7/02/2014 09:30:00 PM

Leena Lander "Niech się rozpęta burza"

Leena Lander "Niech się rozpęta burza"


Autor: Leena Lander
Tytuł: "Niech się rozpęta burza"
Tytuł oryginału: "Tulkoon myrsky"
Wydawnictwo: Słowo/obraz terytoria
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 350




Życie dziennikarki Iiris drastycznie się zmienia, kiedy kobieta dowiaduje się o zdradzie męża. Załamana, chce ułożyć sobie życie na nowo. Najpierw jednak musi uzyskać rozwód. Tymczasem wyjeżdża do Olkikumpu - małej miejscowości, położonej przy rosyjskiej granicy, gdzie znajduje się rodzinny dom jej ojca. Ma napisać artykuł o powstającym w okolicy składowisku odpadów radioaktywnych. Na miejscu spotyka swoją dawno niewidzianą ciotkę i dowiaduje się o pewnej rodzinnej tajemnicy, która do tej pory nie została wyjaśniona. Staruszka prosi Iiris o pomoc w tej sprawie i od tego momentu kobieta zaczyna śledzić fascynujące losy swoich dziadków, żyjących w Finlandii w trudnych latach 30. XX wieku...

Zawsze, kiedy stykam się z literaturą skandynawską (oprócz kryminałów) mam wrażenie, że przenoszę się do innego świata. Sposób narracji jest odmienny od tego, do którego się przyzwyczaiłam. Poruszane sprawy mogą być bardzo ważne lub zupełnie błahe, ale pisarze zawsze traktują je z całkowitą powagą. Mentalność opisywanych ludzi również jest inna od tej, z jaką spotykam się na co dzień. Może po prostu trafiam na takie książki, a może jest to charakterystyczne dla twórczości Skandynawów? Mamy na pokładzie eksperta?

Opisywana powieść jest bardzo specyficzna. Poznajemy naprzemiennie wydarzenia z lat trzydziestych i z czasów współczesnych. Przyglądamy się życiu Iiris oraz jej dziadków - Eero i Vidy. Próbujemy nadążyć za ich tokiem myślenia, poznać ich losy, emocje, motywacje... Czy Vida rzeczywiście zdradziła swojego męża? I to z Irlandczykiem, który pracował w pobliskiej kopalni (tej samej, co Eero), ale podobno w rzeczywistości był zagranicznym szpiegiem? Co tak naprawdę stało się z małą Aino, córką Eero i Vidy, która rzekomo utopiła się w strumieniu, chociaż woda była na to zdecydowanie za płytka? Jak pokieruje swoim życiem Iiris?


Kilka różnych wątków i nagłe przeskoki w czasie mogły męczyć czytelnika i wprowadzać wrażenie chaosu. Postać Iiris, jej przemyślenia i poglądy na życie, były irytujące. Życie jej nie rozpieszczało i teoretycznie powinnam kobiecie współczuć, ale tylko mnie denerwowała. A wyjaśnienie zagadki śmierci sześcioletniej Aino okazało się nadzwyczaj banalne.

Dlaczego więc, mimo wszystko, jestem zadowolona z lektury? Konstrukcja powieści nie przeszkadzała mi w odbiorze. A historia dziadków Iiris była fascynująca (chociaż jej poznanie utrudniało mi zerowe pojęcie o historii Finlandii). Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby autorka poświęciła temu wątkowi więcej miejsca - a może i całą książkę.

Czy nazwałabym powieść Leeny Lander thrillerem psychologicznym (zgodnie ze słowami na okładce)? Z całą pewnością nie. To raczej smutna historia rodzinna, przedstawiająca przy okazji realia życia w Finlandii w latach 30. XX wieku, kiedy społeczeństwo było podzielone na zwolenników "białych" i "czerwonych" KLIK. To też opowieść o miłości do ludzi i do kamieni. A ze skał można wyczytać więcej, niż się Wam wydaje...

Moja ocena: 4/6
_______________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/
2. unsplash.com

6/30/2014 08:25:00 AM

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Drogowy wirus zmierza na północ"

Ponure Poniedziałki wracają. Oczywiście nowa edycja musiała się rozpocząć od opowiadania Stephena Kinga. Jakżeby inaczej?

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Wszystko jest względne" (Prószyński i S-ka, 2002 r.)

"Obraz przedstawiał młodzieńca za kierownicą jakiegoś szpanerskiego samochodu - może grand am, może GTX, w każdym razie coś z odsuwanym dachem - przejeżdżającego przez most Tobin o zachodzie słońca. Dach był odsunięty, czarny samochód wyglądał jak niedorobiony kabriolet. Młody mężczyzna siedział, opierając lewe ramię o drzwi; nadgarstek prawej spoczywał niedbale na kierownicy. Niebo przed nim było sinym kłębowiskiem żółci i szarości, poprzecinanych różowymi żyłkami. Młodzieniec miał rzadkie jasne włosy, opadające mu na niskie czoło. Uśmiechał się, a jego rozchylone usta odsłaniały zęby, które nie były zwykłymi zębami, lecz kłami.
A może są tylko spiłowane, pomyślał Kinnell. Może to kanibal"
Richard Kinnel to znany pisarz, autor horrorów. Obraz, o którym była mowa powyżej, mężczyzna znalazł na zwykłej wyprzedaży ogrodowej. Malunek był bardzo... niepokojący. Kinnel kupił go, a przy okazji wysłuchał opowieści o jego autorze - młodym chłopaku, który popełnił samobójstwo. Wcześniej spalił on wszystkie swoje obrazy (oprócz tego jednego) i napisał wiadomość: "Nie mogę znieść tego, co się ze mną dzieje". To wszystko powinno zaniepokoić Kinnela. Ale on był bardziej zafascynowany tym, co zobaczył. Przerażenie przyszło później, kiedy obraz zaczął się zmieniać. A te zmiany miały konsekwencje również w prawdziwym życiu...

Opisany obraz istnieje naprawdę. Wisi w gabinecie Stephena Kinga i był inspiracją do stworzenia tego opowiadania. Chcielibyście mieć na ścianie coś równie przerażającego? (ja mam obraz Beksińskiego, który może straszyć - ale mi się podoba i przynajmniej się nie zmienia).

Pomysł na fabułę nie jest specjalnie oryginalny. Obrazy o paranormalnych właściwościach to znany motyw, nie tylko w twórczości Kinga. Ale ten tekst nie jest zły ani wtórny (przynajmniej ja bym go tak nie określiła). Można przewidzieć zakończenie, ale to nie powoduje, że czytelnik traci ochotę na dokończenie lektury. To doskonale napisany, klasyczny horror. 
Czy trzeba czegoś więcej, żeby trochę się zrelaksować w leniwe, niedzielne popołudnie?

Moja ocena: 5/6

Tym razem nie będzie żadnych zdjęć. Użyjcie wyobraźni!

6/22/2014 12:17:00 PM

Tabitha King, Michael McDowell "W cieniu płonących świec"

Tabitha King, Michael McDowell "W cieniu płonących świec"



Autorzy: Tabitha King, Michael McDowell
Tytuł: "W cieniu płonących świec"
Tytuł oryginału: "Candles burning"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 463



"Okropnie się bałam. Nie o siebie. O tych wszystkich ludzi, których nie widziałam, ale których odległe głosy śpiewały mi w ulewnym deszczu pieśni pozbawione słów, za to przepełnione strachem"
Nowy Orlean, rok 1958. Ojciec siedmioletniej Calley Dakin zostaje brutalnie zamordowany. Jego poćwiartowane ciało odnaleziono upchnięte w małej metalowej szafce. Po koszmarze pogrzebu, śledztwa, a także ludzkiej podejrzliwości - ktoś rozpuszczał plotki, że to Roberta Ann Carroll Dakin zleciła zabójstwo męża - Calley wraz z matką uciekają z dotychczasowego miejsca zamieszkania. Przez dziwny zbieg okoliczności trafiają na niewielką wyspę Santa Rosa, która odtąd będzie ich domem. A może to nie przypadek? I ktoś to wszystko od początku do końca zaplanował? W końcu Calley ma pewne niezwykłe zdolności, odróżniające ją od reszty małych dziewczynek...

To powieść to wynik pracy dwóch osób. Michael McDowell zmarł, pozostawiając niedokończony rękopis, którego uzupełnienie powierzono Tabicie King. Powstała książka, będąca (według słów na okładce) połączeniem realizmu magicznego i southern gothic. Ten pierwszy styl charakteryzuje się "nawiązywaniem do wierzeń ludowych i magii, do codziennej rzeczywistości wprowadzając elementy ludowe, niezwykłe, tajemnicze". KLIK Drugi - w dużym skrócie - jest specyficzną odmianą powieści gotyckiej, charakterystyczną dla literatury amerykańskiej. Występują w nim niepokojący, wręcz dziwni bohaterowie, ("broken bodies, broken souls"), a jego tematyką zwykle jest niewinność, zbrodnia, bieda i przemoc. Akcja powieści z tego gatunku rozgrywa się na południu USA. KLIK Wybaczcie moje nieudolne tłumaczenie z angielskiego. Temat wart jest tego, aby poczytać o nim więcej i dokładniej, niż to sama zrobiłam.  

Wróćmy jednak do książki. Historia zapowiadała się interesująco i nieco makabrycznie. Okazało się jednak, że wyszła z tego nudna i przydługa opowieść.


W powieści była mowa o niepokojących, paranormalnych wydarzeniach. Jednak w taki sposób, że nie budziły ani mojego przerażenia, ani zainteresowania. Cała fabuła wydała mi się nieco chaotyczna i niedopracowana. Zakończenie natomiast - bardzo naciągane. Z pewnością wynika to z faktu, że Tabitha King pracowała nad już rozpoczętym, liczącym kilkaset stron rękopisem i "dopowiedziała" resztę historii, która z pewnością bardzo różniła się od zamierzeń pierwszego autora. Na mój odbiór niekorzystnie wpłynął też gatunek powieści (za mało gotyku, za dużo realizmu magicznego), ale to już moja wina - trzeba patrzeć, co się wybiera w bibliotece. Lektury nie ułatwiały też liczne błędy w tekście - to już jednak sprawka osób odpowiedzialnych za redakcję i korektę książki.

Styl duetu King/McDowell bardzo przypominał mi sposób pisania Stephena Kinga. Jednak takiego "wyblakłego", pozbawionego poczucia humoru, ciętego języka i tego czegoś co sprawia, że czytelnik jest gotów uwierzyć nawet w najbardziej idiotyczne pomysły (portal do przeszłości ukryty w spiżarni małego baru, anyone?) Niestety, brak znajomości twórczości wyżej wymienionej dwójki nie pozwala mi stwierdzić, kto od kogo czerpał inspirację.

Jakieś plusy? Kilka. Chociażby dobry początek powieści. Konsekwentne trzymanie się stylu southern gothic. I motyw płonących świec, do którego nawiązywano przez całą książkę. 

Możecie zadać pytanie (ja bym tak zrobiła): dlaczego czytałam tę powieść, skoro tak bardzo mi się nie podobała? No cóż, to jedyna książka, którą zabrałam ze sobą w kilkugodzinną podróż autobusem na trasie Bieszczady-Kraków. Jeśli chciałam coś czytać, nie miałam innego wyboru. Ale następnym razem lepiej się zastanowię. 

Mimo wszystko, nie skreślałabym tej powieści całkowicie. Miłośnikom gatunku może się spodobać. Reszta pewnie uzna ją za dziwną...

Moja ocena: 3,5/6
______________________
Źródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/28023/w-cieniu-plonacych-swiec
2. unsplash.com
Copyright © 2016 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger