainteresowani przypadkiem Charlesa Schmida, na którym luźno opiera się ta historia, polecam przeczytać artykuł Dona Mosera The Pied Piper of Tucson: He Cruised in a Golden Car, Looking for the Action, opublikowany w magazynie Life w 1966 roku. Jest dostępny online, a odnośnik do niego można znaleźć TUTAJ (wybaczcie, nie działa mi bezpośredni link). W oparciu o tę sprawę Jaśmin z mojego ulubionego kanału na YT Stanowo mogłaby stworzyć naprawdę dobry odcinek.

Moja ocena: 5/6
___________________
Źródło zdjęcia: https://unsplash.com/photos/6sTTfLhurao

2/13/2019 03:41:00 PM

Stefan Darda "Nowy dom na Wyrębach" (część I i II)

Stefan Darda "Nowy dom na Wyrębach" (część I i II)
Autor: Stefan Darda
Tytuł: "Nowy dom na Wyrębach"/"Nowy dom na Wyrębach II"
Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2017/2018
Liczba stron: 368/304
Uważaj na swoje najskrytsze tajemnice. Niektóre z nich mogą cię zabić.
Zacznijmy od tego, że jeśli jeszcze nie znacie historii domu na Wyrębach, powinniście sięgnąć po pierwszą część książki. Wydawało mi się, że pisałam jej recenzję i w tym miejscu chciałam Was do niej odesłać, okazało się jednak, że coś mi się pomyliło - wprawdzie czytałam powieść, a później wracałam do niej w formie audiobooka, jednak nigdy nie poświęciłam jej żadnego tekstu. Czyli moje pierwsze spotkanie z nią miało miejsce, kiedy jeszcze nie prowadziłam bloga (powieść miała premierę w 2008 roku i niewykluczone, że niedługo po tym po nią sięgnęłam). Od razu polubiłam prozę Stefana Dardy, dlatego ucieszyłam się, kiedy w moje ręce trafiły dwie kolejne części historii o Wyrębach. Jeśli nie znacie "Domu na Wyrębach" i chcecie uniknąć spoilerów, radzę nie czytać dalej;)

Krótkie przypomnienie: bohaterem pierwszej części był Marek Leśniewski, wykładowca akademicki, który porzucił swoje dotychczasowe życie we Wrocławiu i przeprowadził się do przysiółka Wyręby, na Lubelszczyźnie. Jego jedyny sąsiad był wprawdzie bardzo nieprzyjemny, ale (raczej) nieszkodliwy. A cisza, spokój i kontakt z naturą to było dla Marka coś pięknego. Do czasu, aż nie zaczęły go nękać pewne zjawiska natury paranormalnej. Cała historia miała dla mnie niesamowity klimat i naprawdę mi się spodobała. Po dosyć zaskakującym zakończeniu byłam pewna, że autor nie napisze już kolejnych części. Czekała mnie jednak niespodzianka.


Głównym bohaterem "Nowego domu..." jest Hubert Kosmala, najlepszy przyjaciel Marka, który odziedziczył po nim domek w Wyrębach. Hubert wyrzuca sobie, że nie pomógł w porę Markowi i że zbagatelizował jego problemy. Jednak to nie czas na samokrytykę. Okazuje się, że demoniczna siła prześladująca przyjaciela, teraz zagraża Hubertowi i jego rodzinie. Co zrobić, kiedy sny niebezpiecznie mieszają się z rzeczywistością, w okolicy grasuje nadnaturalnych rozmiarów wilk i naprawdę nie wiadomo, do kogo zwrócić się o pomoc?

Dobrze, że miałam pod ręką oba tomy. Dzięki temu zaraz po zakończeniu lektury pierwszego mogłam sięgnąć po drugi i nie musiałam się denerwować, że cała historia urywa się w TAKIM momencie;) Od razu muszę przyznać, że kontynuacja nie przypadła mi do gustu tak bardzo, jak pierwsza część. Może dlatego, że tutaj dużą rolę odgrywała postać Ewy, której jakoś nie potrafiłam polubić. Nie przekonał mnie również pomysł na wprowadzenie tajemniczej "sekty" niezwykle wysokich ludzi jeżdżących różnokolorowymi garbusami (chociaż przewrotnie skojarzyło mi się to nieco z "małymi ludźmi w żółtych płaszczach" Kinga, jednak tamto opowiadanie czytałam już zbyt dawno, żeby je pamiętać). Za to bardzo podobało mi się to, że wszystkie strachy u Dardy mają słowiańskie korzenie. W końcu demony rodem z wierzeń naszych przodków to znakomici bohaterowie horrorów. Miło było również wrócić do samych Wyrębów. To miejsce jest idealnym tłem dla historii o strzygach (i nie tylko). W końcu kto oparłby się strasznej historii rozgrywającej się w drewnianym domu rozświetlonym blaskiem świec, w dodatku położonym tuż obok ponurego lasu? Ja na pewno nie.

Mimo wszystko, mam mieszane uczucia. Nie uważam, żeby kontynuacja była złym pomysłem, w dodatku bardzo mnie ona zaciekawiła. Nie spodobało mi się jednak kilka wątków oraz wprowadzenie pewnych postaci. Może chodzi o to, że Wyręby z pierwszej powieści były dla mnie bardziej tajemnicze? Z drugiej strony, w nowych częściach ponownie doceniłam klimat książek, udało mi się też polubić Huberta (za którym, o ile sobie dobrze przypominam, wcześniej nie przepadałam). I o ile nie darzyłam Ewy sympatią, to już włączenie w fabułę postaci Józefa Durkacza było strzałem w dziesiątkę. Podsumowując: to była dobra lektura, jednak to do pierwszej części cyklu będę wracać, to do niej mam sentyment. Za to, pozostając w klimacie polskiego horroru i twórczości Stefana Dardy, chciałabym odświeżyć sobie cykl "Czarny Wygon". Tym bardziej, że także i w tym przypadku powstały już nowe części i wreszcie mogę poznać tę historię w całości.

Moja ocena: 4/6

Książki przeczytane w ramach mojego WYZWANIA CZYTELNICZEGO 2019 (ale zaliczę sobie do niego tylko jeden tom, w końcu jeden temat=jedna książka), kategoria "Polski horror". 
_________________
Źródło zdjęcia: https://unsplash.com/photos/5rsy1FOkaH0

2/11/2019 09:44:00 AM

Ponure Poniedziałki: Angela Carter "The Lady of the House of Love"

Ponure Poniedziałki: Angela Carter "The Lady of the House of Love"
Opowiadanie można przeczytać online TUTAJ

Gdzieś w Rumunii, w posiadłości położonej tuż obok kompletnie opuszczonej wioski, mieszka dziedziczka rodu. Jest wampirem, w prostej linii potomkiem Drakuli. I bardzo chciałaby być człowiekiem. Czy młody, przystojny żołnierz, który właśnie zmierza do wioski - kompletnie nieświadomy tego, co go tam czeka - może odmienić jej los? 

To mroczna opowieść, wykorzystująca motywy rodem z gotyckich powieści o wampirach. A także przedstawiająca, w zmienionej formie, baśń o śpiącej królewnie. Początkowo została napisana jako słuchowisko radiowe zatytułowane "Vampirella" (prawidziwie koszmarny tytuł). Później, już w formie opowiadania, ukazała się w zbiorze "The Bloody Chamber". "The Lady..." zawiera mnóstwo odniesień do innych tekstów kultury, a ich wyszukiwanie może być dobrą zabawą. Oprócz tego ważna jest również symbolika: skowronek więziony w klatce przez piękną wampirzycę, niesamowite róże otaczające jej posiadłość, światło (i jego brak), a także... rower, na którym przyjechał dzielny żołnierz. Ponadto same główne postacie reprezentują dwa różne światy. Wampirzyca to ucieleśnienie wszystkiego co mroczne, tajemnicze i niewyjaśnione, a zarazem należące do przeszłości. Angielski żołnierz reprezentuje z kolei przyszłość i racjonalizm. Nawet jego odwaga wynika z tego, że po prostu nie wierzy w zjawiska nadprzyrodzone (this lack of imagination gives his heroism to the hero). 


Opowiadanie podzielone jest na dwie części. Początkowo poznajemy główną bohaterkę i jej codzienne (conocne) zwyczaje, a także jej pragnienie zostania człowiekiem. Mężczyzna, przepowiedziany jej przez karty tarota, pojawia się dopiero później. Czy uda mu się pomóc wampirzycy? A może stanie się jej kolejnym posiłkiem? Autorka utrzymuje czytelnika w napięciu do samego końca. 

Podobało mi się wykorzystanie i przekształcenie przez Angelę Carter znanych motywów, a także przewrotne odwrócenie konwencji (czy można zamienić wampira w człowieka?). Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że wszystkiego było nieco za dużo, przez co czytanie było trochę męczące. Może po prostu - jakkolwiek lubię wampiry i wszelkie odniesienia literackie - to nie do końca były moje klimaty. Tak czy inaczej, warto sięgnąć po ten tekst. Sama chętnie zajrzałabym też do całego zbioru, żeby przeczytać kolejne niesamowite opowiadania i tropić następne powiązania z baśniami (i nie tylko).

Moja ocena: 4/6
______________________
Źródło zdjęcia: Photo by Nikita Tikhomirov on Unsplash

2/07/2019 09:39:00 PM

Swietłana Aleksijewicz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"

Swietłana Aleksijewicz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"


Autor: Swietłana Aleksijewicz
Tytuł: "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"
Tytuł oryginału: "У войны не женское лицо"
Wydawnictwo: Czarne 
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 349

Piszę nie o wojnie, ale o człowieku na wojnie. Piszę historię nie wojny, ale uczuć. Jestem historykiem duszy.
Tak pisze o sobie we wstępie Swietłana Aleksijewicz. To prawda, autorki nie interesują daty bitew, ruchy wojsk, strategie dowódców. Ona chce zajrzeć w głąb duszy ludzkiej, przekonać się czym dla konkretnego człowieka była wojna, co go spotkało, co wtedy czuł. W swoim reportażu Aleksijewicz skupia się na kobietach walczących w armii radzieckiej w czasie II wojny światowej. Chce zapytać o rzeczy, którymi do tej pory nikt się nie interesował. Chce dać głos tym, których nikt nie chciał słuchać, bo w powszechnej świadomości to mężczyźni byli bohaterami tej wojny. Oczywiście tylko ci, którzy nie skończyli jako inwalidzi (o nich wolano zapomnieć) i nie trafili do niewoli (bo tacy byli podejrzani - skoro nie wybrali śmierci, tylko niemiecką niewolę, to na pewno współpracowali z wrogiem). Los dla kobiet - żołnierek, sanitariuszek, partyzantek - też nie był zbytnio łaskawy. W czasie wojny szanowane i podziwiane, odznaczane medalami, a po niej zapomniane, traktowane z pogardą przez tych, dla których narażały życie. 
My, frontowe dziewczyny, dostałyśmy nieźle w kość. I po wojnie nam się dostało, po wojnie stoczyłyśmy jeszcze jedną wojnę. Też straszliwą. Jakoś mężczyźni nas zostawili. Nie obronili.
Swietłana Aleksijewicz długo zbierała materiały do tej książki. Odwiedziła mnóstwo kobiet, które brały bezpośredni udział w wojnie. Rozmawiała z nimi, wszystko nagrywając. W reportażu oddaje im głos. Wreszcie mogą o sobie opowiedzieć. Czasami widać jednak, że się hamują. O pewnych rzeczach się nie wspomina, nawet po latach. Na przykład o tym, że rosyjscy żołnierze nie zawsze traktowali swoje towarzyszki broni z szacunkiem, nie wspominając już o tym, jak brutalni byli wobec kobiet na "wyzwalanych" i zdobywanych terytoriach. Ale pomijając te kwestie, wypowiedzi bohaterek reportażu są wstrząsającym świadectwem tamtych czasów. Tego, jak ludzie wierzyli w zwycięstwo, ile byli gotowi poświęcić dla ojczyzny i jak straszna naprawdę jest wojna - wreszcie przedstawiona z perspektywy kobiet, bardziej "po ludzku", a nie tylko z czysto żołnierskiego punktu widzenia. Ciężko mi coś więcej napisać, trudno oceniać... bo jak można ocenić historię czyjegoś życia? Trzeba jej po prostu wysłuchać. Zwłaszcza kiedy jest to tak wstrząsająca opowieść, utkana z wielu głosów.
Wie pani, o czym wszyscy myśleliśmy w czasie wojny? Marzyliśmy: "Żeby tak dożyć... Po wojnie - jacy to będą szczęśliwi ludzie! Jakie zacznie się szczęśliwe, piękne życie! Ludzie, którzy tyle przeżyli, będą się nawzajem żałować. Kochać. To będą inni ludzie". 
_________________
Źródło zdjęcia: https://unsplash.com/photos/9kbaq1xoIr0

2/01/2019 08:00:00 AM

Wyzwanie czytelnicze - luty (i podsumowanie stycznia)

Wyzwanie czytelnicze - luty (i podsumowanie stycznia)

Witam Was w nowym miesiącu! Cieszę się, że kilka osób zdecydowało się przyłączyć do mojego wyzwania, teraz trochę mi raźniej;) A przy okazji możemy się wzajemnie inspirować, wyszukując książki pasujące do danych kategorii. Oto krótkie podsumowanie stycznia:

Luka z Przestrzeni tekstu przeczytała następujące książki:
"Mysia Straż. Jesień 1152", cz. 1-2, David Petersen (kategoria: komiks, w którym nie występują superbohaterowie)
"Pan na Wisiołach. Mroczne siedlisko", Piotr Kulpa (kategoria: polski horror)

Monika Olga sięgnęła po zupełnie inne kategorie:
"Siostry", Bernard Minier (kategoria: książka, w której zamordowano co najmniej trzy osoby)
"Pogrzeb Chopina", Benita Eisler (kategoria: książka, której bohaterem jest muzyk)

Mi udało się przeczytać trzy książki pasujące do wyzwania: 
"Casanova. W świecie uwodziciela", Laurence Bergreen (kategoria: biografia kontrowersyjnej osoby)
"Jedyne wyjście", Helen FitzGerald (kategoria: książka, której tytuł składa się z 13 liter)
"Dom, który się przebudził", Martin Widmark, Emilia Dziubak (kategoria: picturebook)

Jeśli ktoś jeszcze chce zgłosić styczniowe lektury, proszę o komentarz pod tym postem. Lektury z lutego również zgłaszamy tutaj.


Macie już pomysły na kolejne książki pasujące do wyzwania? U mnie czekają na przeczytanie "polski horror" i "książka, której akcja rozgrywa się w małym miasteczku";)
_________________
Źródło zdjęcia: https://unsplash.com/photos/YTUZcmmf1eU

1/29/2019 08:25:00 PM

Martin Widmark, Emilia Dziubak "Dom, który się przebudził"

Martin Widmark, Emilia Dziubak "Dom, który się przebudził"

Autorzy: Martin Widmark, Emilia Dziubak
Tytuł: "Dom, który się przebudził"
Tytuł oryginału: "Huset som vaknade"
Wydawnictwo: Mamania
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 35
Larson jest stary. Strzela mu w stawach i wzrok ma już nie ten co kiedyś. Mieszka sam w wielkim domu"
To opowieść o staruszku, który jest bardzo samotny. Jego żona zmarła, dzieci się wyprowadziły, kot gdzieś zniknął. Został mu tylko ogromny dom wypełniony wspomnieniami. Larson nie ma jednak siły o niego dbać. Pewnego wieczoru z łóżka wyrywa go dzwonek do drzwi. To syn sąsiadów, który wyjeżdża na wakacje i prosi Larsona o opiekę nad jego kwiatkiem. Staruszek jest zbyt zaskoczony, żeby odmówić. Chłopiec szybko go opuszcza, a zdziwiony Larson zostaje z doniczką w dłoni. Z doniczką, w której wprawdzie jest ziemia, ale nie ma żadnego kwiatka. A może jednak...?


"Dom, który się przebudził" to piękna i skłaniająca do refleksji opowieść o starości i samotności. A także o tym, że w każdej chwili można zacząć swoje życie na nowo, wystarczy tylko odpowiedni do tego impuls. Tekst Martina Widmarka pięknie łączy się z ilustracjami Emilii Dziubak sprawiając, że ten picturebook można naprawdę długo oglądać, i jeszcze dłużej się nad nim zastanawiać. Bardziej podobają mi się w tej książce ilustracje utrzymane w dosyć ponurym klimacie, ale ogólnie uważam że wszystkie zasługują na docenienie.


Lektura tej książki zajmie Wam zaledwie chwilę. O zawartej w niej historii (może niezbyt nowej, nie bardzo odkrywczej, ale za to rewelacyjnie przedstawionej) będziecie pamiętać długo. Dobrze czasem oderwać się od "standardowych" powieści i sięgnąć po coś skierowanego do młodszego odbiorcy. To wcale nie znaczy, że taka książka będzie mniej wartościowa. Serdecznie polecam, a po więcej tekstów na temat picturebooków zapraszam do Luki.

Moja ocena: 5/6

Książka przeczytana w ramach WYZWANIA CZYTELNICZEGO 2019 (więcej informacji znajdziecie TUTAJ), kategoria "Picturebook"

1/24/2019 12:04:00 PM

Helen FitzGerald "Jedyne wyjście"

Helen FitzGerald "Jedyne wyjście"

Autor: Helen FitzGerald
Tytuł: "Jedyne wyjście"
Tytuł oryginału: "The Exit"
Wydawnictwo: Burda Książki
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 339

Nie polubiłam głównej bohaterki. Catherine to 23-latka, dla której najważniejsze były imprezy, spotkania z przyjaciółmi (równie zapatrzonymi w siebie, jak ona) i zamieszczanie kolejnych selfie na facebooku. Pewna swojej urody, zmieniająca chłopaków jak rękawiczki. I z ogromnym długiem na karcie kredytowej. Może właśnie dlatego mama załatwiła jej pracę - żeby w końcu się ustatkowała, spłaciła zaległe należności i rozpoczęła normalne, dorosłe życie. Dziewczyna oczywiście nie była zachwycona perspektywą zajmowania się ludźmi w domu opieki. Uważała, że starość jest obrzydliwa. Do tego musiała szczególnie opiekować się Rose, żwawą 82-latką cierpiącą na Alzheimera. Choroba powodowała, że Rose raz po raz przeżywała traumatyczne wydarzenia z dzieciństwa. A kiedy była całkowicie przytomna, tworzyła przerażające rysunki i twierdziła, że w domu opieki dzieje się coś bardzo złego. Problem w tym, że nie mogła sobie przypomnieć, o co dokładnie chodzi. Jednego była pewna: należy unikać pokoju nr 7...


To mogła być całkiem dobra książka, gdyby tylko autorka skupiła się całkowicie na jednym z dwóch wątków. Historia nr 1 to wątek Catherine, jej trudnych relacji z matką, a także samego podejścia dziewczyny do życia. Druga opowieść to wątek Rose, jej choroby i tego, co faktycznie dzieje się w domu opieki. Czy staruszka ma rację? A może to tylko urojenia? Catherine mimo woli zostaje wciągnięta w całą sprawę i w końcu sama postanawia odkryć prawdę. Obie historie mają swoje plusy i wydaje mi się, że rozdzielone mogłyby stanowić materiał na dwie interesujące książki. Ich połączenie nie wyszło powieści na dobre, gdyż autorka raz zbytnio skupiała się na jednym, a raz na drugim. Zasygnalizowanie już na początku tajemniczych wydarzeń w pokoju nr 7 wymagało, żeby cały czas zajmować się tą historią. Tymczasem duża część książki to opowieść raczej obyczajowa, dotycząca Catherine i jej matki. I chociaż drugi wątek był cały czas obecny gdzieś w tle, z całą mocą powrócił dopiero na końcu powieści. Został rozwiązany bardzo spektakularnie, ale wydaje się, że zrobiono to za szybko, że za dużo faktów wyszło na jaw w tym samym momencie.

Czy "Jedyne wyjście" ma jakieś plusy? Tak, czytało się bardzo szybko, a autorce udało się kilka razy mnie zaskoczyć. Chociaż ogólnie wiedziałam, do czego to wszystko zmierza, i tak pod koniec lektury byłam nieco zdziwiona obrotem spraw. Nie był to jednak thriller, jakiego mogłam się spodziewać po szumnych zapowiedziach na okładce. Za dużą część stanowił tutaj wątek obyczajowy i nie do końca mi się to podobało. Poza tym główna bohaterka zupełnie nie zyskała mojej sympatii ani zainteresowania. Takie opowieści mnie nie pociągają. 
Jednak jeśli nie liczycie na rasowy thriller i ciekawi Was, co takiego działo się w domu opieki (i jak Catherine poradziła sobie z problemami), sięgnijcie po "Jedyne wyjście". To lektura w sam raz na 1-2 wieczory. Ja idę szukać lepszych (dla mnie) thrillerów.

Moja ocena: 3,5/6

Książka przeczytana w ramach mojego WYZWANIA CZYTELNICZEGO 2019. kategoria "Książka, której tytuł składa się z 13 liter"
_____________
Źródło zdjęcia: Photo by Jana Sabeth Schultz on Unsplash

1/21/2019 06:30:00 AM

Ponure Poniedziałki: Kacper Kotulak "Death metal"

Ponure Poniedziałki: Kacper Kotulak "Death metal"
Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Pokłosie. Antologia opowiadań w hołdzie Stephenowi Kingowi" (Wydawnictwo Gmork, 2015)

Tommy był biedny. Tak bardzo, ze ledwo wiązał koniec z końcem. Jemu i jego dziewczynie ciężko było opłacić czynsz, a już na pewno mężczyzna musiał pożegnać się z marzeniami o nowej gitarze. Nie stać go było nawet na używaną i mocno przecenioną gitarę, którą widział na wystawie miejscowego lombardu. To musiał być zresztą jakiś przekręt - instrument wyglądał na porządny i niezniszczony, piękny okaz czarnego B.C. Rich Mockingbirda, wystawiony był za śmieszne pieniądze, a mimo to wciąż tkwił w lombardzie. Czasami wprawdzie znikał na kilka dni, ale zawsze pojawiał się znowu, w tym samym miejscu, tyle że z jeszcze niższą ceną. Mimo wszystko gitara przyciągała Tommy'ego jak magnes. Musiał ją mieć. 


Opowiadanie wykorzystuje znany w horrorach motyw, pojawiający się często i u Stephena Kinga: przeklęty przedmiot. Nie przypominam sobie jednak, żebym kiedyś czytała tekst, w którym feralnym przedmiotem była właśnie gitara. To mnie zaciekawiło. Całość jest krótka, ale sprawnie napisana. Zadziornie, momentami brutalnie (w końcu to horror), z elementami humoru. To wszystko sprawiło, że choć sam pomysł naprawdę nie jest niczym nowym, a w dodatku nie potrafił mnie przestraszyć, to i tak czytałam z ogromną przyjemnością. 
Cecil Boyd, na co dzień właściciel lombardu, siedział za ladą rozparty na plastikowym krześle i bawił się rewolwerem Smith&Wesson. W miejscu takim jak to broń była równie oczywistym elementem wyposażenia, co sam Cecil Boyd.
Czy opowiadanie przywodziło na myśl prozę Kinga? W pewnym sensie tak, już ze względu na fabułę. W twórczości Kinga przewija się motyw przeklętych przedmiotów oraz ludzi opętanych chęcią ich posiadania - weźmy na przykład "Christine" i złowrogi samochód obdarzony własną inteligencją czy "Sklepik z marzeniami", w którym ludzie płacili niewiarygodnie wysoką cenę za rzeczy, które musieli mieć. Również umieszczenie akcji opowiadania w USA budzi odpowiednie skojarzenia. Biorąc pod uwagę to, jak również sam sposób poprowadzenia narracji "Death metal"miał pełne prawo znaleźć się w tym zbiorze. Czy pozostałe teksty wypadają równie dobrze? Nie wszystkie, sądząc po opiniach na Lubimy Czytać. Sama nie miałam jeszcze okazji się o tym przekonać... A Wy?

Moja ocena: 4,5/6
_______________
Źródło zdjęcia: Photo by Ana Grave on Unsplash

1/17/2019 09:35:00 AM

Laurence Bergreen "Casanova. W świecie uwodziciela"

Laurence Bergreen "Casanova. W świecie uwodziciela"



Autor: Laurence Bergreen
Tytuł: "Casanova. W świecie uwodziciela"
Tytuł oryginału: "Casanova. The world of a seductive genius"
Wydawnictwo: Znak Horyzont
Rok wydania: 2017
Liczba stron: 608
Nieważne, że w Paryżu pozostawił kobietę, która niedawno urodziła jego dziecko, nieważne, że negocjował właśnie warunki ślubu z inną Wenecjanką, w tamtej chwili interesowała go tylko hrabianka.
Taki właśnie był Giacomo Casanova. Libertyn, czerpiący z życia garściami. Miłośnik pięknych kobiet, dla którego każda sytuacja była dobra, żeby ubiegać się o względy którejś z nich. Często także kilku jednocześnie... Ale co tak naprawdę o nim wiemy, poza kilkoma stereotypowymi hasłami? Jeżeli ciekawi Was postać Casanovy, jego biografia autorstwa Laurence'a Bergreen'a może być dobrym wyborem. 

Giacomo Casanova był Wenecjaninem. To piękne, pełne tajemnic miasto było doskonałym tłem dla jego podbojów miłosnych. Ale działał nie tylko w Wenecji. Dużo podróżował, a dwadzieścia lat życia spędził na wygnaniu, nie mogąc powrócić do rodzinnego miasta po tym, jak najpierw został aresztowany, a potem uciekł z więzienia w dosyć brawurowy sposób. Mieszkał w Paryżu, Rzymie, Petersburgu, a nawet w Warszawie. Wszędzie, gdzie się pojawił, wdawał się w romanse - czasami przelotne, czasem trwające nieco dłużej - nigdzie jednak nie potrafił osiedlić się na stałe. Podobnie, jak nie mógł i nie chciał być związany tylko z jedną kobietą. Może oprócz tajemniczej Henriette, która wywarła na niego ogromny wpływ i która na zawsze pozostała w jego pamięci, choć los nie pozwolił im być razem (a może właśnie dlatego). 


Laurence Bergreen opierał się w dużej mierze na pamiętnikach samego Casanovy, liczących kilkanaście tomów. Dzięki nim, a także innym tekstom źródłowym, prześledził życie tego najsłynniejszego na świecie uwodziciela od niezbyt szczęśliwego dzieciństwa, przez burzliwą młodość, aż po ostatnie, dosyć spokojne lata. Autor często cytował urywki z pamiętników, wplatając je w swoją narrację. Uważam, że był to bardzo dobry sposób na przedstawienie życia Casanovy. Ale czasami opowieść stawała się nieco chaotyczna. W jednym akapicie Casanova był na przykład we Florencji, w kolejnym historia przenosiła się do Rzymu (bez żadnych wyjaśnień, jak i dlaczego). Czasem gubiłam się w mnogości nazwisk i wydarzeń. Szczególnie łatwo było pomylić ze sobą kobiety, w końcu było ich mnóstwo. Ale to już raczej wynik mojej nieuwagi i nieodpowiedniego skupienia podczas lektury (tak to jest, kiedy chce się pomyśleć o wszystkim i robić kilka rzeczy naraz;) Zdarzało się też, że zawodziła redakcja i trafiałam na takie zdania: Przy okazji wizyty spotkał się ze swoim bratem Giovannim, artystą, nie widział od dekady, a "miał około trzydziestu lat i uczył się w Rzymie u słynnego [Antona Raphaela] Mengsa" - ponurego malarza neoklasycystycznego, uciekł z Drezna do Rzymu podczas wojny siedmioletniej. Ogólnie autorowi należy się jednak uznanie za sposób przedstawienia dziejów Casanovy oraz za solidną pracę (wystarczy spojrzeć na bibliografię). Całość czytało się naprawdę dobrze. Tym bardziej, że podczas lektury okazało się, że Casanova nie był tylko i wyłącznie uwodzicielem, a jego przygody mogą stanowić materiał do napisania kilkunastu (co najmniej!) książek. 

Kiedy będziecie czytać tę biografię, może Was zdziwić i wprawić w osłupienie kilka rzeczy. Przede wszystkim oczywiście liczne i niesamowicie kontrowersyjne romanse Casanovy, łącznie z różnymi pikantnymi szczegółami (ale czyż nie na to liczymy, sięgając po podobną lekturę?). Odbiorcę może zaskoczyć również tło obyczajowe, czyli to wszystko co działo się w Europie w XVIII wieku. Nie wszyscy uświadamiają sobie, jak powszechne były niektóre zachowania, szokujące nawet współczesnych czytelników. Jeśli czytaliście wcześniej na przykład "Niebezpieczne związki", możecie mieć pewne pojęcie o temacie;)

Po tej lekturze zostanie mi w pamięci kilka rzeczy. Przede wszystkim to, że Casanova był nie tylko uwodzicielem, ale też awanturnikiem, hazardzistą, miłośnikiem książek. Zapamiętam też Wenecję, jego rodzinne miasto. Miasto, w którym z jednej strony panowały surowe prawa (na przykład ograniczenie kontaktu z cudzoziemcami), a które jednocześnie było areną niezliczonej ilości romansów i przeróżnych występków. A wszystko to w atmosferze tajemniczości. 

Biografia Casanovy to dobry wybór dla tych, których interesuje postać Giacomo - dziś będącego synonimem uwodziciela, kiedyś goniącego za uznaniem, próbującego przyćmić swoich słynnych braci. To także odpowiednia lektura dla wszystkich zainteresowanych Europą XVIII wieku, zwłaszcza jeżeli chodzi o mentalność żyjących wtedy ludzi. Tak czy inaczej, to fascynująca książka. 

Moja ocena: 4,5/6

Książka przeczytana w ramach mojego WYZWANIA CZYTELNICZEGO 2019, kategoria "Biografia kontrowersyjnej osoby"
_____________
Źródło zdjęcia: Photo by Ingeborg Gärtner-Grein on Unsplash

1/14/2019 09:00:00 AM

Ponure Poniedziałki: Algernon Blackwood "Drugie skrzydło"

Ponure Poniedziałki: Algernon Blackwood "Drugie skrzydło"
Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Wendigo i inne upiory" (C&T, 2006)
Zdumiewało go, że po zmierzchu zawsze ktoś zaglądał przez uchylone drzwi do jego sypialni i wycofywał się tak szybko, że nigdy nie był w stanie dostrzec twarzy.
Oczywiście ani rodzice, ani niania niespecjalnie wierzyli małemu Timowi, kiedy mówił o tych niezwykłych odwiedzinach. Na szczęście chłopiec w ogóle nie bał się tajemniczej istoty, zaglądającej do jego pokoju, a czasem przyprowadzającej ze sobą towarzystwo... Nie wyczuwał bijącego od niej zła. O co więc chodziło? Kto pojawiał się o zmierzchu w jego sypialni i obserwował, czy chłopiec już zasnął? Tim miał na ten temat pewną teorię.
- To przychodzi z Korytarza Koszmarów - stwierdził - ale nie jest koszmarem.
Wyobrażał sobie, że tajemnicza istota zamieszkuje zamknięte drugie skrzydło jego domu, do którego nikt nie wchodził. Wydawało mu się, że jest władcą snów i opiekuje się nim. Nie obawiał się jej. Dlatego, kiedy nadarzyła się okazja, żeby (oczywiście w tajemnicy przed rodzicami) odwiedzić drugie skrzydło, w ogóle się nie wahał. 


Opowiadanie zaczęło się niezwykle obiecująco. Od razu przyszedł mi na myśl klasyczny wątek potworów straszących małe dzieci. Blackwood miał jednak zupełnie inny pomysł na ten tekst. A to już nie do końca mi się spodobało. Chociaż cała koncepcja nie była zła. Podczas lektury zastanawiałam się jednak, na ile rzeczywiście mamy tu do czynienia z fantastycznymi wydarzeniami, a na ile wszystko rozgrywa się jedynie w wyobraźni chłopca. Zakończenie natomiast nieco mnie rozczarowało. Autor mógł zrezygnować ze zbędnych (moim zdaniem) objaśnień, bo jeśli wiemy za dużo, groza zaczyna się ulatniać. Może lepiej było zostawić czytelnika z kilkoma pytaniami odnośnie natury niepokojących zjawisk, które obserwował (i w których uczestniczył) Tim. Te niedociągnięcia wynagrodził mi jednak styl pisania Blackwooda sprawiający, że nawet banalna historia wciąga i przykuwa uwagę. 

Podsumowując: tekst jest dobry, ale spodziewałam się czegoś innego, a zastosowane przez autora rozwiązanie zupełnie mi nie odpowiada. To jednak nie koniec mojej przygody z twórczością Algernona Blackwooda, spodziewam się więc, że jeszcze wiele emocji przede mną.

Moja ocena: 4/6
________________________
Źródło zdjęcia: Photo by Greg Panagiotoglou on Unsplash


1/09/2019 02:26:00 PM

Marek Hłasko "Następny do raju"

Marek Hłasko "Następny do raju"


Autor: Marek Hłasko
Tytuł: "Następny do raju"
Wydawnictwo: Da Capo
Rok wydania: 1994 (pierwsze wydanie w roku 1957)
Liczba stron: 253
"Przyjechałem tutaj, żeby wozić drzewo, a nie po to, żeby bawić się w grabarza"
Lata 50., górska baza zwózki drewna. Nie dość, że warunki w bazie są tragiczne (zwłaszcza zimą), że trafiają do niej same wyrzutki, ludzie którzy nigdzie indziej nie dostaną już pracy, to jeszcze samo zajęcie jest śmiertelnie niebezpieczne. Łatwo wypaść z wąskiej, śliskiej drogi i razem z samochodem wyładowanym drewnem runąć w przepaść. Wypadki są niezwykle częste. Dlatego pracujący w bazie Warszawiak, Apostoł, Orsaczek i Dziewiątka z niecierpliwością czekają na obiecane nowe samochody. Zamiast nich zjawia się przedstawiciel partii, Zabawa, który ma pilnować, żeby praca przebiegała zgodnie z planem. Sprowadza ze sobą nie tylko dodatkowego pracownika, ale też swoją  żonę, Wandę, która desperacko pragnie wrócić do miasta i chwyta się każdego możliwego sposobu, żeby osiągnąć swój cel.
To jest właśnie baza - powiedział. - Nas czterech i ta nora. Do przedwczoraj był piąty, ale już dobija do raju. Jutro przyjedzie komisja, obejrzy tę kupę szmelcu i na pewno napisze, że kierowca poniósł śmierć z własnej winy. Tak robią za każdym razem.
Cała historia była mi już znana. A to dlatego, że wcześniej oglądałam film "Baza ludzi umarłych", będący jej ekranizacją. Do filmu przyciągnęło mnie głównie to, że reprezentował stare polskie kino (jest z 1958 roku) oraz że jego akcja rozgrywa się w Bieszczadach. Jakie było moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że Bieszczady są tam tylko z nazwy, a wszelkie plenery (widziałam to wyraźnie, w końcu znam swoje strony) kręcono zupełnie gdzie indziej. Jak się okazało - w Kotlinie Kłodzkiej. Pomijając ten szczegół, film niesamowicie mi się spodobał i do dzisiaj jest jednym z moich ulubionych. Już nie pamiętam, czy to dzięki niemu sięgnęłam po książki Hłaski, czy też poznałam tego pisarza już wcześniej. W każdym razie moja fascynacja tym polskim autorem trwa do dziś i w końcu sięgnęłam po "Następnego do raju", literacki pierwowzór "Bazy ludzi umarłych". I naprawdę nie żałuję.

Ta powieść ma wszystko, co charakterystyczne dla twórczości Hłaski - poczucie beznadziei, tragicznych bohaterów, próbujących wyrwać się ze środowiska w którym żyją (i którym się to nie udaje) oraz kobietę, która w ogóle nie jest postacią pozytywną. Realizmu dodaje jej fakt, że sam autor pracował przez krótki czas w podobnej bazie i dzięki temu wiedział, jak przedstawić warunki życia w takim miejscu.

To wciągająca literatura. I niesamowicie przygnębiająca zarazem. Bohaterów ciężko polubić, nie są kryształowi i wcale się z tym nie kryją. Niektórzy są niesamowicie cyniczni. Inni mają jeszcze marzenia, ale dobrze wiemy, że nie uda im się ich zrealizować. Chcą odjechać z bazy, ale zupełnie nie mają do czego wracać. Nie chcą być "następnymi do raju", następnymi, których zmiażdżone przez tony drewna i stali szczątki będą zbierać koledzy... a jednak mają świadomość, że prawdopodobnie taki właśnie los ich czeka.

Najbardziej poruszającą sceną, zarówno w książce jak i w filmie, jest moment pogrzebu jednego z bohaterów. Noc, mały kościółek, trumna z ciałem i pijani koledzy nieboszczyka. I śpiew, ale nie żaden psalm ani pieśń kościelna tylko coś zupełnie nie pasującego do sytuacji... a jednocześnie pasującego doskonale.

Ciężko mi napisać coś więcej o tej powieści. Proza Hłaski jest z jednej strony niezwykle szorstka, często wręcz brutalna, a jednocześnie niezwykle poruszająca. Jeśli czytaliście już coś jego autorstwa, na pewno wiecie o co chodzi. Do tej konkretnej historii mam wyjątkowo emocjonalny stosunek. I chociaż wiem, że nie wszystkim przypadnie ona do gustu, to i tak bardzo polecam. To w końcu zupełnie inne klimaty, niż tak często opisywane teraz na blogach nowości wydawnicze, modne thrillery czy gorące romanse. Ale warto sięgnąć po coś tego autora, a następnie obejrzeć ekranizacje. Jeśli o mnie chodzi, pozostaję nieuleczalną fanką zarówno Marka Hłaski, jak i starego, polskiego kina. 

Moja ocena: 5/6 
Copyright © 2016 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger