5/13/2014 01:30:00 AM

Jestę recenzentę, czyli kilka uwag na temat blogów książkowych

Jestę recenzentę, czyli kilka uwag na temat blogów książkowych
Ostatnio rzadziej odwiedzam Wasze blogi. Jestem (prawie) cały czas zmęczona. Za kubek kawy mogłabym oddać królestwo (gdybym tylko jakieś miała). Tak jest, kończę pisać pracę magisterską. Ale ja nie o tym. A przynajmniej tym razem nie chodzi mi o to, żeby na ten fakt narzekać.

Temat mojej pracy to "Recenzje książek na łamach polskich blogów". Może część z Was kojarzy, że jakiś rok temu męczyłam blogosferę prośbami o wypełnienie ankiety. Wyniki już dawno zebrane i opracowane. Ostatnio pracowałam nad rozdziałem dotyczącym treści recenzji na blogach książkowych. Przeprowadziłam analizę wybranych stron. Oto kilka wniosków, do jakich doszłam (od razu uprzedzam - będzie bez nazwisk i adresów blogów).

Zacznijmy od tego, czy na "blogach z recenzjami książek" rzeczywiście przeważają recenzje.
Otóż nie zawsze. Wprawdzie bywały blogi, na których stosunek recenzji do innych tekstów prezentował się bardzo dobrze (82% recenzji, 18% innych), ale na pozostałych stronach wyglądało to nieco inaczej. Na przykład 52-48%. I ekstremalny przypadek - 18% recenzji, 82% innych wpisów. 
Pisząc "inne", mam na myśli posty w większości związane z książkami i szeroko pojętą kulturą. Blogerzy, dumnie nazywający się recenzentami, recenzują coraz mniej. To dobrze?

Kolejna kwestia - błędy. Stylistyczne, składniowe, fleksyjne, interpunkcyjne... no i literówki. Brakuje tylko ortograficznych, ale tutaj pomaga autokorekta. Nie będę nikogo cytować, bo nie chodzi o to, żeby wyśmiewać się z konkretnych blogerów. Nie jest też tak, że wszystkie teksty na blogach upstrzone są błędami, że w ogóle nie potrafimy pisać, że powinno się nas wysłać z powrotem do podstawówki... Faktem jest, że część recenzji czyta się z przyjemnością - piękny język, dobra składnia, staranność w wykonaniu... Ale przy niektórych blogach męczyłam się straszliwie. I chyba nikt nie zwraca tym osobom uwagi, że pewnych tekstów po prostu nie da się czytać. Wręcz przeciwnie - entuzjastyczne komentarze świadczą o tym, że nikomu (a przynajmniej tej grupie odbiorców) nie przeszkadza kiepska jakość recenzji. 
Ok, teraz możecie wytknąć błędy, które sama popełniam. Ale poważnie, nie chodzi o to, żeby od razu wszystkich krytykować. Tylko... jeśli napiszę zły tekst, niech nikt nie ośmiela się go pochwalić!


Za to słownictwo oceniające używane przez blogerów jest bardzo zróżnicowane. Książki mogą być: ciekawe, interesujące, poruszające, intrygujące, ekscytujące, przezabawne, elektryzujące, genialne, klimatyczne, ale także nieciekawe, toporne, nijakie, powtarzalne, zniechęcające... Mogłabym wyliczać tak dalej, ale biorąc pod uwagę, że zgromadziłam łącznie ponad 200 określeń - trwałoby to zbyt długo.

Wiem, to nie jest dokładny opis przeprowadzonej przeze mnie analizy. To tylko kilka faktów i trochę hejtu. I pewnie parę błędów, na dodatek. 
Wniosek z tego postu jest dla mnie prosty: ważne, żeby pisać o książkach (nieważne, w jakiej formie) i żeby robić to z pasją. Jeżeli przy okazji będziemy dbać o poprawność językową... będzie naprawdę dobrze. 

Jeśli chcecie skrytykować ten post, weźcie pod uwagę wypowiedź tego pana:


A poważnie, wszelkie konstruktywne komentarze będą mile widziane. 
________________
Źródła zdjęć:
http://www.pinterest.com/pin/483574078710321749/
http://www.pinterest.com/pin/189010515583083683/
http://www.pinterest.com/pin/554857616561597689/

5/12/2014 01:30:00 AM

Simon Beckett "Zapisane w kościach"

Simon Beckett "Zapisane w kościach"



Autor: Simon Beckett
Tytuł: "Zapisane w kościach"
Tytuł oryginału: "Written in Bones"
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 277



"Człowiek, którego miałem kiedyś za przyjaciela, powiedział mi, że lepiej rozumiem zmarłych niż żywych, i chyba miał rację. Zmarli przynajmniej nie kłamią ani nie zdradzają.
I zawsze dochowują tajemnicy, chyba że wie się, jak ją z nich wydobyć"
Kolejna powieść o Davidzie Hunterze. Tak, można ją czytać, nie znając pierwszej. Ale i tak proponuję zacząć od "Chemii śmierci".

Tym razem Hunter trafia na Runę, malutką wysepkę na Hebrydach Zewnętrznych. Znaleziono tam spalone ludzkie szczątki, ukryte w opuszczonej chacie na obrzeżach miasteczka. W związku z tym policja potrzebuje pomocy antropologa sądowego, który ma stwierdzić, czy na Runie dokonano morderstwa, czy też był to zwykły wypadek. Hunter przybywa na wyspę w towarzystwie dwóch mundurowych. Na miejscu dołącza do nich emerytowany inspektor, który odnalazł ciało. Rozpoczyna się śledztwo, w czasie którego okazuje się, że życie innych mieszkańców wyspy też jest zagrożone. Tymczasem nad Runę nadciąga potężny sztorm, który wkrótce odetnie to miejsce od świata...

Wyspa położona gdzieś na odludziu, morderca ukrywający się wśród mieszkańców i ogień, którego ofiarą w każdej chwili może stać się kolejna osoba. Simon Beckett po raz kolejny stworzył mroczną, wciągającą powieść. Chociaż mam wrażenie, że jeśli doktor Hunter odniesie jeszcze jakieś obrażenia podczas śledztwa, bardzo źle się to dla niego skończy...


Próbowałam się zastanawiać, czy "Zapisane w kościach" to książka lepsza od "Chemii śmierci". I nic nie wymyśliłam. Może po prostu obie powieści są dla mnie tak samo dobre. Chociaż... chyba atmosfera odciętej od świata wysepki bardziej do mnie przemawia.

Nie mam zastrzeżeń do stylu Becketta. Tym razem teksty zapowiadające, że sytuacja jest zła, ale wkrótce będzie jeszcze gorsza, od początku wzbudzały tylko mój uśmiech. Chyba uznam je za znak rozpoznawczy tego pisarza.
Kilka wątków mogło zostać bardziej dopracowanych, jednak główna historia jest napisana w przemyślany sposób. Kolejny raz moje podejrzenia co do tożsamości mordercy częściowo się sprawdziły.

Cóż więcej mogę napisać... książka jest dobra, czytało się przyjemnie (nie wiem, czy to jest odpowiednie określenie w tym przypadku), a ja już wkrótce będę rozglądać się w bibliotece za kolejną częścią. Miłośnikom thrillerów powinno się podobać.

Moja ocena: 5/6
____________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/26503/zapisane-w-kosciach
2. unsplash.com 

5/06/2014 01:30:00 AM

Dean Koontz "Recenzja"

Dean Koontz "Recenzja"




Autor: Dean Koontz
Tytuł: "Recenzja"
Tytuł oryginału: "Relentless"
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 413







"- Przecież znam pisarzy - mruknął. - Możesz z nimi pogrywać, jak chcesz. Nigdy się nie odgryzą"
Cullen Greenwich jest autorem sześciu książek, które odniosły duży sukces. Ostatnia z nich, niedawno wydana, zbiera same pozytywne recenzje - oprócz jednej, napisanej przez znanego krytyka Shearmana Waxxa. Cullen chce dowiedzieć się czegoś o mężczyźnie, który w obraźliwych słowach wyraził swoje zdanie o jego powieści. Do konfrontacji dochodzi przypadkowo, a Waxx, który czuje się obrażony przez Greenwicha, wypowiada podczas całego zajścia tylko jedno słowo: "zguba". Od tego momentu Greenwich i jego rodzina stają się celem psychopaty. Waxx chce ich zabić. I to w wyjątkowo brutalny sposób...
"Zacząłem żałować, że przez ostatnie dziesięć lat nie pisałem thrillerów, bo być może wtedy wiedziałbym coś pożytecznego o nadajnikach, inwigilacji elektronicznej, podsłuchach i sposobach ucieczki, gdy człowiekowi depcze po piętach psychopatyczny krytyk literacki"
 Witajcie w świecie Deana Koontza, gdzie miłość między dwojgiem głównych bohaterów jest najważniejsza, psy są niezwykle inteligentne, ci źli ścigają tych dobrych 24h na dobę i nie wszystko jest racjonalnie wyjaśnione, a niektóre pomysły wydają się wzięte z kosmosu, ale... kto by się tym przejmował?
Ok, uogólniam. Ale takie mam doświadczenia z powieściami tego autora. Nie znaczy to, że żadna z nich mi się nie podobała.


Bardzo spodobał mi się sam pomysł. Psychopatyczny krytyk ścigający pisarzy, których powieści nie przypadły mu do gustu? Przyznajcie, że to kusząca wizja... A tak poważnie, to dobry materiał na thriller. Wydaje mi się, że Dean Koontz wykorzystał go tylko w połowie.
Początek był obiecujący. Jednak właściwie wszystkie późniejsze rozdziały zawierają opis pościgu Waxxa i jego kompanów za Cullenem i jego rodziną. W pewnym momencie stało się to trochę męczące. Zakończenie natomiast było takie, jak gdyby autorowi zabrakło pomysłów i postanowił rozwiązać wszystko w jak najprostszy sposób. Nie jest to bardzo złe. Ale oczekiwałam czegoś innego.
Wydaje mi się też, że niepotrzebnie został wprowadzony wątek tragicznych wydarzeń, które spotkały w dzieciństwie głównego bohatera. Nie wniósł on nic nowego.
Na plus mogę zaliczyć poczucie humoru i ironię Koontza oraz - jak już wspomniałam - niesamowicie intrygujący mnie pomysł.

Czytało się przyjemnie, chociaż liczyłam na o wiele lepszą lekturę. Tym razem trafiłam na średnią książkę, ale wiem, że autora stać na więcej - i już moja w tym głowa, żeby znaleźć jego najlepsze powieści. Tymczasem zostawiam Was z wizją krytyków ścigających nielubianych pisarzy...
"- Wygląda na to, że nawet nie przeczytał mojej książki - stwierdziłem.
- To nieistotne. Przecież to tylko recenzja"
Moja ocena: 4/6
_________________
Źródła zdjęć:
1. Produkcja własna
2. unsplash.com
Copyright © 2016 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger