Ponure Poniedziałki: Edward Frederic Benson "Pani Amworth"

Ponure Poniedziałki: Edward Frederic Benson "Pani Amworth"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Widzialne i niewidzialne" (C&T, 2015).

Maxley to idylliczna, mała wioska w Sussex. Dni płyną tam spokojnie. Aż nadchodzi weekend i droga, przy której jest położona miejscowość "przemienia się w tor wyścigowy dla rozpędzonych samochodów i rowerów". Myślicie, że prezentowana tu dzisiaj straszna opowieść będzie miała związek właśnie z motoryzacją? Nie do końca. Prawdziwym zagrożeniem jest tutaj wampir. Chociaż... czy wpadlibyście na pomysł, że można się go pozbyć właśnie z pomocą samochodu?;)

Zacznijmy jednak od początku. Maxley, jak już wspomniałam, to bardzo przyjemna mała miejscowość, w której wszyscy się znają. Wiadomo, że kiedy do takiej społeczności sprowadza się ktoś nowy, wszyscy się nim interesują. W tym przypadku narrator tekstu, mieszkaniec Maxley, opisuje przybycie do wioski pani Amworth. Wspomniana kobieta to wdowa po urzędniku państwowym w Indiach. Bardzo energiczna, pełna humoru, szybko ożywia życie towarzyskie w Maxley. Wszyscy ją lubią. Poza sąsiadem głównego bohatera, Francisem Urcombe, emerytowanym profesorem fizjologii, bardzo interesującym się zjawiskami paranormalnymi. Czy coś niezwykłego, coś nie z tego świata, profesor Urcombe dostrzegł w pani Amworth? Czy to naprawdę możliwe, żeby ta miła kobieta była wampirem?


"Pani Amworth" to z jednej strony tekst wykorzystujący klasyczne motywy wampiryczne: ofiara wampira ma dwa ślady po ugryzieniach na szyi i chociaż jeszcze żyje, to słabnie z każdym dniem (po każdej wizycie wampira), wampir może prześladować ludzi nawet po śmierci, a kiedy wykopie się jego ciało z grobu, okazuje się ono nietknięte rozkładem, a nawet dobrze odżywione... Z drugiej strony Benson prezentuje nieco nietypowe podejście do tematu. U niego wampir może poruszać się w świetle słonecznym i nic mu nie jest. A samo zjawisko wampiryzmu porównane jest do opętania: "upiorna istota wcielała się w żywą kobietę lub mężczyznę, dając im nadprzyrodzoną siłę, dzięki której mogli latać pod postacią nietoperzy i nasycać głód podczas krwawych nocnych uczt. Gdy żywiciel umierał, wampir nadal zamieszkiwał ciało, nietknięte rozkładem". Do tej pory spotykałam się raczej z przemianą w wampira, a nie przejęciem przez niego czyjegoś ciała. Co na ten temat sądzicie?

Nie można porównać tego opowiadania do twórczości Stokera, ale stanowi ono interesujący przykład horroru wampirycznego. Niepozbawionego przy okazji pewnych elementów humoru. A może tylko mnie rozbawiło wykorzystanie wątku zwiększonego ruchu samochodowego do pozbycia się osoby uważanej za wampira? W każdym razie "Pani Amworth" to naprawdę dobry tekst, jeden z najlepszych w całym zbiorze. Przeczytajcie. Zwłaszcza, jeśli lubicie historie o wampirach.

Moja ocena: 5/6
__________
Zródło zdjęcia: unsplash.com
Stephen King "Pet Sematary"

Stephen King "Pet Sematary"






Autor: Stephen King
Tytuł: "Pet Sematary"
Polski tytuł: "Cmętarz zwieżąt"
Wydawnictwo: Pocket Books
Rok wydania: 2001 (powieść po raz pierwszy ukazała się w 1983 roku)
Liczba stron: 562






Śniło mi się ostatnio, że nie mogę złapać oddechu. Że na mojej klatce piersiowej siedzi duży, czarny kot i mi się przygląda. I wcale nie ma dobrych zamiarów. 
Wyjaśnienie okazało się banalne: nie mogłam oddychać przez zatkany nos (dalej jestem chora), a sen wziął się stąd, że w tym czasie byłam akurat w trakcie czytania (po raz drugi) "Cmętarza zwieżąt", w którym kot odgrywa bardzo ważną rolę. Mimo wszystko... to było bardzo niepokojące.
"It's the road. It uses up a lot of animals, that road does"
Nie dajcie się zwieść. W tej książce wcale nie chodziło o drogę.
Kiedy Louis Creed sprowadził się z rodziną do Ludlow, miał nadzieję na rozpoczęcie nowego, pięknego rozdziału w ich życiu. Właśnie dostał nową pracę, znalazł duży, wygodny dom na obrzeżach lasu, gdzie miał zamieszkać razem z żoną i dwójką dzieci. Oraz czarnym kotem, Winstonem Churchillem, znanym jako Church. Jednak już od początku nie wszystko szło po jego myśli. Jego synek, Gage, był tego dnia niezwykle marudny. Krótko po przybyciu na miejsce, chłopca użądliła pszczoła. A córeczka Louisa i Rachel, Ellie, rozbiła sobie kolano i wybuchła nieznośnym płaczem. Jakby tego było mało, Louis nie mógł nigdzie znalezć kluczy do nowego domu. I chociaż sytuacja szybko została opanowana (w dużej mierze dzięki pomocy nowego sąsiada, Juda), to nie był dobry początek ich nowego życia. 
A co mają z tym wszystkim wspólnego droga i tajemniczy "cmętarz zwieżąt"? Nowy dom Creedów znajdował się przy bardzo ruchliwej drodze, którą prawie nieustannie, z dużą prędkością, przejeżdżały ciężarówki. To mogło być ogromne zagrożenie, zwłaszcza dla zwierząt domowych. I małych dzieci. A niezwykły cmentarz znajdował się w lesie nieopodal ich domu. Właśnie tam okoliczne dzieciaki miały w zwyczaju grzebać swoich pupili. To miejsce wywoływało ciarki. Może to ze względu na mroczne lasy, które kiedyś były terenami należącymi do Indian? A może ze względu na legendę związaną z czymś, co leżało trochę dalej niż "cmętarz zwieżąt", w tej części lasu, do której lepiej było się nie zapuszczać? Tak czy inaczej, szybko miało się okazać, że Louisa i jego rodzinę czekał prawdziwy horror.  

Wiedzieliście, skąd wziął się pomysł napisania "Pet Sematary"? W przedmowie do tego wydania King wyjaśnia, że kiedyś był w bardzo podobnej do rodziny Creedów sytuacji: dostał nową pracę na uniwersytecie i wraz z żoną, trójką dzieci i domowym kotem przeprowadził się do domu w Orrington. Domu, położonego przy bardzo ruchliwej drodze, którą często przejeżdżały ciężarówki. A w lesie za domem znajdował się... tak, właśnie tytułowy "Pet Sematary", na którym wkrótce spoczął ukochany kot jego córki. Pewnego dnia rodzina Kingów o włos uniknęła tragedii, kiedy ich najmłodszy syn prawie wpadł pod ciężarówkę na ruchliwej drodze zaraz obok domu. Na szczęście nic mu się nie stało (Stephen w ostatniej chwili złapał go, a może dziecko się potknęło i samo upadło... do dzisiaj pisarz nie pamięta, co dokładnie się wydarzyło). Jednak cała sytuacja miała głęboki wpływ na Kinga, którego nie potrafiło opuścić pytanie: a co, jeśli... I tak powstała ta powieść. Jedna z najbardziej przerażających (a według mnie bezsprzecznie najstraszniejsza) w dorobku pisarza. 


"Pet Sematary" czyta się z przyjemnością, która zazwyczaj towarzyszy lekturze dobrze napisanej książki. Autor niezwykle umiejętnie stopniuje napięcie, tak że czytelnik najpierw odczuwa tylko drobne ukłucie niepokoju (wspomnienie o ruchliwej drodze, bardzo nerwowy dzień przeprowadzki Creedów, wizyta na cmętarzu zwieżąt), potem boi się bardziej (Victor Pascow), a pózniej jest już przerażony (Church. I Gage). King umiejętnie połączył w tej powieści bardzo przyziemne motywy, które jednak mogą przestraszyć, ze zjawiskami, których nie da się do końca wytłumaczyć. Stary indiański cmentarz, ziemia, którą nawet Indianie uważali za przeklętą, Wendigo, którego podobno można spotkać w lasach, zwierzęta wracające do życia, a jednak już jakieś przerażająco inne niż wcześniej... Najbardziej wymowny jest tu jednak zwykły, towarzyszący każdemu człowiekowi strach przed śmiercią. Swoją i najbliższych. Czy gdyby można było jej uniknąć, gdyby można było "naprawić" całą sytuację... Nie, lepiej nawet o tym nie myśleć. 

W całej książce nie podobały mi się tylko dwie rzeczy. Motyw Zeldy, siostry Rachel, nie pasował mi do całości, był zbyt... przesadzony? To chyba właściwe słowo. Z drugiej strony, doskonale wyjaśniał paniczny lęk żony Louisa przed wszystkim, co wiązało się ze śmiercią i przemijaniem. Uważam też, że postać Normy Crandall była nieco bezbarwna, zwłaszcza w porównaniu do jej męża, Juda. Natomiast cała reszta... indiański cmentarz, przerażenie bohaterów, szaleństwo, w jakie popadli niektórzy, Oz the Gweat and Tewwible, a także samo zakończenie książki - to chyba nie mogło być lepiej skonstruowane i napisane. 

"Pet Sematary"/"Cmętarz zwieżąt" to według mnie jedna z najlepszych, a na pewno najbardziej przerażająca powieść Stephena Kinga. Rzadko się boję, czytając horrory. A w przypadku tej powieści, bałam się naprawdę. Czytałam ją już kiedyś po polsku, teraz sięgnęłam po wydanie w oryginale... trzeciego razu chyba już nie będzie. Książka jest świetna, ale dwukrotna lektura w zupełności mi wystarczy. Jeśli jeszcze nie znacie tego horroru, koniecznie po niego sięgnijcie. Jestem ciekawa czy też będziecie przerażeni i czy od tej pory zastanowicie się dwa razy, zanim wejdziecie na leśną ścieżkę, przed którą będą Was ostrzegać miejscowi (o podejrzliwym przyglądaniu się niektórym czarnym kotom nie wspomnę).

Moja ocena: 5,5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru 2"
http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html

___________________
Zródła zdjęć:
1. Własne
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Kelly Link, "The Specialist's Hat"

Ponure Poniedziałki: Kelly Link, "The Specialist's Hat"

Opowiadanie można przeczytać online TUTAJ. W polskim tłumaczeniu ukazało się w "Nowej Fantastyce" pod tytułem "Kapelusz specjalisty" (nr 7, 2006).

"Something is creeping up the stairs,
Something is standing outside the door,
Something is sobbing, sobbing in the dark;
Something is sighing across the floor."
Claire i Samantha to dziesięcioletnie blizniaczki. Ich matka zmarła przed niespełna rokiem, a one wraz z ojcem zamieszkały w starej posiadłości zwanej Eight Chimneys. Ich ojciec postanowił opisać historię domu oraz poety, który mieszkał tam aż do swojego tajemniczego zaginięcia w 1907 roku. Dziewczynki spędzały czas, włócząc się po ogromnym budynku (miały tylko unikać strychu) i grając w bycie Martwym ("being Dead"). A skoro mówimy o miejscach, w które lepiej się nie zapuszczać... blizniaczki nie mogły też schodzić ze ścieżek w pobliskim lesie. W ogóle spacery w tym miejscu nie były wskazane. Można było zobaczyć wśród drzew kogoś albo... coś. 
"Samantha and Claire went walking in the woods on the second day that they were at Eight Chimneys. They saw something. Samantha thought it was a woman, but Claire said it was a snake"
W opowiadaniu mamy więc do czynienia ze starym, strasznym domem (nawiązania do horroru gotyckiego). Z blizniaczkami, których ulubiona zabawa, being Dead, może przyprawić o gęsią skórkę. Z historią niezbyt utalentowanego poety, który zniknął w niejasnych okolicznościach. Z kapeluszem specjalisty (O którym opowiadał jeden z utworów wyżej wspomnianego poety i który, być może, istniał naprawdę. Specjalista również. I należało się go bać). A także z opiekunką Claire i Samanthy, której imienia nikt tak naprawdę nie poznał i która zjawiła się znikąd. Och, mamy tu jeszcze motyw niewiernej żony. I węży. Piękne połączenie wątków, prawda? 

Może się wydawać, że za dużo tutaj elementów, które mają za zadanie straszyć czytelnika. Ale nie, Kelly Link dobrze wiedziała, co robi, łącząc je wszystkie w zgrabną i dobrze napisaną całość. Opowiadanie może wywołać niepokój, nad jego zakończeniem warto zastanowić się dłużej, gdyż nie jest zbyt oczywiste... "The Specialist's Hat" to tekst z pewnością zasługujący na uwagę. Tym bardziej, że autorka otrzymała za niego World Fantasy Award w 1999 roku. 


Nie mogłam nie zauważyć podobieństw do tego opowiadania w komiksie Emily Carroll "Rodzinne gniazdo" (odsyłam do zbioru "Przez las", który cały czas gorąco polecam!). Czyżby pani Carroll inspirowała się troszkę tekstem Kelly Link? Bardzo możliwe. 

"The Specialist's Hat" to świetny tekst, pełen przerażających motywów, które powinny ucieszyć każdego fana grozy. Całość można byłoby rozwinąć, tworząc powieść utrzymaną w gotyckich klimatach... to byłoby coś! Szkoda, że sam Specjalista jest tak mało obecny w opowiadaniu. Chociaż być może o to chodziło - jeśli wtrąca się tylko wspomnienia o nim, niejasno pisząc o kapeluszu specjalisty, który tak naprawdę nie wygląda jak kapelusz i który ma zęby... (myślę że Stephen King albo Joe Hill chętnie rozwinęliby ten wątek) i jeśli mówi się, że przed Specjalistą można uciec, jeśli jest się wystarczająco szybkim... Cóż, to tylko zachęca do rozważań. I potęguje nastrój grozy. Opowiadanie nie ma oczywistej wymowy i to również przemawia na jego korzyść. Dzięki połączeniu wielu wątków i nie wyjaśnieniu wszystkiego wprost, o tekście Kelly Link niełatwo zapomnieć. Gorąco polecam.

Moja ocena: 5/6
______________
Zródło zdjęcia: https://pl.pinterest.com/pin/163677767687258034/
Tarryn Fisher "Mimo moich win"

Tarryn Fisher "Mimo moich win"



Autor: Tarryn Fisher
Tytuł: "Mimo moich win"
Tytuł oryginału: "The Opportunist"
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2016
Liczba stron: 320



Ile bylibyście w stanie zrobić dla miłości? Czy moglibyście kłamać, oszukiwać, ranić innych ludzi, byle tylko zdobyć ukochaną osobę? Myślicie, że to wszystko dobrze by się skończyło?

Główną bohaterką powieści "Mimo moich win" jest Olivia. Kilka lat wcześniej była w związku z Calebem, którego poznała w collegu. Jednak z powodu jej zachowania, tego jak bardzo zraniła chłopaka, rozstali się. Na odchodnym Caleb powiedział, że nie chce jej już więcej widzieć. Teraz Olivia po raz pierwszy od tamtych wydarzeń spotyka Caleba. Całkiem przypadkowo. Decyduje się na konfrontację. Ku jej zdziwieniu okazuje się, że... mężczyzna jej nie pamięta. Cierpi na amnezję spowodowaną urazem odniesionym w wypadku samochodowym. Nie przypomina sobie ani Olivii ani tego, co mu zrobiła. Dziewczyna postanawia wykorzystać tę szansę, jedyną w swoim rodzaju, i znowu zbliżyć się do Caleba. Chociaż na chwilę. Wie, że kiedy ten odkryje pewne fakty z ich przeszłości, znowu się rozstaną. A ona przecież nie może bez niego żyć... I nawet wiadomość o dziewczynie Caleba, której miał się oświadczyć przed wypadkiem (świadczy o tym pierścionek znaleziony w jego mieszkaniu) nie przeszkodzi Olivii w jej postanowieniu.

Muszę przyznać, że Tarryn Fisher udało się mnie zaskoczyć. Myślałam, że to będzie "zwykła" opowieść o trójkącie miłosnym, jednak całość okazała się o wiele bardziej skomplikowana. Naprzemiennie poznajemy wydarzenia mające miejsce w teraźniejszości oraz w przeszłości Olivii i Caleba. Wszystko jest dosyć zagmatwane, zwłaszcza że Olivia ma skłonność do oszukiwania oraz odsuwania od siebie tych, których kocha. Jest w stanie naprawdę wiele zrobić, żeby zdobyć drugą osobę, ale później nie potrafi powiedzieć słów "kocham cię", chociaż oczywiście to czuje. Dodatkowo w trakcie czytania wychodzi na jaw, że dziewczyna nie jest jedyną osobą, która "trochę" oszukuje. Na szczęście autorka przedstawia całą historię w przejrzysty sposób, a dodatkowo potrafi naprawdę zaciekawić czytelnika. Powieść czyta się dzięki temu błyskawicznie.

"Mimo moich win" to pełna emocji książka, której bohaterów nie tak łatwo osądzić. Ciężko też postawić się w ich sytuacji. Nie przeszkadza to śledzić losów Olivii, Caleba oraz Leah z ciekawością i niecierpliwością, co będzie dalej. Powieść powinna się spodobać miłośnikom Tarryn Fisher oraz Colleen Hoover. Zastanawia mnie tylko, ile niespodzianek czeka na mnie w kolejnych dwóch tomach. Czy dostanę tą samą historię z perspektywy innych bohaterów (wszystko na to wskazuje) i czy się nią nie znudzę? Ile jeszcze faktów, oszustw i intryg wyjdzie na jaw? Mam nadzieję, że się nie zawiodę;)

Moja ocena: 5/6 
____________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/301675/mimo-moich-win
2. unsplash.com
 
Ponure Poniedziałki: Stephen King "Szara materia"

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Szara materia"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Nocna zmiana" (Albatros, 2015). 

"Gdzieś w zakamarkach naszego świata istnieją rzeczy, których widok, jeśli człowiek na nie spojrzy, może doprowadzić do szaleństwa"
Połowa stycznia, mrozne popołudnie. Na zewnątrz szaleje zamieć, a w całodobowym sklepiku Henry'ego przesiaduje kilku stałych klientów. Oprócz nich prawie nikt nie decyduje się na wyjście z domu. Chyba, że naprawdę musi... tak jak młody Timmy Grenadine, który wpada do sklepu cały roztrzęsiony i opowiada nieprawdopodobną historię. I chociaż naprawdę ciężko mu uwierzyć, to widać że tak czy inaczej z jego ojcem - o którym właśnie mówi - musiało stać się coś strasznego. Henry zabiera więc ze sobą broń i dwóch mężczyzn akurat będących w sklepie i razem ruszają do kamienicy, w której znajduje się mieszkanie Richiego Grenadine'a. Po drodze streszcza im historię, którą usłyszał od Timmy'ego. Zupełnie zwariowaną historię. Bo czy to możliwe, żeby ktoś nagle zaczął zmieniać się w... wielką, galaretowatą, szarą masę?

To jedno z mniej znanych opowiadań Stephena Kinga. Jest też troszkę gorsze niż te najlepsze, najczęściej wspominane i czytane. Nie znaczy to jednak, że nie posiada swojego klimatu. Bo wyobrazcie sobie tylko: jest mroczne popołudnie, szaleje śnieżyca. Przez wyludnione miasto przechodzi trzech wystraszonych mężczyzn. To nie są bohaterowie, to starsi ludzie, którzy bardzo boją się tego, co zastaną w punkcie docelowym swojej wędrówki. A zmierzają do ponurej, wiktoriańskiej kamienicy na wzgórzu. Budynek jest ciemny i opuszczony. Tylko w jednym z mieszkań ktoś jest. Ktoś, a może raczej coś... 


Chociaż sam pomysł przemiany kogoś w tytułową szarą materię początkowo śmieszy, pózniej nie jest już tak zabawnie. Wykorzystanie motywu strasznego "domu na wzgórzu" bardzo mi się spodobało - to taki lekki ukłon w stronę starych, dobrych horrorów. Natomiast stwór, który czai się w mroku tego domu kojarzy się już bardziej z nowszymi produkcjami grozy, z horrorami, które Stephen King mógł oglądać jako nastolatek w miejscowym kinie. 

Może nie oceniłabym tego opowiadania tak wysoko, gdyby nie zakończenie. Tutaj emocje zdecydowanie rosną, uczucie niepewności co do losów bohaterów również się wzmaga i... No właśnie, nie wszystkim spodoba się takie rozwiązanie akcji. Mi jednak bardzo ono pasuje. 
Czy chcecie stanąć oko w oko z szarą materią?

Moja ocena: 4,5/6

Opowiadanie przeczytane w ramach wyzwania "Klasyka Horroru 2" (pochodzi ze zbioru "Nocna zmiana", opublikowanego po raz pierwszy w 1978 roku)

http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html

______________________
Zródło zdjęcia: unsplash.com
Stephen King "Podpalaczka"

Stephen King "Podpalaczka"





Autor: Stephen King
Tytuł: "Podpalaczka"
Tytuł oryginału: "Firestarter"
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2015 (książka po raz pierwszy ukazała się w 1980 r.)
Liczba stron: 509







"Cała naprzód, a ostatnich gryzą psy"
Ulicami Nowego Jorku uciekają młody mężczyzna i mała dziewczynka. Ścigają ich ludzie w zielonym samochodzie. Kim są? Czego chcą od Andy'ego McGee i jego córki Charlie? I czy wiedzą, że ta dwójka może sprawić, że... po prostu spłoną?

Czasami jedna, pozornie dobra (lub neutralna) decyzja, okazuje się fatalna w skutkach. Kiedy Andy, student borykający się z problemami finansowymi, zgłosił się na ochotnika do udziału w eksperymencie przeprowadzanym na swojej uczelni, nie wiedział że praktycznie podpisuje na siebie wyrok. Naprawdę potrzebował tych 200 dolarów, które oferowano za udział w badaniach. I co złego mogło mu się stać? Co najwyżej nie otrzyma nieszkodliwego zastrzyku z roztworu glukozy, tylko łagodny środek halucynogenny. Wszystko miało się odbyć w ściśle kontrolowanych warunkach. W dodatku towarzyszyła mu przepiękna dziewczyna, również studentka biorąca udział w eksperymencie, w której Andy zaczął się zakochiwać... Oboje nie przypuszczali, że to, co zobaczą podczas trwania badania, to co będzie się działo z niektórymi uczestnikami, okaże się tak straszne. Oraz że sami zyskają niezwykłe moce. A kiedy kilka lat pózniej na świat przyjdzie ich córka Charlie, dziewczynka będzie miała zdolności znacznie przekraczające pojmowanie zwykłego człowieka. Teraz żona Andy'ego nie żyje, zamordowana przez tajną agencję rządową zwaną Sklepikiem. A sam mężczyzna i jego córka, obdarzona mocą pirokinezy, są ścigani przez ludzi z tejże agencji. To nie może skończyć się zbyt dobrze. 

Gdyby autorem tej książki był ktoś inny, nie Stephen King, pewnie nawet bym po nią nie sięgnęła. Nie interesują mnie zbytnio podobne tematy - eksperymenty na ludziach, agencje rządowe, pościgi. Jednak tutaj mogłam z dużą pewnością liczyć na to, że powieść mnie wciągnie, a język, jakim jest napisana, niezwykle mi się spodoba. To w końcu King, mój ulubiony autor. I nie zawiodłam się. 

Najbardziej spodobały mi się opisy eksperymentu, w którym brali udział Andy i jego przyszła żona Vicky, a także sam pomysł na obdarzenie siedmioletniej dziewczynki niespotykaną i bardzo potężną mocą. Charlie potrafiła wzniecać ogień. Nie zawsze jednak mogła go kontrolować. Dodatkowo jej zdolności wzrastały, w miarę jak stawała się coraz starsza. Ścigający ją i jej ojca ludzie nawet nie przypuszczali, jak niebezpieczna może się dla nich okazać ta słodka dziewczynka. Niestety Charlie była również zagrożeniem dla swoich bliskich. Oraz dla samej siebie. 
Wracając jeszcze do eksperymentu... przeprowadzał go nieco demoniczny doktor Wanless. A to, co działo się w trakcie badania, było jednym z najbardziej przerażających momentów w książce. Troszkę przypominało mi to opowiadanie Kinga "Jaunting". Oczywiście to jak najbardziej dobre skojarzenie. W ogóle w całej książce można bez problemu znalezć motywy i pomysły, do których pisarz będzie pózniej w swojej twórczości jeszcze wracał.

"Podpalaczka" nie będzie należała do najwyżej ocenianych przeze mnie powieści Stephena Kinga, gdyż po prostu okazała się zbyt mało straszna, a wykorzystane w niej motywy nie należą do moich ulubionych. Przyznaję natomiast, że całość czytało się świetnie i jak (prawie) zawsze, kiedy mam do czynienia z tym autorem, bardzo dobrze się bawiłam. To doskonale napisana książka, która jednak może pozostawić pewien niedosyt, przynajmniej wśród tych, którzy najlepsze powieści Kinga mają już za sobą. Jednak zdecydowanie warto ją poznać. Choćby po to, żeby przeczytać, ile szkód może wyrządzić mała dziewczynka, obdarzona niezwykłą mocą. O wiele większą i bardziej niebezpieczną, niż zdolności Carrie White.

Moja ocena: 4,5/6 

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka Horroru 2"

http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html
__________________
Zródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/178001/podpalaczka
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Emily Carroll "Dłonie pani są zimne"

Ponure Poniedziałki: Emily Carroll "Dłonie pani są zimne"

Komiks pochodzi ze zbioru "Przez las" (Wydawnictwo Entliczek, 2016)

Była sobie raz dziewczyna, której ojciec znalazł kandydata na męża. Był to tajemniczy mężczyzna, mieszkający w wielkim, białym dworze. Dziewczyna postąpiła zgodnie z wolą ojca i poślubiła go. Żyła w przepychu, dni upływały jej spokojnie, jednak nocami nie mogła spać - słyszała śpiew kobiety. Kobiety, która już dawno nie żyła...
"Brałam ślub z moim miłym na wiosnę,
lecz już latem mnie zamknął na klucz,
na jesieni pozbawił mnie życia,
zimą zaś gniłam tu jako trup.
Tak mi zimno jest teraz, tak pusto,
ale czekać wciąż muszę, aż..."
Śpiew nękał dziewczynę co noc. Służba unikała odpowiedzi na pytania, o co może chodzić. Więc kiedy mąż wyjechał na polowanie, dziewczyna postanowiła sama sprawdzić, kto - lub co - jest jego zródłem. Czy ta bajka ma szczęśliwe zakończenie?


Emily Carroll jest niezawodna. Po raz kolejny zachwyca pięknymi ilustracjami, niezwykle klimatycznymi, przerażającymi. "Dłonie pani są zimne" to bardzo mroczna opowieść. Jest dziewczyna, która poślubia bogatego, tajemniczego mężczyznę. Jest tajemnica - niezwykły śpiew zamordowanej kobiety. Czy lepiej udawać, że się go nie słyszy, czy też może spróbować pomóc duchowi nieszczęsnej? Czy ktoś może w tym przeszkodzić głównej bohaterce? I jak skończy się dla niej cała historia? 


Jak zwykle w przypadku komiksów Emily Carroll - nie czuję potrzeby, żeby dużo na ich temat pisać. Poznaliście zarys historii. Przyjrzeliście się ilustracjom. Czy chcecie wejść do białego dworu i rozwiązać zagadkę kobiety, która brała ślub ze swoim miłym na wiosnę...? Zachęcam.

Moja ocena: 5/6

PS. Oczywiście komiks przeczytałam w wersji polskiej - taką znajdziecie w zbiorze "Przez las". Ilustracje pochodzą z oryginalnego wydania.
______________
Zródła zdjęć: pinterest.com
Lily Koppel "Żony astronautów"

Lily Koppel "Żony astronautów"





Autor: Lily Koppel
Tytuł: "Żony astronautów"
Tytuł oryginału: "The Astronauts Wives Club. True Story"
Wydawnictwo: Znak Literanova
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 320







Doszłam do wniosku, że może zamiast kupować nowe książki, zacznę czytać te, które od dawna czekają na moich półkach. Dobry żart, prawda? Ale naprawdę czas zacząć oszczędzać. I znowu odwiedzać bibliotekę (odkąd przestałam tam pracować, jakoś mi nie po drodze i nigdy nie mam czasu). W każdym razie, inspirowana tą myślą, sięgnęłam po "Żony astronautów", reportaż czekający na swoją kolej już od... 1,5 roku?

USA, koniec lat 50. XX wieku. NASA ogłasza pierwszy kosmiczny program, któremu nadaje nazwę Mercury. Do udziału w nim zostaje wybranych siedmiu mężczyzn, doskonałych pilotów, o stalowych nerwach i idealnych warunkach fizycznych. Myślicie, że to były jedyne wymagania? Otóż nie. Przyszli astronauci musieli jeszcze pochwalić się idealnym życiem rodzinnym. Bez spełnienia tego warunku nie mogli nawet myśleć o udziale w programie. 
O samych astronautach i kolejnych misjach kosmicznych mówi się bardzo dużo. A ile wiadomo o ich żonach? O kobietach, które musiały być wzorowymi partnerkami dla swoich mężów i idealnymi matkami dla dzieci, których każdy krok był śledzony przez reporterów i które z niewzruszonym spokojem musiały obserwować, jak ich mężowie są właśnie wystrzeliwani w kosmos podczas kolejnych niebezpiecznych misji? To właśnie o nich jest ta książka. Nie tylko o pierwszej siódemce z programu Mercury (pierwsze załogowe loty kosmiczne, wyniesienie astronautów na orbitę okołoziemską), ale też o żonach kolejnych astronautów, biorących udział w następnych misjach: Gemini (wyjście astronautów w przestrzeń kosmiczną) oraz Apollo (loty na Księżyc). Oczywiście o celach misji wspomniałam bardzo skrótowo, a to przecież bardziej rozległy i szalenie ciekawy temat. Zapewne sama będę więcej o tym czytać. Wróćmy jednak do żon astronautów...

"Dziewczyny odkrywały własną tożsamość, ukrywając się za wyobrażeniem, jakie tworzył o nich magazyn Life nie tylko jako perfekcyjnych pań domu, ale także jako perfekcyjnych żon astronautów - wyobrażeniu wzorowanym na popularnej lalce Barbie, która po raz pierwszy trafiła na sklepowe półki tamtej wiosny. Żony czuły na sobie wielką presję, musiały sprostać oczekiwaniom całego kraju"
Astronauci i ich żony byli niczym gwiazdy rocka - rozchwytywani przez dziennikarzy, którzy nieustannie śledzili każdy ich krok, otaczani przez tłumy fanek (oczywiście młodych i urodziwych, co bardzo nie podobało się żonom)... Momentalnie stali się rozpoznawalni w całym kraju. Całe rodziny musiały poradzić sobie z ciągłą obecnością w ich życiu mediów, z przygotowaniami do niebezpiecznych misji, a także z utrzymaniem idealnego życia rodzinnego. Jak się domyślacie, było to niezwykle trudne. Wszystkim tym "pobocznym" aspektom podboju Kosmosu starała się przyjrzeć w swojej książce Lily Koppel. Fascynujące było dla mnie czytanie o tym, co działo się w życiu "astrorodzin" po ogłoszeniu programu Mercury i ujawnieniu tożsamości przyszłych astronautów. Każdy z nich był inny, tak samo jak inna była każda z żon, kreowanych jednak przez magazyn "Life" (który miał wyłączność na ich historię) na identyczne, cukierkowe i idealne gospodynie domowe. Jeszcze bardziej interesujące było czytanie o lotach w Kosmos, a raczej o tym, jak w czasie lotów swoich mężów zachowywały się kobiety. Kiedy wyobrażałam sobie, co musiały przeżywać i wczuwałam się w ich sytuację... Mogłam je tylko podziwiać i cieszyć się w duchu, że mój chłopak nigdy w Kosmos nie poleci. Na całe szczęście wybrał bardziej bezpieczny zawód;) I to właśnie te fragmenty były w książce najlepsze. 

Niestety, całość okazała się bardzo chaotyczna. Już na początku, przy opisie pierwszej siódemki, ciężko było mi się połapać kto jest kim (chociaż akurat za to można obwiniać mój brak skupienia na czytanym tekście). A kiedy doszły kolejne astrorodziny... Wiem, że bardzo ciężko byłoby opisać wszystkich i zapewne czytanie takiego tekstu stałoby się po pewnym czasie nużące. Jednak skakanie z tematu na temat i od jednej opisywanej osoby i historii do drugiej, tylko książce zaszkodziło. Oczywiście w tym natłoku informacji dało się wyłapać te najciekawsze i wytropić kilka całościowych historii (w większości dotyczących żon pierwszej siódemki, o których z lektury dowiadujemy się najwięcej). Mam jednak wrażenie, że można to było napisać o wiele lepiej, bardziej przejrzyście. Chętnie zobaczyłabym też w książce Koppel więcej szczegółów na temat samych misji kosmicznych. Przykładowo podsumowanie lotu Apollo 13 krótkim akapitem i ogólnikowym stwierdzeniem, że astronauci oczywiście szczęśliwie wrócili do domu, było moim zdaniem niewystarczające (oczywiście więcej miejsca autorka poświęciła w tym przypadku żonie jednego z astronautów i jej reakcji na kłopoty załogi, jednak i tak odczułam ogromny niedosyt). 

Mimo wszystko jestem zadowolona z tej lektury. Do tej pory nie przyglądałam się próbom podboju Kosmosu od tej "domowej" strony, nie zdawałam sobie sprawy z tego, co mogły przeżywać żony astronautów - dumne z mężów, ale też pełne obaw. To były niesamowicie odważne i silne kobiety. To również dzięki ogromnemu wsparciu z ich strony, ich mężowie mogli polecieć w Kosmos, podczas gdy one zajmowały się dziećmi i wiernie czekały w domach na zakończenie kolejnej misji. Niestety nie wszystkie zostały za swoje wysiłki należycie wynagrodzone. Zdecydowana większość "kosmicznych" małżeństw nie przetrwała próby czasu. Astronauci coraz bardziej oddalali się od swoich żon, z kolejnych misji wracali coraz bardziej oderwani od rzeczywistości (mam wrażenie, że kto choć raz zobaczył Ziemię z Kosmosu, będzie już zawsze za tym tęsknił) lub nie radzili sobie z łączeniem życia rodzinnego i pracy, często też znajdowali nowe obiekty westchnień. Za to żony zawsze trzymały się razem i niesamowicie wspierały. Bo tylko one wzajemnie rozumiały, co przeżywają, kiedy ich mężczyzni wykonują kolejną niebezpieczną misję. I chociaż wykonanie pozostawia trochę do życzenia (tak samo jak korekta książki), warto o tym wszystkim przeczytać. Nawet, jeśli historia lotów w Kosmos zupełnie Was nie fascynuje. 
"W czasie poprzedniej misji Apollo 10, będącej próbnym lotem przed Apollo 11, Geno oświadczył przez radio, że lot dookoła Księżyca, to bułka z masłem.
- Dla mnie to nie była bułka z masłem - powiedziała Barbara - Jeśli uważasz, że lot na Księżyc jest trudny, powinieneś spróbować zostać podczas niego w domu."

Moja ocena: 4/6
________________
Zródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/cytaty/204460/ksiazka/zony-astronautow
2. unsplash.com
Ponure Poniedziałki: Edward Frederic Benson "Szczyt Grozy"

Ponure Poniedziałki: Edward Frederic Benson "Szczyt Grozy"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Widzialne i niewidzialne" (C&T, 2015).


Myślicie, że mogłam nie wspomnieć w Ponurych Poniedziałkach o opowiadaniu o tak fascynującym tytule?;)

Główny bohater tekstu to - jak to często u Bensona bywa - mężczyzna spędzający swój wolny czas poza domem. Tym razem jednak nie przebywa w gościnie u przyjaciół (w nawiedzonym domu - tak, ten autor bardzo lubił ten motyw), lecz w górskim hotelu gdzieś w Szwajcarii. Towarzyszy mu kuzyn, profesor Ingram, zapalony miłośnik górskich wspinaczek. To właśnie od kuzyna nasz bohater dowiaduje się o tajemniczej i przerażającej historii związanej ze szczytem, który było widać z okien hotelu: z masywem Ungeheuerhorn. Wysoka i trudno dostępna góra nazywana była również Szczytem Grozy. To określenie miało dla profesora Ingrama bardzo osobiste znaczenie w związku z czymś, czego był tam świadkiem. Dodam jeszcze tylko, że cała historia powiązana jest z opowieściami o dziwnych stworzeniach zamieszkujących jaskinie Ungeheuerhorn. Przypominały one ludzi, nie były jednak nimi. Przynajmniej nie w pełni...

Wiem, to nie te góry. Ale uznajmy, że ilustracja pasuje do wpisu, dobrze?

Pomyślałam, że historia o urlopie spędzanym w zaśnieżonych górach i tajemniczych istotach, które czaiły się gdzieś w tamtejszych jaskiniach będzie odpowiednia na ten (czy śnieżny?) początek Nowego Roku. Jak możecie się domyślić, w opowiadaniu mamy do czynienia ze stworzeniami podobnymi do legendarnego Yeti. I o ile człowiek śniegu nie zawsze jest negatywnie nastawiony do ludzi przemierzających góry (przynajmniej według niektórych relacji), o tyle istoty opisane w "Szczycie Grozy" mają zdecydowanie złe zamiary. Z drugiej strony, ludzie mieszkający w Himalajach twierdzą raczej, że Yeti ma wrogi stosunek do ludzi, że spotkania często kończą się zranieniem, zabiciem lub porwaniem. I tutaj mamy wspólny mianownik dla opowiadania Bensona i dawnych relacji o człowieku śniegu. Tyle że te ostatnie dotyczyły raczej Himalajów oraz Syberii, a nie poczciwej, bezpiecznej (wydawałoby się) Szwajcarii. Jak widzicie, historie o Yeti zaczęły mnie fascynować;) Jest to jednak temat na osobną lekturę (dla mnie) i oddzielny wpis (może dla Luki z Przestrzeni Tekstu, do któregoś z kolejnych odcinków Przestrzeni Grozy?;)

Opowiadanie naprawdę mi się spodobało. Od fascynującego i nieco śmiesznego dla mnie tytułu (przyznajcie sami, że "The Horror-Horn"/"Szczyt Grozy" brzmi jak tytuł horroru klasy B) do samego wykonania. Edward Frederic Benson naprawdę potrafił snuć opowieści o tajemniczych i niewyjaśnionych zjawiskach. I chociaż wiele z jego tekstów mnie nie zachwyciło, przyznaję że sama ich lektura sprawiła mi wiele przyjemności. A dla autora bardzo satysfakcjonujące musiało być ich pisanie. "Szczyt Grozy" należy według mnie do jednych z lepszych opowiadań Bensona. Może nie jest specjalnie odkrywczy, ale... czytanie o spotkaniu z dziwnymi śnieżnymi stworzeniami naprawdę mi się spodobało. Spróbujcie lektury podczas urlopu/ferii w zaśnieżonym domku gdzieś w górach - gwarantuję, że będziecie się podejrzliwie rozglądać dookoła podczas wychodzenia na zewnątrz, a wszelkie podejrzane dzwięki będą wywoływać w Was skoki ciśnienia (Chociaż jest opcja, że wcześniej obejrzycie sobie "Zombie SS" i zamiast Yeti będziecie wypatrywać zombie-nazistów. Też polecam). 
To co, macie ochotę na śnieżną przygodę?;)

Moja ocena: 5/6

Nowy Rok to nowe postanowienia. Może jednym z nich będzie uczestnictwo w drugiej edycji wyzwania Klasyka Horroru? Bardzo zachęcam, sama oczywiście biorę udział. Po kliknięciu w baner przeniesiecie się na blog Przestrzenie Tekstu, gdzie znajdziecie więcej informacji na ten temat.

http://przestrzenie-tekstu.blogspot.com/2016/12/klasyka-horroru-2-wyzwanie-czytelnicze.html

_____________
Zródło zdjęcia: unsplash.com
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger