Richard Matheson "Jestem legendą"

Richard Matheson "Jestem legendą"




Autor: Richard Matheson
Tytuł: "Jestem legendą"
Tytuł oryginału: "I am legend"
Wydawnictwo: PiK
Rok wydania: 1992
Liczba stron: 184



"Istoty te należały do przeszłości; do melodramatów Stokera albo sielanek Summersa, były tematem krótkich notatek encyklopedycznych w Britannice albo stanowiły wodę na młyn pisarskiej wyobraźni, czy też materiał dla wytwórni sentymentalnych filmów. To tylko ulotna legenda, która przetrwała przez wieki.
No cóż, okazała się prawdą"
Robert Neville. Ostatni człowiek na Ziemi. Otoczony przez wampiry, w które zmieniła się ludzkość wskutek... Klątwy? Epidemii? Nieszczęśliwego zbiegu okoliczności? Tak czy inaczej, Robert przetrwał. Jest sam. Zajmuje się naprawą domu, uprawą czosnku, ciosaniem drewnianych kołków, zabijaniem wampirów i piciem alkoholu. Oraz powolnym popadaniem w szaleństwo. Łatwo stracić kontrolę nad swoim umysłem, kiedy ktoś sam musi stawić czoła apokalipsie.
"Robert Neville stał w chłodnym mroku swojego domu i słuchał krzyku wampirów. Stanął przy ścianie, uderzając z wolna słabymi rękoma w tynk, a łzy spływały strumieniem po jego zarośniętych policzkach [...] Wszystko przepadło. Wszystko"
"Jestem legendą" to nie tylko książka o wampirach. Chociaż jeśli weźmiemy pod uwagę ten aspekt, również nie będziemy zawiedzeni. Matheson rozprawił się z mitem wampira, rozpowszechnionym dzięki ludowym podaniom i gotyckim powieściom. W stworzonym przez niego świecie wampiry dzielą się na umarłych i tych-jeszcze-żyjących, a ich pochodzenie może być wyjaśnione w naukowy sposób. Ale ten horror to również opowieść o samotności, roli społeczeństwa w naszym życiu i o jego sile.
Podobał mi się opis psychiki Roberta, jego przechodzenie od rozpaczy do nadziei czy niemal szaleństwa. Wydało mi się to autentyczne (chociaż co ja wiem, psychologii nie studiuję).

Myśleliście, że nie skorzystam z okazji do
wstawienia tego zdjęcia?;)
Główny minus to język, jakim powieść została napisana - bardzo prosty, chwilami niezbyt ładny (powtórzenia...). Dla niektórych może być to problem. Dla innych będzie to stanowić o sile książki, w której tak mroczną historię przedstawiono bez zbędnych udziwnień, skupiając się na emocjach bohatera. Którąkolwiek stronę wybierzemy, trzeba docenić fakt, że w zaledwie 180 stronach autor zawarł nie tylko samą "straszną historię", ale też opowieść posiadającą głębsze przesłanie.

Czy porównywanie filmu z Willem Smithem do książki ma sens? Chyba nie. Obie produkcje są dobre, każda na swój sposób. Ale też znacznie się od siebie różnią. Niech każdy wybierze to, co mu najbardziej odpowiada. Ale polecam zacząć od książki.

Moja ocena: 4,5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania "Klasyka horroru"




TynipicTynipicTynipic
__________________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/90622/jestem-legenda
2. http://www.pinterest.com/pin/527061962613626346/

Ponure Poniedziałki: Joe Hill "Synowie Abrahama"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Upiory XX wieku" (Albatros, 2009).

"- Ojciec surowo wymaga, żebyście obaj byli w domu przed zmrokiem, prawda?
- Tak, proszę pani.
- Jest wielu takich jak on - rzekła. - Przywieźli tu przesądy ze starego kraju. Ale nie sądziłabym, że lekarz może być taki przesądny"
Synowie Abrahama mają ciężkie życie. Musza przestrzegać określonych zasad, a w razie ich złamania czeka ich kara. Najważniejsza reguła głosi, że koniecznie muszą wracać do domu przed zmrokiem. Sama ciemność nie jest niebezpieczna. Groźne są istoty, które się w niej czają.
Tak, synom Abrahama Van Helsinga nie jest do śmiechu.

Tekst "Abraham's Boys" znalazł się najpierw w antologii "The Many Faces of Van Helsing". Później trafił do autorskiego zbioru Joe Hilla. Jak już zauważyliście, jednym z jego bohaterów jest profesor Van Helsing, znany z powieści Brama Stokera "Drakula". To Holender, antropolog. On, oraz postaci na nim wzorowane (występujące w filmach, anime, komiksach, prozie...) zawsze zajmowały się walką z wampirami. Tak jest i w tym przypadku. A przynajmniej tak się wydaje.

Tak, to też Van Helsing.
Tylko trochę inny;)
"Synowie Abrahama" to świetna zabawa z wątkami i postaciami znanymi z powieści Stokera. Joe Hill na niewielu stronach zdołał przedstawić osobowość Rudolfa i Maxa Van Helsingów, a także pokazał, jak wyglądało ich codzienne życie i z czym musieli się zmagać. Nie zapomniał przy tym o dużej dawce grozy.
Opowiadanie ma ciężką, przytłaczającą atmosferę. Nadal nie mogę wyjść z podziwu nad tym, jak bardzo utalentowany jest autor i jak bardzo potrafi wciągnąć czytelnika w wykreowany przez siebie świat. Wydaje mi się, że w przypadku opowiadań wychodzi mu to znacznie lepiej, niż w powieściach. 
Mój jedyny zarzut to kilka "niedoskonałości" tekstu - niepotrzebnych powtórzeń itp.

Christopher Golden, autor wstępu do "Upiorów XX wieku" zauważył, że "Synowie Abrahama to przenikliwe badanie postawy dzieci, które - jak wszystkie - zaczynają zdawać sobie sprawę z niedoskonałości ojca". W zupełności się z tym zgadzam. Jednocześnie Hillowi udało się napisać bardzo dobry horror, który można odbierać również bez wgryzania się w tą ukrytą warstwę znaczeniową tekstu. 

Czy sięgnąć po to opowiadanie? Koniecznie! Ale wcześniejsza znajomość "Drakuli" jest mile widziana - pozwoli Wam w pełni docenić tę alternatywną wersję.

Moja ocena: 5/6

TynipicTynipicTynipic
_________________
Źródło zdjęcia: http://www.pinterest.com/pin/439101032390619585/

Pierre Choderlos de Laclos "Niebezpieczne związki"




Autor: Pierre Choderlos de Laclos
Tytuł: "Niebezpieczne związki"
Tytuł oryginału: "Les liaisons dangereuses"
Wydawnictwo: Oxford Educational
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 413


"Któż by nie zadrżał rozpamiętując nieszczęścia, jakie może spowodować jeden nieopatrzny związek! Iluż niedoli uniknęłoby się więcej o tym myśląc! Któraż kobieta nie ratowałaby się ucieczką przed pierwszym zakusem uwodziciela? Któraż matka mogłaby bez drżenia patrzeć, jak ktoś obcy rozmawia z jej córką? Lecz te spóźnione refleksje przychodzą zawsze wtedy, gdy rzecz się już zdarzyła. I jedna z najważniejszych prawd - a może i z najpowszechniej uznawanych - niknie zduszona i bezużyteczna w wirze naszych nieopatrznych obyczajów"
Francja, XVIII wiek. Markiza de Merteuil, chcąc zemścić się na dawnym znajomym, wymyśla iście diabelską intrygę. Do pomocy wciąga wicehrabiego de Valmont, podobnie jak ona lekceważącego powszechnie wyznawane zasady. Czy tej dwójce uda się sprowadzić na złą drogę niewinną Cecylię, mającą w przyszłości zostać żoną wroga markizy oraz prezydentową de Tourvel, będącą uosobieniem cnót?
"Niech wierzy w cnotę, lecz niech ją dla mnie poświęci; niech z przerażeniem patrzy na własny upadek, niezdolna zatrzymać się w drodze, i niechaj, miotana wyrzutami, nie umie zapomnieć o nich ani ukryć się przed nimi inaczej niż w moich ramionach"
"Niebezpieczne związki" należą do klasyki literatury francuskiej. Jest to szeroko znana i kontrowersyjna powieść epistolarna. To właśnie z listów dowiadujemy się o poczynaniach bohaterów, planowanych intrygach i ich konsekwencjach. A te mogą być straszne. Najciekawsze są listy wicehrabiego do markizy (i na odwrót). Odsłaniają one ich prawdziwe oblicza i wyjaśniają wszelkie niecne plany. Przy okazji można zauważyć kunszt autora, który wyraźnie zarysowuje charaktery wszystkich postaci. Bez trudu można rozpoznać, kto jest autorem danego listu - każdy z bohaterów posiada swój niepowtarzalny styl.

To szokująca powieść. Przerażać mogą jednak nie tylko pomysły markizy de Merteuil i wicehrabiego de Valmont, ale też losy ich ofiar. 
Cecylia początkowo była niewinna, niedoświadczona, irytująco naiwna. Markiza mówiła o niej: "ani charakteru, ani zasad", "Inteligencji tam nie ma, nawet sprytu; posiada jednak pewną naturalną, jeśli można się tak wyrazić, zdolność fałszu". I niecny plan zaczął przynosić owoce. Zakochana dziewczyna godzi się na wszystko, byle tylko być ze swoim kawalerem.
Z kolei prezydentowa de Tourvel niby się opiera, walczy, ale korzysta z każdej sposobności, żeby podtrzymać kontakt ze swoim uwodzicielem. Trzeba przyznać, że nie wygląda to dobrze. 
Mimo wszystko może być tak, że markiza i wicehrabia wpadną we własne sidła.

Michelle Pfeiffer i John Malkovich jako markiza de Merteuil i wicehrabia de Valmont

Czy warto przeczytać? Tak. Czy dobrze się bawiłam podczas lektury? To nie jest odpowiednie pytanie. Z pewnością nie żałuję, że przeczytałam tę powieść. To było niezwykle pouczające spotkanie z literaturą światową. 
Ale tak całkowicie poważnie - cóż mogę napisać? Jest wiele źródeł, do których możecie sięgnąć, jeśli chcecie zapoznać się z profesjonalną próbą interpretacji tej powieści. Lepiej jednak sięgnąć najpierw po tekst samemu. To wyjątkowo interesujące doświadczenie.
"Utraconą sposobność zawsze się da odzyskać, gdy wszystko można zepsuć przedwczesnym pośpiechem"

PS. To już oficjalne - od wczoraj pracuję w bibliotece. Mam nadzieję, że jak najdłużej;)
PS2. Targi książki w Krakowie - będę w piątek, może też w niedzielę. Gdyby ktoś-coś, proszę pisać;)

TynipicTynipicTynipic
____________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/138530/niebezpieczne-zwiazki 
2. http://www.pinterest.com/pin/209558188881277661/

Ponure Poniedziałki: A.J. Alan "Warkoczyk"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Upiorny narzeczony i inne opowieści z dreszczykiem" (ISKRY, 1967).


Główny bohater i zarazem narrator opowiadania znajduje w antykwariacie tajemniczo wyglądające pudełko. Oczywiście szybko wchodzi w jego posiadanie i wykorzystuje całą swoją pomysłowość, żeby otworzyć dobrze zabezpieczony przedmiot. Ku swojemu zdziwieniu w środku znajduje... warkoczyk, najwyraźniej składający się z włosów należących do kilku osób. Przypadkowo okazuje się, że warkoczyk posiada pewne mordercze właściwości - wystarczy, że zetknie się ze zdjęciem jakiejś osoby i może spowodować jej chorobę lub nawet śmierć. Nowy właściciel radośnie zabiera się do eksperymentów, na pierwszą ofiarę...eee, obiekt doświadczalny, wybierając znienawidzoną sąsiadkę.

A.J. Alan, a tak naprawdę Leslie Harrison Lambert, żył w latach 1883-1941. Był nie tylko autorem opowiadań, ale także iluzjonistą i pracownikiem brytyjskiego wywiadu. Od czasu do czasu pojawiał się również w radiu, gdzie podczas audycji na żywo czytał swoje opowiadania. Był bardzo popularny, jednak nie występował zbyt często - napisanie kolejnego tekstu zajmowało mu zazwyczaj kilka miesięcy.
Jego opowiadania, w tym "Warkoczyk", konstruowane były w podobny sposób: miały narrację pierwszoosobową i przypominały bardzo rozbudowane anegdoty. Zakończenia zwykle były nieoczekiwane. [Źródło].

Uważaj na ludzi, którzy chcą zrobić Ci zdjęcie. Mogą je potem wykorzystać do niecnych celów. Na przykład zabić Cię za pomocą fotografii i dziwnego warkoczyka.

"Warkoczyk" nie przeraża, ale rzeczywiście może wywołać lekki dreszczyk. A to przez zestawienie swobodnego, dosyć niedbałego stylu i elementów humorystycznych, z koncepcją krzywdzenia ludzi w imię zaspokojenia ciekawości co do niezwykłych właściwości znalezionego przedmiotu. Ta stylizacja tekstu z pewnością nie wywoła zachwytów wśród miłośników literatury pięknej, ale jest jak najbardziej zrozumiała. Jak wspaniale musiała brzmieć cała historia opowiadana przez samego autora!
Zakończenie rzeczywiście jest dosyć nieoczekiwane. Raczej ironiczne niż straszne, jednak nie można się oprzeć wrażeniu, że to "nieszczęście" w pełni się głównemu bohaterowi należało.

I znowu lektura mnie nie przestraszyła. Ale zaliczyłabym "Warkoczyk" do kategorii ciekawostek - tekst jest interesujący, choć z pewnością wiele traci ograniczony tylko do formy pisemnej.

Moja ocena: 4/6


TynipicTynipicTynipic
______________________
Źródło zdjęcia: unsplash.com

Simon Beckett "Szepty zmarłych"




Autor: Simon Beckett
Tytuł: "Szepty zmarłych"
Tytuł oryginału: "Whispers of the Dead"
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 320



"Przecież powinienem wręcz rzucić się na możliwość uczestniczenia w amerykańskim śledztwie. Dlaczego więc nie podchodziłem do tego z entuzjazmem? Na miejscu dawnej pewności, wiary w siebie, pozostały jedynie wątpliwości. Jakby cała moja energia i ambicja w ubiegłym roku wypłynęły ze mnie razem z krwią na podłogę w holu"
To trzecia powieść Simona Becketta, której głównym bohaterem i narratorem jest antropolog sądowy David Hunter.
Po niebezpiecznych śledztwach, zawirowaniach sercowych i sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia, doktor Hunter jest w naprawdę złym stanie fizycznym i psychicznym. Dlatego postanawia na jakiś czas opuścić Anglię i udać się do Tennessee, gdzie kiedyś studiował. Tam odwiedza dawno niewidzianych przyjaciół i powoli wraca do pracy, prowadząc badania na słynnej Trupiej Farmie. "Przy okazji" zostaje zaangażowany w śledztwo w sprawie zwłok znalezionych w chacie w pobliskich górach. Z jednej strony może to być dla niego szansa na powrót do normalnego stanu psychicznego - w końcu praca pomaga. Z drugiej jednak - to wyjątkowo niebezpieczne zajęcie. Szybko okazuje się, że morderca jeszcze nie skończył, a zagrożone są w szczególności osoby związane ze śledztwem.


Początek powieści jest doskonale skonstruowany i stanowi jednocześnie wprowadzenie do opisu tego, co robi się na Trupiej Farmie. Później jest trochę gorzej... ta książka nie ma klaustrofobicznej atmosfery, charakterystycznej dla poprzednich części. Tutaj koszmar dzieje się głównie w umyśle Huntera. Oraz, oczywiście, jego reprezentacją są działania zabójcy. Brakowało mi jednak opisu małej, praktycznie odciętej od świata społeczności, w której mógłby grasować morderca. Nie jest to wada, po prostu bardziej odpowiadają mi właśnie takie miejsca akcji.

Natomiast za duży minus uważam fakt, że dosyć szybko udało mi się odgadnąć tożsamość mordercy. Autor próbuje wprawdzie zmylić czytelnika, ale... nie ze mną te numery. Zagadka była dosyć prosta, a nie lubię być mądrzejsza od pisarza.

Mimo wszystko lektura była przyjemna, głównie za sprawą Davida Huntera, którego już dawno zdążyłam polubić. Jednak jego amerykańska przygoda nie do końca mnie przekonała. Jako miejsce akcji książek Simona Becketta wolę deszczową Anglię. I lubię niespodzianki;)

Moja ocena: 4,5/6


TynipicTynipicTynipic
______________
Źródła zdjęć: 
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/100555/szepty-zmarlych
2. http://unsplash.com/

Wyniki konkursu!

Nadszedł czas ogłoszenia, do kogo powędruje powieść Monsa Kallentofta "Zło budzi się wiosną". Powiem szczerze, że miałam ogromny problem z wyborem zwycięzcy - tak bardzo podobały mi się Wasze odpowiedzi (serio, nie podlizuję się) Ostatecznie skorzystałam z sugestii Przyjaciółki, która jak zawsze przybyła z pomocą;) Co więc budzi się jesienią?
Odpowiedź jest banalnie prosta! Oczywiście, że chodzi o "Kasztanowe ludziki"! Już we wrześniu kasztany wychylają swe buźki ze skorupek, zrywają się z drzew, by będąc już na ziemi bezpiecznie uwolnić się z kolczatej zbroi. Leżąc pod drzewem bezczelnie połyskują w promieniach słońca i zwabiają niewinne dzieci. Ich chytry plan co roku się powodzi. W październiku każde dziecko kieszenie i worki na buty (zmienne) po brzegi ma wypchane kasztanami. W domach tych nieświadomych nic dzieci, walają się potem po każdym kącie. Ale to wszystko idzie zgodnie z góry ukartowanym planem. Kasztany już doskonale wiedzą, że to ostatni krok by zaistnieć. Gdy rodzice załamują ręce nad wszędobylskim bałaganem, ktoś z rodziny zawsze pomyśli o "Kasztanowych ludzikach"!
W gruncie rzeczy "Kasztanowe ludziki" wcale nie są takie złe! Bo kasztany w trakcie przeistaczania się przeróżne postaci mają magiczną moc! Jednoczą rodziny przy jednym stole, prowokują wspólne rozmowy, a nawet łagodzą konflikty pomiędzy rodzeństwem, które zmuszone do współpracy musi jakoś się dogadać. Co więcej, nagle odkrywają, że potrafią razem świetnie się bawić!
Gratuluję Magdalenardo, mail z informacją o wygranej już do Ciebie leci;) 


Następny konkurs pojawi się, jak tylko wymyślę odpowiednio dziwne zadanie!
____________
Źródło zdjęcia: http://www.pinterest.com/pin/473652085783724866/

Trzynaście linków #2

Drugi post z nowego cyklu. Jak było poprzednim razem? I w ogóle o co chodzi? Odsyłam TUTAJ.
Przygotujcie coś dobrego do jedzenia (Czekolada. Dużo czekolady) i... zapraszam na przegląd (miejmy nadzieję) ciekawych linków, które proponuję w tym miesiącu.

Jak już mówiłam: CZEKOLADA!

Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy lekceważą bibliotekarzy i którym wydaje się, że potrafią oni głównie ścigać czytelników przetrzymujących książki i mieć ponury wyraz twarzy. Dobrze wykształcony bibliotekarz jest jednocześnie specjalistą od informacji, potrafiącym znaleźć, przeanalizować i wykorzystać wszelkie dostępne źródła. CIA o tym wie i korzysta z naszych (w sensie: bibliotekarskich) usług. Biały wywiad, proszę państwa!

Tak, to mogę być ja.
Mściwa bibliotekarka.
Bardzo dobra akcja! Osobiście nie widzę sensu w gromadzeniu stosów książek, których i tak nie zdołam przeczytać... tylko wpędziłoby mnie to w depresję;)

Niezwykły sposób na "ożywienie" starych fotografii. Idealne źródło ilustracji do Ponurych Poniedziałków;)

To przykre, jak bardzo można skrzywdzić dobrą książkę złą okładką. Bardzo przykre.

Ktoś zamawiał bardzo złą okładkę?

Sama do tej pory nie zwracałam większej uwagi na twarze na okładce (może poza nowym wydaniem powieści "Błękitny zamek"). Ale po przeczytaniu tego tekstu muszę przyznać, że autorka ma rację. Po co narzucać komuś wygląd bohaterów albo wręcz umieszczać na okładce zdjęcia osób nie pasujących do opisów znajdujących się w książce?

Czyli: co się dzieje, kiedy okładki i tytuły różnych książek są do siebie zbyt podobne.

Czyli: jak to się kiedyś (w średniowieczu i później) po książkach bazgrało

"I'm tired of girls needing (multiple) guys to save them. I'm tired of guys hating each other because of one girl"

Nie, nie mam takiego problemu.

Bo nie wszystkie książki warto przeczytać. I czasem można porzucić lekturę bez żalu.

Osobiście skłaniam się ku opcji nr 5;)

Chyba, że robimy sobie selfie z książką;) Btw, skoro jesteśmy w temacie selfie: zapraszam na moje konto na instagramie (selfie-free, food-free;)


Gdyby ktoś się zastanawiał, po którą powieść Kinga sięgnąć tym razem. Uwaga, możliwe spoilery!;)

Czyli: skąd się wzięły takie bohaterki (występujące głównie w fanfiction) i czy to dobrze, że w ogóle są? Gorąco polecam ten artykuł!

Jak widzicie, dzisiaj większość linków to materiały w języku angielskim. Przepraszam tych, którym utrudniło to czytanie (bez złośliwości) Może następnym razem uda mi się zgromadzić więcej polskich źródeł.

PS. Przypominam o KONKURSIE


TynipicTynipicTynipic
__________________
Źródła zdjęć:
1. http://www.pinterest.com/pin/538743174144964327/
2. http://www.pinterest.com/pin/483574078708909134/
3. http://www.pinterest.com/pin/87960998947476065/
4. http://www.pinterest.com/pin/259731103482865268/
5. http://www.pinterest.com/pin/483574078712764557/

James Thompson "Anioły śniegu"




Autor: James Thompson
Tytuł: "Anioły śniegu"
Tytuł oryginału: "Snow Angels"
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 336



"Finlandia ma tylko pięć i pół miliona mieszkańców, jednak popełnia się tutaj mnóstwo brutalnych przestępstw. Średnia liczba morderstw jest u nas taka sama, jak w dużych amerykańskich miastach. Zdecydowaną większość naszych zbrodni popełniamy na bliskich"
Tym razem było jednak inaczej: w Kittila, małej miejscowości położonej 170 kilometrów za kręgiem polarnym, znaleziono ciało somalijskiej aktorki Sufii Elmi. Kobieta została brutalnie zamordowana. Zbrodnia pod pewnymi względami przypominała słynną sprawę Czarnej Dalii. Wszystko wskazywało jednak na to, że zabójstwo Sufii miało podłoże seksualne i rasistowskie. 
Sprawą zajął się inspektor Kaari Vaara. To nie było dla niego łatwe śledztwo. Zwłaszcza, że szybko okazało się, że potencjalny zabójca jest osobą, dla której trzynaście lat wcześniej Vaarę zostawiła żona. W grę wchodziły więc ogromne emocje, a to nigdy nie ułatwia sprawy. Dodatkowo w krótkim czasie pojawiło się mnóstwo nowych śladów, które tylko skomplikowały całe śledztwo.

James Thompson był Amerykaninem mieszkającym w Finlandii. Był - ponieważ niestety zmarł w wyniku wypadku w sierpniu tego roku. Bohaterem serii swoich książek uczynił inspektora Vaarę, a "Śnieżne anioły" to pierwsza powieść o tym policjancie.
Jak to zwykle bywa, Kaari jest mężczyzną po przejściach. Do tej pory nie poradził sobie z traumatycznymi wydarzeniami z przeszłości. A one przypominają o sobie w najmniej oczekiwanych momentach. Jednak w odróżnieniu od innych policjantów rodem ze skandynawskich kryminałów, Vaara nie ma problemów z alkoholem. Nie jest tez samotny - ma drugą żonę, piękną Amerykankę. Muszę przyznać, że jest to jakaś odmiana.


Wcześniej myślałam, że to Szwecja Wallandera jest wyjątkowo ponura i przygnębiająca. Ale to Finlandia Vaary, a zwłaszcza miejsce akcji "Aniołów śniegu", pogrążone w kaamos - nocy polarnej i przytłoczone czterdziestostopniowym mrozem, może wywołać depresję nawet u czytelnika.
"Tej zimy poczułam się tak, jakby chłód i ciemność miały się już nigdy nie skończyć. Wtedy zrozumiałam, że ludzie tutaj nie są szczęśliwi, oni są tylko pijani"
Powieść bardzo mi się podobała. Mroczna atmosfera, zagadkowa zbrodnia i mnóstwo śladów i zwrotów akcji, utrudniających wykrycie mordercy - to wszystko działało na jej korzyść. Nie mam większych zastrzeżeń również do postaci inspektora Vaary.
Może tylko autor powinien wyważyć opisy nocy polarnej - liczne na początku, a praktycznie pomijane w dalszej części książki. Właściwie nie chodziło o same opisy, tylko o podkreślanie przygnębiającego wpływu kaamos na ludzi. Jednak w drugiej połowie powieści mrok był obecny bardziej w czynach bohaterów, a warunki klimatyczne były tylko tłem, dopełniającym całość.

Ogólnie nie zawiodłam się na tej książce. Nie zachwyciła mnie, ale uważam ją za bardzo dobrą lekturę. Chętnie sięgnę po kolejne części, żeby poznać dalsze losy inspektora Vaary. I chętnie poczytam o kaamos. A zdjęcie zorzy polarnej prawdopodobnie zajmie miejsce mojej dotychczasowej tapety w laptopie;)

Moja ocena: 5/6


TynipicTynipicTynipic
____________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/134116/anioly-sniegu
2.  unsplash.com

Ponure Poniedziałki: Michał Galczak "Aaa absolwent szuka pracy"

Opowiadanie jest dostępne w serwisie Horror Online KLIK


Szukaliście kiedyś pracy? Zdarzyło się Wam trafić na nieuprzejmych, przemądrzałych lub po prostu niezbyt inteligentnych pracodawców? W takiej sytuacji jest główny bohater tego opowiadania. Po kilku miesiącach intensywnych poszukiwań, po setkach rozmów kwalifikacyjnych, które zakończyły się porażką (niekoniecznie z winy absolwenta) można... no właśnie, co byście zrobili?

Tekst dotyczy czterech kolejnych rozmów kwalifikacyjnych, w których brał udział tytułowy absolwent. Przybrały one dosyć nieoczekiwany obrót...

Nie chcę zdradzać więcej. Opowiadanie jest krótkie i po w miarę spokojnej pierwszej połowie przechodzimy do klimatów rodem z filmów gore. To może zaskoczyć niektórych czytelników (i teraz zepsułam niespodziankę)


Jak może niektórzy pamiętają, nie mam zbyt dobrych doświadczeń z polskimi współczesnymi opowiadaniami grozy (szczególnie jeśli chodzi o korektę). Tekst Michała Galczaka jest pozytywnym wyjątkiem - styl autora jest dobry, opowiadanie nie przeraża błędami stylistycznymi czy interpunkcyjnymi. Jak miło.

Można się trochę "przyczepić" do nierealności opisywanych wydarzeń. Ale czy jest to uzasadniony zarzut w stosunku do horroru, w dodatku zawierającego elementy groteski? Chodziło raczej o wyładowanie frustracji autora (i możliwość identyfikowania się z nim czytelników), a nie o stworzenie wiarygodnego pod wszystkimi względami tekstu.

Opowiadanie zasługuje na polecenie. Nie zachwyciło mnie (lubię trochę inne klimaty), ale z pewnością jest godne uwagi. Mam tylko nadzieję, że nie macie takich doświadczeń, jak główny bohater tekstu!

Moja ocena: 4,5/6

Oby dyskusja w komentarzach nie zamieniła się w narzekanie, jak to ciężko teraz znaleźć pracę. Uwierzcie, mam już tego dosyć;)

TynipicTynipicTynipic
A teraz kilka ogłoszeń.
- Za tydzień nie będzie Ponurych Poniedziałków. Pojawi się za to kolejna odsłona Trzynastu linków (w końcu to będzie poniedziałek trzynastego)
- Założyłam konto na instagramie. Ale nie wrzucam tam zdjęć jedzenia, ani nawet zdjęć książek. Przynajmniej na razie. Gdyby ktoś był zainteresowany, niech powędruje tutaj.
- Krakowskie targi książki. Ktoś coś?
______________
Źródło zdjęcia: http://www.pinterest.com/pin/335096028496551992/

Jeffery Deaver "Dwunasta karta"



Autor: Jeffery Deaver
Tytuł: "Dwunasta karta"
Tytuł oryginału: "The Twelfth Card"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2006
Liczba stron: 384




Czarnoskóra nastolatka, Geneva Settle, zostaje zaatakowana w bibliotece przez nieznanego jej mężczyznę. Dziewczynie udaje się uciec i zawiadomić policję. Na miejsce zdarzenia przyjeżdża Amelia Sachs, specjalistka w zbieraniu dowodów. Znajduje między innymi tzw. "zestaw gwałciciela" i kartę tarota - wisielca. Dodatkowo okazuje się, że zniknęła mikrofisza z artykułem czytanym przez Genevę. Sprawą zajmuje się Lincoln Rhyme. Szybko wychodzi na jaw, że próba gwałtu miała być tylko fałszywym tropem dla zmylenia policji, życie Genevy jest zagrożone, a przeciwnik nie działa w pojedynkę...
"Możemy wrócić do pracy? Po ulicach krąży morderca. I ma wspólnika. I ktoś ich wynajął. Pamiętasz? Chciałbym poznać tych panów jeszcze w tym dziesięcioleciu"
Lincoln Rhyme, bohater całej serii książek Deavera, to doskonały kryminalistyk, który uległ wypadkowi podczas pracy i od tego czasu jest sparaliżowany od ramion w dół. Nie przeszkodziło mu to jednak w dalszym ściganiu przestępców - tyle że teraz "centrum dowodzenia" znajduje się w jego domu.

Lubię tego autora, lubię też Lincolna. Jak inne książki Deavera, także i "Dwunasta karta" obfituje w zaskakujące zwroty akcji. Właściwie do ostatnich stron nie możemy być pewni czy cała sprawa już się zakończyła, czy też na jaw wyjdą jakieś nowe szczegóły. Na szczęście wszystkie wątki zostają wyjaśnione.

Miasto - miejsce akcji powieści

Wart uwagi jest również pojedynek pomiędzy dwoma sparaliżowanymi przeciwnikami: Lincolnem, który jest przykuty do wózka i mordercą, którego paraliż dotyczy sfery emocjonalnej.
"Wiem, że mnie nie zrozumiecie. Nie mam wam tego za złe. Ale nie przejmuję się więzieniem. Niczym się już nie przejmuję. Nie możecie mnie poruszyć, bo już jestem martwy. Nie ma znaczenia, czy kogoś zabijam, czy ratuję"
Dodatkowym plusem powieści Deavera jest duża ilość informacji na różnorodne tematy, które autor przemyca w tekście. Podczas lektury można dowiedzieć się wiele nie tylko o kryminalistyce, ale też na przykład o Internecie i hakerach ("Błękitna pustka"), prądzie ("Pod napięciem") czy Harlemie ("Dwunasta karta"). Męczące było tylko powtarzanie (chociaż skrótowe) wiadomości o Lincolnie i sposobach pracy jego grupy - analizowaniu dowodów czy bazach, z których korzystali. To świetny zabieg z punktu widzenia kogoś, kto czytał książkę z tej serii po raz pierwszy. Natomiast ja zdążyłam już dobrze poznać całą ekipę i niepotrzebne mi było tego rodzaju wprowadzenie.

Jeffery Deaver jak zwykle mnie zaskoczył. Wprawdzie kilka zdarzeń przewidziałam (trzeba być czujnym!) ale po raz kolejny nie udało mi się ogarnąć całej fabuły. I za to podziwiam tego autora.

"Dwunasta karta" to bardzo dobry thriller. Pozycja obowiązkowa dla wielbicieli Deavera i Rhyme'a. Chociaż przyznaję, że autor ma w swoim dorobku lepsze powieści.
Jeśli dopiero zaczynacie swoją przygodę z tym pisarzem, polecam zacząć od "Kolekcjonera kości".

Moja ocena: 4,5/6


TynipicTynipicTynipic
Pisałam również o: 
"Pod napięciem"
"Porzucone ofiary"
"Rozbite okno"
_________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/31252/dwunasta-karta
2. http://cupcake.nilssonlee.se/nyc-2/

Guy Burt "Bunkier"




Autor: Guy Burt
Tytuł: "Bunkier"
Tytuł oryginału: "Ather the Hole"
Wydawnictwo: Książnica
Rok wydania: 2004
Liczba stron: 188



Uniknięcie nudnej, szkolnej wycieczki i przeżycie prawdziwego "eksperymentu z rzeczywistością" wydaje się być świetnym pomysłem. Tak więc Liz, Mike, Frankie, Alex i Geoff z własnej woli dają się zamknąć w tytułowym bunkrze - piwnicy w opuszczonej części ich szkoły. Kontrolę nad sytuacją sprawuje ich kolega Martyn, który po trzech dniach ma wypuścić całe towarzystwo i wysłuchać ich relacji. Żadnemu z nastolatków nie przeszło przez myśl, że może Martyn nie zamierza dotrzymać umowy, a w bunkrze rozpocznie się walka o przetrwanie...

Kilka lat temu, jeszcze za czasów liceum, oglądałam film na podstawie tej powieści. Pamiętam, że wywarł na mnie duże wrażenie. W porównaniu ze wspomnieniami tamtych emocji i migawkami scen, powracającymi do mnie w trakcie lektury, książka wypadała dość blado. Przynajmniej do momentu poznania przeze mnie zakończenia. Ale po kolei.

"Bunkier" to zapis przeżyć jednej z uczestniczek eksperymentu, Liz. Na przemian poznajemy jej relacje z wydarzeń rozgrywających się w szkolnej piwnicy oraz to, co działo się już "po bunkrze". Myślałam, że taka konstrukcja książki nie jest najlepsza - czy nie lepiej byłoby przedstawić wszystkie zdarzenia chronologicznie, stopniowo zwiększając napięcie, a następnie przechodząc do dramatycznego finału? Myliłam się. W świetle tego, co autor zaserwował nam w zakończeniu, taka struktura powieści była jak najbardziej uzasadniona.

Żałuję jednak, że Guy Burt nie opisał dokładniej przeżyć nastolatków uwięzionych w bunkrze. Nie udało mi się odczuć tej klaustrofobicznej atmosfery, która musiała im towarzyszyć. A może tylko mnie to nie przekonało? Być może jakiś związek z takim, a nie innym odbiorem tej historii ma fakt, że znałam już filmowe zakończenie? Jakiekolwiek jest wytłumaczenie, oczekiwałam większych emocji.

"Bunkier" nie jest jednak książką, o której zapomina się zaraz po przeczytaniu. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że ta historia zostaje z czytelnikiem na dłużej i może przypomnieć się w najmniej oczekiwanym momencie. Zwłaszcza, jeśli ktoś cierpi na klaustrofobię.

Z pewnością wadą tej książki jest zbyt mała liczba szczegółów i niedopowiedzenia, z którymi zostawia nas autor. Jednak jej niezaprzeczalną zaletą jest sama fabuła. Muszę przyznać, że dosyć koszmarna (w znaczeniu: przerażająca).

Moja ocena: 4/6


TynipicTynipicTynipic
______________________
Źródła zdjęć:
1. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/52731/bunkier
2. http://www.pinterest.com/pin/97179304430674255/
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger