Sławomir Koper "Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej"

Sławomir Koper "Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej"


Autor: Sławomir Koper
Tytuł: "Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej"
Wydawnictwo: Bellona, Oficyna Wydawnicza RYTM
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 320


Bolesław Wieniawa-Długoszowski, Józef Piłsudski, Ignacy Paderewski, Edward Śmigły-Rydz, Stanisław Wojciechowski, Ignacy Mościcki, Walery Sławek - wszyscy należeli do grona najważniejszych osób Drugiej Rzeczypospolitej. O ich osiągnięciach politycznych i wojskowych uczyliśmy się na lekcjach historii. A co z życiem prywatnym? Śluby, rozwody, romanse, polowania i bale, a nawet zbrodnie... między innymi o nich można przeczytać w tym opracowaniu.

Tytuł nie jest do końca adekwatny do treści. Autor w pierwszym rozdziale w ogólny sposób charakteryzuje życie towarzyskie w dwudziestoleciu międzywojennym. Natomiast każdy kolejny rozdział poświęcony jest jednej z osób wymienionych przeze mnie na początku postu. Mowa jest więc o elicie politycznej kraju, a nie o szeroko pojmowanych "wyższych sferach" czy inteligencji.

Trzeba jednak przyznać, że połączenie faktów dotyczących polityki oraz życia prywatnego poszczególnych osób jest interesujące. Szczególnie fragment książki odnoszący się do Wieniawy-Długoszowskiego - człowieka o fascynującej (według mnie) osobowości. Z jednej strony był on miłośnikiem dobrej zabawy i bujnego życia towarzyskiego, a o jego kontrowersyjnych zachowaniach często plotkowała cała Warszawa. Jednocześnie Wieniawa-Długoszowski był ulubieńcem Marszałka i znakomitym żołnierzem, niepozbawionym również talentów artystycznych. 

Czasy II RP należą do moich ulubionych okresów historycznych. Jednak z przykrością przyznaję, że nie posiadam wystarczającej wiedzy, aby ocenić "Życie prywatne..." pod względem merytorycznym. Autorowi można zarzucić opisywanie najbardziej kontrowersyjnych szczegółów z życia znanych osobistości - ale poniekąd taki był cel tej książki. Możemy w niej też znaleźć, oprócz opisów życia uczuciowego osób rządzących państwem, opowieści o ludziach honorowych, niepozbawionych zasad, zachowujących się w sposób, który dzisiaj już tak ciężko zaobserwować...
"Pewnego wieczoru na dancingu w "Adrii" był [Wieniawa-Długoszowski] świadkiem brutalnego zajścia - jeden z gości silą przyciągnął do swojego stolika miejscową tancerkę. Kelnerzy nie reagowali na wydarzenia (klient miał do zapłacenia wysoki rachunek), nie chcąc stracić okazji do zarobku. Przed napastnikiem pojawił się Wieniawa i bez słowa uderzył awanturnika. Kiedy ten upadł na podłogę, Bolesław, stojąc na baczność przed ofiarą napaści, powiedział po rycersku: "piękna pani, przejście wolne". Goście nagrodzili ułana owacją, a historia stała się głośna w całej Warszawie." /s. 76-77/
Mimo wszystko, ciężko jest jednoznacznie ocenić poszczególne osoby, którym Stanisław Koper poświęcił miejsce w swojej książce. Składają się na to różnorodne fakty z ich życia prywatnego oraz zawodowego. Nie znaczy to jednak, że nie chciałoby się poznać ich osobiście i na własne oczy przekonać się, na czym polegała ich legenda.



Na poprawę humoru - II RP oczami Kabaretu Moralnego Niepokoju;)

_________________________
Źródło zdjęcia:
Produkcja własna 
Andriej Diakow "Do światła"

Andriej Diakow "Do światła"


Autor: Andriej Diakow
Tytuł:"Do światła"
Tytuł oryginału: "К свету"
Wydawnictwo: Insignis
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 325

Uniwersum Metro 2033. Minęło dwadzieścia lat od jednej z największych katastrof w dziejach ludzkości. Nieliczni ocalali kryją się w metrze, gdzie nie dochodzi promieniowanie. Tym razem nie mamy jednak do czynienia z metrem moskiewskim (jak u Glukhovskiego) lecz petersburskim. 
Wyprawiający się na powierzchnię stalkerzy donoszą o tajemniczym świetle, którego źródło znajduje się prawdopodobnie w Kronsztadzie - oddalonym od Petersburga o około 30 kilometrów. Czy to inni ludzie, dający znaki o swojej obecności? Aby to sprawdzić, z metra wyrusza specjalna ekspedycja pod wodzą doświadczonego Tarana. Za udział w wyprawie nie zażądał on zwyczajowej zapłaty - nabojów, lekarstw czy jedzenia. Nie, Taran chciał w zamian móc zabrać ze sobą Gleba, nieznanego mu wcześniej chłopaka z Moskiewskiej. Skąd taka decyzja? Po co ryzykować życie dwunastolatka, kiedy nawet dorośli stalkerzy nie czują się pewnie na powierzchni? Jak zakończy się ich wspólna wędrówka?

W "Do światła" nie znajdziemy klaustrofobicznej atmosfery, tak charakterystycznej dla książek Dymitra Glukhovskiego. Nie powinno to jednak dziwić - w końcu większa część akcji rozgrywa się na powierzchni. Nie mamy więc zbyt wielu okazji, aby porównać warunki życia w Sankt Petersburgu do tych w moskiewskim metrze. Za to autor nie pozwala nam zapomnieć o katastrofie, którą niegdyś wywołali ludzie, oraz o jej skutkach. Trzeba również zaznaczyć, że praktycznie wszystkie zdarzenia, nawet te wydawałoby się niepozorne, mają w tej powieści swoje konsekwencje w przyszłości. Widać, że Andriej Diakow dokładnie przemyślał całą fabułę.

Jak to zwykle bywa, nie obyło się bez kilku rzeczy, które mi się nie podobały. Stalkerzy, którzy wyruszyli na wyprawę z Taranem i Glebem (oraz z wyznawcą kultu wielkiego Exodusu, który znalazł się tam "na doczepkę") nie przypominali Huntera czy Młynarza z "Metra 2033". Miałam wrażenie, że nie bardzo wiedzą jak powinni zachować się na powierzchni. Często zdarzało im się postępować nierozważnie, czym przyciągali uwagę czających się w okolicy mutantów. Tylko na Taranie można było naprawdę polegać.
Kolejny zarzut dotyczy sposobu prowadzenia narracji - czasami na początku rozdziałów pojawiały się króciutkie teksty o zabarwieniu filozoficznym, dotyczące np. nadziei. Były one związane z treścią dalszej części książki, jednak ich sporadyczne występowanie w tekście uznaję za pewną niekonsekwencję. 

"Do światła" to dobra, choć niestety dosyć krótka (jak na moje standardy) książka. Jednak na jej kartach wiele się dzieje, a czytelnik może, wraz z bohaterami, przechodzić różne stany emocjonalne - od wspomnianej już nadziei do rozpaczy. Powieść Diakowa to dosyć przerażająca wizja tego, kim (czym?) mogą stać się ludzie, jeśli przyjdzie im żyć w nieludzkich warunkach. Na pewno sięgnę po pozostałe części tej trylogii. Uniwersum Metro zawładnęło moją wyobraźnią już jakiś czas temu. I nie chce mnie wypuścić.
"(...) w porównaniu ze światem na powierzchni metro to najprawdziwszy raj. Chodzić bez maski przeciwgazowej, nie bać się ataków głodnych drapieżników, pić choćby niezbyt czystą, ale jednak bezpieczną wodę... Czy to nie ziemia obiecana? Czy warto szukać czegoś więcej?" /s. 265/
Moja ocena: 4,5/6


Jeszcze mały bonus, czyli fragmenty mojej internetowej rozmowy z Natalią (współlokatorką, z którą niestety nie mogłam się widzieć przez większość grudnia) na temat "Do światła". Uwaga, zawiera spoilery!

N: "Stalkerzy byli głupi (...) No i fakty się nie zgadzają, trochę to dziwne że Gleb tak ot chodzi w dzień po powierzchni i oczy mu wytrzymują tak intensywne światło. Mimo wszystko - książka jest naprawdę dobra, jestem nią pozytywnie zaskoczona. Taran jest świetny, mam tylko nadzieję że nie zrobi się jeszcze bardziej rozmowny bo straci swój urok. Lubię też Gleba, jest strasznie fajnym dzieciakiem. No i przede wszystkim ciągle jest jakaś akcja, cały czas coś się dzieje... swoją drogą - tyle mi naopowiadałaś o Weganach a to ludożercy są tam najgorsi (ludożerka chce cukierka!) - wszystkich wielebnych bym powystrzelała, są obrzydliwi i straszni jednocześnie. Nie wiem czy coś takiego faktycznie stałoby się z człowiekiem (przy Metrze i Korzeniach Niebios jakoś bardziej przemawiała do mnie psychologia dziwnych postaci), ale na pewno był to zacny pomysł. Aaaach, ciekawe co będzie dalej!"
B: "O weganach były chyba tylko dwie wzmianki w całej książce, ale bardzo mnie to rozbawiło. A o ludożercach nie chciałam mówić, żeby nie psuć Ci niespodzianki. To całe bieganie po powierzchni średnio mnie przekonuje (po tym, jak naczytałam się Glukhovskiego), a moją opinię o stalkerach znasz. Taran wymiata, reszta won. Mimo wszystko książka zacna, chociaż oczekiwałam czegoś więcej. Po przeczytaniu zakończenia stwierdzam, że przypomina mi trochę książki przygodowe, które czytałam w dzieciństwie (jest niebezpiecznie, jest fajnie, mamy przygody, możemy zostać w bezpiecznym miejscu ale idziemy dalej, bo nas nosi). Nie, to nie jest zarzut, to tylko taka luźna uwaga;)"

Ach, my i nasza błyskotliwa analiza dzieła literackiego!
___________________
Źródła zdjęć:
Produkcja własna 
Michael H. Brown "Po drugiej stronie"

Michael H. Brown "Po drugiej stronie"


Autor: Michael H. Brown
Tytuł: "Po drugiej stronie"
Tytuł oryginału: "The Other Side"
Wydawnictwo: Wydawnictwo M
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 252

Michael H. Brown, dziennikarz śledczy, katolik, postanowił zebrać w jednej książce świadectwa osób które przeżyły śmierć kliniczną, aby w ten sposób stworzyć w miarę spójny obraz zaświatów, jaki wyłania się z tych wizji. Interesowały go wspomnienia osób w różnym wieku, różnych wyznań, żyjących współcześnie oraz przed wielu laty. 

Śmierć kliniczna to bardzo interesujące zjawisko - niezależnie od tego, czy uważamy ją za reakcję organizmu wywołaną lekami, czy też za prawdziwe doświadczenie. Jest to tym bardziej ciekawe, że relacje wielu osób bardzo często zgadzają się ze sobą, również co do szczegółów. Tunel, światło w tunelu, cudowne krajobrazy, niebiańska muzyka, zmarli krewni wychodzący na spotkanie, rzeczy, które nawet ciężko opisać posługując się ludzkim językiem... Czytałam o tym wszystkim z fascynacją, a niekiedy z lekkim niedowierzaniem. 


Przed lekturą trzeba wziąć pod uwagę fakt, że autor jest katolikiem i na wszystkie zgromadzone relacje patrzy właśnie z perspektywy chrześcijanina. Początkowo myślałam, że książka będzie po prostu zbiorem opowieści osób, które przeżyły śmierć kliniczną. Jest jednak nieco inaczej - tego typu świadectwa przeplatane są opiniami Michaela H. Browna, które niejednokrotnie wysuwają się na pierwszy plan. Entuzjastyczne komentarze autora, zachwyconego wizjami nieba, mogą czasem trochę przeszkadzać. Z drugiej strony - czy można pisać o raju, nie wykazując przy tym choćby odrobiny entuzjazmu?

Książka jest dobra, z pewnością będzie cennym źródłem informacji dla osób zainteresowanych tematem. Możliwe, że w pewne opisane w niej rzeczy ciężko jest uwierzyć. Nie można się jednak nie zgodzić z jej ogólnym przesłaniem (wynikającym również z wizji, jakie mają ludzie przenoszący się na chwilę w zaświaty) - im lepsi będziemy teraz, im więcej będziemy kochać, tym cudowniejsze rzeczy czekają nas po śmierci.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa M

Wszystkim osobom odwiedzającym ten blog chciałabym życzyć naprawdę radosnych, pełnych miłości Świąt Bożego Narodzenia. I, oczywiście, dużej liczby dobrych książek znalezionych pod choinką;)

 
______________________________
Źródła zdjęć:
1. Produkcja własna
Magdalena Kordel "Sezon na cuda"

Magdalena Kordel "Sezon na cuda"


Autor: Magdalena Kordel
Tytuł: "Sezon na cuda"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 318

"Sezon na cuda" to kontynuacja powieści "Uroczysko". Główną bohaterką, podobnie jak poprzednio, jest Marta - kobieta, którą opuścił mąż i która po tym wydarzeniu zamieszkała w niewielkiej miejscowości w Sudetach. Od wydarzeń opisanych w "Uroczysku" minęło pół roku. Maja dalej uczy w miejscowej szkole, nadal też prowadzi pensjonat. Zbliżają się święta Bożego Narodzenia i kobieta zobowiązuje się do zorganizowania w Uroczysku Wigilii dla wszystkich samotnych osób z miasteczka. Nie będzie to jednak proste. Jak pogodzić tyle różnych charakterów, pomysłów na potrawy...jak ogarnąć całe to zamieszanie? Tym bardziej, że trzeba jeszcze poradzić sobie z uciążliwymi gośćmi - a raczej gościem - pensjonatu, dziwnym zachowaniem Marysie i tysiącem innych spraw...

Ta powieść to udana kontynuacja. Według mnie jest nawet lepsza niż "Uroczysko". Wszystko dlatego, że główna bohaterka jest trochę mniej irytująca. Chociaż nadal jej zdolność kojarzenia prostych faktów jest zadziwiająco mała (jestem złośliwa, wiem...)

"Sezon na cuda" to optymistyczna powieść, którą czyta się z przyjemnością (jeśli nie przeszkadza Wam, że często z góry wiecie, co się wydarzy). Jeżeli jesteście miłośnikami tego typu książek obyczajowych, powinniście być zadowoleni. Oczywiście lepiej będzie zacząć od "Uroczyska".

Moja ocena: 4,5/6
____________________
Źródło zdjęcia: 
1. Produkcja własna
Michael Laimo "Głębia ciemności"

Michael Laimo "Głębia ciemności"




Autor: Michael Laimo
Tytuł: "Głębia ciemności"
Tytuł oryginału: "Deep in the Darkness"
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 213




Michael Caine przeprowadza się wraz z rodziną (żoną Christine, córką Jessicą i psem) z Manhattanu do małego miasteczka Ashborough. Podejmuje tam praktykę lekarską po tragicznie zmarłym doktorze Harrisie. Idylla? Niekoniecznie. Od samego początku rodzinie Caine'ów towarzyszą niepokojące wydarzenia. Tak, jakby ktoś chciał ich ostrzec przed osiedleniem się właśnie w tym miejscu. Czy ma to jakiś związek z pojawiającymi się w lesie wokół domu tajemniczymi żółtymi światełkami? No cóż, na pewno nie są to świetliki...

Początkowo "Głębia ciemności" bardzo przypominała mi "Cmętarz zwieżąt" - rodzina przeprowadza się do małej miejscowości, w lesie otaczającym ich dom dzieją się różne dziwne rzeczy, których częściowego wyjaśnienia (i opowiedzenia lokalnych legend) podejmuje się uczynny sąsiad... Znacie ten scenariusz, prawda? Później akcja biegnie już jednak w innym kierunku. Zamiast indiańskiego cmentarza mamy tajemniczych Izolantów, którzy zagrażają mieszkańcom Ashborough. 

Michael Laimo napisał dosyć przeciętny horror. Mało oryginalny pomysł to pierwszy minus, jaki chciałabym wymienić. Oczywiście, pisarze często wykorzystują ograne już motywy. Jednak niektórzy potrafią wyciągnąć z nich to, co najlepsze, dodać kilka własnych elementów i stworzyć bardzo dobrą historię. W "Głębi ciemności" zdecydowanie się to nie udało. Książka, zamiast przerażać, budziła niekiedy moje obrzydzenie (epatowanie makabrycznymi bądź po prostu niezbyt przyjemnymi opisami, nie jest według mnie niezbędnym elementem horroru). Bohaterowie często wykazują się niezwykłym brakiem rozsądku - jak np. w sytuacji, kiedy Michael z żoną decydują się otwarcie porozmawiać o koszmarze, który ich spotkał. Zatrzymują przy sobie swoją pięcioletnią córeczkę, która ma słuchać ich rozmowy i podsuwać swoje pomysły na wyjście z sytuacji. Tak, jakby biedne dziecko nie było już wystarczająco przerażone...

Książka po prostu mnie znudziła. Gdyby nie fakt, że była naprawdę krótka, raczej nie doczytałabym jej do końca. Autorowi udało się wprawdzie stworzyć mroczny klimat, to jednak zdecydowanie za mało. Myślę, że "Głębia ciemności" może spodobać się mniej wymagającym czytelnikom, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z gatunkiem. Tym, którzy przeczytali już wiele dobrych horrorów, mogę odradzić lekturę.

PS. Czy tylko mnie powieści z tej serii wydawnictwa Amber tak bardzo rozczarowały?

Moja ocena: 3,5/6
_______________________
Źródła zdjęć:
1. http://s.lubimyczytac.pl//upload/books/30000/30644/155x220.jpg
2. http:/31.media.tumblr.com/261c2c8c1dd0a69740da72b2f95b1468/tumblr_mrran4OzSm1st5lhmo1_1280.jpg; 

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Mają tu kapelę jak wszyscy diabli"


Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Marzenia i koszmary" (Warszawa: Albatros, 2003)
"Perspektywa wyprawy w nieznane budziła w niej miły dreszczyk emocji. Zapomniała, że takie wyprawy robione pod wpływem chwilowego impulsu często kończą się zagubieniem w plątaninie bocznych, lokalnych dróg, po których później błądzi się bez końca pośród głuszy"
Mary i jej mąż Clark postanowili wybrać się na wycieczkę i lepiej poznać Oregon, w którym chwilowo mieszkali w związku z praca wykonywaną przez mężczyznę. To miała być wspaniała przygoda. I była, dopóki Clark nie zdecydował się użyć skrótu, żeby szybciej dotrzeć do miejscowości Toketee Falls. Po drodze coś poszło nie tak i ostatecznie Mary i Clark zgubili się gdzieś pośród wąskich leśnych dróg. Kiedy zobaczyli drogowskaz informujący, że zbliżają się do jakiegoś miasteczka, odetchnęli z ulgą. Ale nie na długo...
"Witajcie
w Niebie Rock and Rolla, Oregon.
U NAS ZABAWA NA STO DWA!
PRZEKONACIE SIĘ SAMI!"
Nie od dziś wiadomo, że urokliwe małe miasteczka mogą kryć przerażające tajemnice. Tak też było w przypadku Nieba Rock and Rolla. Jest to jednocześnie jeden z ulubionych motywów Stephena Kinga. Pomyślcie chociażby o Castle Rock.
"(...) nie sądzę, żeby historia ta naprawdę wbiła się w pamięć, powodowała gęsią skórkę; może dopiero na ostatnich sześciu czy ośmiu stronach" Stephen King
Opowiadanie rzeczywiście nie przeraża, ale może wywołać w czytelniku niepokój. Może też sprawić, że zastanowicie się dwa razy, zanim zdecydujecie się na użycie skrótu, zwłaszcza jeśli droga prowadzi przez las. A na widok urokliwego małego miasteczka, żywcem wyjętego z obrazów Normana Rockwella, poczujecie dreszcz strachu....

Moja ocena: 5/6


PS. Opowiadanie zostało zekranizowane - kilka lat temu powstał serial "Marzenia i koszmary Stephena Kinga", w którym każdy z odcinków (niestety jest ich tylko 8) poświęcony został innej historii z tego zbioru.
____________________
Źródła zdjęć:
1. http://media-cache-ak0.pinimg.com/736x/9c/46/06/9c4606d192b142fcf1499f0584d79866.jpg 
2. http://media-cache-ec0.pinimg.com/736x/fe/b5/d2/feb5d250c9e9a8e42ace2abcd877a770.jpg
Dean R. Koontz "Zmrok"

Dean R. Koontz "Zmrok"

     
Biedna, zniszczona książka.
A może się jej należało?


Autor: Dean R. Koontz
Tytuł: "Zmrok"
Tytuł oryginału: "Darkfall"
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 1997
Liczba stron: 302








W Nowym Jorku dochodzi do serii bardzo brutalnych morderstw. Nikt nie potrafi wyjaśnić, w jaki sposób zabójcy przedostają się do pilnie strzeżonych miejsc, w których zazwyczaj przebywają ofiary - wszystkie związane z mafią i handlem narkotykami. Zajmujący się sprawą policjant Jack Dawson natrafia na trop, w który jednak ciężko uwierzyć. Bo czy morderstwa mogą być dziełem czarownika voodoo? 

Narkotyki, mafia, morderstwa i voodoo - takie połączenie mógł wymyślić chyba tylko Dean Koontz. I tylko jemu mogła z tego wyjść całkiem niezła powieść.

"Zmrok" należy do horrorów napisanych przez Koontza w latach 80. (dokładniej w 1984 r.) Wydaje mi się, że powieść pasuje stylistyką do filmów grozy, które powstawały w tamtym okresie - specyficzny klimat, duża liczba ofiar, powiązanie ze zjawiskami paranormalnymi... i to poczucie, że nie wiadomo czy śmiać się z absurdalności całej historii, czy może dać się w nią wciągnąć i nawet dobrze się bawić. 

Dean Koontz zaserwował czytelnikom historię złożoną z dosyć zaskakujących elementów, coś, w co zupełnie nie chce się uwierzyć. Dodatkowo, co chyba charakterystyczne dla tego autora, mamy schematyczne postaci, albo dobre albo złe, oraz romans dwójki głównych bohaterów (szczególnie zdenerwowała mnie scena łóżkowa pomiędzy Jackiem i Rachael oraz ich patetyczna rozmowa o miłości, podczas gdy w tym samym czasie policjant powinien być ze swoimi dziećmi, którym groziło śmiertelne niebezpieczeństwo). 
Trzeba jednak przyznać, że fabuła jest dosyć dynamiczna (wszystko rozgrywa się w ciągu 24 godzin), a lektura - potraktowana z przymrużeniem oka - może być zaskakująco przyjemna.

"Zmrok" ma wady. Całkiem sporo wad. Jednak miłośnikom gatunku (zwłaszcza ceniącym horrory z lat 80.) może się spodobać. Nie polecam za to tej powieści na pierwsze spotkanie z autorem. 

Moja ocena: 4/6

Przypominam o konkursie na facebooku (do 13 grudnia) - do wygrania powieść Richarda Paula Evansa "Szukając Noel" KLIK
_________________
Źródła zdjęć:
1. Przecież widać, że to ja robiłam to zdjęcie...
2. http://media-cache-ec0.pinimg.com/736x/aa/a0/8a/aaa08ae8feed705895dbf71b9d51b2d5.jpg
Ponure Poniedziałki: Michał Stonawski "Wioska przeklętych"

Ponure Poniedziałki: Michał Stonawski "Wioska przeklętych"

Opowiadanie pochodzi ze zbioru "31.10 Wioska przeklętych", który można ściągnąć za darmo tutaj. Wszystkie utwory w antologii łączy tytułowa wioska - położone gdzieś na południu Polski tajemnicze Strzyżewo.


Robert i Agnieszka, nękani problemami które pojawiły się w ich małżeństwie, postanowili wybrać się na wakacje i wszystko spokojnie przemyśleć. Ich celem było Strzyżewo - malutka wioska, której nawet nie można znaleźć na mapach. Podróż nie była łatwa, a kiedy w końcu Robert i Agnieszka dotarli do celu, spotkała ich nie lada niespodzianka...

Początek "Wioski przeklętych" bardzo przypominał mi pierwsze sceny opowiadania Stephena Kinga "Mają tu kapelę jak wszyscy diabli" - małżeństwo podróżujące przez praktycznie nie uczęszczane drogi, wypatrujące na horyzoncie jakiegoś miasteczka... Na tym jednak podobieństwa się kończyły. Bo w "Wiosce przeklętych" chodzi o coś zupełnie innego.

Całość czytałoby się bardzo dobrze, gdyby nie liczne błędy. Naprawdę, opowiadaniu przydałaby się porządna korekta. Zbyt duża ilość przecinków, zła konstrukcja niektórych zdań, błędy w pisowni... Wyjątkowo nie będę złośliwa (w tym momencie wszyscy moi znajomi, którzy czytają ten blog, przecierają zapewne oczy ze zdumienia) i nie wymienię tych najbardziej rażących. Mimo wszystko szkoda, że korekta nie była bardziej staranna - opowiadanie dużo na tym straciło.

Wróćmy jednak do fabuły. Początkowo nie byłam przekonana co do całego pomysłu, jednak po przeczytaniu całości i przemyśleniu sprawy zmieniłam zdanie. Jest pomysł (motyw przeklętego małego miasteczka/małej wioski wiecznie żywy), jest klimat, a za scenę dotarcia małżeństwa do Strzyżewa i zapłatę za przejazd (piękne odwołanie do mitologii greckiej) mogę tylko wyrazić swoje uznanie. 

Podsumowując: jeden z moich ulubionych motywów w horrorach - jest; mroczny klimat - obecny; dobre zakończenie - jak najbardziej; błędy - niestety, są. I to dużo. Naprawdę nad tym ubolewam. 
Mimo wszystko, polecam wycieczkę do Strzyżewa. Tylko, wiecie...nie wszyscy stamtąd wracają...

Moja ocena: 4/6
_______________________
Źródło zdjęcia: 
http://all-free-download.com/free-photos/scary_dark_forest_210274.html
Richard Paul Evans "Szukając Noel" + KONKURS

Richard Paul Evans "Szukając Noel" + KONKURS


Autor: Richard Paul Evans
Tytuł: "Szukając Noel"
Tytuł oryginału: "Finding Noel"
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 288
"Są takie opowieści, świąteczne opowieści, które trzyma się zamknięte w pudełkach razem z bombkami i lampkami na choinkę i które wyjmuje się każdego roku, by się nimi cieszyć. Sądzę, że moja historia jest właśnie z nich." /s. 288/
Głównym bohaterem i zarazem narratorem powieści jest Mark - chłopak, którego życie zdecydowanie nie rozpieszcza. Kiedy, zrezygnowany, postanawia popełnić samobójstwo, przypadkowo spotyka Macy - dziewczynę, która sprawia że znowu chce mu się żyć. Jednak to nie koniec historii, a dopiero jej początek. Każdy z bohaterów tej książki ma za sobą ciężkie przeżycia, każdy z nich boi się zaufać drugiej osobie. No i jest jeszcze tytułowa Noel, którą muszą odnaleźć. Kim ona jest? I czy same jej poszukiwania są w stanie odmienić życie Marka i Macy?
"Szedłem z powrotem do mieszkania, niosąc w piersi serce rozbite na tysiąc kawałków." /s. 129/
Dla niektórych "Szukając Noel" będzie tylko kolejną cukierkową opowieścią o miłości, osadzoną w świątecznej atmosferze. Trzeba jednak powiedzieć, że życie bohaterów wcale nie jest takie różowe, a od rozwijającego się między nimi uczucia chwilami zdecydowanie ważniejsza jest ich bolesna przeszłość, z którą muszą się zmierzyć. W końcu trzeba uporządkować swoje sprawy zanim rozpocznie się nowy etap w życiu...

To nie jest idealna książka. Sama historia Marka i Macy jest bardzo wzruszająca, ale podczas lektury nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że bohaterowie zbyt często wypowiadają się w dosyć pretensjonalny sposób. Ich słowa były piękne, ale...ludzie w prawdziwym życiu tak nie mówią. Poza tym - czy w USA to normalne, że choinki oraz inne ozdoby świąteczne stoją w domach już w listopadzie? Jeszcze przed Świętem Dziękczynienia? Z powieści wynika, że tak (i bardzo możliwe, że jest tak naprawdę. Co jednak nie znaczy, że mi się to podoba).


Podsumowując: historia opowiedziana w "Szukając Noel" nie jest lekka, łatwa i przyjemna. Jest za to poruszająca i może skłonić nas do rozmyślań o miłości i o naszych relacjach z bliskimi. Trzeba jednak przyznać, że autor zrobił dużo aby osłodzić nam trudy czytania o nieszczęściach spotykających Marka i Macy - wkładając w usta bohaterów (zbyt) piękne słowa i umieszczając całą akcję w cukierkowej atmosferze Świąt Bożego Narodzenia (już w listopadzie!). Mimo wszystko, jeżeli ktoś ma ochotę na ładną, wzruszającą historię dwojga ludzi, serdecznie polecam.
"(...) staraj się czerpać jak najwięcej z każdej upływającej chwili życia, którą cię pobłogosławiono. Kochaj. Cierp. Śmiej się. Płacz. Tańcz. Gub kroki. I pij mnóstwo gorącej czekolady." /s. 277/
Moja ocena: 4/6

Jeżeli chcecie przeczytać "Szukając Noel", możecie wziąć udział w moim konkursie zorganizowanym na facebooku. Polubienie strony "Miros de carti" NIE jest konieczne.
________________________
1. Produkcja własna.
2. http://images.all-free-download.com/images/graphiclarge/christmas_lamp_187448.jpg

Ponure Poniedziałki: Edgar Allan Poe "Maska śmierci szkarłatnej"

Edgar Allan Poe
Opowiadanie jest dostępne za darmo, w różnych formatach, w serwisie WolneLektury.pl

Bal maskowy kojarzy się zazwyczaj z radosnym wydarzeniem i okazją do dobrej zabawy (chyba, że pojawi się na nim upiór z opery...ale to już inna historia). Jednak ten zorganizowany przez księcia Prospero stał się początkiem końca. Ale po kolei. Kiedy w kraju zaczęła panoszyć się śmierć szkarłatna, czyli epidemia dżumy, książę "zwołał tysiące dzielnych, chwackiego przyrodzenia druhów płci obojej, wybranych spośród rycerzy i dwórek jego świty, i wraz z nimi usunął się od świata w ustronną samotnię jednego ze swych warownych opactw". Całe towarzystwo bynajmniej nie oddawało się tam kontemplacji i nie rozmyślało o śmierci, która szalała za murami. Wręcz przeciwnie, wszyscy świetnie się bawili (Przypomina mi się "Dekameron". Ale nie, tutaj raczej nikt nie snuł opowieści). Pewnego dnia książę zorganizował wspomniany już bal maskowy. Co się na nim zdarzyło - przeczytajcie już sami...


Co za opowieść... Opis niezwykłego zamku i siedmiu komnat (każdej w innym kolorze, łącznie z czarnym) oraz zegara, który wybijając kolejne godziny przerywał wesołą zabawę całego towarzystwa, wywołując jego niepokój, tylko potęgują napięcie. Nie potrzeba skomplikowanej historii i krwi lejącej się strumieniami, żeby przestraszyć czytelnika. A jeśli połączymy warsztat literacki Edgara Allana Poe z pięknym przekładem Bolesława Leśmiana, otrzymamy prawdziwą literacką ucztę. 

"Maskę śmierci szkarłatnej" możemy potraktować jak bajkę. Dla dużych dzieci. W końcu kto powiedział, że wszystkie bajki dobrze się kończą?

Moja ocena: 5,5/6
_______________
Źródła zdjęć:
1. http://images.all-free-download.com/images/graphiclarge/portrait_edgar_allan_poe_1848_238631.jpg
2. http://images.all-free-download.com/images/graphiclarge/phantom_nowhere_mysterious_strange_definition_picture_168024.jpg

Stieg Larsson "Dziewczyna, która igrała z ogniem"




Autor: Stieg Larsson
Tytuł: "Dziewczyna, która igrała z ogniem"
Tytuł oryginału: "Flickan som lekte med elden"
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 699



"Dziewczyna, która igrała z ogniem" to druga część trylogii Millenium. Tym razem autor skupił się na postaci Lisbeth Salander - to właśnie ona jest główną bohaterką powieści. Lisbeth zostaje oskarżona o popełnienie morderstwa i musi się ukrywać przed policją. Dzięki upublicznieniu informacji o jej pobycie w szpitalu psychiatrycznym oraz ubezwłasnowolnieniu, mediom szybko udaje się przekonać społeczeństwo że dziewczyna jest niebezpieczną psychopatką. W jej niewinność wierzy chyba tylko Mikael Blomkvist, który postanawia przeprowadzić własne śledztwo.
"Był dobry w rozwiązywaniu zagadek, a jego upór graniczył z manią. Tego dowiedziała się w Hedestad. Gdy zabierał się do czegoś, nie odpuszczał aż do końca. Prawdziwy naiwniak." /s. 449/ 
Nie wiem, w jaki sposób Stiegowi Larssonowi udało się stworzyć powieść liczącą prawie 700 stron, która ani przez chwilę nie nudzi czytelnika. I którą czyta się szybciej, niż książki o połowę krótsze.
Ogromnym atutem tej powieści jest postać głównej bohaterki. Lisbeth jest niezależna, niesamowicie inteligentna, ogromnie uparta, niechętna do mówienia o swojej przeszłości i bardzo niekonwencjonalna w kontaktach z ludźmi. Ten opis nie jest oczywiście wystarczający, żeby oddać złożoność charakteru Salander. O ile w pierwszym tomie Millenium Lisbeth nieco mnie irytowała, teraz to uczucie zniknęło. Może dlatego, że przyzwyczaiłam się do jej oryginalnego zachowania? A może dlatego, że lepiej poznałam jej przeszłość, co częściowo wyjaśniło jej postępowanie?
"Lisbeth Salander to kobieta, która nienawidzi mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet" /s. 647/
Oczywiście drugi tom Millenium to nie tylko Lisbeth i jej historia. To również Mikael Blomkvist, po raz kolejny prowadzący skomplikowane śledztwo. A także wątki dotyczące seksualnego wykorzystywania kobiet (poruszanie tak poważnych kwestii jest chyba charakterystyczne dla tego autora). Oraz... twierdzenie Fermata. Tak, Stieg Larsson zapewnił czytelnikom małą powtórkę z matematyki;)

Czy trzeba specjalnie zachęcać do sięgnięcia po trylogię Millenium? Myślę, że nie. I że naprawdę warto przekonać się osobiście, na czym polega jej fenomen.

______________________
Źródła zdjęć:
1. http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/30000/30588/155x220.jpg
2. http://media-cache-ak0.pinimg.com/736x/ea/06/ed/ea06ede6d9854eeb4acb459e4845d6a2.jpg
"Oddaj MiSie", czyli bardzo pozytywna akcja;)

"Oddaj MiSie", czyli bardzo pozytywna akcja;)


Na prośbę Maialis zamieszczam informacje o akcji zorganizowanej przez katowickich studentów. Oto informacja prasowa na jej temat:

"Rusza akcja „Oddaj MiSie”

Chciałbyś podzielić się radością? Masz w domu dawno zapomniane zabawki czy gry planszowe? A może książki dla dzieci? Przyłącz się i "Oddaj MiSie"!

Zapraszamy na kolejną edycję akcji! W dniach od 9 do 11 grudnia w kampusie Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach członkowie Studenckiej Organizacji Public Relations „PRogress” będą zbierać zabawki dla podopiecznych ze świetlicy św. Agaty w Katowicach.

Apel odnosi się do każdego rodzaju zabawek: pluszaków, lalek, samochodzików, klocków, gier planszowych oraz książek. Choć akcja „Oddaj MiSie” organizowana jest przez studentów, to skierowana jest do każdego. Przyłączyć mogą się zarówno młodsze, jak i starsze osoby posiadające zabawki, którymi nikt się już nie bawi.

Jest to już piąta edycja akcji. Podczas ubiegłorocznej zbiórki studentom udało się wywołać uśmiech na twarzach 50 dzieci, które poczuły upragnioną atmosferę świąt.

Członkowie Studenckiej Organizacji Public Relations „PRogress” będą czekać na zabawki od 9 do 11 grudnia w godzinach od 8:00 do 15:00 przy wejściu głównym w budynku A Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach (ul. Bogucicka 3).

Finał odbędzie się 17 grudnia 2013r. w Centrum Sztuki Filmowej „Kosmos” w Katowicach. Wtedy właśnie mali podopieczni katowickich świetlic otrzymają prezenty."

Zachęcam wszystkich do udziału!;)

Ponure Poniedziałki: Paulina J. Król "Drosera animalia"


Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Zombiefilia", który jest dostępny za darmo TUTAJ

Ok - pomyślałam przed lekturą - albo opowiadanie mi się nie spodoba i zostanę zlinczowana za złą recenzję albo będzie dobre, a ja zostanę posądzona o nachalne promowanie znajomych blogerów. Oczywiście, jeżeli ktoś będzie złośliwy. Skąd takie myśli? Autorką opowiadania jest znana mi (i Wam) Paulina :P

Antologia zatytułowana jest "Zombiefilia", oczywiste więc że zgromadzone w niej teksty łączy tematyka - zombie. O tym jest też "Drosera animalia". Zanim jednak pojawią się jakieś żywe trupy (wcale nieprzypominające tych z "The walking dead", na przykład) towarzyszymy czwórce przyjaciół wyruszających na beztroską wyprawę do domku położonego głęboko w lesie. Muszę przyznać, że to mój ulubiony motyw jeśli chodzi o filmowe slashery, więc autorce od początku udało się mnie zaciekawić. Jak to bywa w tego typu utworach, już pierwszy spacer po puszczy zakończył się niezbyt dobrze. Delikatnie mówiąc.

Tak, pisałam że opowiadanie nie ma nic wspólnego z "The walking dead".
Ale zdjęcie Daryla w ponczo zawsze spoko;)

W opowiadaniu Pauliny spodobało mi się kilka rzeczy. Przede wszystkim wspomniany już, niezwykle przewrotny, pomysł wykorzystania wątku rodem z filmowych horrorów typu slasher oraz zgrabnego połączenia go z tematyką zombie. Po drugie - poczucie humoru autorki. Kolejny element zasługujący na uwagę to odniesienia do różnych produktów popkultury ("Thriller" Jacksona, horror "Zejście"...). Mogę jeszcze wspomnieć o fragmentach dotyczących przyrody - po których widać, że autorka dobrze zna się na temacie. 

Czy mam jakieś zastrzeżenia? Zawsze mam;) Ale naprawdę drobne - w dwóch miejscach nie udało się uniknąć powtórzeń (niewielka chata, niewielki komin, niewielka kuchnia itd.), a rozmowa z leśniczym, wyjaśniająca okoliczności całego horroru, wydała mi się nieco sztuczna. I... opowiadanie skończyło się tak nagle. Chciałam więcej;)

Polecam. Nie dlatego, że znam Paulinę. Po prostu dlatego, że opowiadanie jest naprawdę dobre.

Moja ocena: 5/6

Przypominam o stronie bloga na facebooku;)
________________
Źródła zdjęć:
1. http://media-cache-ec0.pinimg.com/736x/7d/89/dd/7d89dd5660a8264c4d0ceee6a4d307ba.jpg
2. http://media-cache-ak0.pinimg.com/736x/34/40/ab/3440ab0d50066c9997a5ad39e3c281bf.jpg

Waldemar Smaszcz "Serce nie do pary. O księdzu Janie Twardowskim i jego wierszach"





Autor: Waldemar Smaszcz
Tytuł: "Serce nie do pary. O księdzu Janie Twardowskim i jego wierszach"
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy ERICA
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 349







"Boże, po stokroć święty, mocny i uśmiechnięty -
Iżeś stworzył papugę, zaskrońca, zebrę pręgowaną -
kazałeś żyć wiewiórce i hipopotamom -
teologów łaskoczesz chrabąszcza wąsami -

dzisiaj, gdy mi tak smutno i duszno i ciemno -
uśmiechnij się nade mną" ks. Jan Twardowski "Suplikacje"
Na pewno czytaliście - albo przynajmniej słyszeliście fragmenty wierszy księdza Jana Twardowskiego. Ale ile wiecie o samym autorze i o okolicznościach powstania utworów? Jeśli niewiele, książka "Serce nie do pary..." powinna dostarczyć Wam tych informacji.

Waldemar Smaszcz, wieloletni znajomy księdza-poety stworzył opracowanie, które jest częściowo biografią, a po części analizą twórczości  Jana Twardowskiego. Fakty z życia księdza przeplatają się tutaj z fragmentami jego utworów. Możemy dowiedzieć się np., że ksiądz pisał wiersze tylko w okresie wakacji, resztę roku poświęcając głównie pracy kapłańskiej, że naprawdę kochał przyrodę (co jest też wyraźnie widoczne w jego twórczości), a od życia w mieście wolał przebywanie na wsi. Równolegle poznajemy dzieciństwo, młodość i dorosłość księdza oraz rozwój jego twórczości - od pierwszego wiersza napisanego "na spółkę", przez pracę w redakcji "Kuźni Młodych", wydanie debiutanckiego "Powrotu Andersena" i próby połączenia pisarstwa z posługą kapłańską...


Waldemar Smaszcz podjął się ogromnej pracy. Nie jest łatwo opisać czyjeś życie i twórczość, zwłaszcza gdy chodzi o osobę, którą się znało i bardzo ceniło. Powstało jednak solidne opracowanie, które czyta się z przyjemnością - wiele w nim faktów, cytatów oraz zdjęć. "Serce nie do pary..." przybliża sylwetkę księdza Twardowskiego i pozwala lepiej poznać jego postać. Mam zastrzeżenia głównie do tego, niektóre informacje oraz cytaty powtarzały się w kolejnych rozdziałach.

Książka jest pięknie wydana - twarda oprawa, ciekawa wklejka, bardzo ładna czcionka... Widać, że przygotowano ją z dużą starannością i dbałością o szczegóły. Nie trzeba dodawać, że zwiększa to przyjemność z lektury, a całość dobrze prezentuje się na półce.

Po lekturze "Serca nie do pary..." aż chce się sięgnąć po któryś z tomików wierszy księdza Twardowskiego. Polecam więc - i książkę i poezje.

Moja ocena: 4,5/6
_____________________
Źródła zdjęć:
1. http://www.dystrybucjakatolicka.pl/upload/thumb/2579_d73d2a62bdb145fa74a9d2c1e4a7bf69.jpg
2. http://static.polskieradio.pl/files/af4fde68-ebda-4e8d-8bcd-63c860a7c7fb.file 
Ponure Poniedziałki: Stefan Darda "Ostatni telefon"

Ponure Poniedziałki: Stefan Darda "Ostatni telefon"

Ponure Poniedziałki, czyli cykl postów, w których pojawiają się recenzje opowiadań-horrorów. Zapraszam!


Opowiadanie opublikowano w magazynie "Qfant" (nr 1/2009). Jest także dostępne online na stronie autora *klik*

Stefan Darda jest autorem powieści "Dom na wyrębach" oraz książek z cyklu "Czarny Wygon". Znany i doceniany przez czytelników i krytykę, ostatnio (09.11) otrzymał nagrodę literacką NAUTILUS za najlepszą powieść fantastyczną 2012 roku ("Czarny Wygon. Bisy") Nie unika też krótkich form literackich. Już od dłuższego czasu pracuje nad zbiorem "Mroczne historie i inne opowiadania", którego zapowiedzią jest właśnie "Ostatni telefon". 

Co zrobić, kiedy jesteśmy - nawet w niezamierzony sposób - sprawcami czyjegoś nieszczęścia? Czy zadowolony z siebie i ze swojego życia, pozbawiony kompleksów mężczyzna może pod wpływem jednego wydarzenia stracić chęć do dalszej egzystencji? Jak bardzo nasze nieprzemyślane wypowiedzi mogą zranić innych ludzi?

23 lutego. Andrzej Stolarczyk ma dokładnie 23 minuty na pokonanie drogi do pracy - rozgłośni radiowej, gdzie prowadzi swój własny program, dyskutując ze słuchaczami na różnorodne tematy. Tym razem audycja ma dotyczyć depresji, o której Andrzej wie niewiele. Nic więc dziwnego, że nie zdaje sobie sprawy z tego, jak powinno się postępować z osobami cierpiącymi na tę chorobę. Mężczyzna myślał jednak, że i tym razem sobie poradzi - tak jak zawsze. Nie przypuszczał, że ostatnia rozmowa podczas audycji - z 23-letnią Anną - okaże się tak tragiczna w skutkach...

Ciekawe, czy nieprzypadkowo powtarzająca się liczba 23 (nie odgrywająca jednak istotnej roli w tej historii) miała coś wspólnego z filmem Joela Schumachera? Było to moje pierwsze (i jedyne) skojarzenie. 

Początek opowiadania intryguje. Później jest już mniej ciekawie, części wydarzeń można się domyślić - choćby tego, jaka będzie reakcja Andrzeja na to, co się stało (częściowo przecież z jego winy), czy przewidzieć "wizyty" Anny w jego mieszkaniu... Nie zaskoczyło mnie to. Pod koniec historii Stefanowi Dardzie znów jednak udało się przyciągnąć moją uwagę. A ostatni akapit sprawił, że całe opowiadanie zdecydowanie zyskało na wartości. Naprawdę, nie można było zakończyć tego lepiej.

Myślę, że Stefana Dardę stać na więcej (wnioski po lekturze "Domu na wyrębach" i "Czarnego Wygonu"). Mimo wszystko to opowiadanie nie jest złe. Ratuje je sam pomysł, dobry początek oraz zakończenie które sprawiło, że musiałam na chwilę usiąść i zastanowić się nad całą historią.

Moja ocena: 4/6

_________________
Źródło zdjęcia:
http://media-cache-ak0.pinimg.com/736x/41/aa/8d/41aa8d0025dc37ed33c81e509d62c760.jpg

Czuję, cieszę się, doceniam...

Askadasuna zaprosiła mnie do zabawy blogowej polegającej na dokończeniu pewnych zdań bez zastanowienia (tak, mnie też przeraża co może z tego wyjść) Oto i one:

Czuję...nie wiem, co czuję. Ogólny chaos? Wolę się nad tym nie zastanawiać...
Cieszę się...że znowu wracam na weekend do domu. Bieszczady > Kraków
Doceniam...moich bliskich, którzy pomimo całej mojej głupoty, depresyjnych nastrojów i innych takich nadal potrafią powiedzieć, że cieszą się z mojej obecności
Myślę...jak ulepszyć blog. Jakieś propozycje?
Słucham..."Niecierpliwych" Piaska. To taka odmiana po Billy Talent, Bullet for my Valentine i Bring me the Horizon czyli zespołach, które ostatnio męczyłam.
Oglądam..."The Walking Dead". Tylko proszę bez spoilerów, dopiero zaczęłam trzeci sezon!
Czytam..."Serce nie do pary. O księdzu Janie Twardowskim i jego wierszach"
Szukam...odpowiedzi na pytanie: jak ma wyglądać moje życie? Tak, ostatnio intensywnie nad tym rozmyślam.
Nie mogę doczekać się...a nie, na to pytanie nie odpowiem;)

Korzystając z okazji, chciałam przypomnieć o stronie bloga na facebooku. Jeśli ktoś chce porozmawiać, skomentować to, co zdarzy mi się tam napisać albo po prostu powiedzieć, co mu się nie podoba na blogu, zapraszam;)

A na koniec coś miłego (przynajmniej dla mnie;)

________________
Źródło zdjęcia: 
http://media-cache-ec0.pinimg.com/736x/09/53/de/0953deaee8378d834af09608783b0936.jpg

Ponure Poniedziałki: Stephen King "Palec" ("The Moving Finger")


Opowiadanie pochodzi ze zbioru "Marzenia i koszmary" (Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2003)
"Howard ujął w jedną rękę szczotkę, a w drugą szufelkę. Tak uzbrojony z ociąganiem podążył przez niewielki salon do łazienki. Wysuwał do przodu głowę, nastawiał uszu i nasłuchiwał.
Skrob, skrob, skrobu-skrob. (...) Szczęka mu opadła. Gdyby popatrzył na siebie w popstrzonym cętkami pasty do zębów lustrze nad umywalką, dostrzegłby połyskliwe, lśniące między językiem a podniebieniem, delikatne jak pajęcza przędza nitki śliny. Z otworu odpływowego umywalki wydobywał się na wierzch palec.
Ludzki palec. "
Dosyć absurdalny pomysł na opowiadanie, prawda? Palec wyłaniający się nagle z umywalki. Może Was to rozśmieszyć, zresztą nie jest to przerażająca wizja. Ale pomyślcie: co zrobilibyście na miejscu Howarda, bohatera całej historii? Nie zastanawia Was, do kogo mógł należeć ten palec? W jaki sposób przedostał się przez rury kanalizacyjne? I najważniejsze: jak się go pozbyć?

A gdyby z odpływu wyłoniła się cała dłoń?

Po raz kolejny zastanawiam się, w jaki sposób Stephen King wymyśla takie historie. A może raczej: skąd do niego przychodzą. Fabuła wydaje się śmieszna i bardzo dziwna. Ale zapada w pamięć. To właśnie to opowiadanie pamiętam najlepiej z całego zbioru. Ten bardzo prosty pomysł podziałał na moją wyobraźnię. Do tej pory, kiedy słyszę podejrzane bulgotanie w rurach, wyobrażam sobie palec który zaraz wyłoni się z odpływu;)

Opowiadanie nie zawiera wątków pobocznych, co bardzo mi się podoba. Autor skupił się na opisie walki głównego bohatera z tajemniczym zjawiskiem z kanałów. Według mnie cała historia nie wymaga jakichkolwiek zmian. Jeżeli macie w domu problemy natury kanalizacyjnej, lepiej nie czytajcie;) 

Moja ocena: 5/6
______________________
Źródła zdjęć:
1. http://media-cache-ak0.pinimg.com/736x/dc/e6/cf/dce6cfcbeaeab9c6d344f2e6f307e1ec.jpg
2. http://media-cache-ec0.pinimg.com/736x/2b/f6/76/2bf676b5f5ae1f42588e2f688dacf95e.jpg

Dean R. Koontz "Nieśmiertelny"



Autor: Dean R. Koontz
Tytuł: "Nieśmiertelny"
Tytuł oryginału: "Shadowfires"
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 1996
Liczba stron: 431




Genialny genetyk Eric Leben ma obsesję na punkcie nieśmiertelności. Nic więc dziwnego, że kiedy ginie w wyniku nieszczęśliwego wypadku, jego ciało znika z kostnicy, a policja odkrywa zamordowaną młodą kobietę, bardzo podobną do byłej żony Lebena, władze nabierają podejrzeń że mężczyzna w jakiś sposób powrócił z krainy zmarłych. Erica zaczynają szukać agenci DSA, policja, a także jego była żona wraz z przyjacielem. Pytanie tylko, kogo - lub co - odnajdą. I kto tak naprawdę będzie łowcą, a kto ofiarą...

Pomysł na fabułę, a raczej wyjaśnienie tego co stało się z Lebenem, jest mało przekonujący. Jeśli jednak nie będziemy się zbytnio zastanawiać nad zawiłościami genetyki i damy się ponieść historii, przez pierwszą połowę książki będziemy się dosyć dobrze bawić. Potem robi się coraz dziwniej. Ale po kolei. 
Na plus mogę zaliczyć sam wątek ucieczki oraz pościgu - każdy z uczestników tego szaleństwa ma swoje powody, aby brać w nim udział. O przeszłości każdego dowiadujemy się stopniowo, a wychodzące na jaw fakty tłumaczą zachowanie oraz motywacje bohaterów. Akcja nie skupia się tylko na jednej osobie - możemy towarzyszyć na przemian wszystkim postaciom, które spotykają się w pełnym składzie dopiero na ostatnich kartach powieści.

Jeżeli chodzi o minusy... jest ich, według mnie, trochę więcej. Trzeba przyznać, że postacie są dosyć jednowymiarowe - albo dobre albo złe. Mamy więc Benny'ego, partnera byłej żony Erica, przyzwoitego faceta, zawsze postępującego uczciwie, mającego obsesję na punkcie lat 20., 30. i 40. Twierdzi on, że były to cudowne i spokojne czasy. Chyba nie słyszał o II wojnie światowej... W powieści pojawiają się również bardzo porządni policjanci oraz agent, który ma urocze i naiwne (?) marzenie zostania legendą swojego wydziału. Z drugiej strony mamy wicedyrektora DSA, ukrywającego pedofilskie skłonności i zbrodnie z przeszłości oraz samego Erica z jego niebezpieczną obsesją (której powody zostają wprawdzie wyjaśnione, nie sprawia to jednak że zaczynamy kibicować Lebenowi). 
Mam również zastrzeżenia co do języka, jakim napisana jest powieść. Nie wiem, na ile to wina autora, przekładu czy też redakcji, ale konstrukcja zdań i odmiana wyrazów często pozostawiają wiele do życzenia. Oczywiście obniża to przyjemność z lektury.

Podsumowując, "Nieśmiertelny" Koontza to ciekawa, choć nie do końca udana wariacja na temat historii Wiktora Frankensteina i stworzonego przez niego potwora. Powieść może zapewnić chwile grozy oraz kilka tematów do refleksji, jednak oczekiwałabym czegoś o wiele lepszego - zarówno pod względem formy, jak i treści.

Moja ocena: 3,5/6

PS. Jakiś czas temu założyłam fanpage bloga na facebooku. Jeżeli ktoś jest zainteresowany, to zapraszam. Nie odpowiadam jednak za urazy psychiczne, spowodowane tym, co może się tam znaleźć;)
_______________________
Źródła zdjęć:
1. http://karolginter.pl/grafika/koontz_niesmiertelny.jpg
2. http://media-cache-ec0.pinimg.com/736x/12/4f/36/124f3612bd65ad8df566a6026e404dcd.jpg

Ponure Poniedziałki: Bartosz Działoszyński "Zakładziny"


Opowiadanie zostało opublikowane w "Nowej Fantastyce", nr 05/2013 (Tak, kupiłam ten numer bo na okładce był Iron Man. Nie pytajcie.)

Anna i Joachim naprawdę mieli pecha. Ich dopiero budowany dom uległ zniszczeniu już trzy razy w ciągu trzech lat - wszystko za sprawą wichur. Zdesperowana kobieta żąda, aby jej mąż skontaktował się z kolegą ze studiów, Samuelem. 
"- To jakiś radiesteta? Różdżkarz? Feng shui? Coś takiego?
- No jakiś taki hokus-pokus "
Samuel zgadza się pomóc małżeństwu. Stawia tylko jeden warunek - Anna i Joachim muszą udostępnić mu swój dom na cały weekend. Mężczyzna nie chce natomiast zdradzić, co tak naprawdę ma zamiar zrobić. Małżeństwo postanawia zaryzykować. Czy będzie to dobra decyzja?

Pomysł na to opowiadanie jest bardzo prosty (co nie znaczy, że zły). Mamy nieszczęście, które dotknęło głównych bohaterów i kogoś, kto oferuje im pomoc, jednak od samego początku wydaje się podejrzany. Czytelnik może się szybko domyślić, do czego ogólnie zmierza cała historia. Jednak fabuła mi się podoba. Mimo wszystko uważam, że niektóre fragmenty nie są potrzebne (np. początek historii opisujący "występ" Joachima w telewizji, w związku ze zniszczeniem dachu jego domu), inne natomiast można było rozwinąć (Samuel i orzechy. Dlaczego akurat orzechy włoskie? Czy miało to jakieś znaczenie?). Nie do końca też rozumiem zachowanie małżeństwa już po (częściowym) odkryciu tego, co prawdopodobnie zaszło w ich domu. Ale...czy bohaterowie horrorów zawsze muszą postępować racjonalnie?

Opowiadanie jest dobre, chociaż czegoś w nim zabrakło. Sam pomysł na fabułę jest natomiast niepokojący...

Moja ocena: 3,5/6 
______________________
Źródło zdjęcia:
http://media-cache-ec0.pinimg.com/736x/2f/5a/4a/2f5a4af2644d9958310222c18334b5fe.jpg

David Mitchell "Atlas chmur"


Autor: David Mitchell
Tytuł: "Atlas chmur"
Tytuł oryginału: "The Cloud Atlas"
Wydawnictwo: MAG
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 535
"(...) każdy gra swoim własnym językiem, we własnej tonacji, gamie i barwie. W pierwszej serii każdą partię solo przerywa następna: w drugiej, każda partia przerwana w serii pierwszej ma swój dalszy ciąg" /s. 469/
Adam Ewing podróżujący przez Pacyfik w połowie XIX wieku. Młody kompozytor, usiłujący za pomocą oszustwa zdobyć pracę w Belgii w dwudziestoleciu międzywojennym. Dziennikarka Louisa Rey, prowadząca ważne śledztwo w Kalifornii w latach 70. XX wieku. Żyjący współcześnie angielski wydawca Timothy Cavendish, uciekający przez chcącymi wymusić od niego pieniądze młodymi ludźmi. Sonmi ~451, genetycznie modyfikowana pracownica restauracji, żyjąca w Azji przyszłości. I wreszcie Zachariasz - młody chłopak, mieszkaniec Hawajów, którego życie przypadło na okres ostatecznego upadku cywilizacji. Historie tych ludzi składają się na "Atlas chmur". Ich losy splatają się ze sobą, pomimo tego że żyją w różnych miejscach i czasach. Okazuje się, że każda nasza decyzja może mieć ogromny wpływ na przyszłość innych...

Cytat z początku recenzji odnosi się do "Atlasu chmur" - kompozycji stworzonej przez młodego muzyka, bohatera jednej z opowieści. Jest to jednocześnie opis konstrukcji samej książki. David Mitchell stworzył niezwykłą powieść. Można odnieść wrażenie, że czyta się dzieła kilku różnych pisarzy - powieść fantastyczną, obyczajową, komedię... Wszystkie zawierają jednak pewne łączące je elementy, które przewijają się przez cały tekst książki.

Scena z filmu - ekranizacji książki Mitchella
Lektura "Atlasu chmur" jest niecodziennym doświadczeniem. Zmieniające się co chwilę postaci oraz konwencje literackie, kilka historii połączonych jednym wątkiem, śledzenie tych związków, wskazówek umieszczonych w tekście...to bardzo interesujące. I pobudzające wyobraźnię.

Czy w "Atlasie chmur" można się pogubić? Z pewnością możliwa jest lekka dezorientacja, kiedy kolejne opowieści urywają się, a ich miejsce zajmują następne. Dopiero po historii Zachariasza, będącej centralną częścią powieści, wszystkie elementy układanki zaczynają wskakiwać na swoje miejsce. Ale czy otrzymujemy jedno, konkretne zakończenie? Nie liczyłabym na to. David Mitchell dostarcza nam tematu do rozmyślań. Ale wnioski musimy wysnuć już sami.
"- Daj spokój, kto to w ogóle jest recenzent? - tłumaczyłem. - Facet, który tylko szybko czyta, zawsze wie najlepiej, ale nigdy nie powie nic mądrego..." /s. 157/
Moja ocena: 5/6
_____________________
Źródła zdjęć:
1. http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/155000/155296/155x220.jpg 
2. http://media-cache-ak0.pinimg.com/736x/11/05/c6/1105c69637b637974ed3b5c8668fa826.jpg

Ponure Poniedziałki: Stephen King "1408"


O co chodzi z tym ponurym poniedziałkiem? To nazwa nowego cyklu na blogu *fanfary* 
W skrócie: bardzo lubię opowiadania, a moim ulubionym gatunkiem literackim jest horror. Dlaczego więc nie połączyć tych dwóch rzeczy i nie publikować co jakiś czas recenzji/opinii na temat opowiadań grozy? Tych lepszych i tych gorszych, mniej lub bardziej strasznych, należących do klasyki gatunku oraz dopiero co napisanych... Mam nadzieję, że chociaż kilku osobom spodoba się ten cykl;) I że przy okazji wspólnie odkryjemy nieznanych nam dotąd autorów i naprawdę dobre prace. Bo poradzenie sobie z krótką formą literacką, jaką jest opowiadanie, jest sztuką którą nie każdy, nawet doświadczony pisarz, w pełni opanował. A teraz zapraszam na pierwszą recenzję...


Stephen King, "1408". Opowiadanie pochodzi z tomu "Wszystko jest względne" (Warszawa: Prószyński i S-ka, 2005)
"Sądzę, że to, co jest przerażające dla jednej osoby, nie musi być takie dla innej (...) ale bałem się, pisząc to opowiadanie" Stephen King
1408. To właśnie w pokoju o tym numerze na trzynastym (przepraszam, na czternastym - przecież trzynaste piętro oficjalnie nie istnieje) piętrze nowojorskiego hotelu Delfin dzieją się bardzo niepokojące rzeczy. Świadczy o tym choćby duża liczba samobójstw i - pozornie - śmierci z przyczyn naturalnych wśród osób zatrzymujących się właśnie tam. Teraz chce tam przenocować Mike Enslin - autor książek o nawiedzonych miejscach, który tak naprawdę nie wierzy w zjawiska paranormalne. Wszyscy wiemy jednak, że nie jest to najlepszy pomysł...
"(...) w pokoju 1408 nie ma duchów i nigdy ich nie było. Jest tam coś innego - sam to poczułem - lecz to nie obecność ducha"
To dosyć znane opowiadanie Stephena Kinga, jedno z tych które zostały zekranizowane. Poznałam tę historię w prawidłowej (według mnie) kolejności, czyli - najpierw utwór literacki, potem film. I o ile opowiadanie naprawdę mnie przestraszyło - a to zdarza się niezwykle rzadko - to film mnie po prostu znudził. Po kilku latach postanowiłam przeczytać "1408" jeszcze raz. Niestety, tym razem już się nie bałam. Lektura była jednak przyjemnością. 


Ten krótki (38 stron) utwór podzielony został na cztery części. Najbardziej podobała mi się pierwsza z nich, zawierająca m.in. opis spotkania pisarza z dyrektorem hotelu. Dyrektor Olin za wszelką cenę chciał przekonać Mike'a, że ten nie powinien nawet przekraczać progu pokoju 1408.W trakcie rozmowy na jaw wychodziły nowe fakty dotyczące miejsca. Atmosfera robiła się coraz bardziej niepokojąca...
"W horrorach powinien się pan czuć jak w domu. Mógłby pan grać ponurego starego kamerdynera, który usiłuje ostrzec młode małżeństwo przed Zamkiem Zagłady"
Rzeczywiście, dyrektor Olin znakomicie nadawałby się do tej roli. A pierwsza część opowiadania bardzo dobrze przygotowuje czytelnika na opis zdarzeń, które spotkały Mike'a Enslina w pokoju 1408. Pokoju, w którym rzeczywiście nie ma duchów. Za to jest coś o wiele bardziej przerażającego...

Stephen King w komentarzu do opowiadania napisał, że jest to jego wariacja na często wykorzystywany w horrorach temat "Nawiedzonego pokoju w oberży". Udało mu się stworzyć jego bardzo ciekawą interpretację. Podczas lektury można zachwycać się konstrukcją opowieści i stylem autora. Można również po prostu wciągnąć się w opowiadaną historię i pozwolić się przestraszyć. Polecam oczywiście ten drugi sposób...
"Tu dziewięć! Dziewięć! Zabiliśmy twoich przyjaciół! Wszyscy przyjaciele nie żyją!"
Moja ocena: 5/6 
___________________________
Źródła zdjęć:
1.http://media-cache-ec0.pinimg.com/736x/18/81/3b/18813ba36fa1f5797f525ad7d74255c9.jpg
2. http://media-cache-ak0.pinimg.com/736x/bc/0d/56/bc0d5625717afa4969f6d56571c68476.jpg

Dagmara Półtorak "Tak trudno być mną!"


Autor: Dagmara Półtorak
Tytuł: "Tak trudno być mną!"
Wydawnictwo: W.A.B. 
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 316

Książka polecona (i pożyczona) przez Miss Unpredictable

Odpowiednia książka na poprawę humoru - to jest to! Czego potrzebujemy? Oryginalnych bohaterów, wyróżniających się nieprzeciętnymi cechami osobowości. Nieprawdopodobnych zdarzeń, które jednak może - ale tylko może - mogłyby mieć miejsce w rzeczywistości. Oraz dużej dawki humoru. Jednak kiedy wymienione powyżej czynniki występują w ilościach wręcz hurtowych, efekt może być przeciwny do zamierzonego...

Główną bohaterką i zarazem narratorką powieści jest dwudziestodwuletnia studentka, opisująca w swoim pamiętniku różne zdarzenia z życia swojego oraz rodziny. Matka, jej mąż były oraz mąż obecny, dwóch niesamowicie irytujących braci, oryginalni dziadkowie, pies Killer oraz tajemniczy nieznajomy przybyły z Anglii - w takim towarzystwie nie ma miejsca na nudę. Matka wymyśla nowe sposoby na zabicie męża/pogodzenie się z nim (czasami jedno łączy się z drugim), młodszy brat snuje niecne plany przejęcia władzy nad całym światowym zapasem cukru, a główna bohaterka wraz z przyjaciółmi prowadzi akcję "Kubły prawdy", mającą na celu przyłapanie sąsiada na kradzieży pojemników na śmieci.

Tak wygląda normalny dzień w domu głównej bohaterki

Podczas lektury nie można się nudzić. Czasem trudno się powstrzymać przed wybuchami śmiechu. Podobały mi się nawiązania do twórczości Stephena Kinga (szkoda, że było ich tak niewiele). Z drugiej strony, natłok nieprawdopodobnych i groteskowych sytuacji może zmęczyć czytelnika - wtedy trzeba na chwilę oderwać się od powieści. Mniej więcej od połowy książka zrobiła się nieco nudna. Przynajmniej według mnie. Wtedy bowiem pojawiło się coś na kształt wątku romantycznego. I nie było już tak śmiesznie. Tak, mam dziwne podejście do tego typu historii...

Powieść "Tak trudno być mną!" jednych zachwyci i rozbawi, innych zdenerwuje. Myślę jednak, że jeżeli podejdzie się do tej książki z odpowiednim dystansem, lektura może być całkiem przyjemna;)

Moja ocena: 4/6
________________________
Źródła zdjęć:
1. http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/51000/51029/155x220.jpg
2. http://media-cache-ak0.pinimg.com/736x/2f/d8/9a/2fd89a4aa4a8841b7dcb7356462eaba5.jpg

Charlotte Bronte "Profesor"


Autor: Charlotte Bronte
Tytuł: "Profesor"
Tytuł oryginału: "The Professor"
Wydawnictwo: MG
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 312

Tytułowy profesor to Anglik William Crimsworth. W poszukiwaniu pracy wyruszył on aż do Brukseli. Tam otrzymał posadę nauczyciela języka angielskiego w szkole monsieur Peleta. Samotny młody człowiek, pozbawiony rodziny (stracił rodziców, a z bratem i wujami z różnych przyczyn nie utrzymywał kontaktu) był zdany tylko na siebie. Jego losy z dużym wyczuciem i znajomością tematu opisała Charlotte Bronte. Sama autorka również uczyła angielskiego w belgijskiej szkole. Podobnie jak William odnalazła tam miłość, jednak w jej przypadku uczucie było z góry skazane na porażkę - jego obiektem był żonaty mężczyzna. 

Charlotte Bronte przy pracy nad swoją pierwsza powieścią
Narratorem powieści jest sam profesor. Szczegółowo opowiada on o zdarzeniach, które sprawiły że znalazł się w Brukseli, o ludziach których spotkał na swojej drodze oraz o uczuciach jakie mu towarzyszyły. Na początku polubiłam głównego bohatera za jego uczciwość oraz rozsądek. Jednak wraz z rozwojem akcji moje uczucia zaczęły ulegać zmianie. William miał denerwującą właściwość oceniania ludzi - i odczytywania ich charakterów - na podstawie ich wyglądu zewnętrznego. Fizjonomika (nauka o rozpoznawaniu cech charakteru z twarzy) była bardzo popularna w XIX wieku, jednak zbyt częste odwoływanie się do niej było dla mnie nieco irytujące. 
Profesor był bardzo pewny siebie i swoich osądów. Uważał też, że zawsze postępuje odpowiednio i jest bardzo rozsądnym człowiekiem. Nie podobało mi się jego uprzedzenie do religii katolickiej - jej wyznawców uważał za złych ludzi, a potwierdzały to oczywiście jego obserwacje. Bohater kochał za to wszystko, co angielskie - religię, ludzi, obyczaje. Również opis relacji Williama i jego wybranki nie przypadł mi do gustu. Ale to już temat na osobny post, poza tym musiałabym zdradzić zbyt dużo treści książki.


Jeden z bohaterów powieści wydał mi się za to bardzo interesujący. Myślę tutaj o Hunsdenie, młodym człowieku o arystokratycznym pochodzeniu. Był on ironiczny, lubił obrażać swoich rozmówców i traktował ich z wyższością, przez co wydawał się dosyć antypatyczny. W trudnych momentach pomagał głównemu bohaterowi, często jednak raniąc przy tym jego uczucia. Zainteresowało mnie, dlaczego Hunsden był właśnie taki - czy to były wrodzone cechy charakteru, czy też w jego życiu wydarzyło się coś, co uczyniło go tak specyficznym człowiekiem. Niestety, autorka nie pokusiła się o rozwinięcie tego wątku - jedynie pod sam koniec powieści dowiadujemy się nieco o przeszłości Hunsdena.

"Profesor" jest pierwszą powieścią Charlotte Bronte. I to widać - jej styl nie jest jeszcze w pełni ukształtowany, a niektóre pomysły są nieco naiwne. Mimo wszystko jest to interesująca lektura - choćby ze względu na osobę autorki. Z pewnością miłośnicy dziewiętnastowiecznych powieści będą zadowoleni.

Moja ocena: 4/6
_____________________
Źródła zdjęć:
1. http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/148000/148155/155x220.jpg
2. http://media-cache-ec0.pinimg.com/736x/ed/92/b7/ed92b77fcad4cba0d0ea30f472969e92.jpg
3. http://media-cache-ak0.pinimg.com/736x/da/61/e6/da61e637d1c15e2c350036e42c2a7d22.jpg
Copyright © 2014 Miros de carti. Blog o książkach , Blogger