6/24/2015 08:19:00 PM

Stephen King "Znalezione nie kradzione"

Stephen King "Znalezione nie kradzione"



Autor: Stephen King
Tytuł: "Znalezione nie kradzione"
Tytuł oryginału: "Finders keepers"
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 480


"Pobudka, geniuszu"
Jeden słynny autor. Jeden szalony fan. I jeden kufer zawierający bardzo cenny łup z napadu. 
Morris Bellamy ma prawdziwą obsesję na punkcie twórczości Johna Rothsteina, a konkretnie jego trylogii o Jimmym Goldzie. Uważa też, że pisarz zakończył historię tego bohatera w sposób absolutnie niedopuszczalny. I że prawdopodobnie pisze dalej, choć od lat niczego nie opublikował. Dlatego planuje napaść na autora - nie tyle w celu zdobycia pieniędzy (których Rothstein podobno ma dużo), co jego najnowszej twórczości. Pisarz ginie, Bellamy ukrywa łup w bezpiecznym miejscu i... trafia do więzienia za zupełnie inne przestępstwo. Kilkadziesiąt lat później kufer Morrisa znajduje Pete Saubers, syn jednej z osób poważnie rannych w wyniku ataku Pana Mercedesa pod City Center. Jego rodzina ma poważne problemy finansowe i stosy dolarów ukryte w kufrze bardzo się przydadzą. Chłopaka fascynują też notesy z nieznaną twórczością Rothsteina. Problem pojawia się, kiedy Bellamy wychodzi na zwolnienie warunkowe i chce odzyskać swoją własność... Potrzebna będzie pomoc Hodgesa, Holly i Jerome'a.

Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą: tak, to druga część "Pana Mercedesa". Lepsza część.
Pomysł jest prosty, ale świetnie przedstawiony. Ktoś mógłby uznać, że samo "wprowadzenie" - czyli przedstawienie przeplatających się ze sobą historii Morrisa i Pete'a -  jest za długie. Że Hodges i reszta pojawiają się za późno. Ale skoro świetnie się to czyta, a wszystkie elementy układanki do siebie pasują, to po co narzekać?

Kupiłam zaraz po przyjściu do pracy i odkryciu, że nowy King już dojechał!

Nie będę tutaj analizować całej powieści. To po prostu dobry kryminał z nieźle zarysowanymi portretami głównych bohaterów i takim zakończeniem, że... że natychmiast chcę sięgnąć po trzecią część! (swoją drogą, niech mi ktoś wytłumaczy dlaczego King zmienił jej tytuł z genialnego - i w świetle zakończenia mającego ogromny sens - "Suicide prince" na zwyczajne "End of a watch")
Spokojnie, historia Bellamy'ego i Saubersa znajduje swoje, nieco makabryczne, zakończenie. Za to inny wątek, znany z poprzedniej powieści, odżywa...

W dużym skrócie: czytało się świetnie, jestem zachwycona, polecam. King się starzeje, nie da się ukryć. Ale to wcale nie znaczy, że jego najnowsze powieści są złe. O nie!

Moja ocena: 5/6
______________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/246008/znalezione-nie-kradzione
2. Produkcja własna

6/22/2015 01:30:00 AM

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Harvey's Dream"/"Sen Harveya"

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Harvey's Dream"/"Sen Harveya"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Po zachodzie Słońca" (Albatros, 2009). W oryginale można je przeczytać TUTAJ.


Słoneczny sobotni poranek. Mąż i żona rozmawiają przy kuchennym stole. To małżeństwo, które niewiele już łączy. Miłość wyparowała, codzienność wdarła się drzwiami i oknami, czyniąc ich życie nudnym prawie nie do zniesienia. Ale przecież walczyli o ten związek. Mają trzy córki. Właśnie kiedy Janet pogrąża się w rozmyślaniach na ten temat i zastanawia się, jak dobre byłyby jakieś zmiany, Harvey mówi, że miał w nocy straszny sen. 
"Here comes the scary part. Do you want to hear the scary part?"
Chociaż Janet tak naprawdę nie chce tego słyszeć, jej mąż zaczyna opowiadać. Mówi o pięknym, słonecznym poranku, dokładnie takim jak ten sobotni. Mówi o samochodzie sąsiada stojącym na podjeździe, który ma dziwne wgniecenie (samochód rzeczywiście tam jest, a wgniecenia nie było jeszcze wczoraj... ale w tym momencie jest wyraźnie widoczne). Mówi też o telefonie od jednej z ich córek, która miała do przekazania bardzo złe wiadomości. Podobno, jeśli opowie się komuś swój sen, ten nie ma prawa się spełnić. Tak przynajmniej twierdzi Janet. A przynajmniej bardzo chce w to wierzyć...


Stephen King twierdzi, że powyższa historia przyszła do niego we śnie. I została zapisana od razu, podczas jednego posiedzenia. Można powiedzieć, że to widać - może i nie jest specjalnie rozbudowana, skomplikowana czy wyposażona w gwałtowne zwroty akcji. Może nie wywiera na czytelniku ogromnego wrażenia. Ale Stephen King ma niezwykłą zdolność stopniowania napięcia i kreowania ponurej atmosfery która sprawia, że z pozoru zwykły opis sobotniego poranka przeradza się w historię wywołującą niepokój.

Jeden z krytyków napisał o tej historii, że jest to a parent's worst nightmare, viewed in slow motion. O tak, mogę się z tym zgodzić. Ale w tym opowiadaniu jest coś więcej. Chociaż to do czytelnika należy odkrycie, czy sen Harveya był tylko snem, samospełniającą się przepowiednią, a może czymś jeszcze...

Niepokój. Takie uczucie pojawia się po lekturze. I chociaż nie jest to wybitne opowiadanie (King napisał mnóstwo lepszych), to może warto na chwilkę zatrzymać się i nad takim tekstem. 

Moja ocena: 4/6

A w środę recenzja "Znalezione nie kradzione" (Czy ktoś może zmusić... eee, namówić Kinga, żeby udostępnił mi trzeci tom? Nie przerywa się w takim momencie. Tego się po prostu nie robi)
_________________
Źródło zdjęcia: http://nos.twnsnd.co/image/81297248990

6/17/2015 05:00:00 AM

Richard Paul Evans "Papierowe marzenia"

Richard Paul Evans "Papierowe marzenia"


Autor: Richard Paul Evans
Tytuł: "Papierowe marzenia"
Tytuł oryginału: "Lost December"
Wydawnictwo: Między Słowami
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 293



Książka Evansa za niecałe 8 zł? Biorę! Takiej okazji nie można przepuścić;) 
Tak właśnie myślałam, stojąc przed półką pełną wydań kieszonkowych w moim miejscu pracy. Zastanawiałam się jeszcze nad "Słodkim światem Julii", ale ostatecznie padło właśnie na "Papierowe marzenia". To był całkiem dobry wybór.
"Nawet dobrzy ludzie czasami popełniają błędy i podejmują złe decyzje. Od czasu do czasu każdy potrzebuje pomocy."
Tym razem Evans postanowił opowiedzieć czytelnikom historię Luke'a. Luke był kiedyś bardzo bogaty. Jego ojciec, właściciel dużej firmy, zadbał o to, żeby zabezpieczyć syna finansowo. Wysłał go też na studia w nadziei, że dzięki temu chłopak będzie dobrze przygotowany do zarządzania przedsiębiorstwem w przyszłości. Jednak tam Luke poznał bardzo rozrywkową grupę znajomych, do których szybko się przyłączył. Znalazł też dziewczynę. Po skończeniu studiów postanowił - razem z całym tym towarzystwem - wyruszyć w wielką podróż po Europie. Którą w znacznej mierze sam finansował, korzystając z pieniędzy podarowanych mu przez ojca. Kiedy jednak dolary się skończyły, znajomi go zostawili. Tak samo, jak dziewczyna. Luke nie mógł też się zwrócić do taty, z którym praktycznie zerwał kontakt, złamawszy mu uprzednio serce stwierdzeniem, że nie zamierza zarządzać rodzinną firmą i chce się przede wszystkim bawić. Luke został bez pieniędzy, rodziny, przyjaciół. Skończył jako bezdomny. I wtedy...

Nie wydaje się Wam, że ta historia brzmi jakoś znajomo? Bogaty chłopak bierze od ojca swoją część spadku i rzuca się w wir zabawy, a kiedy kasa się kończy "bliscy" go opuszczają? Tak, Richard Paul Evans wyraźnie nawiązuje w tej powieści do historii syna marnotrawnego. Przenosi ją jednak w czasy współczesne i udowadnia, że zawsze jest aktualna. 


Pomysł jest świetny. Zwłaszcza, że rzeczywiście jest to przede wszystkim historia syna marnotrawnego - opowiedziana przez samego Luke'a - a nie romans. Choć i taki (delikatny) wątek się tam pojawia. Jednak nie do końca przekonało mnie wykonanie. Miałam wrażenie, że nawiązania do biblijnej przypowieści były miejscami zbyt wyraźne, za bardzo nachalne. Podobieństwa są oczywiste i nie trzeba było tego podkreślać na każdym kroku. Uczynienie głównego bohatera narratorem tej historii było dobrym rozwiązaniem, ale Luke - zamiast przede wszystkim opowiadać, co go spotkało i pozwalać czytelnikowi na samodzielne wyciągnięcie wniosków - cały czas się tłumaczył i informował, co zrobił źle. Według mnie wystarczyłby cytat z Biblii na początku, kilka wspomnień w tekście i sama fabuła - która też doskonale by się obroniła. 

Jest dobrze, choć mogło być lepiej. Mimo wszystko to wartościowa opowieść (w końcu autor wykorzystał motyw biblijny). Trochę nie rozumiem nachalnego umieszczania na okładkach różnych wydań zakochanej pary... przecież nie o to chodzi w tej historii. No ale...;)

Moja ocena: 4,5/6
___________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/227607/papierowe-marzenia
2. unsplash.com
Copyright © 2016 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger